Wyobrazić sobie niewyobrażalne cz. 3

Z wyborem drugiego projektu zmian systemu monetarnego miałem problem. Nie dlatego, że jest ich tak wiele, bo jest ich jedynie kilka, ale zastanawiałem się nad kolejnością. Padło na Modern Monetary Theory (MMT) czyli Nowoczesną Teorię Monetarną. Obserwuję ją od paru lat i już dawno chciałem o niej napisać, ale jakoś albo nie było czasu, albo natchnienia, albo były inne tematy. Czekałem także na jakiś przełom w popularyzacji tej teorii, ale do dziś się nie doczekałem. Przede wszystkim jednak, nie chciałem robić konkurencji autorowi (autorom?) bloga, który najwyraźniej jest zwolennikiem tej teorii i świetnie ją opisuje i wyjaśnia (wielki szacunek!!). Właściwie są dwa blogi o MMT [1], [2], a ich kontynuacją i ukoronowaniem jest blog o „ekonopatologii”. Gorąco polecam lekturę!! Jednak przeciętnego czytelnika odstraszać może zbyt fachowy język, wiele nieznanych pojęć i skróty myślowe, które są zrozumiałe jedynie dla osób posiadających już pewien zasób wiedzy ekonomicznej. Szkoda, bo jest to chyba najlepszy polski blog ekonomiczny, na jaki do tej pory trafiłem! Mimo, że nie jestem miłośnikiem MMT, to muszę przyznać, że z autorem (autorami?) mam praktycznie identyczne poglądy na temat ekonomii, a przede wszystkim na temat neoliberalizmu i zagrożeń oraz zniszczeń w umysłach, jakie ta ideologia niesie.

Gdy zdecydowałem się napisać coś o projektach reform systemu monetarnego, o MMT nawet nie zamierzałem wspominać, gdyż nie traktuję jej, jako reformy monetarnej sensu stricto. Potem pomyślałem, że wspomnę o niej w ostatnim odcinku, jako o ciekawostce. Ale, moim zdaniem, teoria ta ma potencjał, aby za jakiś czas stać się wiodącą teorią ekonomiczną (czemu tak się nie stanie, wyjaśnię później), doszedłem do wniosku, że należy o niej wspomnieć na drugim miejscu.

Czym zatem jest MMT? Jak pisze autor bloga, filarami MMT są:

  1. Bilanse Finansowe Sektorów;
  2. Hipoteza Niestabilności Finansowej;
  3. Koncept Funkcjonalnych Finansów;
  4. Czartalizm (Chartalism) czyli nominalistyczna teoria pieniądza (lub inaczej teoria pieniądza państwowego);
  5. Idea Gwarancji Zatrudnienia

Nie będę tu wyjaśniać poszczególnych elementów, bo wszystkie są świetnie opisane na blogu.
Autor wyjaśnia także genezę powstania i cele tej teorii:

MMT skrystalizowała się w latach 1995-2000 […] jako efekt kolaboracji pomiędzy różnymi osobowościami, których połączyła wspólna idea przywrócenia do nauki o ekonomii logiki realnego świata – przede wszystkim w zakresie zrozumienia pieniądza, finansów państwa i bilansów rachunków narodowych.
[…]
Czy zatem MMT to tylko stare pomysły w nowym opakowaniu? W zasadzie tak. Rewolucja na poziomie idei dokonała się już dawno. Chodzi o to, że została zapomniana. A raczej zepchnięta w niepamięć przez neoliberalną kontr-rewolucję. Dlatego warto te pomysły odświeżyć żeby na ich bazie skonstruować logiczną, kompletną narrację, która w sposób przekonujący wykaże, że T.I.N.A.  to fałsz.

I faktycznie! Czytając, ma się wrażenie, jakby ktoś otworzył okno i wpuścił świeże powietrze do pokoju pełnego neoliberalnego smrodu. Swoją drogą przerażenie ogarnia, gdy codziennie widzi się jak skuteczne jest pranie mózgów, które uodporniło na ten smród umysły i aparat węchu prawie całego społeczeństwa. Niektórzy odbierają go już nawet, jako zapach perfum!

Serce rośnie, gdy czyta się zdania typu:

Państwo ma w ręku wszelkie instrumenty, żeby zapewnić pełne zatrudnienie przy utrzymaniu stabilnych cen. Co jest potrzebne to zrozumienie, że nie istnieje problem finansowania; problemem są realne zasoby i opracowanie rozsądnej polityki ich wykorzystania.

Albo:

Państwo jest monopolistą – jedynym źródłem, z którego pochodzi waluta narodowa. Stąd dywagacje o bankructwie Państwa w wyniku niemożliwości spłaty zobowiązań zaciągniętych w suwerennej walucie o płynnym kursie nie mają logicznej podstawy.
Suwerenny emitent obowiązującego środka płatniczego jest w stanie kupić wszystko, co jest dostępne na sprzedaż w takiej walucie. Dlatego też wszelkie stwierdzenia, że Państwa NIE STAĆ na towary czy usługi oferowane w tej walucie, czy na zatrudnienie pracowników lub wypłatę świadczeń, są nieuzasadnione.
[…]
Czemu to służy? Jaki cel wypełnia polityka zorientowana na równoważenie budżetu i podporządkowana histerii długu publicznego? Na czym polegać ma zagrożenie wynikające z zapisu pozycji księgowej Wn sektora publicznego, któremu odpowiada korespondujący zapis Ma w postaci oszczędności netto sektora prywatnego (jeżeli mówimy o wartościach denominowanych w walucie narodowej)? Jaki jest sens utrzymywania całej gospodarki w stanie permanentnego niewykorzystania potencjału, którego objawem jest bezrobocie? Co tak naprawdę dają społeczeństwu „zdrowe” finanse publiczne?
Takie pytania są istotne i mamy prawo do rzeczowych odpowiedzi. Najważniejsze: musimy odrzucić memy, które każą nam postrzegać Państwo jako zadłużone gospodarstwo domowe Kowalskich – ta legenda jest skutkiem albo skrajnie posuniętej niewiedzy, albo manipulacji. (Jeżeli to drugie – to kto i po co manipuluje? Odpowiedzi trzeba by szukać posługując się maksymą Qui bono? – być może ci, którzy chcą, żeby Państwo było skazane na bycie klientem sektora finansowego…?).

Ręce same układają się do klaskania!

Najważniejszą propozycją twórców MMT, jest zatem zniesienie zakazu finansowania państwa przez bank centralny (u nas Art. 220 konstytucji). Wywołuje to oczywiście palpitacje serca u monetarystów i niesamowity jazgot wszystkich wytresowanych przez nich piesków – tzw. „ekspertów”.

Jeśli jest tak pięknie, to czego się czepiam i dlaczego nie jestem zwolennikiem MMT? Ano dlatego, że twórcy MMT nie zamierzają zmieniać obecnego systemu monetarnego, starają się jedynie złagodzić jego objawy. To mniej więcej tak, jak gdyby przy ostrym zapaleniu wyrostka, zamiast natychmiast kłaść delikwenta na stół operacyjny, aplikować mu jedynie środki przeciwbólowe. Dlatego też nie uważam MMT za reformę systemu monetarnego.

Zarówno twórcy MMT, jak i autor bloga nie zauważają, że obecny system monetarny jest permanentną fazą Ponziego. W schemacie Ponziego „zyski” były wypłacane z bieżących wpłat kolejnych „inwestorów” (oszukanych); w obecnym systemie monetarnym, oprocentowanie płacone jest z nowo zaciąganych kredytów. Gdy nie ma coraz to większej ilości „inwestorów” i coraz to nowych kredytów – i tu, i tam, piramida się wali! Naśladowcą Ponziego był Bernard Madoff. Jego piramida funkcjonowała na identycznej zasadzie. Swoją drogą, gdybym był jego obrońcą, to żądałbym uniewinnienia mojego klienta. Skoro na takiej samej zasadzie funkcjonuje nasz system monetarny, to nie zrobił nic nielegalnego! Ale byłby ubaw!

Dość żartów, wróćmy do naszej MMT. Wspominałem, że teoria ta ma potencjał, aby zostać wiodącą teorią ekonomiczną. Wyjaśnię, dlaczego tak uważam. Wspominałem już, że w naszym systemie monetarnym, gdy wzrost gospodarczy przestaje nadążać za wykładniczo rosnącym zadłużeniem i gospodarka nie jest w stanie wygenerować dostatecznej ilości nowych kredytów, państwo zadłuża się i w ten sposób pełni rolę dostarczyciela pieniędzy do systemu. W wielu krajach, także w Polsce, istnieją jednak ograniczenia dla wielkości tego zadłużenia. MMT tego nie przewiduje. W sytuacji, gdy państwo jest suwerennym emitentem waluty, czytaj: ma jej drukarkę, takie ograniczenia nie mają sensu. Autor bloga słusznie zauważa jednak, że:

Właściwie jedyny problem związany z długiem publicznym (w walucie krajowej), który może być przyczynkiem do dyskusji, to jego oprocentowanie, a dokładniej – wynikający z tego transfer dochodów w kierunku posiadaczy obligacji. Jednakże należy pamiętać, że społeczeństwo, posiadając wiedzę o mechanice systemu, może w każdej chwili zdecydować o zaprzestaniu emisji papierów dłużnych przynoszących odsetki – np. poprzez ustanowienie Banku Centralnego jako agenta bezpośrednio finansującego wydatki rządowe. Zresztą, w wielu krajach rządy „pożyczają” już teraz (i działo się tak również w przeszłości), biorąc pod uwagę wartości realne – denominowane do inflacji, według stawek % zbliżonych do 0.

Ale zadłużenie rządu jest jedynie częścią problemu! MMT całkowicie ignoruje zadłużenie firm i gospodarstw domowych. W przeciwieństwie do rządu, nie mają one dostępu do drukarki pieniędzy. Ich zadłużenie jest zatem dużo bardziej niebezpieczne. Poza tym ich zadłużenie także powoduje przepływ kapitału z obiegu gospodarczego do obiegu finansowego, który już wyjaśniałem. W efekcie tego odpływu w obiegu gospodarczym coraz szybciej zaczyna brakować pieniędzy i pogłębia się deflacja. Zadłużenie państwa musi więc skompensować ten ubytek. Z kolei na giełdach mamy do czynienia z asset inflation, obrazem której jest wzrost wszelakich indeksów giełdowych. W opisie MMT chyba ani razu nie pojawia się słowo „giełda” i jedynie kilka razy pojawiają się „rynki finansowe”! Nie wiem, czy jest to przypadek, czy zamysł twórców tej teorii. MMT, przy pomocy nieograniczonego zadłużenia państwa, doprowadzałaby dostateczną ilość nowych pieniędzy do obiegu gospodarczego – mogłaby być zatem przedłużeniem agonii obecnego systemu monetarnego. Łagodziłaby także społeczne i gospodarcze skutki odpływu pieniędzy do obiegu finansowego, w którym nadal mogłyby rosnąć kursy giełdowe. I wilk byłby syty i owca cała. To jest powód, który moim zdaniem może spowodować, że teoria ta (tak jak wcześniej neoliberalizm) może znaleźć możnych sponsorów, którzy „wprowadzą ją na salony”. Kto wie, czy nie to właśnie było zamysłem jej autorów? Podejrzenie to nie jest pozbawione podstaw także z innego powodu. MMT przewiduje zachowanie dotychczasowej roli banków komercyjnych, jako „twórców” pieniędzy trafiających do obiegu gospodarczego. Banki centralne, tak jak dotychczas, byłyby jedynie emitentami pieniędzy, będących rezerwami banków komercyjnych i używanych do rozliczeń pomiędzy nimi. Jak wyjaśniałem we wpisie o Pieniądzu Suwerennym, byłyby zatem nadal pozbawione realnego wpływu na ilość pieniędzy tworzonych przez banki komercyjne.

Ale autorzy teorii zignorowali pewien drobiazg… Zapotrzebowanie na nowe pieniądze w obiegu gospodarczym, a więc zapotrzebowanie na nowe kredyty państwa, rośnie wykładniczo. Względnie szybko będziemy mieć pierwszych bilionerów. A po jakimś czasie systemy komputerowe banków nie poradzą sobie z tak ogromnymi sumami. Paradoksalnie mogę wyobrazić sobie sytuację, że inflacja będzie minimalna, płace nie wzrosną i pieniądz pozostanie stabilny. Wszystko to będzie miało swoje odbicie jedynie w indeksach giełdowych.

Ale wspomniałem także, że MMT nie dostąpi (wątpliwego) zaszczytu i nie zostanie wiodącą teorią ekonomiczną. Dlaczego? Po prostu „finansjera” nie może wypuścić państwa ze swoich szponów! Jest pewne, że niezależne państwo, mogące emitować pieniądze i mające kontrolę nad nimi, wcześniej, czy później, stanie się na tyle bezczelne, że będzie dążyć do dalszej niezależności, a co najważniejsze, będzie mieć możliwości, aby to osiągnąć. A to byłoby już śmiertelnym niebezpieczeństwem dla ludzi pociągających za sznurki! Musimy zrozumieć także, że celem „finansjery” nie jest jedynie gromadzenie pieniędzy! Obecny system monetarny umożliwia jej przejmowanie majątku społecznego: ziemi, nieruchomości, infrastruktury, przemysłu, systemów opieki społecznej i zdrowotnej, systemów edukacji i.t.d. To daje realną władzę i kontrolę nad społeczeństwem. Dlatego nie daję MMT większych szans na wyjście z kąta ciekawostek ekonomicznych.

Innym elementem MMT, który nie jest związany z systemem monetarnym, jest gwarancja zatrudnienia. Brzmi bardzo obiecująco, ale moim zdaniem jest to całkowicie nierealne. A przynajmniej nierealny jest sposób, jaki proponują twórcy MMT. Nie bardzo wyobrażam sobie, jakie miejsca pracy, które nie byłyby konkurencją dla realnej gospodarki, mogłoby stworzyć państwo. W dodatku za płacę minimalną! Nawet, zawsze wymieniane przy takich okazjach, wszelakie roboty publiczne, z przysłowiowym zamiataniem ulic, są wykonywane przez specjalnie do tego celu powołane firmy. W każdym normalnym, praworządnym kraju, byłoby to traktowane, jako dumping płacowy i nieuczciwa konkurencja! W dodatku bezrobotny, nie równa się bezrobotny! Co innego niewykwalifikowany robotnik, co innego inżynier, co innego nauczyciel, co innego naukowiec… Można dalej wyliczać. Mogłyby to być jakieś fikcyjne miejsca pracy, z fikcyjnymi, bezsensownymi zajęciami, ale miałoby to jedynie skutki demoralizujące i dodatkowo byłoby marnowaniem energii i surowców. Myślę, że także w tym wypadku, autorzy teorii kierowali się chęcią przypodobania się ewentualnym sponsorom, i że jest to kolejny element, mający uczynić tę teorię bardziej „smakowitą”, nie do końca jednak przemyślany. Moim zdaniem, lepszym rozwiązaniem, byłby tutaj dochód gwarantowany (chociaż nie jestem jego zwolennikiem!!), w formie pieniądza helikopterowego, generowanego przez bank centralny.

Reasumując, MMT ma wiele sensownych elementów, pozostawia jednak nietkniętym kluczowy problem: niewłaściwie skonstruowany system monetarny.

Reklamy

Wyobrazić sobie niewyobrażalne cz. 2

Obiecałem napisać trochę o projektach reform monetarnych. Słowo się rzekło, fala upałów minęła i temperatura jest już taka, że umożliwia myślenie, więc wypełniam obietnicę. Nie mam wątpliwości, którą propozycję reform omówić jako pierwszą – jest nią Positive Money / Sovereign Money / Vollgeld. Jest to międzynarodowa inicjatywa, stąd różne nazwy.

Inicjatywa ta stała się głośna, gdy 10 czerwca 2018 roku w Szwajcarii odbyło się referendum, które miało zadecydować o wprowadzeniu tego systemu monetarnego. Szwajcaria nie jest pierwszym krajem, w którym rozważano zmianę systemu monetarnego. Pierwszeństwo należy się maleńkiej Islandii. Pisałem już o tym. Była to (jest nadal?) inicjatywa rządu islandzkiego, ale jakoś o niej ucichło. Prawdopodobnie rząd islandzki uświadomił sobie, że konsekwencją takiego kroku byłoby lądowanie amerykańskich marines. Jak było do przewidzenia, inicjatywa ta nie uzyskała w Szwajcarii wymaganej większości, ale poparcie dla niej było zaskakująco duże – 24,3%. Ze względu na złożoność tematu i trudność w jego zrozumieniu, spodziewałem się raczej wyniku jednocyfrowego. Mimo, że przegrane, referendum to było jednak bardzo ważne. Islandię można było po prostu olać i pominąć w doniesieniach. Większość ludzi i tak nie ma pojęcia gdzie to jest i wyobraża sobie, że białe niedźwiedzie chodzą tam po ulicach. Tak na marginesie, spotkałem w zachodniej Europie osoby po studiach(!!), które w podobny sposób wyobrażały sobie Polskę!! Ale Szwajcaria to inny kaliber. Kraj jest zbyt znany i zbyt ważny dla międzynarodowej finansjery i innych kręgów złodziejskich, aby można było takie wydarzenie przemilczeć. Głosowanie nagłośniło temat, wyciągnęło inicjatywę z kąta teorii spiskowych, wyjaśniło mechanizm funkcjonowania obecnego systemu monetarnego i uświadomiło wielu ludziom konieczność jego zmiany. Zwolenników reform nie dało się już przedstawić, jako nawiedzonych świrów i trzeba było z nimi dyskutować jak równy z równym.

Ale wyjaśnijmy sobie wreszcie, co proponuje ta inicjatywa. Można to wyjaśnić jednym zdaniem: pieniądze ma prawo emitować wyłącznie państwowy bank centralny. Teoretycznie jest tak obecnie, ale tylko teoretycznie. Większość „pieniędzy” będących w obiegu kreowana jest przez banki komercyjne w formie depozytów bankowych. Zwykłych pozycji księgowych! Jedynie gotówka, stanowiąca w zależności od kraju ok. 5-10% wszystkich pieniędzy w obiegu i rezerwy banków, czyli sumy znajdujące się na kontach banków komercyjnych w banku centralnym (ok 2,5% pieniędzy w obiegu), są emitowane przez banki centralne i można nazwać je prawdziwymi pieniędzmi. To, co znajduje się na naszych kontach w bankach, to jedynie depozyty bankowe – zobowiązania banku do wypłacenia nam owych prawdziwych pieniędzy. Ale żaden bank na świecie nie jest w stanie wypłacić wszystkich sum znajdujących się na jego kontach. Zobowiązania te, są zatem bez pokrycia! Z całą świadomością konsekwencji, obecny system monetarny można określić słowem OSZUSTWO! Dokładniej wyjaśniam to w moim wstępie.

Na zlecenie rządu Islandii sporządzony został raport, który także szczegółowo wyjaśnia cały proces. Został on nawet przetłumaczony na język polski i jest do ściągnięcia tutaj. Gorąco polecam lekturę! W dokumencie tym używa się określenia „Pieniądz Suwerenny”, więc ja także będę go używać.
Raport wyjaśnia także w skrócie, czym jest Pieniądz Suwerenny, dokładne wyjaśnienie znaleźć można na oficjalnych stronach inicjatywy – w języku angielskim oraz niemieckim.

Celem inicjatywy jest odzyskanie przez państwo i banki centralne kontroli nad pieniądzem i jego emisją. Kontrola ta jest coraz bardziej zagrożona poprzez

– tendencję do likwidacji gotówki (jedynego ustawowego środka płatniczego dostępnego dla obywateli)
– koncentrację sektora bankowego (tworzenie coraz większych i silniejszych banków)
– coraz częstszego używania Money Market Fund (MMF), jako środka płatniczego
– niebezpieczeństwa związane z niekontrolowanym tworzeniem prywatnych kryptowalut (np. Bitcoin)
– niepodzielne panowanie teorii o nieomylności rynku, także rynków finansowych.

Państwa i banki centralne (jeśli przyjąć, że banki centralne są częścią struktury państwa, czego nie jestem pewien), coraz bardziej tracą kontrolę nie tylko nad pieniędzmi, ale także nad gospodarką.
Instrumenty, jakie mają do dyspozycji banki centralne, są obecnie w dużej mierze fikcją. Rezerwy obowiązkowe banków, są reliktem, niemającym obecnie kompletnie żadnego znaczenia. Nie inaczej jest ze stopami procentowymi, przy zmianie których, zawsze jest wiele hałasu. Dla banków nie mają one także prawie żadnego znaczenia! Jedynie guru giełdy, traderzy i inni wszelakiej maści „eksperci” podniecają się tym niezdrowo i onaniz… tfu! …analizują, jakie efekty przyniosą te zmiany (właściwie pierwsze słowo całkiem nieźle by tu pasowało ;). W zależności od aktualnej sytuacji, albo straszą inflacją (ale jakimś cudem zawsze postępuje deflacja), albo wypisują, że rzekome potanienie kredytu spowoduje większą gotowość do inwestycji w nowe miejsca pracy i temu podobne książkowe brednie, które – jak widzimy – nigdy się nie sprawdzają. Przy tej okazji dają całą masę rad, co należy na giełdzie koniecznie kupić lub sprzedać. W rzeczywistości kredyty są tanie i stopy procentowe są niskie, nie dlatego, że banki centralne tak chcą, ale dlatego, że świat zalany jest pieniędzmi, z którymi nie ma co zrobić (niestety nie są one w naszych kieszeniach)! Banki, które otrzymały marchewkę w formie quantitative easing, także nie wiedzą co z tymi pieniędzmi zrobić i gdzie mogą, szukają nowych kredytobiorców. Z drugiej strony bite są kijem ujemnego oprocentowania swoich rezerw w bankach centralnych, więc, aby go uniknąć, gromadzą w skarbcach tony gotówki. Podobnie, ale delikatniej, piszą autorzy projektu reform:

One thus has to conclude that present-day base-rate rituals largely represent a myth, an occasion for noise trading, obscuring actual conditions – that is, that the prerogatives of money and seigniorage have far-reachingly descended to the banking industry, while the money supply is out of control as in actual fact neither banks and markets nor the central banks exert control over the quantity of money.
– Trzeba stwierdzić, że dzisiejsze rytuały wokół wysokości stóp procentowych, stanowią w dużej mierze mit, okazję do sztucznego napędzania obrotów na giełdach, oraz równoczesnego ukrycia faktu, że przywileje emisji pieniądza i seigniorage, dawno już przekazane zostały w dół, do sektora bankowego, a wielkość podaży pieniądza jest poza kontrolą, ponieważ w rzeczywistości ani banki komercyjne, ani rynki, ani banki centralne nie sprawują kontroli nad ilością emitowanych pieniędzy (tłumaczenie moje).

Ale jest dużo gorzej! Obecny kryzys pokazał, że zarówno państwa, jak i banki centralne, stały się de facto zakładnikami obecnego systemu monetarnego! Że zmuszone są zapłacić za piwo, jakie nawarzył i wypił nieomylny rzekomo rynek i jego wspólnicy – banki i rynki kapitałowe. Wyraźnie widoczna jest także bezsilność państw wobec potęgi kapitału. Wszelkie, nawet najmniejsze propozycje zmian, są skutecznie blokowane.

Odbiegnę na chwilę od tematu, ale wyjaśnień nigdy za wiele. Gdy przeciętny zjadacz chleba, wprowadzany dodatkowo w błąd przez środki masowego ogłupiania i wszelakiej maści „ekspertów”, słyszy o stopach procentowych banków centralnych, to sądzi, że mają one coś wspólnego z oprocentowaniem kredytów i naszych oszczędności. Nic bardziej błędnego! Jestem przekonany, że wielu polityków myśli podobnie!
Chciałem podać parę użytecznych linków i włosy zjeżyły mi cię na głowie! Chaos, jaki jest w polskiej wersji Wikipedii woła o pomstę do nieba!! Szczerze mówiąc w innych wersjach językowych jest niewiele lepiej.
Banki centralne określają trzy główne rodzaje stóp procentowych. Pierwszą jest tzw. stopa lombardowa w języku angielskim określana jako bank rate albo discount rate , w niemieckim Lombardsatz. Określa ona oprocentowanie krótkoterminowych pożyczek, jakich bank centralny udziela bankom komercyjnym. Pożyczki te, są im potrzebne jedynie do rozliczeń międzybankowych. Jeśli klienci banku komercyjnego, lub sam bank, dokonują kilku naprawdę dużych transakcji lub operacji giełdowych, może się zdarzyć, że ich suma będzie większa niż stan konta rezerw w banku centralnym. Jeśli bank spodziewa się, że dopiero za parę dni wpłyną na jego konto odpowiednie sumy, bierze na ten czas pożyczkę w banku centralnym. Są to pożyczki jedynie krótkoterminowe, faktycznie jedynie na kilka dni.
Drugą jest stopa międzybankowa. W USA zwana Federal funds rate, w Europie są to Libor w Anglii a w strefie Euro – Eonia. Przyczyna kredytu jest identyczna jak przy stopie lombardowej, ale kredyt udzielany jest między bankami komercyjnymi i na okres jednej nocy (overnight).
Trzecią jest stopa depozytowa [1], [2]. Określa ona wysokość oprocentowania sum, przekraczających rezerwę obowiązkową, tzw. nadpłynność, jakie znajdują się na kontach banków komercyjnych w banku centralnym. W strefie Euro i w paru innych krajach oprocentowanie to jest ujemne (-0,4%).
Widzimy wyraźnie, że wszystkie te stopy procentowe nie mają kompletnie nic wspólnego ani z kredytami, ani z naszymi oszczędnościami! Owszem, mają one niewielki wpływ na rentowność banków i mogą w pośredni sposób przełożyć się także na oprocentowanie kredytów i naszych kont, są to jednak zmiany praktycznie niezauważalne. Jedyne, co ma na nie wpływ, to sytuacja finansowa banków i sytuacja na rynku.

Skoro już odbiegłem od tematu, to powiedzmy sobie teraz trochę o teoriach związanych z pieniądzem. Istnieją dwie główne teorie, które starają się między innymi wyjaśnić czym jest pieniądz i kto powinien go emitować: Currency School, określana inaczej jako Chartalism (czartalizm) oraz Banking School.
Currency School wymaga rozdziału emisji pieniądza od działalności bankowo-kredytowej. Uważa, że pieniądz jest tworem prawnym, więc także prawo do jego emisji i kontrolę nad ilością pieniędzy w obiegu, może mieć jedynie państwo – jednostka, która to prawo tworzy i gwarantuje. Natomiast używanie pieniądza w szeroko pojętej gospodarce, jest już sprawą prywatną, podlegającą „prawom rynku” (jakby takowe w ogóle istniały!).
Banking School traktuje zarówno tworzenie pieniędzy, jak i udzielanie kredytu, jako jeden proces, który, jako element prywatnej gospodarki, powinien być sterowany jedynie przez rynek. Według tej teorii pieniądz jest elementem neutralnym, wpływającym wprawdzie na ceny i sytuację majątkową w społeczeństwie, niebędącym jednak w stanie zmienić struktury gospodarki. Ilością pieniędzy w obiegu najlepiej steruje więc rynek.
Ale pieniądz wcale nie jest w gospodarce elementem neutralnym! Pieniądz jest neutralny jedynie w handlu, gdzie zastępuje wymianę towar za towar. Banking School całkowicie ignoruje inną funkcję pieniądza – finansowanie. Przy pomocy pieniędzy można sterować gospodarką równie skutecznie jak w gospodarce nakazowej! Wystarczy na coś nie dać pieniędzy, albo powiedzieć – owszem, dostaniesz, jak spełnisz moje warunki.

Ale wyjaśnijmy sobie wreszcie jak miałby wyglądać system monetarny oparty na Pieniądzu Suwerennym. Jego zwolennicy są uczniami Currency School, więc, jak już napisałem powyżej: pieniądze miałby prawo emitować wyłącznie państwowy bank centralny i tylko one znajdowałyby się w obiegu. Banki utraciłyby więc przywilej kreacji pieniędzy poprzez tworzenie depozytów bankowych. Specjalnie użyłem słowa „kreacja” a nie „emisja”, bo to nie to samo! Prawo do emisji pieniędzy ma także dziś jedynie bank centralny, ale dotyczy ono jedynie de facto gotówki i rezerw na kontach banków komercyjnych, które wyłączone są z obiegu gospodarczego i służą jedynie do rozliczeń międzybankowych. Na czym polega kreacja pieniędzy przez banki i czym różni się od emisji? Obrazowo można cały proces przedstawić następująco: załóżmy, że ktoś bierze kredyt w wysokości 100.000 PLN. Na koncie kredytobiorcy po stronie „ma”, bank wpisuje kwotę kredytu, czyli 100.000 PLN, po stronie „winien” – tę samą kwotę plus odsetki. To wszystko! Używając terminologii z zakresu księgowości – bank dokonał zwiększenia sumy bilansowej. Bank wykreował w ten sposób 100.000 PLN, które kredytobiorca wydaje i w ten sposób trafiają one do obiegu gospodarczego. Równocześnie bank (w formie odsetek) kasuje opłatę (tzw. seigniorage), którą w normalnych warunkach powinien otrzymać emitent tej sumy. Gdy kredyt zostanie spłacony, konto klienta ulega wyzerowaniu i kwota ta znika z obrotu gospodarczego. Aby było jeszcze śmieszniej, znika większa suma, gdyż nie wykreowano pieniędzy na odsetki i ilość pieniędzy w obiegu zostaje o tę sumę pomniejszona!

Jak wyglądałaby rzecz cała z Pieniądzem Suwerennym? Po pierwsze oddzielone zostałyby od siebie emisja i kredyt, które w obecnym systemie są jednością. Raz wyemitowany przez bank centralny pieniądz, pozostałby nadal w obiegu (chyba, że zostałby wycofany – także przez bank centralny). Banki komercyjne musiałyby więc faktycznie posiadać pieniądze do udzielania kredytów. Jak wyglądałby zatem powyższy przykład? Bank pomniejsza swoje konto w banku centralnym o 100.000 PLN i przelewa je na konto kredytobiorcy. Z jego konta pieniądze trafiają do obiegu gospodarczego. Po spłacie kredytu nie znikają jednak, lecz trafiają z powrotem na konto banku – gotowe do powtórnego użycia. Obrazowo można powiedzieć, że wszystkie operacje wyglądałyby identycznie, gdybyśmy używali gotówki – bank musiałby wyjąć ją ze skarbca, dać kredytobiorcy, a po spłacie kredytu trafiłaby z powrotem do skarbca – gotowa do ponownego użycia.

Jakie byłyby konsekwencje reformy dla wszystkich obywateli? W ogromnej większości pozytywne! Przede wszystkim bylibyśmy właścicielami naszych pieniędzy. Reformatorzy przedstawiają różne możliwości prowadzenia kont:

– każdy obywatel miałby swoje konto w banku centralnym i to on prowadziłby wszystkie operacje na tych kontach
– banki komercyjne prowadziłyby rozliczenia obywateli poprzez konta zbiorcze, konta indywidualne byłyby w banku centralnym
– odwrotnie, banki komercyjne prowadziłyby konta indywidualne, konta zbiorcze byłyby w banku centralnym
– banki komercyjne przejęłyby zarówno prowadzenie kont, jak i rozliczenia obywateli

W tym miejscu należy zwrócić uwagę na dwie rzeczy.
Po pierwsze: wszelkie konta obywateli w bankach komercyjnych byłyby wydzielone z bilansu banku. Byłyby zatem w pełni zabezpieczone przed upadkiem banku, gdyż nie wchodziłyby w skład masy upadłościowej. Podobnie jak jest to dzisiaj z depozytami papierów wartościowych – bank nie jest ich właścicielem, jedynie depozytariuszem, więc są one w pełni bezpieczne w wypadku plajty banku.
Po drugie: konta byłyby nieoprocentowane. Niewykluczone (a właściwie pewne jest), że pobierane byłyby opłaty za ich prowadzenie.

Skąd banki brałyby pieniądze na kredyty? Przede wszystkim używałyby własnych pieniędzy. Drugim źródłem byłyby rynki finansowe. W razie potrzeby, kredytu mógłby udzielić oczywiście bank centralny. Wreszcie mogłaby się także zrealizować obecna bajeczka dla grzecznych dzieci, mówiąca, że banki używają naszych oszczędności do udzielania kredytów. Oczywiście nie odbywałoby się to automatycznie i nie wyglądałoby to jak w bajeczce! Oszczędzający musiałby po pierwsze wyrazić na to zgodę, po drugie określić sumę, jaką dałby do dyspozycji banku i po trzecie, na jaki czas. Na ten czas jego konto zostałoby pomniejszone o tę sumę. Po upływie ustalonego czasu pożyczona suma wpłynęłaby z powrotem na konto wraz z obiecanymi odsetkami. Albo i nie! Jak w wypadku każdego kredytu, wierzyciel musi się liczyć z możliwością niespłacenia części lub całego kredytu. Autorzy reformy nic nie mówią, kto ponosiłby ryzyko – bank, czy oszczędzający?

Jak wprowadzano by Pieniądz Suwerenny? Autorzy preferują metodę „z dnia na dzień”. W ciągu nocy agregaty pieniężne M1 stałyby się Pieniądzem Suwerennym. Agregaty M0, czyli baza monetarna, są już w tej chwili de facto Pieniądzem Suwerennym. Możliwe byłoby także przejście stopniowe, trwające dłuższy okres czasu.

Ale wprowadzenie Pieniądza Suwerennego nie oznaczałoby wymianę badziewia stworzonego przez banki na prawdziwe pieniądze! O tę sumę zostałoby odpowiednio zmniejszone zadłużenie państwa. W strefie Euro, w zależności od kraju, byłoby to nawet do 90% zadłużenia. Oprócz tego, przez pewien czas, Pieniądz Suwerenny trafiałby do budżetu państwa i poprzez jego wydatki wprowadzany byłby do obiegu gospodarczego. Nadmienić należy, że nie trafiałby ani jako dług, ani nie byłby oprocentowany. W ten sposób możliwe byłoby spłacenie pozostałej części zadłużenia. Inną formą wprowadzania pieniędzy do gospodarki byłyby kredyty banku centralnego dla banków komercyjnych, które umożliwiłyby im działalność kredytową. Bank centralny obserwowałby sytuację na rynku, i w momencie optymalnego nasycenia go nowymi pieniędzmi, zakończone zostałoby przekazywanie pieniędzy do budżetu państwa.

Autorzy reformy nic nie wspominają o pozostałych agregatach – M2 i M3. Są to długoterminowe zobowiązania banków, więc przypuszczać można, że zakłada się, że do tego czasu banki będą mieć już wystarczającą ilość Pieniądza Suwerennego dla realizacji tych zobowiązań.

Czy Pieniądz Suwerenny rozwiązałby wszystkie wady obecnego systemu monetarnego? Odpowiedź jest jedna: nie. Autorzy sami to przyznają. Ale jego wprowadzenie oznaczałoby odzyskanie suwerenności państwa i banków centralnych nad emisją pieniędzy i zakończenie niekontrolowanego tworzenia ich przez banki komercyjne. Jest to niezbędny krok do ewentualnych dalszych reform. Dla zwykłego obywatela oznaczałoby także pewność, że jego pieniądze nie przepadną w wypadku plajty banku. W wypadku powtórki z rozrywki – kryzysu z 2008 roku – banki mogłyby spokojnie splajtować i nie trzeba by ich ratować po to, aby ratować cały system monetarny. To już całkiem sporo!

Ale jest jeszcze nadzieja na wprowadzenie Pieniądza Suwerennego niejako tylnymi drzwiami. Paradoksalnie jego idea została przejęta przez wiele banków centralnych, które rozważają możliwość wprowadzenia go do obiegu, głównie jako elektronicznego odpowiednika gotówki. Najwidoczniej ktoś poszedł po rozum do głowy i stwierdził, że likwidacja gotówki nie jest taką prostą sprawą. We wszystkich krajach jest to jedyny, ustawowy środek płatniczy, więc pozbawienie obywateli dostępu do niego nie byłoby możliwe bez zmiany wielu przepisów, nierzadko także konstytucji. Poza tym, po likwidacji gotówki, ktoś mógłby powiedzieć, że banki centralne nie są już potrzebne.

Jako jeden z pierwszych był znowu Bank of England, który wystąpił z inicjatywą Central Bank Issued Digital Currency (CBDC) [1], [2].

Co ciekawe, także amerykański Fed także zastanawia się nad wprowadzeniem powszechnie dostępnej waluty elektronicznej. Rozważa się nawet udostępnienia amerykańskiego systemu rozliczeń międzybankowych – Fedwire – dla wszystkich obywateli „Fedwire for all” [1], [2], [3]

Bodajże czy nie najdalej jest szwedzki bank centralny Sveriges Riksbank. Szwecja przoduje w likwidacji gotówki, więc tamtejszy bank centralny wpadł na pomysł, aby dać obywatelom jej elektroniczny odpowiednik: e-Koronę.

Nie będę tu wdawał się w skomplikowane szczegóły, jakie różnią te projekty. Są bardzo ciekawe, ale niewielu zainteresują. Jest ich też całkiem sporo. Różnice polegają głównie na sposobie, w jaki miałby być wprowadzany nowy pieniądz i na możliwości wymiany na niego dotychczasowych depozytów bankowych. Wspólną cechą wszystkich projektów jest pomysł rozszerzenia obecnego systemu rozliczeń międzybankowych, na wszystkich obywateli. Przypomnę, że sumy, jakie znajdują się na kontach banków komercyjnych w banku centralnym, są równoważne z gotówką. Gotówka jest po prostu ich „namacalną formą”. Do wymiany na gotówkę, banki nie mogą użyć depozytów, ale jedynie swoich rezerw z kont w banku centralnym. Podobnie jak obecnie banki komercyjne, obywatele mieliby zatem dodatkowe konta w banku centralnym i rozliczali by się za pośrednictwem banku centralnego i w jego (prawdziwych!) pieniądzach, które znajdowałyby się na tych kontach; podobnie jak obecnie banki pomiędzy sobą.
Jest wiele propozycji rozwiązań technicznych dla tych rozliczeń, niektóre przewidują pośrednictwo banków komercyjnych, inne nie. Najczęściej proponuje się system kart płatniczych. Ale prawie wszyscy nie wykluczają także użycia techniki blockchain. Przy tej okazji, w wielu opisach i komentarzach, widać wyraźnie niezrozumienie szczegółów technicznych. Często utożsamia się tę technikę z samą kryptowalutą. Użycie techniki blockchain byłoby bardzo ciekawe, gdyż w zależności od szczegółów technicznych, mogłaby ona umożliwić bezpośrednie rozliczenia między właścicielami kont – bez pośredników. Byłaby zatem w stanie zapewnić duży stopień anonimowości – podobnie jak obecnie gotówka.

W propozycjach i w dyskusjach wokół tych połowicznych reform, widać wyraźnie rozbieżność interesów banków komercyjnych i banków centralnych. Na razie nie jest to otwarta wojna, ale nie wiadomo, co wydarzy się w najbliższej przyszłości. Banki centralne coraz bardziej boją się utraty swojej pozycji, banki komercyjne nie chcą utracić przywileju tworzenia pieniędzy. Sądzę, że decydująca będzie tu pozycja rządów. W tej chwili wydają się one siedzieć okrakiem na barykadzie. Dodatkowo dochodzi do tego kompletna niewiedza decydentów, którzy czekają jak rozwinie się sytuacja. Ani banki centralne, ani rządy nie wykorzystały kryzysu z 2008 roku do chociażby częściowego uwolnienia się z żelaznego uścisku banków komercyjnych. Banki centralne ukręciły poza tym pętlę na własną głowę. Dzięki quantitative easing banki komercyjne zostały wyposażone w spory zapas rezerw, który przy następnym kryzysie, pozwoli im przetrwać pewien okres niepewności w handlu międzybankowym i jeszcze bardziej uniezależnia je od stóp procentowych banków centralnych. Przy następnym kryzysie decydująca będzie postawa rządów. Kolejny bail-out, czyli ratowanie banków pieniędzmi podatników, nie wchodzi już w grę. Poza tym będą to sumy tak ogromne, że nikt nawet nie będzie brał pod uwagę takiej możliwości. Konieczne będzie bail-in, czyli użycie pieniędzy wierzycieli. A któż to są, ci wierzyciele? Wszyscy, których potocznie nazywa się klientami banków, czyli praktycznie my wszyscy! Ktoś powie: Islandia to zrobiła. Ale klientami/wierzycielami tamtejszych banków byli głównie cudzoziemcy, w większości Anglicy, skuszeni korzystnym oprocentowaniem. Nie są oni islandzkimi wyborcami! Obywateli islandzkich w dużej mierze ochroniły gwarancje rządowe, poza tym gniew społeczny został umiejętnie przekierowany na bankierów, z których paru wylądowało za kratkami. W innych krajach taka sztuczka nie przejdzie.

Roztrwonienie pieniędzy z naszych podatków jest dla nas niezauważalne, jest zbyt abstrakcyjne. Ale ogołocenie naszych kont z oszczędności często kilku pokoleń, to coś innego! Już Machiavelli napisał, że poddani wybaczą zabicie ojca, ale nie wybaczą zabrania ojcowizny.

 

USA – Unsettled States of America

Piszę ten tekst parę dni po helsińskim spotkaniu Trumpa z Putinem 16.07.2018 roku. Już sama zapowiedź tego spotkania wywołała w zachodnich mediach niesamowity jazgot. U nas także nie było inaczej. Dominowało straszenie nową Jałtą [1], [2], [3]. Po spotkaniu okazało się, że strach ma wielkie oczy. Byłem pewny, że po tym spotkaniu, zachodnie media wyleją na Trumpa wiadro pomyj, ale nie doceniłem ich! Wylały całe szambo! Nie ma sensu podawać linków – gdziekolwiek się nie kliknie, jest to samo. W całym tym medialnym zgiełku, brakuje jednak rzetelnej analizy tego, co się stało. Zastanówmy się zatem nad tym. Właściwie wiemy tyle, co nic. Spotkali się dwaj przywódcy największych mocarstw, zamiast szczerzyć na siebie kły i warczeć, podali sobie ręce i grzecznie pogadali ze sobą. To właściwie wszystko. I czego tu się czepiać? Czy tak nie powinno być? O co więc chodzi w całej tej medialnej awanturze? Najkrócej i najdosadniej ujął to Paul Craig Roberts w pytaniu: czy Trump jest zdrajcą, bo chce pokoju z Rosją? No właśnie – po jaką cholerę Ameryce potrzebny jest prezydent, który jeszcze nie wywołał żadnej wojny!!

Jakie były tematy rozmowy? Poruszyć miano co najmniej pięć tematów: rosyjskie mieszanie się w amerykańskie wybory (!?), sytuację w Syrii, kontrolę zbrojeń, „aneksję” Krymu i sankcje gospodarcze wobec Rosji.

Nie mam zamiaru tracić czasu na zarzuty rosyjskiej manipulacji wyborczych w USA. Każdy zdrowy na umyśle człowiek musi się tu jedynie postukać w głowę. Jak niby te manipulacje miałyby wyglądać? Tych parę prywatnych ogłoszeń w prasie i na stronach mediów społecznościowych miałoby przekonać setki tysięcy lub nawet miliony wyborców w USA i zmienić wyniki wyborów??? Już sam taki zarzut świadczyłby o tym, że amerykańskie społeczeństwo nie ma zaufania do własnych mediów. Że Rosja ma mieć jakieś „kwity” na Trumpa, którymi może go szantażować? To dziecinne! Podobnie jak było z miejscem urodzin Obamy. Stanowisko przywódcy największego mocarstwa to nie stanowisko stróża nocnego (przepraszam wszystkich stróżów nocnych)! Ci ludzie są sprawdzani na wszelkie możliwe sposoby. Każdy dzień życiorysu, każdy zarobiony i wydany dolar! I robią to nie tylko służby specjalne! Opozycja także szuka i stara się do wszystkiego przyczepić.

Jakie były wyniki rozmowy? Czy korzystne dla Rosji? Absolutnie nie! Nawet nie wspomniano słowem o zniesieniu sankcji. Podobnie było z uznaniem „aneksji” Krymu i sytuacją na Ukrainie. Jeszcze nie wiadomo, co ustalono w sprawie Syrii i kontroli zbrojeń, ale nie sądzę, że Rosja wiele na tym polu ugrała. Może nieco w Syrii, ale o tym za chwilę. Właściwie nadal jest więcej pytań niż odpowiedzi. Na podstawie tego, co na razie wiemy, absolutnie nie można powiedzieć, że Trump w jakiś sposób zdradził interesy Ameryki. Podobnie, jak Kim z północnej Korei, Putin, jak na razie, może jedynie pochwalić się tym, że zechciano z nim rozmawiać.

Już parę razy wspominałem, że Putin jest dla Rosji darem niebios, a wysłannikiem piekieł, dla Zachodu. Era pijanicy – Jelcyna przyzwyczaiła Zachód do tego, że z Rosją można zrobić prawie wszystko: rozkradać dobra naturalne, zmuszać do jednostronnego rozbrojenia, łamać porozumienia i rozszerzać NATO o państwa Europy Wschodniej, destabilizować kraj, demoralizować społeczeństwo. Putin skończył z tym i w dużej mierze przywrócił Rosji poczucie bycia mocarstwem. Zachód najwyraźniej nie ma zamiaru się z tym pogodzić. Cały czas można zaobserwować co najmniej pięć punktów, które wyróżniają politykę Zachodu, a szczególnie USA wobec Rosji:

– amerykańskie przygotowania do wojny przeciw Rosji na terenie Europy zachodniej. Część wschodniej Europy (nasz kraj) sama się do tego pali.

– oddzielenie Rosji od Europy zachodniej poprzez rozpalanie konfliktów pomiędzy państwami dawnego Układu Warszawskiego i Rosją.

– rozniecanie konfliktów zbrojnych na granicach Rosji, w miejscach, gdzie mogłyby rozszerzyć się na jej terytorium (Ukraina i Gruzja).

– kwestionowanie demokracji i praworządności w Rosji, aby podważyć praworządność tamtejszych rządów.

– niedopuszczanie do traktowanie Rosji, jako równoprawnego partnera, który mógłby w jakiś sposób podważać amerykańską dominację.

Nie widać, aby Trump odchodził od któregoś z tych punktów.

Ale cała ta medialna wrzawa pokazała nam jedną rzecz, na którą prawie nikt nie zwraca uwagi: USA są podzielone, jak nigdy od czasów wojny secesyjnej. To nie są już „Unites States” – Stany Zjednoczone! Do tej pory, obojętnie jaki prezydent został wybrany, była jakaś ciągłość. Obie partie – republikanie i demokraci, były lewym i prawym skrzydłem tego samego amerykańskiego orła. Teraz coś gotuje się pod powierzchnią. Dlatego określiłem je (aby zachować w skrócie „U”), jako „Unsettled States” – Niespokojne Stany. Nad okolicznościami wyboru Trumpa zastanawiałem się już wcześniej [1], [2], [3]. Nadal zastanawiam się nad tym, kto za nim stoi. Musimy zrozumieć, że prezydent USA ma wprawdzie ogromną władzę, ale nie ma władzy absolutnej, nie jest dyktatorem. Jest także niewolnikiem oligarchii – sprawującej de facto rządy w USA. Nie jest także „człowiekiem znikąd”. Zawsze jest przedstawicielem jakiejś grupy interesu, która sfinansowała mu medialny cyrk, zwany kampanią wyborczą. Do tej pory różnice między tymi grupami były marginalne, teraz wszystko wskazuje na to, że gra idzie o większą stawkę. Pytanie, o jaką? Nie sądzę także, że Trump jest takim idiotą, żeby nie zdawać sobie sprawy z tego, czym ryzykuje, prowadząc swoją politykę. Musi wiedzieć, że stoi za nim siła, która jest w stanie go obronić. W dużej mierze podzielam opinię Thierry Meyssana, że Trump został wyniesiony do władzy przez środowiska, które chcą powrotu do amerykańskiej dominacji poprzez gospodarkę, a nie poprzez rozniecanie nowych wojen [1], [2]. Oczywiście, jak to trafnie zauważył, wspomniany wyżej Paul Craig Roberts, jest to wbrew interesom kompleksu przemysłowo-zbrojeniowego. A to jest już praktycznie wyrok śmierci! Aby w jakiś sposób odsunąć śmiertelne zagrożenie, podsuwa się mu zagraniczne zamówienia [1], [2], mające zrównoważyć zmniejszenie własnych zamówień. Temu celowi służy także wymuszanie na partnerach z NATO zwiększanie budżetów obronnych oraz straszenie zabraniem amerykańskiego „parasola obronnego” i pozostawieniem sam na sam z rosyjskim niedźwiedziem. To także ma napędzić nowych klientów.

Że taki jest cel grupy, która wyniosła do władzy Trumpa, świadczą także działania administracji mające na celu zmniejszenie amerykańskiego deficytu handlowego (m. in. wojna celna) i naciski na przemysł do tworzenia nowych miejsc pracy.

Czy odzyskanie światowej dominacji poprzez gospodarkę i związane z tym stworzenie nowych miejsc pracy, może się udać? Na pewno nie. A przynajmniej nie tymi metodami. Jedno jest pewne – metody te nie stworzą w USA miejsc pracy (o ile w ogóle jakieś stworzą), z których dałoby się wyżyć. Już dzisiaj kraj ten ma ogromne problemy społeczne, które coraz szybciej się pogłębiają: narkomania [1], [2], wzrost samobójstw czy bezdomność dotykająca nawet ludzi pracujących [1], [2], ponad 40 milionów, których nie stać na jedzenie. O tak oczywistych i typowych dla USA rzeczach jak ogromna przestępczość czy problemy rasowe nawet nie warto wspominać. Do tego dochodzi jeszcze rozpadająca się infrastruktura, której od całych dziesięcioleci nie tknęła niewidzialna ręka rynku, upadające szkolnictwo, system ochrony zdrowia, system emerytalny… Właściwie nie można wymienić niczego, co funkcjonowałoby bez zarzutu. Nawet przemysł zbrojeniowy dostarcza jedynie knoty! Wszystko to pogłębiają problemy międzynarodowe związane z ogromnym deficytem handlowym i zadłużeniem.

Trzeba sobie szczerze i otwarcie powiedzieć, że są to problemy systemowe, których nie rozwiąże wybór takiego, czy innego rządu. Takie problemy, jak do tej pory, zawsze i wszędzie rozwiązywały jedynie wojny i rewolucje. Klasy, będące beneficjentami takiego systemu, nigdy nie ustępują dobrowolnie. Dopiero katastrofa może coś zmienić.

Aha, wspominałem o Syrii… Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości – ekspertyza prawna niemieckiego Bundestagu mówi wyraźnie, że rosyjska obecność w Syrii jest zgodna z prawem i służy zachowaniu pokoju, obecność USA jest nielegalna, służy wywołaniu wojny i destabilizacji kraju. Rosyjska obecność w Syrii jest coraz częściej postrzegana, jako element stabilizujący dla całego bliskiego wschodu. Dostrzegł to także Izrael. Zauważyliście Państwo jak często Netanjahu jeździ ostatnio do Moskwy? Chyba nawet częściej niż do Waszyngtonu! Na ostatniej paradzie zwycięstwa, 9 maja 2018 roku, nawet zasuwał w nieśmiertelnym pułku z portretem rosyjskiego Żyda walczącego w szeregach Armii Czerwonej! Strona rosyjska także nie zostaje dłużna i mówi coś, co miłe dla uszu w Izraelu: że w wypadku irańskiej agresji, Rosja będzie po stronie Izraela [1], [2]. Wprawdzie bezpośredni atak irański jest praktycznie niemożliwy, ale możliwy jest atak pośredni, poprzez irańskie siły walczące w Syrii i wspomagające siły rządowe. Z pewnością był to jeden z tematów rozmowy Trumpa z Putinem. Zwłaszcza, że temat ten dotyczy Trumpa niejako osobiście – jego zięć, Jared Kushner, próbuje doprowadzić do pokoju na bliskim wschodzie [1], [2]. Rosja ma wprawdzie spore możliwości wpływania na Iran, ale nie są to możliwości nieograniczone. Z pewnością nie chciałaby także osłabiać swego sojusznika Assada i doprowadzać do wycofania irańskich bojowników z Syrii. Zdaje się, że już raz polecałem stronę voltairenet.org. Jeśli kogoś interesują sprawy bliskiego wschodu, jest to bodajże najlepsze źródło. Śledzę ją już od wielu lat i zaskakująco wiele ich przepowiedni sprawdziło się. Kto wie, czy nie sprawdzi się także przepowiednia wysłania rosyjskich wojsk lądowych do Syrii (jak na razie jest tam oficjalnie jedynie lotnictwo i siły pomocnicze – głównie saperzy i personel medyczny). Siły te, rozlokowane wzdłuż granicy syryjsko-izraelskiej byłyby rodzajem buforu chroniącego Izrael przed atakami irańskich bojowników. Ciekawe, jaką cenę gotowe są zapłacić USA i Izrael. Поживём – увидим pożyjemy – zobaczymy.

Wyobrazić sobie niewyobrażalne cz. 1

Motto:
Bankierstwo rozpędź ‒ i spraw, Panie,
By pieniądz w pieniądz nie porastał
Julian Tuwim
Kwiaty polskie – Sprawiedliwość

Jak do tej pory zajmowałem się krytyką obecnego systemu monetarnego. Ktoś mógłby powiedzieć: krytykować każdy głupi potrafi! I miałby rację. Na swoje usprawiedliwienie powiem jedynie, że nie jestem pod tym względem osamotniony. Jak do tej pory powstało bardzo niewiele propozycji reform systemu monetarnego. Na dodatek większość z nich powstała w „zamierzchłych” czasach, gdy gospodarka wyglądała zupełnie inaczej. Inaczej wyglądały także rozliczenia. Powszechnie używano gotówki i nikomu nie śniło się jeszcze o komputerach. Dodatkowo praktycznie wszystkie propozycje reform systemu monetarnego, z którymi się do tej pory spotkałem, obarczone były jednym, kardynalnym błędem: nie uwzględniały tego, że system monetarny nie funkcjonuje w próżni. Że powiązany on jest z systemem gospodarczym, politycznym i społecznym. Że w dużej mierze kształtuje je. Za beneficjentów obecnego systemu powszechnie uważano i nadal uważa się jedynie osoby najbogatsze i bliżej nieokreślonych „bankierów” – w domyśle właścicieli banków. Nie uwzględnia się tego, że beneficjentami, wprawdzie niekoniecznie finansowymi, są także osoby bezpośrednio lub pośrednio związane zawodowo z obecnym systemem. Którym system ten zapewnia miejsca pracy i – często wysoką – pozycję społeczną.
Jedynie w jednej, znanej mi, propozycji zmian, autorzy zauważyli, że bodajże największą przeszkodą na drodze zmian, jesteśmy my sami. W czasie wielkiego kryzysu, Irving Fisher próbował przekonać amerykański rząd do wprowadzenia pieniądza oprocentowanego ujemnie. Inspiracją były prace Silvio Gesella oraz sukcesy tzw. eksperymentu z Wörgl. Hans R. L. Cohrssen, współpracownik Irvinga Fishera, wspominał później: „In summary we can say that the technical difficulties of attaining currency stability seem minor in comparison to the general lack of understanding of the problem itself. As long as the „Money Illusion” is not overcome it will be virtually impossible to muster the political will power necessary for this stability.” – Podsumowując, można powiedzieć, że trudności techniczne związane z osiągnięciem stabilności monetarnej, wydają się niewielkie w porównaniu z ogólnym brakiem zrozumienia samego problemu. Dopóki nie uda się przezwyciężyć „monetarnej iluzji”, to niemożliwe będzie osiągnięcie konsensusu politycznego, niezbędnego dla osiągnięcia tej stabilności (tłumaczenie moje).
Od tysięcy lat mamy do czynienia z jedną formą pieniądza. Nie potrafimy wyobrazić sobie innej. Z pieniądzem jest trochę tak, jak z pojmowaniem otaczającego nas świata. Nasze zmysły pozwalają jedynie na zrozumienie świata o trzech wymiarach. Chociaż matematycznie potrafimy operować w przestrzeni o dowolnej ilości wymiarów, nie potrafimy jej sobie jednak wyobrazić. Ba, wbrew pozorom nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie przestrzeni jedno i dwuwymiarowej! Podobnie jest z pieniądzem. Dochodzi do tego jeszcze, całkowicie naturalna i zrozumiała, bariera psychologiczna – strach przed nieznanym. Po co zmieniać coś, co jakoś funkcjonuje? Nie można też pominąć bariery intelektualnej, która nie pozwala na zrozumienie tego, że niestety, ale nasz pieniądz nie funkcjonuje dobrze. Po prostu większość nie jest w stanie zrozumieć destrukcyjnych mechanizmów obecnego systemu monetarnego. Wspomnieć też należy o wielowiekowej manipulacji. Pisałem już, że antropolodzy przypuszczają, że pieniądz mógł powstać w świątyniach. Istnieje wiele frapujących podobieństw pomiędzy metodami manipulacji, jakich używają kapłani takiego, czy innego boga i kapłani pieniądza.
Mam nadzieję, że teraz rozumiecie Państwo, skąd wzięło się w tytule tego wpisu słowo „niewyobrażalne” i mój podświadomy opór do pisania o czymś, o czym wiem, że jest nierealne i właśnie niewyobrażalne. Spróbuję jednak przełamać ten opór, i w kilku następnych odcinkach odpowiedzieć na pytanie, jakie kryteria powinien spełniać dobrze funkcjonujący system monetarny oraz przedstawić kilka, moim zdaniem najciekawszych, propozycji reform systemu monetarnego.

Dla tych, którzy trafili tu pierwszy raz i dla tych, którzy zapomnieli, wyjaśnię w skrócie zasady funkcjonowania obecnego systemu monetarnego:

• W naszym systemie monetarnym, pieniądze kreują banki centralne i pożyczają je bankom komercyjnym. Kreują one jedynie ok 2% wszystkich pieniędzy będących w obiegu (gotówka). Dochodzą do tego jeszcze sumy na kontach banków komercyjnych w bankach centralnych.
• Pozostałe sumy to jedynie pozycje na kontach banków komercyjnych – nie są to jednak „prawdziwe” pieniądze.
• Nowy pieniądz może trafić do obiegu, jedynie w formie oprocentowanego kredytu. Monopol na jego udzielanie mają banki komercyjne.
• Wbrew obiegowej opinii, nie pożyczają one pieniędzy wykreowanych przez bank centralny ani pieniędzy będących na kontach oszczędnościowych. Kredyty kreowane są po prostu, jako operacje księgowe.
• „Prawdziwe” pieniądze, kreowane przez banki centralne, używane są wyłącznie do rozliczeń – w formie gotówki i przelewów pomiędzy kontami banków komercyjnych w banku centralnym.
• Do obiegu trafia jedynie tyle pieniędzy, ile wynosi suma kredytów. Spłata wszystkich kredytów, spowodowałaby brak pieniędzy w obiegu.
• Nie są kreowane pieniądze na oprocentowanie, w obiegu nie ma zatem pieniędzy na jego spłatę. Uniemożliwia to także spłatę wszystkich kredytów.
• Na spłatę oprocentowania musi zostać zaciągnięty nowy, wyższy, kredyt, albo zostać oddana część posiadanego kapitału (zubożenie).
• Obieg pieniędzy w naszej gospodarce jest obiegiem zamkniętym. Oszczędności i nadmiar kapitału, muszą wrócić do obiegu – także w formie kredytu. W przeciwnym razie nie będzie pieniędzy w obiegu.
• Ten powrót jest także „wynagradzany” poprzez oprocentowanie.
• Taki system powoduje wykładniczy wzrost zadłużenia (procent składany, efekt kuli śnieżnej), oraz koncentrację kapitału w rękach coraz mniejszej grupy ludzi.
• Czynnikiem umożliwiającym branie (coraz wyższych!) kredytów, potrzebnych na spłatę oprocentowania, jest wzrost gospodarczy.
• Wzrost gospodarczy nie jest nieskończony i odbywa się liniowo (o ile w ogóle), więc po jakimś czasie nie jest on w stanie skompensować wykładniczego wzrostu zadłużenia.
• Zaczyna brakować nowych kredytobiorców, a więc także pieniędzy w obiegu gospodarczym.
• Dochodzi do nacisku na obniżenie wysokości oprocentowania, więc kapitał, z sektora gospodarczego, przenosi się na giełdę – czyli w stronę spekulacji.
• Powoduje to dalszy spadek ilości pieniędzy w obiegu gospodarczym, i co za tym idzie – deflację.
• W obliczu deflacji, państwo zmuszone jest przejąć rolę kredytobiorcy i w ten sposób zwiększyć ilość pieniędzy w obiegu.
• Spłatą kredytów obciążani są obywatele poprzez wzrost podatków dla najmniej zarabiających, cięcia socjalne i prywatyzację majątku państwa (czyli społeczeństwa!).
• W końcowym etapie, obciążenie kredytem przerasta możliwości jego spłaty i dochodzi do kolapsu systemu monetarnego.
• Wszystkie dotychczasowe kolapsy systemu monetarnego „ukrywane” były pod płaszczykiem wojny.

Obszerniej wyjaśniam wszystko w moim wstępie.
Akurat niedawno odkryłem stronę, której autor także opisuje historię pieniądza i wyjaśnia mechanizmy jego funkcjonowania. Mam ostatnio mało czasu, więc jeszcze nie zapoznałem się z nią bliżej, ale wygląda zachęcająco. Linki pod tekstem są dowodem na to, że także moje wypociny zainspirowały autora. Cieszy mnie to niezmiernie! Tekst napisany jest na wesoło, więc może dotrze do tych osób, które odstrasza moje ględzenie. Coś mi się zdaje, że już gdzieś spotkałem ten styl…;-)

Podobnie, jak wszyscy inni krytycy obecnego systemu monetarnego, określam mechanizm wzrostu zadłużenia (i równoczesnego wzrostu majątków) słowem „kredyty”. Jest to jednak ogromne uproszczenie. Właściwie powinno się tu użyć określenia „dochody kapitałowe”. W moim wstępie wyjaśniłem, że właśnie te dochody, a nie stosunki własnościowe, są kwintesencją definicji kapitalizmu. Oprocentowany kredyt jest tylko jedną z form dochodów kapitałowych. Wszyscy reformatorzy systemu monetarnego, koncentrują się w swoich propozycjach na zerowym oprocentowaniu kredytów. Wprawdzie jest to konieczny i główny element każdej reformy monetarnej, ale nie jedyny. Zapomina się, że nie tylko kredyty (oprocentowane), są formą transferu kapitału od tych, którzy mają go za mało, do tych, którzy mają go w nadmiarze. Podobnym mechanizmem są np. akcje lub obligacje. Tu także, ci, którzy dają do dyspozycji swój niepotrzebny kapitał, żądają za to dywidendy lub oprocentowania. Ta forma dochodów kapitałowych stała się w obecnej gospodarce formą dominującą! Dochody uzyskiwane tą drogą dawno przewyższyły już dochody z kredytów. Nic więc dziwnego, że klientami funduszy inwestycyjnych w rodzaju Black Rock są także banki. Forma ta jest także lepiej odbierana przez społeczeństwo. Z kredytem związane jest słowo „lichwa”, które ma negatywny wydźwięk. Zakup akcji lub obligacji nazywany jest „inwestowaniem”. Słowo to odbierane jest pozytywnie. Jeśli jednak chodzi o mechanizm transferu kapitału, różnice pomiędzy obydwiema metodami są niewielkie. I tu i tam, pieniądze „pracują” na swego właściciela. W moim wstępie, w części „Oprocentowanie”, wyjaśniam, dlaczego „pracują” one jedynie na nielicznych.
Za motto tego wpisu wziąłem fragment „Kwiatów polskich” Juliana Tuwima.
„…i spraw, Panie, by pieniądz w pieniądz nie porastał”. Te słowa mówią właściwie wszystko o przyczynach złego funkcjonowania obecnego systemu monetarnego. Aż ciśnie się na usta, że być może, jako Żyd, Tuwim miał w genach zrozumienie dla istoty pieniądza… Jak długo istnieć będą mechanizmy, umożliwiające robienie z pieniędzy jeszcze większych pieniędzy, tak długo nic się na świecie nie zmieni. Wybór takiej, czy innej partii, będzie wyłącznie kosmetyką. Mechanizmy te doprowadziły do śmierci milionów ludzi w wielu wojnach. Dzisiaj także pokój kosztuje już zbyt wiele. Niestety prawie nikt nie rozumie, czemu, w coraz szybszym tempie, świat znowu prze do kolejnej wojny. Osoba takiego, czy innego polityka nie ma z tym nic wspólnego. To tylko żądne władzy, psychopatyczne marionetki, które także niczego nie rozumieją. Nie rozumieją, że nie kontrolują już wydarzeń, to wydarzenia kontrolują ich! Działają pod wpływem bezosobowego przymusu okoliczności! Jak na razie rozpala się coraz to nowe, lokalne ogniska wojny. Ale nie oszukujmy się! Wcześniej, czy później mechanizm ten musi doprowadzić do globalnego konfliktu. Któraś z jego stron zostanie postawiona pod ścianą

I to będzie koniec ludzkości.

Jeśli ktoś miałby wątpliwości… Natknąłem się niedawno na raport naukowców z dwóch amerykańskich uniwersytetów. Przeanalizowali oni, jakie skutki mógłby mieć dla społeczeństwa USA (i oczywiście także pozostałych krajów świata!), amerykański atak atomowy np. na Chiny. Przeanalizowali trzy warianty: użycie całego arsenału 7000, 1000 oraz tylko 100 głowic. Uwzględnili jedynie skutki nuklearnej zimy. Pozostałe założenia były nierealistycznie optymistyczne – brak kontruderzenia przeciwnika i nieuwzględnienie skutków opadu radioaktywnego. Wyszło im, że graniczną wielkością, przy której możliwe byłoby przeżycie znaczącej części amerykańskiego społeczeństwa, to 100 głowic. Konieczne do tego byłoby rygorystyczne racjonowanie żywności. Już to widzę w kraju, gdzie w każdym domu jest broń palna! Mieszkańców krajów, które importują sporą część potrzebnej żywności, czeka śmierć głodowa. To bardzo optymistyczny scenariusz dla sytuacji, gdy gdzieś w świecie eksploduje 100 głowic atomowych. W zależności od źródeł [1], [2], na świecie jest obecnie ponad 14.500 głowic jądrowych.

Jak u Czechowa, na ścianie wisi strzelba, która w ostatnim akcie musi wystrzelić.

Widma

Parafrazując znane zdanie Marksa, można powiedzieć, że krążą nam ostatnio po świecie różne widma. Wspólną ich cechą jest to, że udają dobroduszne duszki i starają się nie wzbudzać lęku u obserwatorów.

Pierwszym takim widmem jest czwarta rewolucja przemysłowa. W naszym kraju niewiele się o niej mówi. Nawet wpis w Wikipedii jest dużo krótszy od wpisów w innych językach. Nie znaczy to niestety, że jest to temat, który nas mniej dotyczy. Że nie musimy sobie zawracać nim głowy. Wręcz przeciwnie! W naszym kraju musimy nie tylko więcej o nim mówić, ale wręcz krzyczeć! Drugi raz w historii wali nam się na głowy podstawa funkcjonowania naszej gospodarki – tania siła robocza. W pierwszej Rzeczpospolitej byli to chłopi pańszczyźniani, dzisiaj jesteśmy my wszyscy! Przez wieki, dzięki taniej sile roboczej, żywiliśmy sporą cześć Europy i zarabialiśmy na tym (przynajmniej niektórzy). W szkole, na lekcjach historii, uczyliśmy się o galarach ze zbożem płynących Wisłą do Gdańska. Gdy zachodnia Europa podniosła wydajność swojego rolnictwa, a przede wszystkim zreformowała struktury społeczne, nasze zboże przestało być konkurencyjne cenowo. Jak zareagowała szlachta? Zwiększeniem wyzysku chłopów. Nie inaczej będzie, gdy zachodnie koncerny zaczną, jeden po drugim, wycofywać swoje montownie z naszego kraju. Niestety, w ogólnospołecznej debacie (o ile hejt i wzajemne wyzwiska w ogóle można tak nazwać) nie dostrzegam, aby ktokolwiek w naszym kraju rozumiał, w jakim tempie zachodzą na świecie przemiany w produkcji i usługach. Roboty, to w powszechnym rozumieniu, tępaki, które „odwalają robotę głupiego” i wykonują jedynie monotonne, powtarzające się czynności. Niestety, nowe ich pokolenie, to zupełnie coś innego. Wyposażone są we wszystkie zmysły, jakie mają ludzie. Mogą widzieć, słyszeć i czuć a także rozumieć. Mogą się z nami komunikować. Jak przewiduje jedna z moich „lektur obowiązkowych”, mogą zająć nawet 70% obecnych stanowisk pracy [1], [2]! Niewiele bardziej pocieszająca jest analiza, przeprowadzona na uniwersytecie w Oxfordzie, ale pochodzi ona z „zamierzchłych czasów”, czyli z roku 2013. Od tego czasu wiele się zmieniło. Potwierdzają to nowsze studia. Przestaniemy być potrzebni nie tylko „na zmywaku”, ale także przy sprzątaniu, przy obsłudze klientów w sklepach, restauracjach, hotelach, na lotniskach i w wielu innych miejscach. Testuje się już prawie całkowicie zautomatyzowane place budów, gdzie „polski hydraulik” także nie będzie już potrzebny. Nawet miejsca pracy w takich działach jak służba zdrowia, nie są bezpieczne. I dotyczy to nie tylko pielęgniarek czy np. rehabilitantów, ale w dużej mierze także lekarzy!

Nowe roboty będą potrafiły także myśleć! I tu pojawia nam się kolejny, na pierwszy rzut oka dobroduszny duszek, czyli sztuczna inteligencja. Także i w tym wypadku definicje tego pojęcia w innych językach, są dużo bardziej obszerne! Nie tylko definicje. Niektóre kraje wprowadzają nawet osobne ministerstwa, mające zajmować się sztuczną inteligencją. Możliwości, jakie się przed nią otwierają, są niewyobrażalne. Z jednej strony może być to ogromne ułatwienie w codziennym życiu. Już dzisiaj prowadzone są testy urządzeń, które ułatwiałyby życie osób niewidomych. Nie tylko bezpiecznie prowadziłyby je po ulicy, ale mogłyby np. odczytywać teksty ostrzeżeń i informacji. Jeszcze kilka lat temu, gdy chciałem się pośmiać, to używałem programów do tłumaczenia stron w Internecie. Do niczego więcej się nie nadawały! Dzisiaj coraz częściej używam ich do tłumaczeń z języków, których nie znam. Niedawno głośno było o amerykańskiej nauczycielce, która poprawiła list, który otrzymała od Trumpa. Ale gotów jestem się założyć, że list ten został napisany przez komputer! Może za rok lub dwa, to komputer będzie poprawiał nauczycielkę.
Polecam obejrzenie tego filmiku! To jedynie krótka rozmowa telefoniczna – rezerwacja terminu u fryzjera. Ale naprawdę nie da się rozpoznać, że rozmawia się z maszyną! Tu docieramy do pierwszych wątpliwości związanych z nową techniką. Akurat ta prezentacja wywołała ostrą krytykę [1], [2]. Wielu ludzi pracujących w usługach, może czuć się poniżonymi (całkiem słusznie!), faktem, że poprzez nieświadomy kontakt z robotem, ich samych, degraduje się także do poziomu robotów. Zwłaszcza, że wygląda na to, że niedługo będziemy mogli sobie z takim inteligentnym robotem podyskutować jak równy z równym. Parę dni temu IBM przedstawiła taką mądralę. Akurat przyszło mi do głowy, że można by wypróbować taki komputer w dyskusji z panią profeso… E… nieee! To przecież nie byłaby dyskusja! A przede wszystkim byłoby to obrazą inteligencji! Nawet tej sztucznej!
Ale jeszcze nic straconego! Naukowcy z MIT postawili sobie pytanie, czy sztuczna inteligencja może zapaść na choroby psychiczne? Zainspirowani filmem Hitchcocka „Psychoza”, stworzyli takiego psychopatę. Ciarki przechodzą po grzbiecie…
Oczywiście, ludzie nie byliby sobą, gdyby nie myśleli o wykorzystaniu sztucznej inteligencji do zabijania innych ludzi. Testuje się już wykorzystanie jej do sterowania wielu urządzeń – rakiet, dronów, czołgów, okrętów. U myślącej części ludzkości wzbudza to duże obawy.

To wszystko, to dopiero początek. Nie będę tu przewidywał, jak to się dalej potoczy, gdyż byłaby to twórczość science fiction. Ma ona to do siebie, że prawie nigdy się nie sprawdza – wystarczy przeczytać paru klasyków.

Czy jednak mogą się sprawdzić scenariusze przewidujące objęcie przez maszyny kontroli nad ludzkością? Jak najbardziej TAK! Wątpliwości i obawy ma nawet „zawodowy” wizjoner Elon Musk. Naukowcy, którzy zajmują się tym tematem sami przyznają, że jak na razie bardziej przypominają średniowiecznych alchemików niż statecznych naukowców. Jak najbardziej trafne jest także porównanie badań nad sztuczną inteligencję z genetyką. I tu, i tam majstrujemy przy czymś, czego tak naprawdę nie znamy. W wypadku genetyki, naukowcy mogą nam zagwarantować jedynie to, że po zjedzeniu czegoś modyfikowanego genetycznie (to „coś” nie zasługuje na nazwę „żywność”), nie padniemy trupem. Nic więcej! Nikt nie jest w stanie powiedzieć jak odbije się to na nas i na naszym potomstwie, w dłuższym okresie czasu. Podobnie jest ze sztuczną inteligencją. Badacze mają kłopoty nawet z powtórzeniem wyników, jakie uzyskali ich koledzy!

W 1975 roku, w kalifornijskiej miejscowości Asilomar, odbyła się konferencja genetyków, którzy dyskutowali nad tym, czy przypadkiem ich badania nie otworzą puszki Pandory. W styczniu 2017 roku w tej samej miejscowości odbyła się konferencja badaczy sztucznej inteligencji, którzy dyskutowali między innymi na ten sam temat. Część wystąpień można obejrzeć na Youtube. O innych zagrożeniach poczytać można na stronie organizatorów konferencji. Osobiście mniej obawiam się bezpośredniego zagrożenia, jakie niesie ze sobą sztuczna inteligencja. Owszem, realne jest zagrożenie śmiercią pod kołami automatycznie sterowanego samochodu, ale bardziej obawiam się czegoś innego. Tak, jak genetyka może zmienić nasz organizm, tak sztuczna inteligencja może zmienić nasze stosunki społeczne i majątkowe. A takie zmiany byłyby porównywalne ze zmianami, jakie powodują manipulacje genetyczne – są praktycznie nieodwracalne! Na konferencji niewiele o tym mówiono. Jedynie o konsekwencjach większej ilości wolnego czasu, mówił Jeffrey Sachs. Tak, tak, ten sam Jeffrey Sachs. On jednak, w odróżnieniu od Balcerowicza, przeszedł na „jasną stronę mocy” i stał się krytykiem neoliberalizmu.
Najgorsze jest to, że z obydwiema technikami wiązane są nadzieje na duże zyski. To jest argument, który przesłania wszystkie inne! Wizja zarobku ogromnych pieniędzy nie tylko odbiera rozum, ale także wyłącza wszelkie hamulce moralne. Akceptacja nędzy, a nawet śmierci milionów ludzi, jest tylko sprawą odpowiedniej ilości zer na koncie. W wypadku sztucznej inteligencji (na razie) wystarczy wyłączyć prąd. Procesów zmian genetycznych nie da się zahamować ani cofnąć. Osobiście jestem zdania, że dopuszczanie do sprzedaży żywności modyfikowanej genetycznie, jest zbrodnią przeciwko ludzkości. Bodajże Jan Tadeusz Stanisławski powiedział kiedyś, że łatwiej zbudować myślącą maszynę, niż zmusić człowieka do myślenia. Wygląda na to, że są to słowa prorocze!

Oczywiście nie jestem w stanie zapoznać się ze wszystkimi komentarzami i analizami. Jednak do tej pory nie zauważyłem, żeby ktokolwiek zwrócił uwagę na jeden, bardzo ważny aspekt: zarówno badania naukowe, jak i praktycznie cała strona techniczna, realizowana jest przez kilka największych światowych koncernów. Można powiedzieć, że technologie, które postawią na głowie praktycznie cały świat, odmienią życie miliardów ludzi, zmienią nasz sposób myślenia, pracy i zarabiania pieniędzy, powstają jako projekt całkowicie prywatny. W tajemnicy, poza jakąkolwiek kontrolą społeczną. Zostaną nam one narzucone, niezależnie czy tego chcemy, czy nie. Jedynym kryterium, jakim kierują się twórcy tego projektu, to nie korzyść dla miliardów ludzi, ale korzyść dla niewielkiej grupy posiadającej miliardy. Jest i będzie to przedstawiane, jako dobrodziejstwo dla nas. Oczywiście, nie można negować korzyści, jakie wiążą się z postępem technicznym, ale jestem pewien, że w ogólnym rozrachunku korzyści materialne przyniesie to jedynie nielicznym. Przyniesie także wzrost kontroli nad pozostałą częścią społeczeństwa. Gdy popatrzymy na to przez pryzmat walki klas (tfu, lewactwo!), to zrozumiemy, że jest to rewolucja. Ale pierwszy raz w historii jest to rewolucja przeprowadzana „od góry”! Klasa posiadająca – ten przysłowiowy 1% – mówi nam: buntujecie się, twierdzicie, że was wyzyskujemy, patrzycie na stan naszych kont, kłuje was w oczy nasze bogactwo i luksus, jakim się otaczamy, więc teraz wszystko się zmieni. Poza niewielką grupką, NIE BĘDZIECIE NAM JUŻ POTRZEBNI!! O przynależność do tej grupki będziecie walczyć do upadłego, a wynagrodzenie tych, którzy się do niej dostaną, będzie niższe niż koszty robotów! Przypomina to trochę ramotę Ayn Rand „Atlas zbuntowany”, której bohaterowie wyprowadzają się w piękną okolicę w Górach Skalistych, pozostawiając ludzkość na pastwę losu. W odróżnieniu od tamtych, ci obecni byliby wyposażeni w zdalne sterowanie.
Trzeba zdać sobie sprawę z tego, że sztuczna inteligencja w połączeniu z Internetem i bezgotówkowym systemem rozliczeń jest idealnym narzędziem inwigilacji, manipulacji i kontroli społeczeństwa. Trochę już o tym pisałem [1], [2], [3] Internet traktuje się już jako pole walki. Niedawno Facebook został de facto uznany jako element struktury NATO!!

Ale cała ta świetlana przyszłość, tylko na pierwszy rzut oka jest taka prosta i piękna! Bo kto wtedy kupowałby te wszystkie, automatycznie wyprodukowane towary? Kogo stać by było na korzystanie z usług robotów? I tutaj pojawia się trzecie widmo: bezwarunkowy dochód podstawowy. Mam nadzieję, że teraz rozumiecie Państwo skąd wzięło się w naszych mediach nagłe zainteresowanie tym tematem (podobnie jest zresztą w innych krajach) [1], [2], [3], [4]. Jeśli w środkach masowego ogłupiania, praktycznie na całym świecie, pojawia się nagle jakiś temat, to nie dzieje się to przypadkiem i bez powodu. Klasa rządząca zorientowała się, że te miliardy niepotrzebnych pracowników, to są także stracone miliardy konsumentów! Dobrze by więc było dać im jakieś pieniądze. Bezwarunkowy dochód podstawowy mógłby być właśnie takim sposobem. Teraz już jasne, skąd u tych ludzi takie lewicowe, żeby nie powiedzieć lewackie, pomysły!

Tak na marginesie, szlag mnie trafia, gdy czytam, tak powszechne u nas, komentarze do różnych decyzji zachodnich rządów i organizacji, że są to lewicowcy albo lewacy! Już raz o tym pisałem. Ci ludzie nie mają z lewicą nic wspólnego!! Jestem w stanie zrozumieć stawianie znaku równości, a przynajmniej znaku przybliżenia, między faszyzmem a komunizmem. Sam robiłem kiedyś ten błąd. Ale immanentną cechą każdej lewicy są działania prospołeczne, a tych nijak nie można się doszukać u prawie wszystkich obecnych rządów europejskich! Swoją drogą, czy lewica w ogóle gdzieś jeszcze istnieje?

Ale wróćmy do naszego dochodu podstawowego. Wbrew pozorom, jego źródło wale nie jest lewicowe! Jest to pomysł Miltona Friedmana – jednego z „ojców założycieli” neoliberalizmu. W swojej książce „Capitalism and Freedom” nazwał on świadczenia socjalne workiem szmat (rag-bag) i proponował zastąpienie ich negatywnym podatkiem dochodowym (negative income tax). Wprawdzie negatywny podatek dochodowy, to nie jest całkiem to samo, co dochód podstawowy, ale cel jest ten sam – dawanie ludziom pieniędzy „za nic”.
Oczywiście, jak z większością pomysłów, łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Wszystko rozbija się o finansowanie. Skąd wziąć na to pieniądze? Jak na razie nie spotkałem się z żadnym sensownym, a przede wszystkim realnym, pomysłem. Oczywiście najrozsądniej byłoby wysoko opodatkować duże dochody, ale wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że w obecnym świecie jest to pomysł nierealny. Poza tym, nie sądzę, że sumy, uzyskane tą drogą, byłyby wystarczające. Wszystkie propozycje, z jakimi spotkałem się do tej pory, miały jedną wspólną cechę, łatwo zgadnąć jaką – zakładały, że majątek i dochody najbogatszej warstwy mają zostać nienaruszone.
Ciekaw jestem, kto pierwszy połączy dwa pomysły tego samego autora – Miltona Friedmana – i zaproponuje do tego kolejne widmo, o którym już pisałem, a które krążyło nam jakiś czas temu po świecie – pieniądz helikopterowy. Wygląda na to, że niektórzy zaczynają już coś „kumać“. Artykuł inspirowany jest głównie nieskutecznością dotychczasowych metod działania banków centralnych – obniżkami stóp procentowych i skupem obligacji (quantitative easing), ale wspomina się w nim także o możliwości wykorzystania takich kont dla rozprowadzania „pieniądza helikopterowego”. Autor pisze także o niedawnym głosowaniu w Szwajcarii, gdzie jednym z elementów proponowanej reformy monetarnej, było odebranie bankom komercyjnym możliwości kreowania „pieniędzy”. Oszczędności każdego obywatela miałyby się znajdować właśnie na kontach w banku centralnym. Tak na marginesie, nie spodziewałem się, że zwolennicy tej reformy wygrają, ale pozytywnym zaskoczeniem było dla mnie spore poparcie (24,3%). Spodziewałem się raczej poparcia jednocyfrowego, ok 8 – 9%.

Ale wróćmy do naszych widm. Popatrzmy na spis tematów tegorocznej (jak zwykle widmowej, bo tajnej) konferencji Bilderbergów:

Populism in Europe
The inequality challenge
The future of work
Artificial intelligence
The US before midterms
Free trade
US world leadership
Russia
Quantum computing
Saudi Arabia and Iran
The “post-truth” world
Current events

Oprócz polityki, jest to właśnie sztuczna inteligencja. Z pozostałych tematów – przyszłość pracy i walka z nierównościami są ściśle z nią związane. Dochodzą do tego jeszcze komputery kwantowe… Nie wiem, czy uczestnicy w ogóle rozumieją, co to takiego, ale na pewno ktoś im wyjaśnił, jakie będą skutki zbudowania takiego ustrojstwa. I najwyraźniej wyjaśnił zrozumiale, bo inaczej temat taki nie znalazłby się na liście. A skutki byłyby bardzo nieprzyjemne! Praktycznie wszystkie szyfry, do których złamania największe obecne komputery potrzebują setek lat, byłyby złamane w ciągu paru minut. Jeszcze nie wiadomo, czy w ogóle możliwe jest zbudowanie takiej zabawki, nie całkiem wiadomo także, jak wyglądałoby jej oprogramowanie, ale po cichu pracuje się nad tym na całym świecie. A już najlepszy ubaw byłby, gdyby Ruscy albo Kitajcy zbudowali coś takiego i słowem o tym nie pisnęli! Mieli by dostęp do wszystkich najtajniejszych informacji! Ale Amerykanie także mogliby tak postąpić. Wiele rzeczy, które dzisiaj są niewyobrażalne, chociażby manipulacja łańcuchów blockchain – głównego elementu wszystkich kryptowalut – nagle stały by się realne.
Realne stałoby się także leczenie przez automaty, a przynajmniej diagnozy. Już dzisiaj sztuczna inteligencja potrafi lepiej rozpoznać raka skóry niż lekarz! Automatyzacja wszystkich prawie analiz, szalenie obniżyłaby ich koszty. Automatycznie pobrano by prawie wszystko, co potrzeba, automatycznie zrobiono by tomografię całego cielska, którą w parę minut przeanalizowałaby sztuczna inteligencja, kamery obejrzałyby każdy milimetr skóry, sztuczna inteligencja przeanalizowałaby EKG, itd. Po czymś takim sztuczna inteligencja wydałaby diagnozę taką, jak konsylium profesorów medycyny. Tak przynajmniej byłoby to przedstawiane pacjentom. Tylko, czy gotowi bylibyście jej zaufać? Ja nie. Ale młodsze pokolenie nie będzie już miało takich oporów. Jak już wcześniej pisałem, na obecnym etapie rozwoju, sztuczna inteligencja jest narzędziem bardzo niepewnym. Ponadto podatna jest na manipulacje i trudno ją kontrolować. Ale jeśli przy jej pomocy możliwa byłaby obniżka kosztów (na pewno, i to bardzo!), to wszystkie wątpliwości poszłyby w kąt. W szpitalu byłby jedynie szczątkowy personel, głównie związany z chirurgią (wątpię, czy ktoś dałby się zoperować przez robota). Pielęgnację, rehabilitację, mycie, baseny, kaczki, podawanie leków itd. – przejęłyby automaty.
To naprawdę nie jest science fiction! Prawie wszystko jest realne, jeśli nie już dziś, to za kilka lat.

Jakiś czas temu wpadł mi w oczy dowcip rysunkowy: leżący na łóżku, najwyraźniej umierający człowiek, trzymany za rękę przez robota. Za kilka lat będę emerytem, ale jeśli postęp techniczny i odhumanizowanie medycyny, dalej zachodzić będą w takim tempie jak obecnie (a wszystko na to wskazuje), to, jeśli wcześniej nie wyparuję w wybuchu nuklearnym, mam szansę tego doczekać.

Wolę wyparować.

Myśli trzeciomajowe

I znów mamy kolejną rocznicę uchwalenia Konstytucji 3-Maja – nieudanej próby ratowania upadającego państwa. Jej twórcy nie wiedzieli jeszcze, że próba ta skazana jest na niepowodzenie. To wiemy teraz. Oni byli wtedy pełni zapału i nadziei. Podobny nastrój panował prawdopodobnie po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku. Także wtedy nikt nie przypuszczał, że nasza niepodległość potrwa jedynie 21 lat. Po zakończeniu II wojny światowej też panowała radość. Ta radość nie była jednak powszechna i całkowita. Cieszono się oczywiście z zakończenia wojny, ale nie cieszono się z nowego, powojennego porządku. Wyczuwano, że nie będzie można mówić o pełnej niepodległości kraju. Kolejny okres radości i nadziei przeżywaliśmy w roku 1989. Dzisiaj nie ma zgodności, czy było to odzyskanie niepodległości, czy nie. Co sprawia, że nie potrafimy wybić się na pełną niepodległość? Czy są to jedynie siły zewnętrzne, nasze położenie geograficzne, albo jakieś fatum, które ciąży nad naszym krajem? Czy też mamy w sobie jakąś skazę, jakieś cechy, które uniemożliwiają nam osiągnięcie prawdziwej niepodległości? Moim zdaniem, właśnie to jest przyczyną.
W porównaniu z poprzednimi rocznicami, w czasie tegorocznego święta, mniej mówi się o samej konstytucji i okolicznościach jej uchwalenia. W tle ciągle tli się jeszcze awantura, którą wywołała ustawa o IPN. Wydobyła ona na wierzch głębokie podziały w społeczeństwie, dotyczące naszej postawy w stosunku do Żydów, a zwłaszcza do naszej postawy w czasie okupacji. Paradoksalnie zjednoczyła ona, na co dzień skłócone ze sobą, rząd i opozycję. Ich dzisiejsza postawa przypomina stary kawał/zagadkę – pytanie: co się dzisiaj nosi w Warszawie? Odpowiedź: Żydów na rękach. Prawdziwa dyskusja toczy się jednak poza mediami głównego nurtu. Obie strony bombardują się wygodnymi dla siebie argumentami (pomijam tu oczywiste kłamstwa). Sytuacja jest dość zabawna, gdyż często są to wyrwane z kontekstu fragmenty pochodzące z tego samego źródła – najczęściej jest to „Kronika getta warszawskiego” Emanuela Ringelbluma. Już sam ten fakt pokazuje, że żadna ze stron nie może mieć racji! Zwolennicy dawnej, półoficjalnej wersji, mówiącej, że wszyscy pomagali Żydom, zorientowali się już, że w obliczu miażdżących faktów, są na straconej pozycji, więc próbują jedynie zmarginalizować zjawisko biernego lub czynnego współudziału naszych rodaków w Zagładzie. Ale nie tylko my musimy przełknąć gorzką pigułkę przyznania się do haniebnych czynów, jakie popełnili niektórzy przedstawiciele naszego narodu. Paradoksalnie dużo dłuższa lista jest po stronie żydowskiej! Oni także mają uproszczoną, żeby nie powiedzieć zakłamaną, historię Zagłady. Widzą siebie jedynie, jako ofiary. Całkowicie negują kolaborację swoich rodaków. Rola judenratów i żydowskiej policji jest tematem tabu. Przemilczane są też sympatie prokomunistyczne i współpraca z Sowietami. A już całkowitym tematem tabu jest postawa zachodnich aliantów i wpływowego lobby żydowskiego, szczególnie amerykańskiego. Zupełny brak reakcji z ich strony graniczy ze współudziałem w zbrodni! Tłumaczenie się niewiedzą jest bezczelnym kłamstwem! Jeśli nie wierzyli w raporty polskiego podziemia, to po co, ogromnym nakładem środków, robiono szalenie niebezpieczne loty zwiadowcze nad obozy zagłady? Na tych zdjęciach [1], [2] zaznaczone są wyraźnie komory gazowe i krematoria, a opisy zdjęć mówią same za siebie: extermination camp a nie np. scout camp! Znali wszystkie szczegóły! Jakimś dziwnym trafem, ani nasz rząd, ani opozycja nie korzysta z takich argumentów.

Paradoksalnie „kwestia żydowska” i sprawa naszej niepodległości są ściśle ze sobą związane. Przez wieki Żydzi stanowili nieodłączną część naszego społeczeństwa. Wpłynęli na nasze obyczaje, na nasz światopogląd, na nasz język, na naszą kuchnię, nawet na nasze poczucie humoru. Wzbogacili naszą naukę, kulturę, sztukę i literaturę. Nie będę tu wspominał o takich „drobiazgach” jak wiara w tego samego Boga (starsi bracia w wierze) i fakt, że Żyd –Chrystus jest uznawany przez nas za mesjasza i syna tegoż Boga. Polska, a właściwie Rzeczpospolita, była największym skupiskiem Żydów w Europie. To także nie był przypadek! Mimo tego, że i u nas zdarzały się pogromy i prześladowania, były to jednak prawie zawsze działania oddolne i na skalę lokalną. W ogólnym rozrachunku, fakt ten jest dowodem tolerancji, jaka cechowała naszych przodków (celowo nie napisałem np. „jaka nas cechuje”, gdyż tolerancja ta należy niestety do przeszłości). W codziennych rozmowach, a szczególnie w Internecie, widać jednak wyraźnie, że nasz obraz Żydów, różni się diametralnie od obrazu, jaki mają oni w pozostałych społeczeństwach europejskich. Praktycznie nikt tego nie zauważa, nikt też nie analizuje przyczyn tego zjawiska.

Parę dni temu, trafiłem przypadkiem na pewien wpis, który jest przykładem tego zjawiska. Wpis miał odpowiedzieć na pytanie, czy rosyjski bank centralny jest kontrolowany/jest własnością Rothschildów. Właściwie nie zamierzałem nim sobie zawracać głowy, gdyż były to, typowe dla naszego kraju, idiotyzmy dotyczące Żydów i ich rzekomo wszechwładnego wpływu na politykę i światowy system monetarny. W odróżnieniu jednak od innych, temu podobnych „rewelacji”, wpis zawierał wiele faktów, które świadczyły o całkiem niezłym przygotowaniu autora. Dużo bardziej niż sam wpis, zastanowił mnie jednak komentarz jednego z czytelników – mniej więcej tej samej długości, co sam wpis. Komentator także wykazał się sporą wiedzą! Bodajże czy nie większą nawet, niż autor wpisu! Komentarz jest wprawdzie nieco chaotyczny, miesza fakty z religią, podaje też argumenty, świadczące o niepełnej wiedzy autora. Właściwie mógłbym się podpisać pod niektórymi tezami jego tekstu, gdyż wiele razy pisałem to samo na moim blogu, gdyby nie pewne różnice… Właśnie te różnice są charakterystyczne dla naszego kraju! Moim zdaniem, nie pozwalają nam one zrozumieć tego, co dzieje się na świecie. Wypaczają nam obraz. Pośrednio różnice te doprowadziły najpierw do utraty niepodległości, a dziś znów nie pozwalają nam wybić się na niepodległość polityczną. Przede wszystkim jednak, sprawiają, że nie potrafimy rozwinąć się ani społecznie, ani gospodarczo, co de facto doprowadziło nas już do statusu neokolonialnego.
Popatrzmy na zdania z komentarza:

Bank centralny wcale nie musi „należeć” do Rotszyldów, aby cały system finansowy konkretnego państwa był całkowicie podporządkowany międzynarodowym żydom.”

Kontrola Rotszyldów nad pieniądzem to narzucenie konkretnej idei pieniądza. Wcale nie chodzi o „własność” banku centralnego i w dzisiejszym świecie „własność” bank centralnego nie jest do tej kontroli potrzebna. Chodzi o samą ideę pieniądza, zupełnie odmienną od idei wypracowanej w nauce chrześcijańskiej czy islamskiej (dla uproszczenia pomijam Daleki Wschód).”

Gdyby w miejsce Żydów/Rotszyldów, wstawić „bezosobowy system monetarny” lub „bezosobowy kapitał”, to podobne zdania można znaleźć na moim blogu. Cały czas dręczy mnie myśl, czemu w naszym kraju tak powszechnie stawia się znak równości między słowami pieniądze=Żydzi, bankierzy=Żydzi! Gdyby to nie było tragiczne, to można by powiedzieć żartobliwie, że jako naród jesteśmy „chorzy na Żydów”! Ten znak równości spotykany jest dużo rzadziej w krajach zachodnich. Powszechne jest u nas także doszukiwanie się zakulisowych działań Żydów za wszystkimi prawie wydarzeniami, co także jest dość rzadkie w krajach zachodnich (co nie znaczy, że nieobecne). Autor komentarza pośrednio też to zauważa, gdyż pisze:

Ostatni obrazek, na którym widnieje informacja, że „bank centralny Iranu nie należy do rodziny Rotszyldów” najprawdopodobniej jest błędna, poza tym jest skażona intelektualnym prymitywizmem właściwym dla społeczeństw anglosaskich czy generalnie zachodnich.”
oraz:
Błędem jest używanie języka anglosaskich ćwierćgłówków dopatrujących się kontroli właścicielskiej nad bankiem centralnym, choćby dlatego że prowadzi do sprowadzenia na ich (niski) poziom percepcji rzeczywistości.”

Brakuje jedynie zawołania Wieszcza: „Polska mesjaszem narodów!” A w dalszym ciągu można by powiedzieć Żydom: to nie wy, parchy, ale my jesteśmy narodem wybranym! Gdyby nie fakt, że niemała część naszego społeczeństwa w to wierzy, można by to potraktować jako niezły ubaw.

Ale żarty na bok! Ciekawe jest, że pod tym względem różnimy się nie tylko od krajów zachodnich, ale także od Rosji! Tam także niezmiernie rzadko spotyka się ten znak równości.

Spróbujmy zatem wyjaśnić sobie genezę tego zjawiska. Mało wiemy o tym, jak rozwijały się społeczeństwa zachodnie. Na lekcjach historii uczono nas tego „po łebkach”. Ale także społeczeństwa zachodnie nie wiedzą wiele więcej od nas. Skupiają się głównie na przemianach społecznych i politycznych, kompletnie zaniedbując zmiany w systemie monetarnym i wywołane nimi zmiany w systemie gospodarczym. Już parę razy wspominałem na tym blogu, że moim skromnym zdaniem, tutaj leży klucz do zrozumienia wielu głównych wydarzeń historycznych! Wyjaśnijmy sobie zatem parę kwestii. Przede wszystkim spróbujmy odpowiedzieć na pytanie, czy to Żydzi stworzyli obecny system monetarny? Odpowiedź jest prosta: i tak, i nie. Nie zrozumiemy tego bez wyjaśnienia sobie statusu Żydów w całej Europie. Tworzyli oni wszędzie społeczeństwo niejako „równoległe”, żyjące obok, rządzące się swoimi prawami, mające swoją religię i swoje obyczaje. Praktycznie w całej Europie nie mogli posiadać ziemi, która była wtedy źródłem bogactwa. Zajmowali się jedynymi dostępnymi zajęciami – handlem i lichwą. Wbrew pozorom zajęcia te pozwalały im osiągnąć dobrobyt a także faktycznie umożliwiały zakulisową działalność polityczną i gospodarczą. Żydzi byli także bacznie obserwowani. Prawdopodobnie w wyniku tych obserwacji, Włosi, którzy także zajmowali się tymi samymi zajęciami, wpadli na pomysł stworzenia instytucji, które były podwalinami współczesnej bankowości. Jako posiadający doświadczenie w obrocie pieniędzmi, Żydzi byli chętnie zatrudniani w owych bankach, stąd ich powszechna obecność w bankowości. Włoski pomysł udoskonalili najpierw Holendrzy a potem Szwedzi i Anglicy, którzy stworzyli podstawy bankowości centralnej. Obecny system monetarny nie był więc pomysłem żydowskim, ale z dużą dozą prawdopodobieństwa można powiedzieć, że Żydzi mogli być jego nieświadomymi inspiratorami. Od samego początku, Żydzi musieli także konkurować z bankierami i kupcami włoskimi, holenderskimi, angielskimi, francuskimi czy niemieckimi. Najczęściej nie byli też traktowani, jako równoprawni partnerzy! Spotykali się z wieloma formami dyskryminacji.

A jak było w Polsce? U nas Żydzi także prowadzili podobne zajęcia jak w Europie zachodniej. Była jednak zasadnicza różnica. W Polsce nie mieli konkurencji!! Dla „szlachetnie urodzonych” zajęcia takie jak handel czy lichwa były poniżej ich godności. Mieszczanie byli wprawdzie ludźmi wolnymi, ale nie mieli prawie żadnych praw i ograniczali się jedynie do drobnego rzemiosła. Ponad 70% społeczeństwa – chłopi – było praktycznie niewolnikami bez żadnych praw, bez wykształcenia i bez żadnych możliwości zmiany swego statusu. Krajem niepodzielnie rządziła więc klasa, stanowiąca ok 10% społeczeństwa. Reszta była albo jej niewolnikami, albo nie miała żadnych praw, a zatem także i wpływów na losy kraju. Mam nadzieję, że wszyscy już rozumiemy, skąd wziął się u nas ten znak równości! Przez wiele pokoleń nie znano u nas bankiera i handlarza nie-Żyda! Poza rolnictwem i częścią rzemiosła, pozostałe działy gospodarki oddaliśmy Żydom niejako walkowerem! Także u nas Żydzi nie mogli posiadać ziemi, ale nie było im to do niczego potrzebne, bo spora część szlachty była u nich zadłużona, więc w ten sposób kontrolowali ich majątki. Posiadając monopol w handlu, dyktowali ceny na produkty rolne. Zarobione pieniądze, szlachta wydawała u innych handlarzy-Żydów, przepijała w żydowskich karczmach, w których wódka pochodziła z żydowskich gorzelni. Spora część młynarzy także była Żydami. Nasz archaiczny system społeczny po prostu uniemożliwiał stworzenie konkurencji dla Żydów!! Nie było praktycznie żadnych dróg awansu społecznego! Szlachcicem można było zostać jedynie przez wykazanie się dzielnością na polu walki.

W całej Europie (także wschodniej!!) Żydzi musieli konkurować z miejscową ludnością, co często przychodziło im z najwyższym trudem. U nas mieli wolną rękę, na co sami im pozwoliliśmy!! Kto tu zatem jest ćwierćgłówkiem i ma niski poziom percepcji rzeczywistości??!!

Jesteśmy za to mistrzami świata w tworzeniu teorii spiskowych z Żydami w roli głównej. Co kliknięcie myszą, to mamy nową teorię, ujawniającą istnienie tajnych spisków. Gdyby podliczyć ilość wszystkich stron i ujawnianych tam spisków, to byłoby ich już chyba więcej niż Żydów! Nikt nie zadaje sobie jednak automatycznie cisnącego się na usta pytania, skąd autorzy tych „wiadomości” to wiedzą? Przecież są to najpilniej strzeżone tajemnice, do których nie ma dostępu żaden goj?! Jakim cudem mieli więc do nich dostęp?! Może trzeba byłoby wziąć paru takich najbardziej aktywnych i powiedzieć każdemu: wyjmij bratku i pokaż, czyś ty aby nie „scyzorykiem chrzczony”! Ale żarty na bok!

Czy zmieniło się coś, gdy utraciliśmy niepodległość? Nic. Było jeszcze gorzej! W poprzednim wpisie podałem link do strony z wyjaśnieniem genezy powiedzonka „wasze ulice, nasze kamienice” . Cytowany tam jest obszernie Bolesław Prus. Cała jego twórczość jest kopalnią wiedzy o ówczesnym świecie i o panujących wówczas stosunkach społecznych. Także o relacjach polsko-żydowskich. Przypomnijmy sobie, z jaką pogardą traktowany był (szlachcic!) Wokulski przez prawie całą szlachtę. Jedynie za to, że zajmował się handlem! Bardzo chętnie korzystano z jego pieniędzy, ale dopuścić go do „towarzystwa” – co to, to nie! A jakie było oburzenie, że sprzedał swój sklep Żydom!

A komuż go sprzedam?… – spytał.
– Czy tym, którzy nie kupią sklepu, gdyż mają pieniądze, czy tym, którzy by go dlatego tylko kupili, że nie mają pieniędzy? Sklep wart ze sto dwadzieścia tysięcy rubli, mam je rzucić w błoto?
– Strasznie ci Żydzi wypierają nas…
– Skąd?… Z tych pozycyj, których nie zajmujemy albo do zajmowania których sami ich zmuszamy, pchamy ich, błagamy, aby je zajęli. Mego sklepu nie kupi żaden z naszych panów, ale każdy da pieniądze Żydowi, aby on go kupił i… płacił dobre procenta od wziętego kapitału.

– Będzie kiedyś awantura z tymi Żydami – mruknąłem.
– Bywały już, trwały przez osiemnaście wieków i jaki rezultat?… W antyżydowskich prześladowaniach zginęły najszlachetniejsze jednostki, a zostały tylko takie, które mogły uchronić się od zagłady. I oto jakich mamy dziś Żydów: wytrwałych, cierpliwych, podstępnych, solidarnych, sprytnych i po mistrzowsku władających jedyną bronią, jaka im pozostała – pieniędzmi. Tępiąc wszystko, co lepsze, zrobiliśmy dobór sztuczny i wypielęgnowaliśmy najgorszych.
– Czy jednak pomyślałeś, że gdy twój sklep przejdzie w ich ręce, kilkudziesięciu Żydów zyska popłatną pracę, a kilkudziesięciu naszych ludzi straci ją?
– To nie moja wina – odparł zirytowany Wokulski. – Nie moja wina, że ci, z którymi łączą mnie stosunki, domagają się, ażebym sklep sprzedał. Prawda, że społeczność straci, ale też i społeczność chce tego.
– A obowiązki?…
– Jakie obowiązki?!… – wykrzyknął. – Czy względem tych, którzy nazywają mnie wyzyskiwaczem, czy tych, którzy mnie okradają? Spełniony obowiązek powinien coś przynosić człowiekowi, gdyż inaczej byłby ofiarą, której nikt od nikogo nie ma prawa wymagać. A ja co mam w zysku? Nienawiść i oszczerstwa z jednej strony, lekceważenie z drugiej. Sam powiedz: czy jest występek, którego by mi nie zarzucano i za co?… Za to, żem zrobił majątek i dałem byt setkom ludzi.
– Oszczercy są wszędzie.
– Ale nigdzie w tym stopniu co u nas. Gdzie indziej taki jak ja uczciwy dorobkiewicz miałby wrogów, ale miałby też uznanie, które wynagradza krzywdy… A tu…

W „Lalce” znajdziemy całą masę podobnych dialogów. Prus był doskonałym obserwatorem. Jestem pewien, że wszystkie opisywane w jego powieściach postacie i sceny miały swój pierwowzór. Że nie zostały wymyślone, że były odbiciem otaczającego go świata. Najlepszym dowodem jest, że to wszystko, co opisuje w „Lalce”, można znaleźć w jego „Kronikach”.
Zarówno w „Kronikach” Prusa, jak i w „Lalce”, znajdziemy też opisy i porównania społeczności żydowskiej ze społecznością Polską. Powszechny u nas analfabetyzm, zestawia Prus z jego prawie całkowitym brakiem wśród społeczności żydowskiej. Pisze wyraźnie, że Żydzi sami organizują i finansują swoje szkolnictwo. Że wszystkie dzieci mają do niego dostęp! Przypomnijmy też sobie fragment z „Lalki”, w którym opisuje, jakie są różnice w zabawach młodzieży żydowskiej i polskiej: „U nas, panie, niby u Żydów, jak się młodzi zejdą, to oni nie zajmują się, jak u państwo, tańcami, komplementami, ubiorami, głupstwami, ale oni albo robią rachunki, albo oglądają uczone książki, jeden przed drugim zdaje egzamin albo rozwiązują sobie szarady, rebusy, szachowe zadanie. U nas ciągle jest zajęty rozum i dlatego Żydzi mają rozum, i dlatego, niech się pan nie obrazi, oni cały świat zawojują”.
I nie miał racji?… Charakterystyczne dla Żydów jest także wspieranie najzdolniejszych spośród siebie. Jakie są tego skutki? Oni mają swoich Einsteinów, Rubinsteinów, a my? Naszych Janków muzykantów!

Okres opisywany przez Prusa, był okresem rewolucji przemysłowej. W całej Europie rozwijał się przemysł. A u nas? Trochę działo się w zaborze pruskim, gdzie polska społeczność myślała nieco inaczej, niż w pozostałych częściach kraju. Jedyną wyspą industrializacji była Łódź. Ale Polacy byli tam jedynie najgorzej płatnymi pracownikami najemnymi. Fabryki należały wyłącznie do Niemców, Rosjan i Żydów.

– Szanowny pan Wokulski – zabrał głos adwokat – z właściwą mu gruntownością raczy nas objaśnić: czy sprowadzanie owych tkanin aż z tak daleka nie przyniesie uszczerbku naszym fabrykom?
– Przede wszystkim – rzekł Wokulski – owe nasze fabryki nie są naszymi, lecz niemieckimi…
– Oho!… – zawołał oponent z grupy kupców.
– Jestem gotów – mówił Wokulski – natychmiast wyliczyć fabryki, w których cała administracja i wszyscy lepiej płatni robotnicy są Niemcami, których kapitał jest niemiecki, a rada zarządzająca rezyduje w Niemczech; gdzie nareszcie robotnik nasz nie ma możności ukształcić się wyżej w swoim fachu, ale jest parobkiem źle płatnym, źle traktowanym i na dobitkę germanizowanym

…Czy po z górą stu latach, słowa te nie są znów aktualne!?

Gdy odzyskaliśmy niepodległość, nie mogliśmy już zwalać winy na zaborców. Ale czy nauczyliśmy się czegoś na własnych błędach? Praktycznie nic!! O ile żydowska dominacja w handlu i finansach nieco się zmniejszyła, szybko rosła dominacja w dobrze płatnych wolnych zawodach, szczególnie wśród prawników, lekarzy i aptekarzy. Zwracano na to uwagę, ale jak starano się temu zaradzić? Zamiast stworzyć system pomocy dla zdolnej, ale biednej polskiej młodzieży, której nie było stać na studia, a która mogłaby zmienić ten stan rzeczy, wprowadzono numerus clausus i getta ławkowe!! Pod względem społecznym, II Rzeczpospolita w dużej mierze była kontynuacją tej pierwszej. Wprawdzie ogromna większość społeczeństwa, chłopi, nie byli już niewolnikami, ale tylko formalnie. Ich status społeczny i materialny niewiele się zmienił. Wieś była biedna i potwornie zacofana. Jej mieszkańcy w większości byli analfabetami.
Nie wyciągnęliśmy wniosków z proroczych słów Prusa: W takim stanie rzeczy mamy dwie perspektywy. Ponieważ Żydzi rosną i wzmacniają się na naszych błędach, więc – albo ulepszymy siebie samych i nasze wewnętrzne stosunki, albo – w emigracji zmarnujemy najdzielniejsze siły, a reszta -stanie się lennikami Żydów

Druga wojna światowa i Zagłada były końcem starego świata.

Okres PRL-u postawił zaś wszystko na głowie. Żydzi przestali być konkurencją dla naszego społeczeństwa. Przepraszam, był jeden wyjątek! Praktycznie całe kierownictwo powojennego UB, oraz duża część prokuratury i sądownictwa były w rękach żydowskich. Zdarzało się, że wsadzali do więzień tych, którzy uratowali im życie. To także jest temat tabu.
Ale brak Żydów był także hamulcem w odbudowie kraju. Przed wojną stanowili oni dużą część inteligencji – klasy, bez której żaden kraj nie jest w stanie się rozwinąć. Nieliczna polska inteligencja została wymordowana, gniła w więzieniach i sowieckich łagrach, pozostała na emigracji lub, jako politycznie niepewna, nie była dopuszczana do żadnych stanowisk. Wystarczyła więc chęć szczera, i nawet półanalfabeta mógł zostać nie tylko oficerem, ale także dyrektorem fabryki, naczelnikiem gminy lub powiatu czy komendantem milicji. Jakie były tego skutki – łatwo zgadnąć.
Trzeba jednak przyznać, że nowa władza starała się w szybkim tempie wykształcić własną klasę, która byłaby w stanie pokierować krajem. Kierowała się leninowską maksymą: учиться, учиться, учиться! Uczyć się! Zresztą maksymą całkowicie słuszną!! Niestety nie uwzględniała ona specyfiki naszego kraju, jego historii i mentalności jego społeczeństwa. Jakie więc były rezultaty? Nowy inteligent potrafił rozwiązać równanie różniczkowe, ale nie potrafił zawiązać krawata, sprawniej posługiwał się widłami do gnoju, niż widelcem. Proszę mnie źle nie zrozumieć!! Za ich pęd do wiedzy, okupiony wieloma wyrzeczeniami, należy się tym ludziom ogromny szacunek!! Ale nie mogli oni, i nadal nie mogą, przeskoczyć własnego cienia. A tym cieniem jest wielowiekowe zacofanie i ukształtowana przez warunki życia, specyficzna mentalność, sposób myślenia i postrzegania świata. Byt określa świadomość… I nie chodzi tu o drobny ułamek społeczeństwa! To jest jego 70 – 80%! To, jakimi są, nie jest ich winą! To wina klasy, która ich takimi uczyniła! Klasy, która dziś domaga się zwrotu majątków, a gloryfikując się – fałszuje historię kraju, uniemożliwiając rzetelną analizę niepowodzeń i upadków wszystkich Rzeczpospolitych, co doprowadzić może do kolejnego upadku! Nie znam drugiego kraju, który zmarnowałby tyle historycznych szans. Jako jedyni pokonaliśmy Rosję i mogliśmy osadzić na jej tronie swojego cara! Bezsensowną rzezią, a potem prześladowaniami, poniżeniem i wyzyskiem zraziliśmy garnących się do nas Ukraińców. Bo przecież w powstaniu Chmielnickiego Ukraińcy nie walczyli o odłączenie od Rzeczpospolitej, ale o równe prawa, jako jej obywatele! Można wymieniać dalej i zawsze prywata szlachty była ważniejsza od dobra kraju! Kalam własne gniazdo, bo sam z tej klasy pochodzę…
Niestety, przyszłości naszego kraju nie widzę optymistycznie. Aby przetrwać, jako społeczeństwo, potrzebujemy pozytywistycznej pracy u podstaw. Niestety nie zanosi się na to, że to sobie uświadomimy.
Chociaż pojęcie eugeniki powstało za życia Prusa, nie jestem pewien, czy je znał. Nie przeszkadzało mu to, słowami Wokulskiego, trafnie powiedzieć, że Żydzi zostali ukształtowani poprzez wielowiekowe prześladowania. My sami, przez bezsensowne powstania, sami zniszczyliśmy najwartościowszych przedstawicieli naszego narodu! Dzisiaj nie rozumiemy, że patologie, takie jak brak wzajemnego zaufania, nieumiejętność myślenia kategoriami państwa, prawa i społeczeństwa, powszechny brak uczciwości, korupcja i nepotyzm, które są tak wszechobecne, że na co dzień niezauważalne, są w dużej mierze pochodną braku wśród nas tych ludzi!
W każdym, powiedzmy to sobie szczerze, trochę normalniejszym kraju, istnieje warstwa społeczna, która z racji swej pozycji – ściśle związanej z wykształceniem – posiada autorytet, na który zapracowała sobie przez pokolenia. Jest to warstwa, która kształtuje kulturę i obyczaje kraju. Przynależność do tej warstwy wiąże się oczywiście z większymi dochodami, ale nie mniej ważna jest dla tych ludzi dbałość o zachowanie swego statusu. Osiągają to poprzez dobór nowych członków i wzajemną kontrolę. Wszelkie zachowania odbiegające od normy jak np. nieuczciwość, korupcja czy protekcja, mogą prowadzić do wykluczenia z jej szeregów. Ludzie ci wyróżniają się także wyglądem, ubiorem, zachowaniem, kulturą osobistą, językiem i sposobem mówienia. Także pod tym względem są elementem kształtującym społeczeństwo. Wprawdzie w ostatnich latach wszędzie obserwuje się erozję i zanik tych klas, ale nadal są one obecne i dla wnikliwych obserwatorów zauważalne. U nas taka klasa nie była w stanie się wykształcić. Co by nie mówić o epoce PRL-u, ale obiektywnie trzeba przyznać, że zauważano wtedy potrzebę powstania pewnych wzorców zachowania. Promowano i wspierano, rozumianą w szerokim zakresie, kulturę. O nakładach książek z tego okresu, obecni wydawcy mogą jedynie pomarzyć! Do dobrego tonu należało bycie na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami w kulturze. Nasza kultura i sztuka była w światowej czołówce. Wszędzie – w prasie, radiu i telewizji (także w polityce!) miało się do czynienia jedynie z poprawną polszczyzną.
Szambo wybiło po roku 1989! Język, jakim się dziś posługujemy, coraz mniej przypomina literacką polszczyznę. To jakiś bełkot! W mediach widać, że nie potrafimy już wyrazić swoich myśli. Przyznanie się do nieczytania książek jest dziś w dobrym tonie. Nie potrafimy też ze sobą rozmawiać. Wyzwiska zastępują argumenty. Przykład idzie z góry. W PRL-u, powszechnie wyśmiewanym przykładem prostaka, był Albin Siwak. Dzisiaj, gdy porównać go z niektórymi politykami z tytułami profesorskimi (link zbędny), jest on wzorem kultury! Ktoś na pewno wyskoczy z argumentem: dziś nie ma cenzury! Wszyscy, którzy mieli z nimi do czynienia, przyznają, że cenzorzy byli ludźmi inteligentnymi. Że można było z nimi rozmawiać, pójść na kompromis, przemycić coś niewinnego, co publiczność w lot wyłapywała. Ale jak dziś dyskutować ze stojącym przed teatrem tłumem rozhisteryzowanych fanatyków?!

Nie potrafimy także zrozumieć świata, który nas otacza i naszego miejsca w nim. W stosunku do Zachodu jesteśmy w dużej mierze bezbronni, gdyż mamy archaiczne sposoby pojmowania metod sprawowania władzy i archaiczny światopogląd. Większość społeczeństwa nie zna i nie rozumie złożoności systemów społecznych. Bo skąd ma znać! Przez stulecia znała jedynie pana, wójta i plebana. Jako społeczeństwo „przeskoczyliśmy” szalenie ważny okres – Oświecenie. Nie rozumiemy obecnego świata. Analizujemy go przestarzałymi metodami, przy pomocy przestarzałych pojęć. Zrozumienie obecnego świata, nie oznacza jego akceptacji, ale bez tego nie jesteśmy w stanie zrozumieć światopoglądu, mentalności, sposobu myślenia i postępowania społeczeństw innych krajów. A przede wszystkim klas, które tymi społeczeństwami kierują. Nie mamy naukowców, którzy mogliby nam to przystępnie objaśnić. Ale nawet gdybyśmy takich mieli, nie słuchalibyśmy ich! Nie rozumiemy, jakimi wyrafinowanymi metodami jesteśmy sterowani [1], [2], [3], [4]. Przyjmujemy je za dobrą monetę, a najczęściej nie zdajemy sobie z nich sprawy. Dotyczy to zarówno społeczeństwa, jak i polityków. Nasz sposób widzenia i odbierania świata jest w dużej mierze kształtowany przez religię: wierz, nie zastanawiaj się, tak ma być. Gdy połączymy to wszystko z bardzo niskim poziomem nauczania, śmiało możemy już mówić o moralnym i umysłowym wyniszczeniu narodu!
Przykładem takiego niezrozumienia, jest powszechna wiara w bajeczkę, że wywalczyliśmy sobie niepodległość. G… prawda! Po prostu na pewnym etapie, kraj nasz był pewnym siłom potrzebny na mapie Europy. Niektórzy nasi ówcześni przywódcy albo zrozumieli to, albo byli nieświadomymi marionetkami. Sądzę, że Piłsudski to rozumiał i wiedział, że musimy zapłacić za to pewną cenę. Tutaj wrócę z powrotem do wspomnianego na początku komentarza. Wielkim zaskoczeniem była dla mnie znajomość faktu zmiany zasad funkcjonowania naszego banku centralnego po przewrocie majowym. Jest to fakt mało znany, a jeszcze mniej rozumiany. Wbrew temu, co twierdzi komentator, Piłsudski nie sprzedał żadnych udziałów w banku centralnym. A już na pewno nie Żydom. Paradoksalnie sam komentator napisał, o co chodziło. Kto przeczytał mój niedawny wpis o japońskim banku centralnym, ten zrozumie, że przed przewrotem nasz bank centralny funkcjonował, jak powojenny bank japoński – pożyczał rządowi pieniądze. Po przewrocie już tego nie mógł robić. Wszystko jest wyjaśnione w części II Rozporządzeniu Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 13 października 1927 r. Gdy dodamy do tego jeszcze zagraniczny (Amerykanin, nie Żyd) nadzór nad naszym bankiem centralnym i zaciągniętą równocześnie ze zmianami pożyczkę na zagranicznych rynkach kapitałowych, to już chyba nie trzeba wyjaśniać, o co tak naprawdę chodziło w przewrocie majowym.

Teraz może parę słów o „własności” banku centralnego. Nie jestem prawnikiem i mało się znam na prawie, ale z tego, co wiem, nasz system prawny opiera się w dużej mierze na prawie niemieckim. Tak było także w II Rzeczpospolitej, tak jest i w obecnej (straciłem już rachubę, w której). W prawie niemieckim istnieje rozróżnienie własności społecznej i własności państwowej. Własność państwowa traktowana jest prawnie jak własność prywatna. Tu zatem leży przyczyna statusu banku, jako osoby prawnej lub spółki akcyjnej w II RP. Gdy o tym usłyszałem, zainteresowało mnie to. Chciałem poznać szczegóły, ale przyznam się szczerze, że nie byłem w stanie przebrnąć przez zawiłe wywody prawnicze i dałem sobie spokój. Swoją drogą, przy tej okazji dowiedziałem się, że Niemcy sami tego nie rozumieją i istnieje tam wiele teorii spiskowych na ten temat. Jedną z nich jest teoria wokół Bundesrepublik Deutschland – Finanzagentur GmbH , mówiąca, że państwo niemieckie jest prywatną spółką z ograniczoną odpowiedzialnością (GmbH = Sp. z o.o.).
Nie ulega jednak wątpliwości, że istnieją na świecie prywatne banki centralne. Amerykański Fed jest i nie jest bankiem prywatnym. Sama instytucja Federal Reserve jest tylko przykrywką dla 12 prywatnych banków regionalnych.

Autor wpisu podał, jako argument niezależności rosyjskiego banku centralnego, dekret Putina, nakazujący przekazywanie 75% dochodów banku Rosji do budżetu federalnego (poprzednio było 50%). Ani autor, ani komentator nie wyjaśniają jednak, co dzieje się z resztą. Trafia na konto Rothschildów? Wyjaśnia to rozdział V artykuł 26 rosyjskiej ustawy o banku centralnym. Pieniądze te pozostają w banku, jako rezerwa, i są przez bank odpowiednio inwestowane.

 

Ale wylałem z siebie żółci! Najgorsze, że nic mi to nie ulżyło. Notabene, „żółć” jest chyba najbardziej polskim słowem. Nie ma w nim żadnej niepolskiej litery. Zabawny przypadek!

Zobaczymy, czy się sprawdzi

Już raz przyznałem się do tego, że patrzę na coś i nie widzę, co to jest. Chyba się starzeję, bo znów złapałem się na podobnym odczuciu. Ciągle męczyło mnie pytanie, dlaczego Prezes Polski zmienił premiera. Wiem, to już musztarda po obiedzie, obiedzie, który wszyscy zdążyli już przetrawić, a niektórzy wyrzygać, ale mnie to męczyło. Przyznam nawet, że miałem pewien sentyment do byłej premierzycy. Przypominała mi koleżankę z podstawówki. Koleżanka była strasznie tępa, ale ambitna, więc uczyła się wszystkiego na pamięć. Gdy słyszałem wygłaszane beznamiętnym i bezmyślnym głosem, przemówienie naszej premierzycy, to zamykałem oczy i cofałem się o pół wieku w czasie. Znów siedziałem w ławce takiej jak ta, i słyszałem koleżankę stojącą przed tablicą. Podobieństwo mówienia było uderzające!

Faktycznie się starzeję, bo zaczynam ględzić nie na temat…

Wróćmy do motywów Prezesa. Motyw jest jeden: utrzymanie się przy władzy. Nic więcej! A z tym jest coraz gorzej. Żelazny elektorat jest już nieco znudzony kolejnymi „rewelacjami” z katastrofy smoleńskiej. 500+ już spowszedniało i co gorsza jego odbiorcy przestają się bać, że jakiś nowy rząd odważy się zakończyć ten program. Trzeba więc jakoś kupić wyborców. Ale czym? Co ma Morawiecki, czego nie miała Szydło? W dodatku premierzyca była nawet dość popularna i sporo wyborców miało do niej zaufanie. Bardzo wątpię, że to właśnie przestraszyło Prezesa. Nie chce mi się także wierzyć w to, że Morawiecki przekonał Prezesa jakąś prezentacją PowerPointa. Chyba, że była o kotach. Z tabel i wykresów politycy nic nie rozumieją.

Następnym elementem układanki, który nie dawał mi spokoju, była obietnica sprowadzenia do Polski jednego z największych banków inwestycyjnych świata – JP Morgan. Cały czas zastanawiałem się, na jaką przynętę się skusili? To nie jest drobnica, którą łowi się na pszenicę. Na robaka, nawet tłustego, też się nie skuszą. To jest drapieżnik, a te łowi się na błysk. Pytanie, co nim było? Nasz kraj nie ma nic, co by skusiło taką rybę. Gospodarka jest zbyt słaba, a w dodatku w większości nie jest naszą własnością. Nasze spółki skarbu państwa można co najwyżej sklasyfikować jako robaka (ale nie tłustego). Sławetny plan „odpowiedzialnego” rozwoju, z bredniami o polskim samochodzie elektrycznym, jest niczym innym, niż dalszym ciągiem Króla Ubu. Więc co? I długo bym się zastanawiał, gdyby nie wpadła mi w ucho informacja o specustawie mieszkaniowej. Natychmiast sobie skojarzyłem. Co jeszcze obiecywał Prezes? Program Mieszkanie Plus! I nic z tego nie wyszło. Na obietnicach się skończyło. Okazało się, że koszty przerosły możliwości państwa, a w dodatku większość terenów budowlanych już „rozdrapano”. Krótko mówiąc naobiecywali i napalili się jak szczerbaty na suchary.

Na świecie brakuje obecnie obiektów dla zyskownych inwestycji. Taki program, jeśli go odpowiednio przygotować, mógłby być przynętą dla ryby, takiej jak JP Morgan! Wątpię, aby zamierzano „nadmuchać” w naszym kraju nieruchomościową bańkę spekulacyjną, ale wykluczyć się tego nie da. Jak to się robi, pisałem w poprzednim poście. Poza tym, taka bańka mogłaby być „dodatkiem” do programu budowy mieszkań na wynajem. Możliwe są różne scenariusze.
Wbrew pozorom inwestorzy, i reprezentujące ich banki, chętniej szukają inwestycji długoterminowych, więc program budowy mieszkań na wynajem, może być dla nich bardziej atrakcyjny, niż budowy mieszkań na sprzedaż. Zapewnia właśnie długotrwałe, względnie pewne dochody z „dojenia” najemców, a kapitał ma zabezpieczenie w nieruchomościach. A jeśli jeszcze państwo da jakieś gwarancje (a na pewno da) i dołoży się do interesu (a na pewno się dołoży), to jeszcze lepiej. I nagle wyjaśnia się także, dla kogo były te prezentacje. Miały pokazać, że stać nas udzielenie takich gwarancji.

Takimi obietnicami Morawiecki mógł oczarować Prezesa. Gdyby udało się uruchomić taki program, to PiS może spokojnie myśleć o większości konstytucyjnej, wprowadzeniu jednopartyjnej dyktatury i zamknięciu całej opozycji w nowej Berezie Kartuskiej! Nikt nie podniesie głosu sprzeciwu, bo nieposłuszni dziennikarze zostaną wysłani na przymusowe szkolenia do Wyższej Szkoły Kultury Medialnej i Społecznej w Toruniu (ja bym już wolał do Berezy!).
Większość społeczeństwa naszego kraju nie stać na 30-letni (lub dłuższy) kredyt. Wielu z tych, których stać, nie chce się wiązać na tak długi okres czasu. Od pracobiorców wymaga się dziś mobilności, a własny dom lub mieszkanie, obciążone kredytem, to tylko kula u nogi. Równocześnie rynek mieszkań do wynajęcia jest bardzo rachityczny. Budownictwo komunalne praktycznie nie istnieje. Nie ma więc mieszkań, do których mogłyby się wprowadzać młode rodziny „na dorobku”. Niewidzialna ręka rynku, która miała ten problem rozwiązać, dalej jest niewidzialna. Rząd, który wyszedłby z umysłowej ciasnoty ideologicznych dogmatów i zacząłby coś z tym robić, byłby noszony na rękach. W dodatku w początkowej fazie projektu, budżet nie ucierpiałby za bardzo – pieniądze na budowę pochodziłyby z funduszy inwestycyjnych JP Morgana, jedynie trzeba by dopłacać do czynszów.

Czy taki program byłby powodem do radości dla naszego społeczeństwa? Dla osób niemających pojęcia o wędkarstwie muszę tu wyjaśnić, że jest jeszcze jedna metoda połowu ryb drapieżnych: na tak zwanego żywca. Bierze się małą rybkę, w mniej lub bardziej brutalny sposób, doczepia się do niej kotwiczkę i wrzuca do wody. Nietrudno się domyślić, że tą rybką byłoby polskie społeczeństwo. My wszyscy. Banki nie są instytucjami charytatywnymi. W szczególności dotyczy to banków inwestycyjnych. Żaden kraj, który wszedł z nimi w jakiekolwiek interesy, dobrze na tym nie wyszedł. Zawsze i wszędzie kończyło się twardym lądowaniem. Polska nie byłaby tu żadnym wyjątkiem! Nazwy typu Goldman Sachs, czy właśnie JP Morgan bardziej nadają się do straszenia, niż do obiecywania dobrobytu. Ale jakie to ma znaczenie przy możliwości utrzymania się przy władzy! Przez tych kilka lat prosperity, będzie można tak ukształtować prawo, że nawet nieuchronny krach nie będzie w stanie tę władzę odebrać. A gdy ten krach nadejdzie, to Ojciec Dyrektor przedstawi go, jako karę za grzechy. Tak czy inaczej, w efekcie końcowym, nasze będą ulice, ich będą kamienice. A nie jest wykluczone, że za jeżdżenie, a nawet chodzenie tymi ulicami, też będziemy musieli płacić.

    1. P.S.

Przy okazji różnych wydarzeń, często słyszałem od rodziny i znajomych: „mówiłeś, że tak będzie!”. Najczęściej nie pamiętałem już, że tak mówiłem. Przyznam się, że był to jeden z powodów, które skłoniły mnie do pisania tego bloga. Ten wpis traktuję trochę, jako żart. To, co napisałem, jest wróżeniem z fusów albo patrzeniem w kryształową kulę. Postanowiłem tym razem zanotować te „proroctwa”, aby w przyszłości zobaczyć, czy się sprawdziły. Mam nadzieję, że NIE!!!