Co nie działało

Ale wracając do przerwanego wątku o rozwoju gospodarczym, można jeszcze raz zadać sobie pytanie: czemu zatem dziś wszystko wygląda inaczej? Czemu w tym, zdawałoby się, perfekcyjnym mechanizmie zaczęło się jednak od lat 70-tych coś psuć?

Co nie działało jak należy?

Aby to sobie wyjaśnić musimy poznać pewne sprzeczności wewnątrz gospodarki kapitalistycznej, które nie dają się ze sobą pogodzić. Rozumiemy, że praca najemna jest źródłem budowy kapitału. Mówiąc w uproszczeniu: producenci budują fabryki, kupują surowce, z których zatrudnieni pracownicy wytwarzają produkty, które potem sprzedawane są po cenach wyższych niż koszty ich produkcji. Widzimy zatem, że płace pracowników są także kosztem, który każdy producent stara się minimalizować, gdyż te pieniądze „odbiera sobie od ust”. Robi to czy to w formie obniżki płac, wydłużeniem czasu pracy przy tym samym wynagrodzeniu, czy też zastąpieniem pracy ludzkiej przez pracę maszyn. Jest to jednak podcinanie gałęzi, na której się siedzi, bo w jaki sposób pracownik pozbawiony dochodów, może być równocześnie konsumentem? Jednak producent rzadko kiedy jest monopolistą, więc takie działanie wymusza konkurencja. Myśli się zresztą tylko o swojej firmie, a nie o całej gospodarce. Żaden prawdziwy przedsiębiorca nie jest też altruistą, zatrudniającym ludzi z dobrego serca. Gdy zagrożony jest interes firmy – wyrzuci ich na bruk. Jeśli zwolnień dokonuje niewielu pracodawców, nie jest to jeszcze problemem. Problem zaczyna się, gdy staje się to zjawiskiem masowym. Postęp naukowy i techniczny ułatwił i przyspieszył proces zastępowania ludzi przez maszyny. W początkowym okresie proces ten faktycznie nie był problemem. Zwolnieni względnie szybko znajdowali zatrudnienie w innych, dopiero co powstających i rozwijających się gałęziach gospodarki. Poza tym państwo także inwestowało, tworzyło więc także nowe miejsca pracy. Czemu jednak od pewnego momentu bezrobocie zaczęło niepohamowanie rosnąć, a na początku lat 90-tych był to proces lawinowy? Czemu, jak to było dotychczas, zwolnieni pracownicy nie zostali „wchłonięci” przez nowe gałęzie przemysłu? Dla wyjaśnienia tego, musimy sięgnąć do teorii, opracowanej jeszcze w latach 30-tych, przez radzieckiego uczonego (kiedyś tak zaczynało się wiele kawałów!) Nikołaja Dmitrijewicza Kondratiewa. Przebadał on procesy rozwoju gospodarczego najbardziej rozwiniętych państw ówczesnego świata w latach 1780-1920 i odkrył, że nie rozwijały się one liniowo, ale w pewnych cyklach – na przemian szybkiego wzrostu i stagnacji. Austriacki ekonomista Josef Schumpeter nazwał je później cyklami Kondratiewa. W międzyczasie powstało wiele innych, podobnych teorii, różnią się one między sobą tylko szczegółami. Nie podważają one jednak odkrytego przez Kondratiewa cyklicznego przebiegu wzrostu gospodarczego. Istnieją też rozbieżności co do dat, ale ogólnie przyjmuje się, że do chwili obecnej było pięć takich cykli:

1780-1840 wynalazek maszyny parowej i początki mechanizacji

1840-1890 rozwój kolei i statków parowych, postęp w wytopie stali

1890-1940 powstanie przemysłu elektrotechnicznego i chemicznego

1940-1990 początki automatyzacji, powstanie tranzystora i układu scalonego, przemysł motoryzacyjny i jądrowy

1990-         komputeryzacja

Cztery pierwsze cykle przebiegały podobnie. Nowy wynalazek powodował konieczność budowy fabryk, dawał zatrudnienie dużej liczbie ludzi i duże zyski. Następował okres prosperity. Z czasem pojawiała się konkurencja, rynek się nasycał zmniejszała się liczba odbiorców, a co za tym idzie – także zyski. Rosło bezrobocie i bieda. Trwało to tak długo, aż jakiś nowy epokowy wynalazek, lub ich grupa nie dały zatrudnienia dotychczasowym bezrobotnym i znowu nakręciły koniunkturę. Jednak ten schemat przestał funkcjonować z pojawieniem się nowego wynalazku – komputera. Owszem, stworzył on nowe miejsca pracy, ale nie dla bezrobotnych robotników przemysłowych. Poza tym umożliwił na niespotykaną dotąd skalę automatyzację procesów produkcyjnych oraz zarządzania. W pełni zautomatyzowane centra produkcyjne zabrały pracę milionom robotników. Jeden komputer wykonuje dziś pracę wielu osób – na przykład w księgowości. Gromadzenie i przetwarzanie ogromnych ilości danych, otworzyło niewyobrażalne dotychczas metody w zarządzaniu. Ale prawdziwa rewolucja nastąpiła wtedy, gdy komputery połączono w sieci. Najpierw lokalne, potem o coraz większym zasięgu, w końcu wraz z nastaniem internetu w sieć globalną. Pozwoliło to na błyskawiczne przesyłanie danych w prawie każdy zakątek kuli ziemskiej i umożliwiło globalny podział pracy. Wiele firm ma dziś swoją siedzibę zarządu np. w Ameryce, dział konstrukcyjny w Europie zachodniej, księgowość w Europie wschodniej a produkcję w Azji. Ten proces rozpoczął się właśnie w latach 90-tych i trwa do dziś.

Drugim zjawiskiem, które pojawiło się na początku lat siedemdziesiątych była tak zwana stagflacja. Wyjaśnijmy sobie najpierw, co to takiego. Jest to termin określający połączenie stagnacji z inflacją. O ile pojęcie stagnacji nie wzbudza wątpliwości, to jeśli chodzi o inflację, panuje ogólne pojęć pomieszanie. Powszechnie jest ona kojarzona z podwyżkami cen i w ten sposób tłumaczą nam ją zarówno media jak i politycy, a co gorsza nawet ekonomiści. Tymczasem inflacja, choć faktycznie jej efektem jest między innymi wzrost cen, jest zjawiskiem natury czysto monetarnej i powstaje przy wzroście ilości pieniędzy w towarowym obiegu gospodarczym. Inaczej mówiąc, przez wzrost płac, a nie jak bredzą monetaryści, przez wzrost ogólnej ilości pieniędzy w obiegu! Wzrost cen, jest zatem skutkiem tego procesu, a nie jego przyczyną! Ceny dostosowują się zawsze do ilości pieniędzy będących w posiadaniu konsumentów, nigdy odwrotnie! Obrazowo mówiąc – gdy dostaniemy podwyżki, sprzedawcy wiedzą, że jako klienci mamy teraz więcej pieniędzy, więc możemy więcej zapłacić za towary i usługi. Korzystają więc z okazji i podwyższają ceny. Nasze dochody rosną, ale rosną także ceny, tak więc w ogólnym rozrachunku wychodzimy (teoretycznie!) mniej więcej na zero. Dlatego przyjmuje się w uproszczeniu, że wzrost cen jest spowodowany inflacją równą wzrostowi ilości pieniędzy w obiegu. Ale – jak to jest z uproszczeniami – nie każdy wzrost cen jest wynikiem inflacji! W chwili obecnej większość podwyżek cen nie jest spowodowana wzrostem naszych dochodów, lecz innymi czynnikami: wyczerpywaniem się łatwo dostępnych złóż surowców i źródeł energii jak ropa i gaz przy zwiększonym zapotrzebowaniu na nie, nieurodzajem ale przede wszystkim spekulacją na rynkach towarowych. Minęły czasy, gdy na giełdach zbożowych, mięsnych lub surowcowych interesy prowadzili prawdziwi handlarze tymi towarami. Dla nich milion dolarów, to była masa pieniędzy! Dzisiaj na tych giełdach handlują wyłącznie banki i fundusze inwestycyjne, dla których miliard dolarów to drobne! Obecny wzrost cen, nie jest więc najczęściej spowodowany inflacją, lecz po prostu wzrostem cen produktów końcowych, wymuszonym wzrostem cen surowców i energii potrzebnych do ich produkcji lub spekulacją na giełdach. Takie uproszczone podejście zaciemnia i fałszuje tylko obraz sytuacji gospodarczej.

Wróćmy jednak do lat siedemdziesiątych. Pod zorganizowanym naciskiem pracowników rosły wtedy płace, a co za tym idzie (prawdziwa!) inflacja. Lecz już od końca lat sześćdziesiątych zaczęło pojawiać się, początkowo w USA, a potem w innych krajach zjawisko spadku stopy zysku. Znów wyjaśnijmy sobie najpierw to nowe pojęcie. Można je łatwo określić jednym zdaniem: trzeba było coraz więcej zainwestować, aby coraz mniej zarobić. Zjawisko to zostało odkryte dość dawno. Opisywali je już Adam Smith (bożyszcze naszych obecnych ekonomistów i polityków), David Ricardo czy John Stewart Mill. Jednak najpełniej przedstawił je (o zgrozo!) Karol Marks.

W tym miejscu muszę znowu wrócić do tego, co wspomniałem na początku o braku polskich źródeł. Jeśli ktoś chciałby się „dokształcić”, nie znajdzie na ten temat w Wikipedii ani słowa w języku polskim! Po angielsku, niemiecku i w innych językach można znaleźć obszerne artykuły. My z gorliwością neofitów uznajemy za nieistniejące wszystko to, co nie zostało napisane przez apologetów gospodarki rynkowej, a w szczególności neoliberałów. Byłem zaskoczony, jak wielu zachodnich (nawet neoliberalnych) ekonomistów powołuje się na Marksa, zwłaszcza, że tylko u niego można znaleźć niektóre (ale tylko niektóre!) wyjaśnienia tego, co się obecnie na świecie dzieje (także u niego nie znajdzie się jednak wyjaśnienia przyczyn obecnego kryzysu). Trudność w przełamaniu naszego nabożnego stosunku do gospodarki rynkowej i przekonanie, że wszystko w niej funkcjonuje jak w zegarku, że niewidzialna ręka rynku wszystko sama za nas załatwi, będzie więc dla wielu dużą przeszkodą w zrozumieniu przyczyn obecnego kryzysu. Sądzimy też, że system społeczny i gospodarczy epoki PRL-u oparty był na naukach Marksa. Nic bardziej błędnego! Ludzkość ma paskudną cechę wypaczania idei swoich myślicieli. I tak, jak chrześcijaństwo w obecnej postaci, niewiele ma wspólnego z naukami Chrystusa (wystarczy ze zrozumieniem(!) przeczytać Nowy Testament lub choćby tylko kazanie na górze – ale kto to robi!), tak ustrój w krajach komunistycznych niewiele miał wspólnego z Marksem i z komunizmem. Nie bez znaczenia jest także „neoliberalne pranie mózgów”, jakiemu po roku 89. poddawane jest polskie społeczeństwo. Od razu wyjaśnienie – nie jestem marksistą! Po prostu staram się być obiektywny i nie kieruję się uprzedzeniami. Tu znowu można posłużyć się cytatem McLuhana: „I wouldn’t have seen it if I hadn’t believed it.” – nie zobaczyłbym, gdybym nie uwierzył.

Empirycznym dowodem na słuszność teorii Marksa o systemowych przyczynach spadku stopy zysku, są między innymi wspomniane wcześniej cykle Kondratiewa. W momencie, gdy rynek nasyca się i spada ilość sprzedawanych towarów i usług, i gdy nie da się już „wycisnąć” więcej z pracowników, trzeba zainwestować w modernizację produkcji, aby obniżyć jej koszty lub w jakiś sposób odróżnić się od konkurencji aby uczynić towar atrakcyjniejszym dla konsumenta, i w ten sposób skłonić go do jego kupna. Obydwa rozwiązania wymagają sporych inwestycji – w zmodernizowane produkty, w nowe linie produkcyjne albo na przykład w lepsze materiały, a najczęściej we wszystko na raz. W sytuacji, gdy rynek jest już w dużej mierze nasycony, nie znajdziemy jednak wystarczającej ilości potencjalnych klientów. Zyski z inwestycji będą więc niewielkie, albo żadne. Ryzyko plajty jest spore.

W skróconym opisie, jaki tu przedstawiłem, chodzi mi głównie o przystępne wytłumaczenie zjawiska. Nie jest on jednak w pełni zgodny z opisem Marksa, który jest dużo bardziej skomplikowany i konieczne byłoby wyjaśnienie takich pojęć jak np. „laborystyczna teoria wartości”, kapitał stały, kapitał zmienny i paru innych. Poza tym jestem na tyle bezczelny, że nie zgadzam się z większością teorii Marksa. Marksizm powstał w realiach fabryk dziewiętnastowiecznej Anglii i nie wyszedł poza nie. Już w momencie swego powstanie opisywał i analizował on już przemijającą epokę. Trzeba być jednak obiektywnym i nie można mu odmówić poprawności analizy niektórych zjawisk i procesów. Ale jeśli kogoś to zainteresuje, na pewno znajdzie odpowiednie źródła.

Wróćmy jednak do pojęcia „stopa zysku” często określanego także jako rentowność. I znów polska Wikipedia ogranicza się przy tym haśle jedynie do obrotu akcjami(?!). Inaczej wygląda to hasło w innych językach. Jest to po prostu stosunek zysku do zainwestowanego kapitału. Musimy zdać sobie sprawę ze znaczenia tego wskaźnika w gospodarce. Jest to praktycznie najważniejsze kryterium w inwestycjach kapitałowych. Można je porównać do oprocentowania w banku. Tak, jak my porównujemy, która lokata ma najwyższe oprocentowanie, tak każdy inwestor porównuje, która inwestycja przyniesie mu najwyższy zysk, a dokładnie mówiąc właśnie najwyższą stopę zysku. Od tego kryterium może zależeć rozwój poszczególnych firm, gałęzi gospodarki, regionów a nawet całych krajów! Tak jak bank, dający odsetki niższe niż konkurencja nie znajdzie klientów lokujących w nim swoje oszczędności, tak samo w kraju, gdzie są wysokie płace i podatki, droga energia, surowce i grunt pod budowę, nikt nie zainwestuje złamanego grosza!

Musimy w tym miejscu wyjaśnić sobie pewne mechanizmy funkcjonujące w gospodarce. Jako przykładu użyjmy nas samych. Oczywiście ten przykład będzie ogromnym uproszczeniem, rzeczywistość jest jak zwykle dużo bardziej skomplikowana, chodzi mi tylko o przedstawienie ogólnego mechanizmu, a ten wygląda zawsze tak samo. Wyobraźmy więc sobie, że mamy pewne oszczędności, które chwilowo nie są nam potrzebne, i które chcielibyśmy korzystnie ulokować. Znaleźliśmy bank, który oferuje nam najlepsze warunki i wpłacamy w nim nasze oszczędności. Bank musi teraz te pieniądze jakoś pomnożyć. Robi to najczęściej w ten sposób, że pożycza je komuś. Oczywiście na dużo wyższy procent niż ten, który nam obiecał – musi przecież wypłacić nam przewidziane umową odsetki i samemu też zarobić. Oczywiście pożyczkobiorca musi mieć na oku jakiś interes, który przyniesie mu jeszcze wyższy procent (teraz wiemy, że fachowo nazywa się on stopą zysku), czyli będzie w stanie spłacić nie tylko pożyczoną sumę, ale jeszce coś mu zostanie. Wszyscy są więc zadowoleni. Nasze oszczędności się powiększyły, bank też na tym zarobił, przedsiębiorca też. Warunkiem sprawnego działania tego mechanizmu jest rynek z dużą ilością klientów skłonnych do wydawania pieniędzy, przedsiębiorców skłonnych do inwestycji i kapitału, który tych inwestycji szuka.

Przypomnijmy sobie w tym miejscu, jaka była sytuacja gospodarcza na przełomie lat 60 i 70. Panowała wtedy stagflacja. Pod naciskiem związków zawodowych rosły płace, lecz rynek był już w dużej mierze nasycony i brakowało chętnych do wydawania pieniędzy. Dwa kółka w naszym mechanizmie zaczęły się zacierać i obracały się z coraz większą trudnością. Tymi kółkami byli przedsiębiorcy i konsumenci. Producenci nie byli skłonni do inwestycji i brania kredytów, gdyż ze względu na brak chętnych do kupna towarów i usług, nie widzieli nie tylko możliwości zarobku na nich, ale także w ogóle ich spłacenia! Gwoździem do trumny dla koniunktury była dodatkowo ówczesna sytuacja polityczna. Kraje arabskie uwikłane w konflikt z Izraelem, nie widząc po przegranej wojnie Yom Kippur możliwości militarnego sukcesu, postanowiły użyć innej broni i w październiku 1973 roku drastycznie zmniejszyły wydobycie ropy naftowej, co szybko doprowadziło do jej braków na rynku i w konsekwencji nawet do czterokrotnego wzrostu ceny. Dodatkowym motywem tej decyzji było odejście USA od parytetu złota (o tym za chwilę).

Musimy teraz zrozumieć paradoks ówczesnej sytuacji. W obiegu są pieniądze, zarobione zarówno przez przedsiębiorców, jak i pracowników. Część tych pieniędzy nie jest natychmiast wydawana, szuka więc jakiejś możliwości korzystnego ulokowania, a takich możliwości jest coraz mniej! Dochodzi do tego jeszcze inny problem. Wiele krajów wprowadziło systemy emerytalne oparte na funduszach emerytalnych, podobnych do sławetnego OFE w Polsce, inwestują one wpłacane składki i z zysków wypłacają emerytury. One też mają kłopot z wypracowaniem koniecznych zysków! Po początkowym szoku, od 1975 roku zaczęto jednak notować poprawę sytuacji gospodarczej. Paradoksalnie przyczyniła się do niej także podwyżka cen ropy. Spowodowała ona bowiem opłacalność inwestycji w nowe, energooszczędne technologie i produkty. Także konsumenci zaczęli wymieniać swoje samochody na oszczędniejsze, montować lepiej izolujące okna, instalować efektywniejsze systemy ogrzewania budynków. Pojawiło się jednak nowe, prawie już zapomniane zjawisko – bezrobocie. Przyjmuje się, że rok 1973 był ostatnim rokiem pełnego zatrudnienia w krajach OECD. Skoro producenci zmuszeni byli inwestować w energooszczędne technologie, korzystali z okazji i wprowadzali równocześnie nowe, coraz szybciej rozwijające się metody automatyzacji produkcji.

Innym sposobem na inwestowanie, było pożyczanie pieniędzy krajom trzeciego świata. Także Polska w epoce „gierkowskiej” uległa tej pokusie. Idea nie była właściwie zła – szybki wzrost gospodarczy za pożyczone pieniądze miał spowodować rozwój kraju i umożliwić spłatę długów poprzez eksport. W ten sposób rozwinęła się Korea Południowa, Tajwan, a przede wszystkim Japonia. Kraje te kupowały licencje, które później rozwijały i unowocześniały. Umożliwiło im to rozwój techniczny własnego przemysłu, wzrost jego konkurencyjności, późniejszy eksport nowoczesnych wyrobów i spłatę długów. Inaczej sytuacja wyglądała w Polsce. Kupowano licencje na przestarzałe wyroby, a co gorsza nie tylko niczego nie unowocześniano, ale jeszcze obniżano jakość licencyjnych wyrobów! Nic więc dziwnego, że tandetne i przestarzałe produkty nie znajdowały odbiorców na Zachodzie. Tak więc idiotyczny system gospodarczy w „komunistycznej” Polsce, połączony z niekompetencją na praktycznie każdym szczeblu zarządzania krajem i gospodarką, doprowadziły do zmarnowania prawie wszystkich funduszy i wpędziły kraj w pułapkę zadłużenia, która w 1982 roku doprowadziła do bankructwa Polski, i z którą borykamy się do dzisiaj. Nie lepiej powiodło się innym krajom, które mimo częściowego „darowania” długów, także po dzień dzisiejszy nie pozbyły się tego balastu.

Dalej ->

Reklamy