System gospodarczy

Zastanówmy się teraz nad czymś, co pomija cała oficjalna nauka, a mianowicie nad wpływem systemu monetarnego na system gospodarczy. Nie tylko naukowcy, ale i my sami nigdy o tym nie pomyślimy! Karmieni bajeczkami o „prawach rynku” nie pomyślimy, że takie prawa w ogóle nie istnieją! Takie prawa mogą istnieć jedynie w naturze, na przykład w fizyce w formie praw grawitacji. Są to prawa obiektywne, które obowiązują zawsze i wszędzie, niezależnie od tego, czy nam się to podoba, czy nie. Nie zostały one przez nas stworzone i nie mamy na nie wpływu. Wierzący mogą powiedzieć, że są to prawa boskie. Inaczej jest w ekonomii i w gospodarce. Pieniądz został wymyślony przez człowieka, i człowiek ma możliwość kształtować go wedle swoich upodobań. W historii ludzkości było wiele rodzajów pieniądza. Nie chodzi mi tu bynajmniej o jego wygląd! Na innej zasadzie funkcjonował pieniądz ze złota, na innej z parytetem w złocie, inaczej też funkcjonuje pieniądz obecny – oparty na długu. Były nawet pieniądze, których wartość malała z upływem czasu – tak zwane brakteaty. A Chiny funkcjonowały ponad 10.000 lat bez systemu monetarnego! Także w Anglii, po upadku cesarstwa rzymskiego, nie było w latach 430-630 żadnych pieniędzy w obiegu. To głównie system monetarny, odmienny niż w innych krajach, doprowadził na przykład do powstania potęgi starożytnego Rzymu; a późniejsza zmiana tego systemu doprowadziła do jego upadku. Identycznie było z Holandią, której gospodarczy rozkwit na przełomie 16. i 17. wieku, opierał się głównie na postępowym, jak na ówczesne czasy, systemie monetarnym i bankowym. Podobnie było też z Anglią, która wprowadziła u siebie model holenderski poszerzony o prawo emisji pieniędzy. A powstanie w angielskich koloniach w Ameryce, które doprowadziło do proklamacji USA, w dużej części także było spowodowane polityką monetarną Anglii wobec swojej kolonii. Późniejsza wojna secesyjna w USA także była spowodowana wadliwym systemem monetarnym i bankowym (a nie – jak opowiadają bajeczki dla grzecznych dzieci – chęcią zniesienia niewolnictwa). Inaczej też funkcjonowała gospodarka w okresach obowiązywania tych pieniędzy. Nowe rodzaje pieniądza, stworzyły także nowe klasy i systemy społeczne, oraz bardziej wyrafinowane, niedostrzegalne metody wyzysku. Tak wyrafinowane i niedostrzegalne, że wywołany polityką Stalina głód na Ukrainie przedstawiany jest przez historyków jako zbrodnia, natomiast wywołany polityką monetarną Bank of England głód w Irlandii w 1845 roku, który pochłonął ponad milion ofiar – jako katastrofa naturalna!

Jeśli kogoś zainteresuje historia systemów monetarnych i bankowych, gorąco polecam fascynującą, chociaż trochę chaotyczną (ze względu na ogromną ilość przeplatających się ze sobą faktów), książkę „The Lost Science of Money” Stephena Zarlengi. Zadziwiające jest, że praktycznie każde znaczące wydarzenie w historii ludzkości pokrywało się z jakąś nowością w systemie monetarnym lub bankowym. Jeszcze bardziej zadziwiające jest, że żaden z historyków nie zwrócił na to uwagi, i to mimo tego, że istnieje już całkiem solidnie opracowane źródło do dalszych badań! W roku 1887 niemiecki kanclerz Bismarck wysłał profesora ekonomii Gustawa Ruhlanda w podróż dla zbadania mechanizmów ustalania cen zbóż. Wyposażony w niezbędne środki finansowe, profesor przez prawie trzy lata podróżował po świecie i badał problem. Niestety, po powrocie nie miał komu przedstawić wyników, bo mocodawca nie był już kanclerzem. Ale przy okazji tych wojaży, dociekliwy profesor zadał sobie pytanie: dlaczego upadły wszystkie dotychczasowe wielkie cywilizacje? Na szczęście zachowały się w formie książek wyniki jego badań i próba odpowiedzi na to pytanie. Najśmieszniejsze w całej tej historii jest to, że Ruhland w swoich pismach wystawił miażdżący wyrok nie tylko kapitalizmowi, ale także marksizmowi! Niestety pozycje te mają już ponad sto lat, są kompletnie zapomniane i nie znalazł się nikt, kto odważyłby się kontynuować badania. Swoją drogą, poza wyżej wymienioną książką Zarlengi, brak jest też jakichkolwiek poważnych współczesnych opracowań na temat wpływu systemów monetarnych na dzieje świata. To też o czymś świadczy…

W Wikipedii także znajdziemy jedynie krótkie opracowania na temat kilku teorii sytemów monetarnych:

System waluty złotej

System waluty sztabowo-złotej

Austriacka teoria pieniądza

Nominalistyczna teoria pieniądza

System z Bretton Woods

Nie bez przyczyny zanudzałem czytelnika historycznym wstępem. Sami widzimy, że gdyby istniały jakieś obiektywne prawa rynku, nie byłoby o czym pisać – gospodarka funkcjonowałaby cały czas tak samo! Ziemia kręciła się wokół słońca jeszcze wtedy, gdy twierdzono coś zupełnie przeciwnego. Jabłka spadały z drzew, kiedy Newtona nie było jeszcze na świecie. Widzimy jednak, że cały system gospodarczy ulegał w tym okresie diametralnym zmianom. Moim zdaniem przyczyny tych zmian nie leżą wyłącznie w rozwoju cywilizacyjnym i technicznym oraz w gospodarce, jako takiej, ale w czymś, co powinno być dla nas jedynie jednostką miary w tym systemie, a mianowicie w pieniądzu. Dokładnie mówiąc w sytemie monetarnym i sposobie jego funkcjonowania. W prawdziwych dziedzinach nauki wszystkie jednostki miary są zdefiniowane. Wiemy, co to jest metr, co to jest kilogram, sekunda, volt, amper… Niech mi jednak ktoś powie, co to jest Dolar, co to jest Euro? Starożytni byli mądrzejsi! Nazwa pierwszej znanej monety – szekel, oznaczała ilość srebra równą wadze 180 ziaren pszenicy (dzisiaj powiedzielibyśmy, że stworzyli go przedstawiciele nominalistycznej teorii pieniądza). Ale znów powrócę do porównania z fizyką. Dla jej obiektywnych praw jest obojętne czy odległość mierzymy w kilometrach, milach czy wiorstach. Odległość między dwoma punktami pozostanie taka sama. Różne będą tylko jednostki miary. Te jednostki miary, zostały kiedyś dowolnie ustalone, ale potem pozostały stałe. W wypadku gospodarki nie dość, że mamy różne waluty, to jeszcze zmieniają one swoją wartość. Proszę wyobrazić sobie sytuację, że wczoraj metr miał 100 centymetrów, dzisiaj 97, a jutro może mieć 120. Niech ktoś spróbuje w takim systemie zbudować dom! Powie ktoś, że przecież wartość, jaka się za tymi pieniędzmi kryje, pozostaje bez zmian. Jest tylko nieco kłopotu z ciągłym przeliczaniem. Wszystko jest zatem jak w fizyce. Ale czy na pewno? Dla praw ciążenia jest obojętne, w czym je mierzymy. Upuszczony kamień będzie spadać zawsze z takim samym przyspieszeniem. Wyrazi się je jedynie w innych jednostkach. Inaczej jest w gospodarce. W zależności od kursu pieniądza to, co wczoraj przynosiło zyski, jutro może przynieść straty, chociaż nic poza tym nie uległo zmianie! Inaczej wygląda gospodarka, gdy pieniądz jest towarem (jak obecnie), i wtedy, gdy jest tylko abstrakcyjną jednostką miary (jak w starożytności lub np. continental currency w walczącej o niepodległość Ameryce a później greenback w czasie wojny secesyjnej). Jeszcze inaczej, gdy pieniądz jest oprocentowany (jak obecnie i prawie zawsze), i wtedy, gdy jego wartość z czasem maleje (jak brakteaty w średniowieczu). Inaczej też, gdy pieniądz emitowany jest przez prywatne banki (od powstania Bank of England w 1694 roku, do chwili obecnej), wtedy, gdy emitowany jest przez takich czy innych władców, i wtedy, gdy emitowany byłby dla dobra społeczeństwa i pod jego kontrolą (czegoś takiego jeszcze nie było!).

Popatrzmy na okres powojenny jeszcze raz. Tym razem jednak spróbujmy to zrobić z innej perspektywy – z perspektywy pieniądza.

Jak już wiemy zaraz po wojnie obowiązywał tak zwany system Bretton Woods, pośrednio (poprzez powiązanie z dolarem) oparty na walutach z parytetem w złocie. Państwa (a właściwie USA) musiały posiadać zapasy złota dla pokrycia pieniędzy znajdujących się w obiegu. Dlatego ilość pieniędzy w obiegu nie mogła nieograniczenie rosnąć. Równocześnie splot okoliczności natury politycznej, gospodarczej, społecznej i naukowej uruchomił szybki wzrost gospodarczy oparty na masowej produkcji i konsumpcji. Wysokie opodatkowanie bogatych warstw społeczeństwa powodowało niskie zadłużenie państw, które miały środki zarówno na inwestycje w infrastrukturę – dające zatrudnienie, jak i na wydatki socjalne, zmniejszające rozwarstwienie dochodów społeczeństwa. Powstało zapotrzebowanie na kapitał inwestycyjny. Jak już wcześniej wspomniałem banki zajmowały się wtedy wyłącznie udzielaniem kredytów – a więc tym, do czego właściwie powinny służyć. Kursy akcji związane były z ich dywidendą, a spekulacje giełdowe były domeną garstki specjalistów i praktycznie nie miały wpływu na realną gospodarkę. Wszechobecne dzisiaj rynki kapitałowe nie odgrywały wówczas praktycznie żadnej roli. Pieniądze inwestowano w nowe fabryki, dające masowe zatrudnienie i produkujące masowo kupowane wyroby. Był to więc rodzaj samonapędzającego się perpetuum mobile. Rozwój był tak dynamiczny, że kapitał stał się poszukiwany – zaczynało nawet brakować pieniędzy. Na kredyty trzeba było często czekać, gdyż banki centralne, związane parytetem złota, nie mogły dowolnie zwiększać ilości pieniądza. Zainwestowane pieniądze przynosiły za to względnie pewny zysk. Bankructwa i nietrafione inwestycje były rzadkością. Dochody kapitałowe (jak już wiemy w formie agregatu M3), były wtedy w początkowej, „płaskiej” fazie wzrostu wykładniczego. Nie rosły więc tak szybko i dlatego były wchłaniane w całości przez rosnącą gospodarkę i trafiały z powrotem do „normalnego” obiegu gospodarczego, dając zatrudnienie i pomnażając dobrobyt. Banki także miały łatwe życie nie musząc troszczyć się o to, jak wypracować dochody na oprocentowanie wkładów swoich klientów – zapewniały je udzielane kredyty.

Jak już wiemy ta idylla zaczęła się kończyć od lat siedemdziesiątych. Kontynuacja metody Keynsa (i Forda), która poprzez „danie” konsumentom większej ilości pieniędzy miała napędzać dalszą konsumpcję, przestała działać. Syci konsumenci nie chcieli więcej kupować. Efektem tych dwóch zjawisk była kombinacja stagnacji gospodarczej i inflacji (stagflacja). W tej sytuacji, to nie gospodarce zaczęło brakować kapitału, ale kapitałowi zaczęło brakować lokat i inwestycji przynoszących zysk. Proces ten przyspieszyło odejście od parytetu w złocie. Znikło zatem ograniczenie dla ilości pieniędzy w obiegu, jakim były obowiązkowe zapasy złota. Nadwyżka kapitału zaczęła kierować się w stronę spekulacji. Najpierw objęła ona akcje firm, z czasem rozszerzyła się na inne obiekty jak np. nieruchomości, surowce i żywność. Dodatkowo powstawać zaczęły coraz to bardziej wymyślne i skomplikowane produkty finansowe mające zapewnić pożądane zyski. Zaczęła postępować wspomniana wcześniej „Financialisation of Capitalism“ – finansjeryzacja kapitalizmu. Włoski ekonomista Giovanni Arrighi zauważył tę prawidłowość w rozwoju kapitalizmu. Nie przedstawił jednak jej przekonującebo wyjaśnienia. Z punktu widzenia społecznego i gospodarczego proces ten nie tworzy żadnych wartości, tylko fikcyjny „dobrobyt” oparty jedynie na wzroście kursów, spowodowanych coraz szybszym (jak już wiemy wykładniczym) przepływem kapitału z „realnej” gospodarki. Jest to zatem jedynie symulacja realnej gospodarki. Wbrew temu, co nam wmawiają wszelakiej maści „eksperci”, nie zbuduje się tym sposobem powszechnego dobrobytu. Kasyna niczego nie produkują! Ile jest wart tak budowany „dobrobyt” przekonywaliśmy się już wielokrotnie przy pęknięciach kolejnych baniek spekulacyjnych. Tak jak herbata nie zrobi się słodka od mieszania, tak przez ciągłe kupowanie i sprzedawanie akcji, czy innych papierów „wartościowych” nie stworzy się żadnych wartości! Banki, odczuwające coraz bardziej brak inwestycji i kredytobiorców zapewniających oprocentowanie wkładów swoich klientów, także coraz częściej zaczęły się angażować w spekulacje finansowe. Zaczęły coraz częściej podejmować zbyt duże ryzyko, udzielając kredytów dla obiektów i osób bez zdolności kredytowej oraz przejmując rolę funduszy inwestycyjnych i spekulując pieniędzmi swoich klientów. Stworzyło to bardzo niebezpieczną sytuację, z którą mamy do czynienia dzisiaj, która doprowadzić może do tego, że zagrożony będzie cały dopływ pieniędzy do gospodarki. Przypomnijmy sobie, że to właśnie banki komercyjne mają monopol na wprowadzanie (jak już wiemy w formie kredytów) pieniędzy do obiegu gospodarczego. Zaczęło też rosnąć oddziaływanie rynków finansowych na realną gospodarkę. Najczęściej jest to odziaływanie negatywne. Zadziwiające w tym wszystkim jest jednak to, że tak niewielu ludzi, nawet po tylu krachach na giełdach, dostrzega przerażającą prawdę zawartą w stwierdzeniu Keynsa z jego „Ogólnej teorii zatrudnienia, procentu i pieniądza”:

Speculators may do no harm as bubbles on a steady stream of enterprise. But the position is serious when enterprise becomes the bubble on a whirlpool of speculation.” – spekulanci są nie bardziej szkodliwi niż bańki na spokojnym strumieniu działalności gospodarczej. Ale sytuacja staje się poważna, gdy działalność gospodarcza staje się bańką w wirze spekulacji (tłumaczenie moje).

Tą bańką są dzisiaj nie tylko firmy, ale całe państwa i sytuacja jest naprawdę krytyczna! Wystarczy spojrzeć na dane Banku Rozrachunków Międzynarodowych  (to taki bank centralny dla bankow centralnych poszczegolnych krajów). W 2011 roku dzienny obrót na międzynarodowych rynkach dewizowych wynosił 4,7 bilonów dolarów. Z tego tylko 0,9% (to nie pomyłka – mniej niż jeden procent!), przypadała na rozliczenia w obrocie realnych towarów i usług!!! Jeszcze w latach 70. było to prawie 100%. Reszta to wszelakiego rodzaju papiery „wartościowe”, funkcjonujące na zasadzie obietnicy wypłaty. Ich nabywcy mają nadzieję, że w przyszłości otrzymają za nie więcej, niż wynosiła cena ich kupna. Tak funkcjonują, i to jest (bez)sens istnienia sławetnych rynków finansowych. Cały idiotyzm obecnej sytuacji dobrze ilustrują też inne dane Banku Rozrachunków Międzynarodowych. Wartość samych tylko derywatów, będących obecnie w obrocie, przekracza 600 bilionów dolarów. Jest to ponad piętnaście razy(!!!) więcej niż suma produktów narodowych wszystkich krajów świata!!!

Najbardziej przerażające jest jednak to, że prawie nikt nie dostrzega prawdziwych przyczyn obecnego kryzysu! Powszechnie mówi się o wynaturzeniach na rynkach finansowych, o konieczności ich regulacji. Prawie nikt nie mówi jednak, że to, co się na tych rynkach dzieje, wcale nie jest przyczyną obecnego kryzysu, ale następstwem zupełnie innego procesu, a mianowicie niekontrolowanego tworzenia przez banki komercyjne agregatu pieniężnego M3, który traktowany jest jak „normalny” pieniądz i w ten sposób doprowadza do wykładniczego wzrostu kapitału i zadłużenia! Tak jak gorączka nie jest przyczyną choroby, ale jej objawem, tak obecny kryzys jest objawem niewłaściwie skonstruowanego systemu monetarnego.

Spójrzmy jeszcze na pieniądz pod kątem funkcji, jakie spełnia on w gospodarce.

– Miernik wartości/pośrednik wymiany towarów i usług – ta funkcja jest jak najbardziej oczywista i zrozumiała dla każdego. Nie podlega ona dyskusji – jest naturalną funkcją pieniądza. Niestety obecny pieniądz tylko w niewielkim stopniu tę funkcję spełnia.

– Towar/obiekt spekulacji – ta funkcja praktycznie wyklucza się z pierwszą! Ale przecież pieniądz jest faktycznie towarem. Udzielanie kredytu jest niczym innym jak formą wynajmu pieniędzy, w której strony ustalają cenę w formie oprocentowania za danie ich do dyspozycji na jakiś okres czasu. Że pieniądze są obiektem spekulacji wiemy z codziennych wiadomości. Pieniądz, jako towar, podważa już w wielu wypadkach sens używania go, jako miernika wartości. Jednak naprawdę przerażające jest, że mało kto zwraca uwagę na bezsens tego procederu! Owszem mówi się (czasem) o jego szkodliwości, piętnuje niemoralność, ale potem znów bredzi się o prawach rynku!

Dalej ->