Szatański pomysł

Wspominałem już o demonetyzacji. Wspominałem także, że dąży się do niej z takim uporem także po to, żeby móc ujemnie oprocentować nasze oszczędności. Gotówka byłaby wtedy ucieczką w wyższe, bo zerowe oprocentowanie.

Widać sporo głów na świecie głowi się nad tym problemem. Dwóm głowom z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, sam diabeł musiał podsunąć pomysł na to, jak wprowadzić ujemne oprocentowanie bez likwidacji gotówki. Pomysł jest w istocie iście szatański. Polega na potraktowaniu gotówki, jako osobnego, niejako „równoległego” pieniądza do pieniądza elektronicznego. Pomiędzy obydwoma rodzajami pieniądza byłby określony kurs wymiany, równy aktualnemu oprocentowaniu. Załóżmy, że wynosi ono -3% (minus 3%). Gdy zechcemy wpłacić na nasze konto w banku 100 zł w gotówce, to odjęty zostanie kurs wymiany w wysokości owych 3%, czyli na konto wpłynie 97 zł. Sklepy także musiałyby przy płaceniu gotówką dokonywać identycznych przeliczeń i za towar, za który bezgotówkowo zapłacilibyśmy 100 zł, zapłacimy gotówką 103 zł. Wszystko to odebrałoby gotówce status bezpiecznej przystani, zabezpieczonej przed ujemnym oprocentowaniem.

Podobnie jak ja, autorzy propozycji spodziewają się po tej operacji nakręcenia koniunktury poprzez wzrost konsumpcji. Widocznie dopiero teraz dotarli do mojego wpisu z przed prawie dwóch lat ha, ha!!

Na szczęście autorzy przyznają, że propozycja ta wymaga sporych zmian prawnych, także w międzynarodowym prawie finansowym. Nie musimy się zatem obawiać, że zostanie wprowadzona w najbliższym czasie. Jednakże ogólnie, zmiany są mniejsze i technicznie łatwiejsze do przeprowadzenia niż w wypadku likwidacji gotówki. Poza tym koszty realizacji byłyby relatywnie niewielkie. To jest plusem tego pomysłu. Gdy instytucje kierujące systemem monetarnym i ludzie, którzy za nimi stoją, zostaną przyparci do muru, na przykład przez kolejny kryzys, gdy znów potrzebne będą pieniądze dla ratowania banków, to pomysł ten może być względnie szybko wprowadzony w życie. Politycy i parlamenty dostaną kopa w odpowiednią część ciała i szybko uchwalą to, co im się podyktuje.

Pomysł ten jest na razie niejako prywatną propozycją pracowników MFW. Pojawił się na blogu funduszu, nie na jego oficjalnych stronach. Ale blog ten wykorzystywany jest do wypuszczania „balonów próbnych”, więc w każdej chwili pomysł ten uzyskać może status oficjalnego stanowiska MFW. Musi jedynie uzyskać aprobatę odpowiednich środowisk. A taka aprobata jest wysoce prawdopodobna. W odróżnieniu od likwidacji gotówki, właściwie nic się nie zmienia. Nawet babcia, która przy drodze sprzedaje zebrane w lesie grzyby i jagody będzie mogła dalej to robić – nie będzie potrzebowała całej infrastruktury do operacji bezgotówkowych.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że wysiłek umysłowy całej masy ludzi, nie idzie w kierunku analizowania przyczyn nieszczęścia i zmiany istniejącego systemu monetarnego, ale w kierunku szukania sposobów do jak najefektywniejszego ograbiania społeczeństw.

 

Reklamy

Czy w tym szaleństwie jest metoda?

Ostatnie trzy, cztery miesiące każdego roku, są dla mnie zawsze okresem straconym – nie mam na nic czasu. Rok 2018 był szczególnie parszywy. Dopiero na początku nowego roku znalazłem parę godzin na odrobienie zaległości w lekturze i uporządkowanie myśli.

Już parę razy pisałem, że zdarzyło mi się patrzeć na coś i nie widzieć. Wygląda na to, że nie mi jednemu. Już od dekady pisze się sporo o polityce poluzowania polityki pieniężnej, po „angielskiemu” określanej jako Quantitative easing (QE). Głośno zrobiło się o niej, gdy pod koniec 2008 roku amerykański bank centralny FED rozpoczął skup amerykańskich obligacji rządowych i innych papierów wartościowych. Za jego przykładem poszły inne banki centralne: Anglii, Szwecji, Szwajcarii i Unii Europejskiej (oraz paru innych krajów). Celem tej operacji miało być złagodzenie recesji gospodarczej, zapobieżenie tendencjom deflacyjnym i oczywiście ratowanie systemu bankowego. Oczywiście natychmiast podniósł się wielki jazgot! Wszelakiej maści „eksperci” roztaczali przed nami widmo inflacji, a nawet hiperinflacji. Zresztą robią to do dziś. Dla każdego, kto nie kieruje się dogmatyzmem, ale własnym rozumem, było od początku jasne, że decyzja ta spowoduje jedynie „asset inflation” i, co za tym idzie, wzrost indeksów giełdowych. Nic więcej! Dla kogo myślenie jest zbyt dużym wysiłkiem, może popatrzeć na to, co dzieje się w Japonii. Aby zapobiec deflacji, która jak kula u nogi hamuje tamtejszą gospodarkę, Bank of Japan już od początku tego tysiąclecia (ale to brzmi!) wpompowuje w ten sposób gigantyczne sumy. Bez skutku! Deflacja jak była, tak nadal jest, a o inflacji ani widu, ani słychu. O ożywieniu gospodarczym już w ogóle nie ma co mówić. Czy ta decyzja była zatem bez sensu? Nie do końca. Z pewnością poprawiła sytuację banków oraz przywróciła normalne ich funkcjonowanie. Spowolniła minimalnie recesję i deflację. Obniżyła też oprocentowanie obligacji krajów, które zostały tą akcja objęte (skorzystały na tym głównie Włochy). Obniżyła kurs Euro i poprawiła w ten sposób konkurencyjność europejskich gospodarek. Na tym zyskały głównie Niemcy (które najgłośniej wrzeszczały o inflacji i były najbardziej przeciwne), gdyż kurs Euro – i tak zbyt niski dla możliwości tamtejszej gospodarki – jeszcze bardziej się obniżył. Wspomniany wyżej wzrost indeksów giełdowych, miał także swoje pozytywne strony w krajach, gdzie spora część społeczeństwa jest w posiadaniu akcji i innych papierów wartościowych, ma on swoje odbicie w sytuacji gospodarczej. Wzrost wartości posiadanych papierów wartościowych powoduje iluzję zamożności (Wealth Illusion) i wpływa w ten sposób na wzrost konsumpcji i gotowość do zaciągania kredytów. Na dłuższą metę (jak powiedział Keynes: In the long run we are all dead – na dłuższą metę wszyscy będziemy martwi) nie rozwiązuje to jednak niczego.

Czy aby na pewno? Gdy przestaniemy uporczywie wpatrywać się jedynie w QE i rozejrzymy się dookoła, zobaczymy, że dzieją się rzeczy dziwne, a ciekawe! O wszystkich już pisałem, nie połączyłem ich jednak w jeden wątek.

Pierwszym elementem jest postępująca coraz szybciej demonetyzacja. Walka z gotówką przybiera coraz bardziej na sile. Że nie jest to proces spontaniczny, ale zorganizowany i sterowany, świadczą chociażby reklamy w telewizji. Ktoś za nie musi płacić. Takie reklamy nie są tanie, więc musi to być „ktoś” dysponujący sporymi funduszami.

Wyjaśniałem już szerzej tło demonetyzacji . Pisałem także, że z demonetyzacją związany jest pewien problem: po likwidacji gotówki, tworzone obecnie przez banki, wirtualne pieniądze, stałyby się legalnym środkiem płatniczym, a banki komercyjne stałyby się jego emitentem – odbierając tę rolę bankom centralnym i pozbawiając je racji bytu. To byłoby „być albo nie być” dla banków centralnych!

I tu przechodzimy do drugiego elementu. W moim wpisie o Pieniądzu Suwerennym wspominałem o możliwości jego wprowadzenia niejako tylnymi drzwiami. Kilka banków centralnych wystąpiło z propozycją rozszerzenia funkcji emitowanych przez siebie pieniędzy. Gotówkę miałyby zastąpić pieniądze elektroniczne emitowane przez banki centralne – Central Bank Digital Currencies (CBDCs). Każdy obywatel miałby konto prowadzone w tych właśnie pieniądzach. Możliwości techniczne opisałem szerzej we wspomnianym wcześniej wpisie. W chwili obecnej takie konta mają jedynie banki komercyjne i niektóre instytucje rządowe. Wygląda na to, że instytucja nadrzędna wszystkich banków centralnych – Bank for International Settlements (BIS) – także podchwyciła ten pomysł. Dla banków centralnych byłoby to rozwiązanie dylematu z poprzedniego punktu – pozostałyby emitentami jedynych, legalnych pieniędzy. Jak na razie idea nie jest tak radykalna, jak idea Pieniądza Suwerennego, gdyż nie przewiduje ona pozbawienia banków komercyjnych możliwości „emisji” pieniędzy w formie depozytów bankowych, ale lepsze to niż nic. Wszyscy obywatele mieliby nadal dostęp do pieniędzy banku centralnego, bo gotówkę zastąpiłyby CBDCs. Niestety, wraz z gotówką utracilibyśmy także anonimowość i prywatność.

Ale wszyscy zadają sobie pewnie teraz pytanie: co ma piernik do wiatraka. Co to wszystko ma wspólnego z poluzowaniem polityki pieniężnej? Ano ma! Wyjaśnianie zacznijmy może od odrobiny historii. Powszechnie sądzi się, że QE jest czymś nowym. Ale idea ta ma już wiele lat! Dopiero teraz została wykorzystana. Pierwotnie pomysł dotyczył też czegoś innego. W 1935 roku, Irving Fisher zaproponował, żeby amerykański bank centralny zaczął skupować obligacje rządowe, będące w posiadaniu banków komercyjnych. Tak narodziła się idea QE. Skup ten miał trwać do momentu, w którym suma skupionych obligacji byłaby równa sumie depozytów bankowych w bankach komercyjnych. Za pomysłem tym kryła się zatem idea 100-procentowej rezerwy obowiązkowej. Europejski Bank Centralny EBC jest od tego dość odległy. Jak na razie wykupił obligacje na sumę 2,3 bilionów Euro. Suma depozytów bankowych w krajach strefy wynosi 7 bilionów Euro. Ale celem EBC nie jest system 100-procentowej rezerwy.

Tak na marginesie, spotykam wiele komentarzy, w różnych językach, w których „eksperci” stawiają znak równości pomiędzy Pieniądzem Suwerennym, a 100-procentową rezerwą. Kompletnie nie rozumieją różnicy pomiędzy tymi systemami. Nie rozumieją, że w systemie Pieniądza Suwerennego, banki w ogóle nie muszą mieć żadnej rezerwy, gdyż pieniądze na kontach nie są składową bilansu banku i dlatego nie wchodzą w skład masy upadłościowej w wypadku jego plajty! Gwarantem jest drukarnia pieniędzy – bank centralny. Trudno o lepszą gwarancję.

Wyjaśniałem w moim wpisie o Pieniądzu Suwerennym, że aby prowadzić rozliczenia i działalność kredytową, banki komercyjne musiałyby mieć własne Pieniądze Suwerenne, czyli pieniądze banku centralnego, i to w ilości dużo większej niż wysokość obecnych rezerw obowiązkowych. Już je otrzymały w formie QE!! Mam nadzieję, że teraz wszyscy zrozumieli związek pomiędzy elementami tej układanki. W tym szaleństwie wydaje się zatem być metoda.

Nie jestem w stanie odpowiedzieć na pytanie, co było pierwsze – jajko, czy kura. Czy planowano to od początku, czyli od momentu wprowadzenia QE, czy dopiero później ktoś poszedł po rozum do głowy. Sądzę, że to drugie. Wskazuje na to, że nie do końca jest pewne, czy w ogóle wprowadzi się konta w pieniądzu banku centralnego, w jaki sposób się to odbędzie i jaka część naszych obecnych pieniędzy (czytaj depozytów bankowych) zostanie nią objęta. To wszystko znajduje się jeszcze w fazie dyskusji i za kulisami trwają przepychanki. Nie wiadomo jeszcze, jaki będzie efekt końcowy. Jeśli faktycznie dopiero teraz wpadł komuś do głowy ten pomysł, to świadczy to tylko o jednym: decydenci nie mają żadnej koncepcji na rozwiązanie kryzysu systemu monetarnego. Zajmują się jedynie łataniem dziur i podpieraniem walącej się konstrukcji.

Sądzę jednak, że idea ta ma bardzo duże szanse na realizację, zwłaszcza, że upieczono by kilka pieczeni na jednym ogniu.

Pierwszą korzyścią mogłoby być zmniejszenie ciężaru zadłużenia państw. Wspominałem już o tym w moim wpisie. W tym wypadku sytuacja byłaby jednak nieco inna, niż przy wprowadzaniu Pieniądza Suwerennego, gdzie prywatni wierzyciele otrzymywaliby Pieniądze Suwerenne w zamian za posiadane obligacje. Dzięki QE banki centralne stały się już teraz głównymi wierzycielami państw, gdyż sporą część tych obligacji już wykupiły. I to wierzycielami szczególnymi. Wierzycielami, którzy w przeciwieństwie do wierzycieli prywatnych, mogą sobie pozwolić na darowanie zadłużenia. Ciągle spotykam się ze stwierdzeniem, że banki centralne mogą zbankrutować. Jest to bzdura!! Zbankrutować może państwo, i to tylko wtedy, gdy zadłużone jest w obcej walucie, ale nie bank centralny!! Wyobraźmy sobie, że jesteśmy właścicielami drukarki pieniędzy. Czy miałoby dla nas znaczenie, że ktoś nie spłacił pożyczonych od nas pieniędzy? Żadnego!! Jedynie znaczenie psychologiczne. W każdej chwili możemy sobie dodrukować nowych i to w dowolnej ilości!! Tak samo jest z bankami centralnymi. Te skupione za pomocą QE obligacje, mogą sobie leżeć w banku centralnym do końca świata i jeszcze dzień dłużej!! I nie wpłynie to w najmniejszym stopniu na funkcjonowanie banku!! Przez jakiś czas mówiono by, że są one długiem państwa, ale po paru latach „zapomniano” by o tym. Z pewnością natychmiast podniósłby się straszny jazgot, że byłoby to niedozwolone bezpośrednie finansowanie państwa. Właściwie zarzut ten słychać już teraz i dotyczy on QE. Ale z pewnością znalazłyby się argumenty natury prawnej (w razie potrzeby można je stworzyć), które pozwoliłyby na mniej lub bardziej wiarygodne uprawomocnienie tego kroku. Zwłaszcza, że byłby to krok bardzo korzystny dla całego społeczeństwa i nikt nie byłby mu przeciwny. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej już zrobił początek.

Wprowadzenie kont prowadzonych w pieniądzach banku centralnego, miałoby także drugą korzyść – mogłoby rozwiązać problem braku wspólnego systemu zabezpieczenia wkładów oszczędnościowych w strefie Euro. Oczywiście pod warunkiem, że Euro „dożyje” do tego momentu! Prawie nikt nie zdaje sobie sprawy z tego, że unia walutowa w strefie Euro, jest unią niepełną. Jest jedynie gotówkową unią walutową! Jedynie banknoty i monety są takie same w każdym kraju (za wyjątkiem rewersu na monetach). Ale depozyt bankowy na koncie w banku w Niemczech, nie jest takim samym depozytem, co na koncie (nawet niemieckiego) banku we Francji, czy w innym kraju strefy! Nawet wtedy, gdy opiewa na taką samą sumę. Gdyby unia walutowa była pełna, nie byłby potrzebny system rozliczeń międzynarodowych tzw. Target 2. Istniałby także wspólny system gwarancji depozytów. Aby taki system mógł istnieć, banki musiałyby:

– posiadać wystarczający duży kapitał własny
– posiadane przez bank obligacje rządowe i kapitał własny powinny być zbilansowane
– musiałaby także istnieć górna granica na zakup obligacji rządowych przez bank

Zamiast taniego, obcego kapitału, banki musiałyby wtedy do skupu obligacji wykorzystywać drogi kapitał własny. Takie rozwiązania podwyższyłyby oprocentowanie obligacji rządowych, a temu przeciwnych jest wiele krajów, głównie z południa Europy.

Wprowadzenie kont w pieniądzach banku centralnego, za jednym zamachem rozwiązałoby ten problem. Wspólny system gwarancji depozytów powstałby automatycznie, niejako przy okazji. Gwarantem byłby EBC.

Wspominałem już, że z likwidacją gotówki utracimy ogromną część naszej prywatności. Każdy nasz wydatek będzie kontrolowany. Ale to nie wszystko. Jak wyjaśniałem we wpisie o Pieniądzu Suwerennym, CBDC funkcjonowałyby identycznie jak gotówka – krążyłyby w gospodarce jak banknoty i monety. Co za tym idzie, każdy wirtualny Dolar, Euro, Funt czy inna waluta, mógłby mieć swój numer seryjny. Tak jak teraz każdy banknot. Te wirtualne banknoty mogą praktycznie wiecznie być w obiegu – nie zużywają się, nie niszczą, nie można ich zgubić. I można dokładnie śledzić ich drogę w obiegu gospodarczym!! To, jeśli nie uniemożliwiłoby, to przynajmniej szalenie utrudniłoby korupcję oraz wszelkie przestępstwa gospodarcze i kryminalne. Aż chce się zawołać: natychmiast wprowadzić w Polsce! Zorganizowana przestępczość, wszelakiej maści „przewały” i oszustwa podatkowe byłyby łatwe do udowodnienia. Pytanie tylko, czy taki system zostanie wprowadzony? Chyba nikt nie jest tak naiwny, żeby sądzić, że tak będzie!! Kontrolowane będą jedynie wydatki i dochody zwykłych obywateli. Zorganizowana przestępczość jest zbyt dużą i zbyt ważną gałęzią gospodarki i żaden rząd na świecie nie może sobie pozwolić na jej likwidację. To tak, jakby z dnia na dzień zlikwidować huty lub kopalnie. Przestępcami gospodarczymi są ludzie wpływowi, którzy mają w kieszeni wszystkich decydentów, albo sami nimi są.

To, co teraz piszę, jest patrzeniem w kryształową kulę. Nigdzie nie spotkałem się z podobnym punktem (jasno)widzenia. Wszystko jest jeszcze możliwe. Ale sądzę, że CBDC zostaną wprowadzone. Najpierw w pojedynczych krajach (typuję, że Szwecja będzie pierwsza) potem we wszystkich pozostałych (może za wyjątkiem Północnej Korei, ha ha). Nie sądzę, że będzie to proces szybki. Chociaż jak pokazuje przykład Indii, gdy się chce, to można wszystko zrobić błyskawicznie. Jednak w tym wypadku będą ze sobą kolidowały interesy wielu wpływowych grup, które mogą temu pomysłowi ukręcić łeb. Myślę, że za pięć lat będziemy już mieć przynajmniej jeden kraj z CBDC. Za kolejne pięć lat będzie je miała większość krajów. Czy tak się stanie? Jak mawiali starożytni Rosjanie – поживём – увидим. Pożyjemy – zobaczymy.

Wyobrazić sobie niewyobrażalne cz. 4

Z wyborem następnego odcinka nie miałem problemu. O ile Pieniądz Suwerenny i Modern Monetary Theory (MMT) czyli Nowoczesna Teoria Monetarna są reformami jedynie powierzchownymi, to w tym odcinku przejdziemy do propozycji reformy radykalnej, która zrywa z wieloma świętościami. W przeciwieństwie do tamtych, reforma ta jest najmniej realna do przeprowadzenia, gdyż natrafi nie tylko na opór „finansjery”, ale także przeciętnego obywatela. Nie jest przesadą porównanie jej do rewolucji kopernikańskiej. Dobrze wiemy ile wieków potrzebowała ludzkość na zrozumienie tego, że to nie słońce (jak przecież każdy widzi!) obraca się wokół Ziemi, ale na odwrót. Ilu ludzi zapłaciło życiem za głoszenie takich herezji! Nawet dzisiaj, w epoce lotów kosmicznych, trafiają się jeszcze przypadki nieakceptacji tego faktu. Także Kościół do dziś ma z tym kłopoty (chociaż oficjalnie nie chce tego przyznać).

Konstrukcja nowego pieniądza opisana została w książce „Geld ohne Zinsen und Inflation. Ein Tauschmittel, das jedem dient” – Pieniądz bez oprocentowania i inflacji. Środek wymiany służący wszystkim. Autorką jest Margrit Kennedy. Książka napisana została na podstawie opracowań, materiałów i przy współudziale nie byle kogo, bo samego Helmuta Creutza. Książka ukazała się także po polsku i można ją nawet ściągnąć za darmo z tej strony. Wprawdzie ukazało się w międzyczasie nowe wydanie – mocno rozszerzone i poprawione (nie wiem, czy także po polsku), ale lepsze to niż nic. W polskim, starym, wydaniu książki, nowy pieniądz nie ma żadnej chwytliwej nazwy, właściwie w ogóle nie ma nazwy. W nowym wydaniu autorka proponuje nazwę „Pieniądz Neutralny” i tę nazwę będę w dalszym ciągu używać. W tytule zachowane zostało jednak dawne określenie: „Pieniądz wolny od inflacji i odsetek”.
Na początku autorka wyjaśnia cztery nieporozumienia dotyczące pieniądza (w nowym wydaniu jest ich pięć).

Pierwsze nieporozumienie nie dotyczy wyłącznie pieniądza. Spotykamy się z nim często przy innych okazjach. Większość z nas nie rozumie, że są różne rodzaje wzrostu. Pierwszym jest wzrost jakościowy. Dotyczy on wszystkiego, co żyje na Ziemi. Także nas. Rośniemy tylko do pewnego momentu, do osiągnięcia optymalnej wielkości. Drugim jest wzrost liniowy. Ten jeszcze jakoś rozumiemy. Wielu, a właściwe większość z nas, kompletnie nie rozumie, czym jest wzrost wykładniczy. Jest on sprzeczny z naszą naturą i zapewne dlatego mamy z nim trudności. Jest sporo przykładów-zagadek na jego wyjaśnienie – z bakteriami w butelce, liliami wodnymi zarastającymi staw i inne. Spotkałem już sporo osób, którym próbowałem to tłumaczyć przy pomocy tych przykładów i często spotykałem się z reakcją: aha! …eee… nie rozumiem… Przecież, jeżeli zarośnięcie połowy stawu zajęło liliom sto dni, to zarośnięcie drugiej połowy MUSI zająć tyle samo, a nie jeden dzień! Trudność w zrozumieniu tego rodzaju wzrostu rozumieli także członkowie Klubu Rzymskiego. W swoim raporcie o granicach wzrostu, zagadnieniu temu poświęcili cały pierwszy rozdział.

Drugim nieporozumieniem jest przekonanie, że odsetki płacimy tylko wtedy, gdy sami zaciągamy kredyt. Nie pomyślimy nawet o tym, że są one zawarte w cenach praktycznie wszystkich towarów i usług, za które codziennie płacimy! Wyjaśnienie można znaleźć w książce, także ja wyjaśniam to w moim wstępie, w części „Oprocentowanie” .

Trzecie nieporozumienie związane jest bezpośrednio z drugim – wydaje się nam, że system monetarny służy wszystkim w tym samym stopniu. Wszyscy używamy pieniędzy, każdy musi w jakiś sposób pieniądze zarobić, za zaoszczędzone pieniądze wszyscy otrzymujemy odsetki… Niestety nie jest to takie proste! Obecny system monetarny pozwala na istnienie klasy pasożytniczej. Klasy utrzymującej się z pracy innych ludzi i czerpiącej dochody tylko i wyłącznie z faktu posiadania kapitału. W dodatku w sposób całkowicie niewidoczny i niezrozumiały dla większości ludzi! To nieporozumienie także wyjaśniam we wspomnianej powyżej części mego wstępu.

Czwartym nieporozumieniem jest przekonanie, że inflacja jest integralną częścią każdego systemu monetarnego. To jestem w stanie zrozumieć. Wokół inflacji jest tyle niejasności, że faktycznie trudno ten temat ogarnąć. Dodatkowo mam wrażenie, że niejasności, błędne definicje i wyjaśnienia inflacji, są celowo rozpowszechniane zarówno przez ekonomistów, polityków, jak i warstwy beneficjentów obecnego systemu. Moim zdaniem ten punkt został przez autorkę wprowadzony bardzo na wyrost. Nikt nie może twierdzić, że możliwe jest stworzenie systemu monetarnego bez inflacji. Wszystkie propozycje, także te, zawarte w książce, są jedynie rozważaniami teoretycznymi, nie sprawdzonymi w praktyce. Także te nieliczne eksperymenty z alternatywnymi systemami monetarnymi trwały zbyt krótko, aby na ich podstawie ryzykować takie twierdzenie.

W nowym wydaniu książki jest jeszcze piąte nieporozumienie: w długofalowym okresie rozwoju, pieniądze i system monetarny są neutralne. To zakłada także obowiązująca obecnie teoria ekonomiczna – neoklasyka. W swojej książce autorka powołuje się na studium p.t. „Wie wir wirtschaften werden: Szenarien und Gestaltungsmöglichkeiten für zukunftsfähige Finanzmärkte” – Jak będziemy gospodarować: scenariusze i możliwości organizacji przyszłościowych rynków finansowych. Wydane w 2003 r przez Europejską Akademię Nauk i Sztuk Pięknych studium, stwierdza wyraźnie, że system monetarny jest jednym z najefektywniejszych narzędzi w kształtowaniu naszej przyszłości. Równocześnie mówi, że jest to narzędzie prawie w ogóle nie brane pod uwagę i kompletnie zaniedbane. Można zatem śmiało powiedzieć, że pewnym kręgom zależy na tym, aby to nieporozumienie nie zostało wyjaśnione i aby wszyscy zaczęli traktować je jako pewnik.
Dla tych, którzy przeczytali mój wpis o powojennej działalności Bank of Japan i obejrzeli opisywany w nim film, nie jest to żadna nowość.

Reforma systemu monetarnego, którą opisuje autorka, wywodzi się z obserwacji i propozycji Silvio Gesella – niemieckiego kupca, mieszkającego i handlującego w Niemczech i Argentynie. Zauważył on, że te same towary sprzedają się raz lepiej, raz gorzej. Poszukując przyczyny takiego stanu rzeczy, zauważył związek pomiędzy koniunkturą i wysokością oprocentowania. Tutaj natrafiamy na błąd w polskim tłumaczeniu książki. Tłumaczka pisze: „… kiedy stopy procentowe były niskie, ludzie dużo kupowali, a kiedy były wysokie – mało”. Jest dokładnie odwrotnie! Paradoksalnie w następnych zdaniach prawidłowo tłumaczy przyczyny tego zjawiska. Notabene tego błędnego zdania nie ma w oryginale, prawdopodobnie zostało dodane przez tłumaczkę. Gesell zauważył, że w okresach braku zapotrzebowania na pieniądze, gdy oprocentowanie spadało poniżej „magicznej” granicy 2,5%, ich posiadacze, zamiast pożyczać je na tak niski procent, po prostu przetrzymywali je i czekali na lepszą koniunkturę. Powodowało to brak pieniędzy na rynku i tendencje deflacyjne skutkujące pogorszeniem koniunktury, bankructwami, spadkiem inwestycji i zatrudnienia. Sytuacja ulegała poprawie po wzroście oprocentowania. Gesell połączył swoje obserwacje z obserwacjami francuskiego ekonomisty i socjologa Pierre-Josepha Proudhona, który zauważył przewagę pieniądza nad towarem. Posiadacz towaru musi go szybko sprzedać, w przeciwnym razie może ponieść straty w wyniku zepsucia, wyjścia z mody lub kosztów magazynowania. Posiadacz pieniędzy nie ma tego kłopotu! Może je przetrzymywać (prawie) dowolnie długo, praktycznie bez ponoszenia kosztów (za wyjątkiem inflacji). Tutaj dochodzimy do zasadniczej, rewolucyjnej tezy Gesella: trzeba tak „ukształtować” pieniądz, aby nie opłacało się go przetrzymywać i tym samym spowalniać jego obieg. Więcej nawet! Przetrzymujący powinien być za to karany! Pieniądz pełni funkcję zarówno miernika, jak i nośnika wartości. Jako nośnik wartości może być śmiało porównany z wagonem – jeśli stoi on na bocznicy, nie jest w stanie wykonywać swojej funkcji. Co zaproponował Gesell? Zamiast oprocentowania, należy wprowadzić opłatę cyrkulacyjną. Podobną do „osiowego” – kary za przetrzymywanie wagonu. Leżący „bezczynnie” pieniądz powinien tracić na wartości. Nie chodziło mu jednak o to, aby odbierać ludziom ich zarobione pieniądze przy pomocy jakiejś kolejnej formy podatku! Opłaty cyrkulacyjnej można uniknąć dając bankom swoje pieniądze do dyspozycji, aby mogły one udzielać kredytów i w ten sposób z powrotem wprowadzać je do obiegu. Także banki nie byłyby zwolnione z tej opłaty! Aby jej uniknąć, nadmiar posiadanych pieniędzy musiałyby przekazywać do banku centralnego, aby ten mógł przekazać je potrzebującym. Ktoś, kto uważnie przeczytał to, co napisałem o obecnym systemie finansowym (niedawno zgłosił się do mnie jeden taki, ale o tym napiszę niedługo), może w tym momencie powiedzieć – przecież banki w ogóle nie potrzebują tych pieniędzy! Przy każdym udzielanym kredycie same je tworzą! I jest to prawdą! Trzeba zrozumieć, że propozycja Gesella pochodzi z czasów, gdy w obiegu była jedynie gotówka. I to w ograniczonej parytetem złota ilości. Wszelkie operacje finansowe były operacjami gotówkowymi. Banki, także bank centralny, nie miały możliwości emisji dodatkowych ilości pieniądza.

Mankamentem książki i całej zawartej w niej propozycji reform, jest brak opisu obecnego systemu monetarnego. Autorka słowem nie wspomina, że jej propozycje reform nie mają sensu w obecnym systemie monetarnym – w którym banki komercyjne mają możliwość samodzielnej kreacji pieniędzy, a właściwie depozytów bankowych będących w obiegu jako pieniądze. W okresie, gdy książka była pisana, nikt nie słyszał jeszcze o Pieniądzu Suwerennym. Jego wprowadzenie, musiałoby być dzisiaj pierwszym krokiem opisanej przez autorkę reformy. Jak pisałem w części o Pieniądzu Suwerennym, jego emitentem byłby wyłącznie bank centralny i przypominałby w obrocie gotówkę. Wprawdzie w nowym wydaniu autorka pisze trochę o tym, w jaki sposób mógłby być wprowadzany do obiegu nowy pieniądz, opis ten przypomina nawet trochę to, co proponują pomysłodawcy Pieniądza Suwerennego, ale jest on bardzo pobieżny i skrótowy. Wiele pytań i wątpliwości pozostaje bez odpowiedzi. Banki komercyjne zgłaszałyby bankowi centralnemu zapotrzebowanie na nowe pieniądze, a ten emitowałby żądaną ilość i przekazywał ją potrzebującym. Robiłby tak aż do momentu, w którym w obrocie znalazłaby się dostateczna ilość pieniędzy i emisja nowych nie byłaby już potrzebna. Oczywiście bank centralny reagowałby na wahania w zapotrzebowaniu na pieniądze. W razie wzrostu gospodarczego emitowałby nowe, w przypadku recesji i braku zapotrzebowania na nowe kredyty – ściągałby nadmiar pieniędzy z rynku. Teoretycznie możliwe jest, że byłby to faktycznie pieniądz bez inflacji – jego ilość w obiegu byłaby stała w stosunku do PKB, czyli do całej dostępnej na rynku ilości towarów i usług. W praktyce nie byłoby to jednak takie proste i spełnione musiałyby być także inne warunki, bardziej natury politycznej i gospodarczej niż monetarnej.

Podobnie jak Pieniądz Suwerenny, nowy Pieniądz Neutralny miałby być emitowany jedynie przez bank centralny. Autorka zakłada, że do obiegu wprowadzany byłby, podobnie jak to jest obecnie, przez banki komercyjne w formie kredytu. W odróżnieniu od Pieniądza Suwerennego, kredyty byłyby nieoprocentowane. Bank centralny udzielałby nieoprocentowanego kredytu bankom komercyjnym, a te pobierałyby jedynie jednorazową opłatę, która stanowiłaby ich zysk, oraz opłatę zależną od ryzyka. Autorka nie pisze tego wyraźnie, ale zakładam, że opłata ta lądowałaby na osobnym funduszu, który stanowiłby zabezpieczenie dla niespłaconych kredytów. W książce nie ma o tym mowy, ale sensownym byłby wspólny fundusz wszystkich banków. Nie wiadomo także, czy bank centralny pobierałby jakąś opłatę od banków komercyjnych. Obrazowo można by powiedzieć, że Pieniądz Suwerenny wracałby do obiegu, bo podsuwałoby się posiadającym jego nadmiar marchewkę – w formie oprocentowania. W wypadku Pieniądza Neutralnego stosowano by metodę kija – kary za jego przetrzymywanie.

Jak zwykle diabeł siedzi w szczegółach. Przede wszystkim nie bardzo wyobrażam sobie jak miałoby wyglądać to karanie. Banki musiałyby prowadzić dwa rodzaje kont dla każdego klienta – jedno dla pieniędzy przeznaczonych na kredyty, które nie podlegałyby karze ujemnego oprocentowania – czyli z oprocentowaniem zerowym, i drugie, które byłoby ujemnie oprocentowane. Ale co zrobić w wypadku gotówki? Propozycje stemplowania banknotów, lub naklejania na nich znaczków o denominacji, są nie z tej epoki i całkowicie nierealne. Helmut Creutz proponuje wymianę poszczególnych nominałów. W drodze publicznego losowania wybierano by nominał, który podlegałby wymianie. Jest to już bardziej realne, ale szalenie skomplikowane i kosztowne.

Autorzy reformy kompletnie pomijają także rolę państwa. Autorka książki pisze sporo o korzyściach społecznych i gospodarczych, o obniżkach podatków i temu podobnych rzeczach, ale ani słowem nie wspomina jak wyglądałoby finansowanie wydatków państwa. Czy rząd mógłby zaciągać kredyty? Czy także byłyby nieoprocentowane? Czy zaciągałby je w bankach komercyjnych, czy bezpośrednio w banku centralnym? Czy musiałby je zwracać? Czy państwo, poprzez system monetarny, miałoby możliwość ingerencji w gospodarkę? To tylko kilka pytań, które przyszły mi teraz do głowy.
Całkowicie pominięto w książce bank centralny, jego status prawny, zadania, niezależność.
Przy całym szacunku dla autorów pomysłu reformy, w porównaniu z dojrzałym i profesjonalnie przemyślanym pomysłem Pieniądza Suwerennego, ich propozycja trąci amatorszczyzną, nieuzasadnionym optymizmem i myśleniem życzeniowym.

Autorzy stawiają np. na równi Pieniądz Neutralny i brakteaty. Spodziewają się także podobnych rezultatów gospodarczych – przede wszystkim dużego ożywienia gospodarczego. Proponują nawet wprowadzenie reform podatkowych, mających na celu spowolnienie wzrostu gospodarczego, aby jego nadmierny wzrost nie spowodował degradacji środowiska naturalnego. Kompletnie nie dostrzegają różnicy pomiędzy tymi dwoma systemami monetarnymi! Brakteaty były przez samych ich właścicieli wprowadzane z powrotem do obiegu, bez pośredników. Budowali oni wystawne rezydencje, zamawiali dzieła sztuki, fundowali kościoły… Ich pieniądze trafiały więc natychmiast z powrotem bezpośrednio do obiegu gospodarczego, generując popyt i faktycznie nakręcając koniunkturę. Pieniądz Neutralny trafiałby do banków i czekałby aż ktoś go pożyczy, co niekoniecznie musiałoby nastąpić! Trafiłby do obiegu, jako kredyt, który trzeba byłoby spłacić. Owszem, jest wysoce prawdopodobne, że po jego wprowadzeniu nastąpiłby znaczny wzrost gospodarczy, ale jego powodem byłoby głównie zerowe oprocentowanie kredytów i powiązany z nim znaczny spadek cen. O ile w wypadku brakteatów, dla uniknięcia spadku ich wartości, konieczny jest stały wzrost gospodarczy, to w wypadku Pieniądza Neutralnego – po osiągnięciu punktu nasycenia – brak wzrostu gospodarczego, a nawet jego spadek, nie stanowiłby żadnego problemu. To jest jego główna zaleta! Zaleta, której notabene nie dostrzegają jego propagatorzy!

Jak wspomniałem na początku, ta reforma monetarna natrafiłaby na opór społeczny. Pierwszą przyczyną byłoby oczywiście ujemne oprocentowanie naszych oszczędności. Ale wprowadzenie Pieniądza Neutralnego wiązałoby się także z koniecznością wprowadzenia innej jeszcze reformy – uspołecznienia ziemi i związanych z nią zasobów naturalnych. Celowo nie użyłem słowa „upaństwowienia”, bo to nie to samo! Konieczność takiej reformy dostrzegł już sam Gesell. Likwidacja możliwości osiągania dochodów kapitałowych, poprzez oprocentowanie kredytów, spowodowałaby przeniesienie się kapitału w stronę spekulacji. Przy pozostawieniu w rękach prywatnych możliwości dyktowania cen gruntów, jak to jest obecnie, w krótkim czasie doszłoby do ich gwałtownego wzrostu. Oczywiście z negatywnymi konsekwencjami dla całego społeczeństwa! Dlatego konieczne byłoby wprowadzenie, najlepiej na zasadzie przetargu, dzierżawy ziemi. Nawet na czas nieograniczony, z możliwością dziedziczenia. Osobiście byłbym zwolennikiem pewnego tricku prawnego i psychologicznego – wprowadziłbym przetarg nie na dzierżawę, lecz na PRAWO POSIADANIA (za które, jak przy dzierżawie, oczywiście także trzeba by było płacić). Właścicielem pozostałoby nadal społeczeństwo, posiadaczem byłaby osoba prywatna. Większość i tak nie rozumie różnicy między własnością i posiadaniem, więc mogłoby to złagodzić opór społeczny. Jedyną różnicą, w porównaniu ze stanem obecnym, byłby brak możliwości sprzedaży posiadanej ziemi – trzeba byłoby po prostu zrezygnować z prawa posiadania aby w drodze przetargu mógłby je nabyć ktoś inny.

Oczywiście własność (własność, nie posiadanie!) nieruchomości stojących na społecznym gruncie pozostawałaby nienaruszona! Byłyby one sprzedawane osobno. Fakt, byłoby to trochę bardziej skomplikowane, ale nie stanowiłoby większych problemów.

Autorka książki przyznaje, że ideę Pieniądza Neutralnego zaczerpnęła od Silvio Gesella. Tak na marginesie, Gesell nazwał swój pieniądz „Freigeld” – wolny pieniądz. Niestety autorka bezkrytycznie, bez przemyślenia i bez uwzględnienia zmian, jakie się w międzyczasie dokonały, przejęła pomysły Silvio Gesella. A szkoda, bo jego przemyślenia na temat pieniądza i ogólnie gospodarki warte są najwyższej uwagi!

Niestety prace Gesella są kompletnie przemilczane i ignorowane. Nic dziwnego! Są realną alternatywą dla marksizmu, który całkowicie dominuje środowiska tzw. lewicy, które poza nim świata nie widzą. Równocześnie są śmiertelnym zagrożeniem dla kapitalizmu, Nie tego w pojęciu marksistowskim, ale takiego, o jakim piszę w części Kapitalizm, i jak widział go także Gesell.

Nie inaczej prace Gesella widział nawet Keynes. W swoim najbardziej znanym dziele „Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza”, omawiając główną książkę Gesella – „Natürliche Wirtschaftsordnung” – Naturalny ład gospodarczy  pisze:

The purpose of the book as a whole may be described as the establishment of an anti-Marxian socialism, a reaction against laissez-faire built on theoretical foundations totally unlike those of Marx in being based on a repudiation instead of on an acceptance of the classical hypotheses, and on an unfettering of competition instead of its abolition. I believe that the future will learn more from the spirit of Gesell than from that of Marx. The preface to The Natural Economic Order will indicate to the reader, if he will refer to it, the moral quality of Gesell. The answer to Marxism is, I think, to be found along the lines of this preface” – można powiedzieć, że celem książki jest ustanowienie antymarksistowskiego socjalizmu, reakcja na laisssez-faire, zbudowana na teoretycznych fundamentach zupełnie odmiennych od marksistowskich, opiera się na odrzuceniu, zamiast na akceptacji klasycznych teorii oraz na uwolnieniu konkurencji, a nie jej zniesieniu. Sądzę, że w przyszłości więcej czerpać będziemy z ducha Gesella niż Marksa. Wstęp książki „Naturalny ład gospodarczy” wskaże czytelnikowi, jeśli po nią sięgnie, moralną jakość Gesella. Sądzę, że odpowiedź na marksizm znajduje się w linijkach tego wstępu (tłumaczenie moje).

Ale Gesell nie był pierwszym, nie odkrył Ameryki, czerpał pełnymi garściami z przemyśleń innego „wielkiego nieznanego”, wspomnianego już wyżej Pierre-Josepha Proudhona. Wspomniany przez Keynesa wstęp do książki „Naturalny ład gospodarczy” zaczyna się właśnie cytatem z Proudhona i w dalszym tekście Gesell co chwila się na niego powołuje.

Oczywiście prace zarówno Gesella, jak i Proudhona są już trochę nieaktualne, ale tylko trochę. Moim zdaniem obydwaj błędnie postrzegają także istotę pieniądza. Swoją drogą muszę kiedyś wygospodarować trochę czasu i więcej o nich napisać, szczególnie o tym, co różni ich od Marksa. Od razu stanie się jasne, dlaczego są przemilczani!

Autorka książki pominęła także jeden bardzo ważny punkt: co stałoby się z obecnymi długami? Zwracano by je w nowych pieniądzach, czy anulowano? Czy zwracano by z procentami? Musimy zdać sobie sprawę z tego, że większość majątków, to nie są żadne realne wartości, ale czyjeś wierzytelności, także państw wobec państw (przypomnę jeszcze raz: każdy dług jest czyimś majątkiem)!

W książce nie znajdziemy także ani jednego zdania o tym, że po wprowadzeniu reformy, wiele gałęzi gospodarki będzie funkcjonować inaczej, albo w ogóle straci rację bytu. Inaczej funkcjonowałyby nie tylko banki, ale np. ubezpieczenia. Całkowitą rację bytu straciłby natomiast tzw. „sektor finansowy”. To akurat nie byłoby wielką stratą. To, co się dziś dzieje na giełdzie i na innych „rynkach” można określić jedynie słowem: kretynizm!

Mimo tych wszystkich wad, książka warta jest lektury, gdyż zawarte w niej propozycje reform, jako pierwsze z omawianych, miałyby szansę na rozwiązanie podstawowego problemu obecnego i wszystkich dotychczasowych systemów gospodarczych: wykładniczego wzrostu długów, bezpośrednio związanego z nimi wzrostu dochodów kapitałowych, koncentracji majątków oraz coraz większego rozwarstwienia majątkowego i społecznego.

 

 

Wyobrazić sobie niewyobrażalne cz. 3

Z wyborem drugiego projektu zmian systemu monetarnego miałem problem. Nie dlatego, że jest ich tak wiele, bo jest ich jedynie kilka, ale zastanawiałem się nad kolejnością. Padło na Modern Monetary Theory (MMT) czyli Nowoczesną Teorię Monetarną. Obserwuję ją od paru lat i już dawno chciałem o niej napisać, ale jakoś albo nie było czasu, albo natchnienia, albo były inne tematy. Czekałem także na jakiś przełom w popularyzacji tej teorii, ale do dziś się nie doczekałem. Przede wszystkim jednak, nie chciałem robić konkurencji autorowi (autorom?) bloga, który najwyraźniej jest zwolennikiem tej teorii i świetnie ją opisuje i wyjaśnia (wielki szacunek!!). Właściwie są dwa blogi o MMT [1], [2], a ich kontynuacją i ukoronowaniem jest blog o „ekonopatologii”. Gorąco polecam lekturę!! Jednak przeciętnego czytelnika odstraszać może zbyt fachowy język, wiele nieznanych pojęć i skróty myślowe, które są zrozumiałe jedynie dla osób posiadających już pewien zasób wiedzy ekonomicznej. Szkoda, bo jest to chyba najlepszy polski blog ekonomiczny, na jaki do tej pory trafiłem! Mimo, że nie jestem miłośnikiem MMT, to muszę przyznać, że z autorem (autorami?) mam praktycznie identyczne poglądy na temat ekonomii, a przede wszystkim na temat neoliberalizmu i zagrożeń oraz zniszczeń w umysłach, jakie ta ideologia niesie.

Gdy zdecydowałem się napisać coś o projektach reform systemu monetarnego, o MMT nawet nie zamierzałem wspominać, gdyż nie traktuję jej, jako reformy monetarnej sensu stricto. Potem pomyślałem, że wspomnę o niej w ostatnim odcinku, jako o ciekawostce. Ale, moim zdaniem, teoria ta ma potencjał, aby za jakiś czas stać się wiodącą teorią ekonomiczną (czemu tak się nie stanie, wyjaśnię później), doszedłem do wniosku, że należy o niej wspomnieć na drugim miejscu.

Czym zatem jest MMT? Jak pisze autor bloga, filarami MMT są:

  1. Bilanse Finansowe Sektorów;
  2. Hipoteza Niestabilności Finansowej;
  3. Koncept Funkcjonalnych Finansów;
  4. Czartalizm (Chartalism) czyli nominalistyczna teoria pieniądza (lub inaczej teoria pieniądza państwowego);
  5. Idea Gwarancji Zatrudnienia

Nie będę tu wyjaśniać poszczególnych elementów, bo wszystkie są świetnie opisane na blogu.
Autor wyjaśnia także genezę powstania i cele tej teorii:

MMT skrystalizowała się w latach 1995-2000 […] jako efekt kolaboracji pomiędzy różnymi osobowościami, których połączyła wspólna idea przywrócenia do nauki o ekonomii logiki realnego świata – przede wszystkim w zakresie zrozumienia pieniądza, finansów państwa i bilansów rachunków narodowych.
[…]
Czy zatem MMT to tylko stare pomysły w nowym opakowaniu? W zasadzie tak. Rewolucja na poziomie idei dokonała się już dawno. Chodzi o to, że została zapomniana. A raczej zepchnięta w niepamięć przez neoliberalną kontr-rewolucję. Dlatego warto te pomysły odświeżyć żeby na ich bazie skonstruować logiczną, kompletną narrację, która w sposób przekonujący wykaże, że T.I.N.A.  to fałsz.

I faktycznie! Czytając, ma się wrażenie, jakby ktoś otworzył okno i wpuścił świeże powietrze do pokoju pełnego neoliberalnego smrodu. Swoją drogą przerażenie ogarnia, gdy codziennie widzi się jak skuteczne jest pranie mózgów, które uodporniło na ten smród umysły i aparat węchu prawie całego społeczeństwa. Niektórzy odbierają go już nawet, jako zapach perfum!

Serce rośnie, gdy czyta się zdania typu:

Państwo ma w ręku wszelkie instrumenty, żeby zapewnić pełne zatrudnienie przy utrzymaniu stabilnych cen. Co jest potrzebne to zrozumienie, że nie istnieje problem finansowania; problemem są realne zasoby i opracowanie rozsądnej polityki ich wykorzystania.

Albo:

Państwo jest monopolistą – jedynym źródłem, z którego pochodzi waluta narodowa. Stąd dywagacje o bankructwie Państwa w wyniku niemożliwości spłaty zobowiązań zaciągniętych w suwerennej walucie o płynnym kursie nie mają logicznej podstawy.
Suwerenny emitent obowiązującego środka płatniczego jest w stanie kupić wszystko, co jest dostępne na sprzedaż w takiej walucie. Dlatego też wszelkie stwierdzenia, że Państwa NIE STAĆ na towary czy usługi oferowane w tej walucie, czy na zatrudnienie pracowników lub wypłatę świadczeń, są nieuzasadnione.
[…]
Czemu to służy? Jaki cel wypełnia polityka zorientowana na równoważenie budżetu i podporządkowana histerii długu publicznego? Na czym polegać ma zagrożenie wynikające z zapisu pozycji księgowej Wn sektora publicznego, któremu odpowiada korespondujący zapis Ma w postaci oszczędności netto sektora prywatnego (jeżeli mówimy o wartościach denominowanych w walucie narodowej)? Jaki jest sens utrzymywania całej gospodarki w stanie permanentnego niewykorzystania potencjału, którego objawem jest bezrobocie? Co tak naprawdę dają społeczeństwu „zdrowe” finanse publiczne?
Takie pytania są istotne i mamy prawo do rzeczowych odpowiedzi. Najważniejsze: musimy odrzucić memy, które każą nam postrzegać Państwo jako zadłużone gospodarstwo domowe Kowalskich – ta legenda jest skutkiem albo skrajnie posuniętej niewiedzy, albo manipulacji. (Jeżeli to drugie – to kto i po co manipuluje? Odpowiedzi trzeba by szukać posługując się maksymą Qui bono? – być może ci, którzy chcą, żeby Państwo było skazane na bycie klientem sektora finansowego…?).

Ręce same układają się do klaskania!

Najważniejszą propozycją twórców MMT, jest zatem zniesienie zakazu finansowania państwa przez bank centralny (u nas Art. 220 konstytucji). Wywołuje to oczywiście palpitacje serca u monetarystów i niesamowity jazgot wszystkich wytresowanych przez nich piesków – tzw. „ekspertów”.

Jeśli jest tak pięknie, to czego się czepiam i dlaczego nie jestem zwolennikiem MMT? Ano dlatego, że twórcy MMT nie zamierzają zmieniać obecnego systemu monetarnego, starają się jedynie złagodzić jego objawy. To mniej więcej tak, jak gdyby przy ostrym zapaleniu wyrostka, zamiast natychmiast kłaść delikwenta na stół operacyjny, aplikować mu jedynie środki przeciwbólowe. Dlatego też nie uważam MMT za reformę systemu monetarnego.

Zarówno twórcy MMT, jak i autor bloga nie zauważają, że obecny system monetarny jest permanentną fazą Ponziego. W schemacie Ponziego „zyski” były wypłacane z bieżących wpłat kolejnych „inwestorów” (oszukanych); w obecnym systemie monetarnym, oprocentowanie płacone jest z nowo zaciąganych kredytów. Gdy nie ma coraz to większej ilości „inwestorów” i coraz to nowych kredytów – i tu, i tam, piramida się wali! Naśladowcą Ponziego był Bernard Madoff. Jego piramida funkcjonowała na identycznej zasadzie. Swoją drogą, gdybym był jego obrońcą, to żądałbym uniewinnienia mojego klienta. Skoro na takiej samej zasadzie funkcjonuje nasz system monetarny, to nie zrobił nic nielegalnego! Ale byłby ubaw!

Dość żartów, wróćmy do naszej MMT. Wspominałem, że teoria ta ma potencjał, aby zostać wiodącą teorią ekonomiczną. Wyjaśnię, dlaczego tak uważam. Wspominałem już, że w naszym systemie monetarnym, gdy wzrost gospodarczy przestaje nadążać za wykładniczo rosnącym zadłużeniem i gospodarka nie jest w stanie wygenerować dostatecznej ilości nowych kredytów, państwo zadłuża się i w ten sposób pełni rolę dostarczyciela pieniędzy do systemu. W wielu krajach, także w Polsce, istnieją jednak ograniczenia dla wielkości tego zadłużenia. MMT tego nie przewiduje. W sytuacji, gdy państwo jest suwerennym emitentem waluty, czytaj: ma jej drukarkę, takie ograniczenia nie mają sensu. Autor bloga słusznie zauważa jednak, że:

Właściwie jedyny problem związany z długiem publicznym (w walucie krajowej), który może być przyczynkiem do dyskusji, to jego oprocentowanie, a dokładniej – wynikający z tego transfer dochodów w kierunku posiadaczy obligacji. Jednakże należy pamiętać, że społeczeństwo, posiadając wiedzę o mechanice systemu, może w każdej chwili zdecydować o zaprzestaniu emisji papierów dłużnych przynoszących odsetki – np. poprzez ustanowienie Banku Centralnego jako agenta bezpośrednio finansującego wydatki rządowe. Zresztą, w wielu krajach rządy „pożyczają” już teraz (i działo się tak również w przeszłości), biorąc pod uwagę wartości realne – denominowane do inflacji, według stawek % zbliżonych do 0.

Ale zadłużenie rządu jest jedynie częścią problemu! MMT całkowicie ignoruje zadłużenie firm i gospodarstw domowych. W przeciwieństwie do rządu, nie mają one dostępu do drukarki pieniędzy. Ich zadłużenie jest zatem dużo bardziej niebezpieczne. Poza tym ich zadłużenie także powoduje przepływ kapitału z obiegu gospodarczego do obiegu finansowego, który już wyjaśniałem. W efekcie tego odpływu w obiegu gospodarczym coraz szybciej zaczyna brakować pieniędzy i pogłębia się deflacja. Zadłużenie państwa musi więc skompensować ten ubytek. Z kolei na giełdach mamy do czynienia z asset inflation, obrazem której jest wzrost wszelakich indeksów giełdowych. W opisie MMT chyba ani razu nie pojawia się słowo „giełda” i jedynie kilka razy pojawiają się „rynki finansowe”! Nie wiem, czy jest to przypadek, czy zamysł twórców tej teorii. MMT, przy pomocy nieograniczonego zadłużenia państwa, doprowadzałaby dostateczną ilość nowych pieniędzy do obiegu gospodarczego – mogłaby być zatem przedłużeniem agonii obecnego systemu monetarnego. Łagodziłaby także społeczne i gospodarcze skutki odpływu pieniędzy do obiegu finansowego, w którym nadal mogłyby rosnąć kursy giełdowe. I wilk byłby syty i owca cała. To jest powód, który moim zdaniem może spowodować, że teoria ta (tak jak wcześniej neoliberalizm) może znaleźć możnych sponsorów, którzy „wprowadzą ją na salony”. Kto wie, czy nie to właśnie było zamysłem jej autorów? Podejrzenie to nie jest pozbawione podstaw także z innego powodu. MMT przewiduje zachowanie dotychczasowej roli banków komercyjnych, jako „twórców” pieniędzy trafiających do obiegu gospodarczego. Banki centralne, tak jak dotychczas, byłyby jedynie emitentami pieniędzy, będących rezerwami banków komercyjnych i używanych do rozliczeń pomiędzy nimi. Jak wyjaśniałem we wpisie o Pieniądzu Suwerennym, byłyby zatem nadal pozbawione realnego wpływu na ilość pieniędzy tworzonych przez banki komercyjne.

Ale autorzy teorii zignorowali pewien drobiazg… Zapotrzebowanie na nowe pieniądze w obiegu gospodarczym, a więc zapotrzebowanie na nowe kredyty państwa, rośnie wykładniczo. Względnie szybko będziemy mieć pierwszych bilionerów. A po jakimś czasie systemy komputerowe banków nie poradzą sobie z tak ogromnymi sumami. Paradoksalnie mogę wyobrazić sobie sytuację, że inflacja będzie minimalna, płace nie wzrosną i pieniądz pozostanie stabilny. Wszystko to będzie miało swoje odbicie jedynie w indeksach giełdowych.

Ale wspomniałem także, że MMT nie dostąpi (wątpliwego) zaszczytu i nie zostanie wiodącą teorią ekonomiczną. Dlaczego? Po prostu „finansjera” nie może wypuścić państwa ze swoich szponów! Jest pewne, że niezależne państwo, mogące emitować pieniądze i mające kontrolę nad nimi, wcześniej, czy później, stanie się na tyle bezczelne, że będzie dążyć do dalszej niezależności, a co najważniejsze, będzie mieć możliwości, aby to osiągnąć. A to byłoby już śmiertelnym niebezpieczeństwem dla ludzi pociągających za sznurki! Musimy zrozumieć także, że celem „finansjery” nie jest jedynie gromadzenie pieniędzy! Obecny system monetarny umożliwia jej przejmowanie majątku społecznego: ziemi, nieruchomości, infrastruktury, przemysłu, systemów opieki społecznej i zdrowotnej, systemów edukacji i.t.d. To daje realną władzę i kontrolę nad społeczeństwem. Dlatego nie daję MMT większych szans na wyjście z kąta ciekawostek ekonomicznych.

Innym elementem MMT, który nie jest związany z systemem monetarnym, jest gwarancja zatrudnienia. Brzmi bardzo obiecująco, ale moim zdaniem jest to całkowicie nierealne. A przynajmniej nierealny jest sposób, jaki proponują twórcy MMT. Nie bardzo wyobrażam sobie, jakie miejsca pracy, które nie byłyby konkurencją dla realnej gospodarki, mogłoby stworzyć państwo. W dodatku za płacę minimalną! Nawet, zawsze wymieniane przy takich okazjach, wszelakie roboty publiczne, z przysłowiowym zamiataniem ulic, są wykonywane przez specjalnie do tego celu powołane firmy. W każdym normalnym, praworządnym kraju, byłoby to traktowane, jako dumping płacowy i nieuczciwa konkurencja! W dodatku bezrobotny, nie równa się bezrobotny! Co innego niewykwalifikowany robotnik, co innego inżynier, co innego nauczyciel, co innego naukowiec… Można dalej wyliczać. Mogłyby to być jakieś fikcyjne miejsca pracy, z fikcyjnymi, bezsensownymi zajęciami, ale miałoby to jedynie skutki demoralizujące i dodatkowo byłoby marnowaniem energii i surowców. Myślę, że także w tym wypadku, autorzy teorii kierowali się chęcią przypodobania się ewentualnym sponsorom, i że jest to kolejny element, mający uczynić tę teorię bardziej „smakowitą”, nie do końca jednak przemyślany. Moim zdaniem, lepszym rozwiązaniem, byłby tutaj dochód gwarantowany (chociaż nie jestem jego zwolennikiem!!), w formie pieniądza helikopterowego, generowanego przez bank centralny.

Reasumując, MMT ma wiele sensownych elementów, pozostawia jednak nietkniętym kluczowy problem: niewłaściwie skonstruowany system monetarny.

Wyobrazić sobie niewyobrażalne cz. 2

Obiecałem napisać trochę o projektach reform monetarnych. Słowo się rzekło, fala upałów minęła i temperatura jest już taka, że umożliwia myślenie, więc wypełniam obietnicę. Nie mam wątpliwości, którą propozycję reform omówić jako pierwszą – jest nią Positive Money / Sovereign Money / Vollgeld. Jest to międzynarodowa inicjatywa, stąd różne nazwy.

Inicjatywa ta stała się głośna, gdy 10 czerwca 2018 roku w Szwajcarii odbyło się referendum, które miało zadecydować o wprowadzeniu tego systemu monetarnego. Szwajcaria nie jest pierwszym krajem, w którym rozważano zmianę systemu monetarnego. Pierwszeństwo należy się maleńkiej Islandii. Pisałem już o tym. Była to (jest nadal?) inicjatywa rządu islandzkiego, ale jakoś o niej ucichło. Prawdopodobnie rząd islandzki uświadomił sobie, że konsekwencją takiego kroku byłoby lądowanie amerykańskich marines. Jak było do przewidzenia, inicjatywa ta nie uzyskała w Szwajcarii wymaganej większości, ale poparcie dla niej było zaskakująco duże – 24,3%. Ze względu na złożoność tematu i trudność w jego zrozumieniu, spodziewałem się raczej wyniku jednocyfrowego. Mimo, że przegrane, referendum to było jednak bardzo ważne. Islandię można było po prostu olać i pominąć w doniesieniach. Większość ludzi i tak nie ma pojęcia gdzie to jest i wyobraża sobie, że białe niedźwiedzie chodzą tam po ulicach. Tak na marginesie, spotkałem w zachodniej Europie osoby po studiach(!!), które w podobny sposób wyobrażały sobie Polskę!! Ale Szwajcaria to inny kaliber. Kraj jest zbyt znany i zbyt ważny dla międzynarodowej finansjery i innych kręgów złodziejskich, aby można było takie wydarzenie przemilczeć. Głosowanie nagłośniło temat, wyciągnęło inicjatywę z kąta teorii spiskowych, wyjaśniło mechanizm funkcjonowania obecnego systemu monetarnego i uświadomiło wielu ludziom konieczność jego zmiany. Zwolenników reform nie dało się już przedstawić, jako nawiedzonych świrów i trzeba było z nimi dyskutować jak równy z równym.

Ale wyjaśnijmy sobie wreszcie, co proponuje ta inicjatywa. Można to wyjaśnić jednym zdaniem: pieniądze ma prawo emitować wyłącznie państwowy bank centralny. Teoretycznie jest tak obecnie, ale tylko teoretycznie. Większość „pieniędzy” będących w obiegu kreowana jest przez banki komercyjne w formie depozytów bankowych. Zwykłych pozycji księgowych! Jedynie gotówka, stanowiąca w zależności od kraju ok. 5-10% wszystkich pieniędzy w obiegu i rezerwy banków, czyli sumy znajdujące się na kontach banków komercyjnych w banku centralnym (ok 2,5% pieniędzy w obiegu), są emitowane przez banki centralne i można nazwać je prawdziwymi pieniędzmi. To, co znajduje się na naszych kontach w bankach, to jedynie depozyty bankowe – zobowiązania banku do wypłacenia nam owych prawdziwych pieniędzy. Ale żaden bank na świecie nie jest w stanie wypłacić wszystkich sum znajdujących się na jego kontach. Zobowiązania te, są zatem bez pokrycia! Z całą świadomością konsekwencji, obecny system monetarny można określić słowem OSZUSTWO! Dokładniej wyjaśniam to w moim wstępie.

Na zlecenie rządu Islandii sporządzony został raport, który także szczegółowo wyjaśnia cały proces. Został on nawet przetłumaczony na język polski i jest do ściągnięcia tutaj. Gorąco polecam lekturę! W dokumencie tym używa się określenia „Pieniądz Suwerenny”, więc ja także będę go używać.
Raport wyjaśnia także w skrócie, czym jest Pieniądz Suwerenny, dokładne wyjaśnienie znaleźć można na oficjalnych stronach inicjatywy – w języku angielskim oraz niemieckim.

Celem inicjatywy jest odzyskanie przez państwo i banki centralne kontroli nad pieniądzem i jego emisją. Kontrola ta jest coraz bardziej zagrożona poprzez

– tendencję do likwidacji gotówki (jedynego ustawowego środka płatniczego dostępnego dla obywateli)
– koncentrację sektora bankowego (tworzenie coraz większych i silniejszych banków)
– coraz częstszego używania Money Market Fund (MMF), jako środka płatniczego
– niebezpieczeństwa związane z niekontrolowanym tworzeniem prywatnych kryptowalut (np. Bitcoin)
– niepodzielne panowanie teorii o nieomylności rynku, także rynków finansowych.

Państwa i banki centralne (jeśli przyjąć, że banki centralne są częścią struktury państwa, czego nie jestem pewien), coraz bardziej tracą kontrolę nie tylko nad pieniędzmi, ale także nad gospodarką.
Instrumenty, jakie mają do dyspozycji banki centralne, są obecnie w dużej mierze fikcją. Rezerwy obowiązkowe banków, są reliktem, niemającym obecnie kompletnie żadnego znaczenia. Nie inaczej jest ze stopami procentowymi, przy zmianie których, zawsze jest wiele hałasu. Dla banków nie mają one także prawie żadnego znaczenia! Jedynie guru giełdy, traderzy i inni wszelakiej maści „eksperci” podniecają się tym niezdrowo i onaniz… tfu! …analizują, jakie efekty przyniosą te zmiany (właściwie pierwsze słowo całkiem nieźle by tu pasowało ;). W zależności od aktualnej sytuacji, albo straszą inflacją (ale jakimś cudem zawsze postępuje deflacja), albo wypisują, że rzekome potanienie kredytu spowoduje większą gotowość do inwestycji w nowe miejsca pracy i temu podobne książkowe brednie, które – jak widzimy – nigdy się nie sprawdzają. Przy tej okazji dają całą masę rad, co należy na giełdzie koniecznie kupić lub sprzedać. W rzeczywistości kredyty są tanie i stopy procentowe są niskie, nie dlatego, że banki centralne tak chcą, ale dlatego, że świat zalany jest pieniędzmi, z którymi nie ma co zrobić (niestety nie są one w naszych kieszeniach)! Banki, które otrzymały marchewkę w formie quantitative easing, także nie wiedzą co z tymi pieniędzmi zrobić i gdzie mogą, szukają nowych kredytobiorców. Z drugiej strony bite są kijem ujemnego oprocentowania swoich rezerw w bankach centralnych, więc, aby go uniknąć, gromadzą w skarbcach tony gotówki. Podobnie, ale delikatniej, piszą autorzy projektu reform:

One thus has to conclude that present-day base-rate rituals largely represent a myth, an occasion for noise trading, obscuring actual conditions – that is, that the prerogatives of money and seigniorage have far-reachingly descended to the banking industry, while the money supply is out of control as in actual fact neither banks and markets nor the central banks exert control over the quantity of money.
– Trzeba stwierdzić, że dzisiejsze rytuały wokół wysokości stóp procentowych, stanowią w dużej mierze mit, okazję do sztucznego napędzania obrotów na giełdach, oraz równoczesnego ukrycia faktu, że przywileje emisji pieniądza i seigniorage, dawno już przekazane zostały w dół, do sektora bankowego, a wielkość podaży pieniądza jest poza kontrolą, ponieważ w rzeczywistości ani banki komercyjne, ani rynki, ani banki centralne nie sprawują kontroli nad ilością emitowanych pieniędzy (tłumaczenie moje).

Ale jest dużo gorzej! Obecny kryzys pokazał, że zarówno państwa, jak i banki centralne, stały się de facto zakładnikami obecnego systemu monetarnego! Że zmuszone są zapłacić za piwo, jakie nawarzył i wypił nieomylny rzekomo rynek i jego wspólnicy – banki i rynki kapitałowe. Wyraźnie widoczna jest także bezsilność państw wobec potęgi kapitału. Wszelkie, nawet najmniejsze propozycje zmian, są skutecznie blokowane.

Odbiegnę na chwilę od tematu, ale wyjaśnień nigdy za wiele. Gdy przeciętny zjadacz chleba, wprowadzany dodatkowo w błąd przez środki masowego ogłupiania i wszelakiej maści „ekspertów”, słyszy o stopach procentowych banków centralnych, to sądzi, że mają one coś wspólnego z oprocentowaniem kredytów i naszych oszczędności. Nic bardziej błędnego! Jestem przekonany, że wielu polityków myśli podobnie!
Chciałem podać parę użytecznych linków i włosy zjeżyły mi cię na głowie! Chaos, jaki jest w polskiej wersji Wikipedii woła o pomstę do nieba!! Szczerze mówiąc w innych wersjach językowych jest niewiele lepiej.
Banki centralne określają trzy główne rodzaje stóp procentowych. Pierwszą jest tzw. stopa lombardowa w języku angielskim określana jako bank rate albo discount rate , w niemieckim Lombardsatz. Określa ona oprocentowanie krótkoterminowych pożyczek, jakich bank centralny udziela bankom komercyjnym. Pożyczki te, są im potrzebne jedynie do rozliczeń międzybankowych. Jeśli klienci banku komercyjnego, lub sam bank, dokonują kilku naprawdę dużych transakcji lub operacji giełdowych, może się zdarzyć, że ich suma będzie większa niż stan konta rezerw w banku centralnym. Jeśli bank spodziewa się, że dopiero za parę dni wpłyną na jego konto odpowiednie sumy, bierze na ten czas pożyczkę w banku centralnym. Są to pożyczki jedynie krótkoterminowe, faktycznie jedynie na kilka dni.
Drugą jest stopa międzybankowa. W USA zwana Federal funds rate, w Europie są to Libor w Anglii a w strefie Euro – Eonia. Przyczyna kredytu jest identyczna jak przy stopie lombardowej, ale kredyt udzielany jest między bankami komercyjnymi i na okres jednej nocy (overnight).
Trzecią jest stopa depozytowa [1], [2]. Określa ona wysokość oprocentowania sum, przekraczających rezerwę obowiązkową, tzw. nadpłynność, jakie znajdują się na kontach banków komercyjnych w banku centralnym. W strefie Euro i w paru innych krajach oprocentowanie to jest ujemne (-0,4%).
Widzimy wyraźnie, że wszystkie te stopy procentowe nie mają kompletnie nic wspólnego ani z kredytami, ani z naszymi oszczędnościami! Owszem, mają one niewielki wpływ na rentowność banków i mogą w pośredni sposób przełożyć się także na oprocentowanie kredytów i naszych kont, są to jednak zmiany praktycznie niezauważalne. Jedyne, co ma na nie wpływ, to sytuacja finansowa banków i sytuacja na rynku.

Skoro już odbiegłem od tematu, to powiedzmy sobie teraz trochę o teoriach związanych z pieniądzem. Istnieją dwie główne teorie, które starają się między innymi wyjaśnić czym jest pieniądz i kto powinien go emitować: Currency School, określana inaczej jako Chartalism (czartalizm) oraz Banking School.
Currency School wymaga rozdziału emisji pieniądza od działalności bankowo-kredytowej. Uważa, że pieniądz jest tworem prawnym, więc także prawo do jego emisji i kontrolę nad ilością pieniędzy w obiegu, może mieć jedynie państwo – jednostka, która to prawo tworzy i gwarantuje. Natomiast używanie pieniądza w szeroko pojętej gospodarce, jest już sprawą prywatną, podlegającą „prawom rynku” (jakby takowe w ogóle istniały!).
Banking School traktuje zarówno tworzenie pieniędzy, jak i udzielanie kredytu, jako jeden proces, który, jako element prywatnej gospodarki, powinien być sterowany jedynie przez rynek. Według tej teorii pieniądz jest elementem neutralnym, wpływającym wprawdzie na ceny i sytuację majątkową w społeczeństwie, niebędącym jednak w stanie zmienić struktury gospodarki. Ilością pieniędzy w obiegu najlepiej steruje więc rynek.
Ale pieniądz wcale nie jest w gospodarce elementem neutralnym! Pieniądz jest neutralny jedynie w handlu, gdzie zastępuje wymianę towar za towar. Banking School całkowicie ignoruje inną funkcję pieniądza – finansowanie. Przy pomocy pieniędzy można sterować gospodarką równie skutecznie jak w gospodarce nakazowej! Wystarczy na coś nie dać pieniędzy, albo powiedzieć – owszem, dostaniesz, jak spełnisz moje warunki.

Ale wyjaśnijmy sobie wreszcie jak miałby wyglądać system monetarny oparty na Pieniądzu Suwerennym. Jego zwolennicy są uczniami Currency School, więc, jak już napisałem powyżej: pieniądze miałby prawo emitować wyłącznie państwowy bank centralny i tylko one znajdowałyby się w obiegu. Banki utraciłyby więc przywilej kreacji pieniędzy poprzez tworzenie depozytów bankowych. Specjalnie użyłem słowa „kreacja” a nie „emisja”, bo to nie to samo! Prawo do emisji pieniędzy ma także dziś jedynie bank centralny, ale dotyczy ono jedynie de facto gotówki i rezerw na kontach banków komercyjnych, które wyłączone są z obiegu gospodarczego i służą jedynie do rozliczeń międzybankowych. Na czym polega kreacja pieniędzy przez banki i czym różni się od emisji? Obrazowo można cały proces przedstawić następująco: załóżmy, że ktoś bierze kredyt w wysokości 100.000 PLN. Na koncie kredytobiorcy po stronie „ma”, bank wpisuje kwotę kredytu, czyli 100.000 PLN, po stronie „winien” – tę samą kwotę plus odsetki. To wszystko! Używając terminologii z zakresu księgowości – bank dokonał zwiększenia sumy bilansowej. Bank wykreował w ten sposób 100.000 PLN, które kredytobiorca wydaje i w ten sposób trafiają one do obiegu gospodarczego. Równocześnie bank (w formie odsetek) kasuje opłatę (tzw. seigniorage), którą w normalnych warunkach powinien otrzymać emitent tej sumy. Gdy kredyt zostanie spłacony, konto klienta ulega wyzerowaniu i kwota ta znika z obrotu gospodarczego. Aby było jeszcze śmieszniej, znika większa suma, gdyż nie wykreowano pieniędzy na odsetki i ilość pieniędzy w obiegu zostaje o tę sumę pomniejszona!

Jak wyglądałaby rzecz cała z Pieniądzem Suwerennym? Po pierwsze oddzielone zostałyby od siebie emisja i kredyt, które w obecnym systemie są jednością. Raz wyemitowany przez bank centralny pieniądz, pozostałby nadal w obiegu (chyba, że zostałby wycofany – także przez bank centralny). Banki komercyjne musiałyby więc faktycznie posiadać pieniądze do udzielania kredytów. Jak wyglądałby zatem powyższy przykład? Bank pomniejsza swoje konto w banku centralnym o 100.000 PLN i przelewa je na konto kredytobiorcy. Z jego konta pieniądze trafiają do obiegu gospodarczego. Po spłacie kredytu nie znikają jednak, lecz trafiają z powrotem na konto banku – gotowe do powtórnego użycia. Obrazowo można powiedzieć, że wszystkie operacje wyglądałyby identycznie, gdybyśmy używali gotówki – bank musiałby wyjąć ją ze skarbca, dać kredytobiorcy, a po spłacie kredytu trafiłaby z powrotem do skarbca – gotowa do ponownego użycia.

Jakie byłyby konsekwencje reformy dla wszystkich obywateli? W ogromnej większości pozytywne! Przede wszystkim bylibyśmy właścicielami naszych pieniędzy. Reformatorzy przedstawiają różne możliwości prowadzenia kont:

– każdy obywatel miałby swoje konto w banku centralnym i to on prowadziłby wszystkie operacje na tych kontach
– banki komercyjne prowadziłyby rozliczenia obywateli poprzez konta zbiorcze, konta indywidualne byłyby w banku centralnym
– odwrotnie, banki komercyjne prowadziłyby konta indywidualne, konta zbiorcze byłyby w banku centralnym
– banki komercyjne przejęłyby zarówno prowadzenie kont, jak i rozliczenia obywateli

W tym miejscu należy zwrócić uwagę na dwie rzeczy.
Po pierwsze: wszelkie konta obywateli w bankach komercyjnych byłyby wydzielone z bilansu banku. Byłyby zatem w pełni zabezpieczone przed upadkiem banku, gdyż nie wchodziłyby w skład masy upadłościowej. Podobnie jak jest to dzisiaj z depozytami papierów wartościowych – bank nie jest ich właścicielem, jedynie depozytariuszem, więc są one w pełni bezpieczne w wypadku plajty banku.
Po drugie: konta byłyby nieoprocentowane. Niewykluczone (a właściwie pewne jest), że pobierane byłyby opłaty za ich prowadzenie.

Skąd banki brałyby pieniądze na kredyty? Przede wszystkim używałyby własnych pieniędzy. Drugim źródłem byłyby rynki finansowe. W razie potrzeby, kredytu mógłby udzielić oczywiście bank centralny. Wreszcie mogłaby się także zrealizować obecna bajeczka dla grzecznych dzieci, mówiąca, że banki używają naszych oszczędności do udzielania kredytów. Oczywiście nie odbywałoby się to automatycznie i nie wyglądałoby to jak w bajeczce! Oszczędzający musiałby po pierwsze wyrazić na to zgodę, po drugie określić sumę, jaką dałby do dyspozycji banku i po trzecie, na jaki czas. Na ten czas jego konto zostałoby pomniejszone o tę sumę. Po upływie ustalonego czasu pożyczona suma wpłynęłaby z powrotem na konto wraz z obiecanymi odsetkami. Albo i nie! Jak w wypadku każdego kredytu, wierzyciel musi się liczyć z możliwością niespłacenia części lub całego kredytu. Autorzy reformy nic nie mówią, kto ponosiłby ryzyko – bank, czy oszczędzający?

Jak wprowadzano by Pieniądz Suwerenny? Autorzy preferują metodę „z dnia na dzień”. W ciągu nocy agregaty pieniężne M1 stałyby się Pieniądzem Suwerennym. Agregaty M0, czyli baza monetarna, są już w tej chwili de facto Pieniądzem Suwerennym. Możliwe byłoby także przejście stopniowe, trwające dłuższy okres czasu.

Ale wprowadzenie Pieniądza Suwerennego nie oznaczałoby wymianę badziewia stworzonego przez banki na prawdziwe pieniądze! O tę sumę zostałoby odpowiednio zmniejszone zadłużenie państwa. W strefie Euro, w zależności od kraju, byłoby to nawet do 90% zadłużenia. Oprócz tego, przez pewien czas, Pieniądz Suwerenny trafiałby do budżetu państwa i poprzez jego wydatki wprowadzany byłby do obiegu gospodarczego. Nadmienić należy, że nie trafiałby ani jako dług, ani nie byłby oprocentowany. W ten sposób możliwe byłoby spłacenie pozostałej części zadłużenia. Inną formą wprowadzania pieniędzy do gospodarki byłyby kredyty banku centralnego dla banków komercyjnych, które umożliwiłyby im działalność kredytową. Bank centralny obserwowałby sytuację na rynku, i w momencie optymalnego nasycenia go nowymi pieniędzmi, zakończone zostałoby przekazywanie pieniędzy do budżetu państwa.

Autorzy reformy nic nie wspominają o pozostałych agregatach – M2 i M3. Są to długoterminowe zobowiązania banków, więc przypuszczać można, że zakłada się, że do tego czasu banki będą mieć już wystarczającą ilość Pieniądza Suwerennego dla realizacji tych zobowiązań.

Czy Pieniądz Suwerenny rozwiązałby wszystkie wady obecnego systemu monetarnego? Odpowiedź jest jedna: nie. Autorzy sami to przyznają. Ale jego wprowadzenie oznaczałoby odzyskanie suwerenności państwa i banków centralnych nad emisją pieniędzy i zakończenie niekontrolowanego tworzenia ich przez banki komercyjne. Jest to niezbędny krok do ewentualnych dalszych reform. Dla zwykłego obywatela oznaczałoby także pewność, że jego pieniądze nie przepadną w wypadku plajty banku. W wypadku powtórki z rozrywki – kryzysu z 2008 roku – banki mogłyby spokojnie splajtować i nie trzeba by ich ratować po to, aby ratować cały system monetarny. To już całkiem sporo!

Ale jest jeszcze nadzieja na wprowadzenie Pieniądza Suwerennego niejako tylnymi drzwiami. Paradoksalnie jego idea została przejęta przez wiele banków centralnych, które rozważają możliwość wprowadzenia go do obiegu, głównie jako elektronicznego odpowiednika gotówki. Najwidoczniej ktoś poszedł po rozum do głowy i stwierdził, że likwidacja gotówki nie jest taką prostą sprawą. We wszystkich krajach jest to jedyny, ustawowy środek płatniczy, więc pozbawienie obywateli dostępu do niego nie byłoby możliwe bez zmiany wielu przepisów, nierzadko także konstytucji. Poza tym, po likwidacji gotówki, ktoś mógłby powiedzieć, że banki centralne nie są już potrzebne.

Jako jeden z pierwszych był znowu Bank of England, który wystąpił z inicjatywą Central Bank Issued Digital Currency (CBDC) [1], [2].

Co ciekawe, także amerykański Fed także zastanawia się nad wprowadzeniem powszechnie dostępnej waluty elektronicznej. Rozważa się nawet udostępnienia amerykańskiego systemu rozliczeń międzybankowych – Fedwire – dla wszystkich obywateli „Fedwire for all” [1], [2], [3]

Bodajże czy nie najdalej jest szwedzki bank centralny Sveriges Riksbank. Szwecja przoduje w likwidacji gotówki, więc tamtejszy bank centralny wpadł na pomysł, aby dać obywatelom jej elektroniczny odpowiednik: e-Koronę.

Nie będę tu wdawał się w skomplikowane szczegóły, jakie różnią te projekty. Są bardzo ciekawe, ale niewielu zainteresują. Jest ich też całkiem sporo. Różnice polegają głównie na sposobie, w jaki miałby być wprowadzany nowy pieniądz i na możliwości wymiany na niego dotychczasowych depozytów bankowych. Wspólną cechą wszystkich projektów jest pomysł rozszerzenia obecnego systemu rozliczeń międzybankowych, na wszystkich obywateli. Przypomnę, że sumy, jakie znajdują się na kontach banków komercyjnych w banku centralnym, są równoważne z gotówką. Gotówka jest po prostu ich „namacalną formą”. Do wymiany na gotówkę, banki nie mogą użyć depozytów, ale jedynie swoich rezerw z kont w banku centralnym. Podobnie jak obecnie banki komercyjne, obywatele mieliby zatem dodatkowe konta w banku centralnym i rozliczali by się za pośrednictwem banku centralnego i w jego (prawdziwych!) pieniądzach, które znajdowałyby się na tych kontach; podobnie jak obecnie banki pomiędzy sobą.
Jest wiele propozycji rozwiązań technicznych dla tych rozliczeń, niektóre przewidują pośrednictwo banków komercyjnych, inne nie. Najczęściej proponuje się system kart płatniczych. Ale prawie wszyscy nie wykluczają także użycia techniki blockchain. Przy tej okazji, w wielu opisach i komentarzach, widać wyraźnie niezrozumienie szczegółów technicznych. Często utożsamia się tę technikę z samą kryptowalutą. Użycie techniki blockchain byłoby bardzo ciekawe, gdyż w zależności od szczegółów technicznych, mogłaby ona umożliwić bezpośrednie rozliczenia między właścicielami kont – bez pośredników. Byłaby zatem w stanie zapewnić duży stopień anonimowości – podobnie jak obecnie gotówka.

W propozycjach i w dyskusjach wokół tych połowicznych reform, widać wyraźnie rozbieżność interesów banków komercyjnych i banków centralnych. Na razie nie jest to otwarta wojna, ale nie wiadomo, co wydarzy się w najbliższej przyszłości. Banki centralne coraz bardziej boją się utraty swojej pozycji, banki komercyjne nie chcą utracić przywileju tworzenia pieniędzy. Sądzę, że decydująca będzie tu pozycja rządów. W tej chwili wydają się one siedzieć okrakiem na barykadzie. Dodatkowo dochodzi do tego kompletna niewiedza decydentów, którzy czekają jak rozwinie się sytuacja. Ani banki centralne, ani rządy nie wykorzystały kryzysu z 2008 roku do chociażby częściowego uwolnienia się z żelaznego uścisku banków komercyjnych. Banki centralne ukręciły poza tym pętlę na własną głowę. Dzięki quantitative easing banki komercyjne zostały wyposażone w spory zapas rezerw, który przy następnym kryzysie, pozwoli im przetrwać pewien okres niepewności w handlu międzybankowym i jeszcze bardziej uniezależnia je od stóp procentowych banków centralnych. Przy następnym kryzysie decydująca będzie postawa rządów. Kolejny bail-out, czyli ratowanie banków pieniędzmi podatników, nie wchodzi już w grę. Poza tym będą to sumy tak ogromne, że nikt nawet nie będzie brał pod uwagę takiej możliwości. Konieczne będzie bail-in, czyli użycie pieniędzy wierzycieli. A któż to są, ci wierzyciele? Wszyscy, których potocznie nazywa się klientami banków, czyli praktycznie my wszyscy! Ktoś powie: Islandia to zrobiła. Ale klientami/wierzycielami tamtejszych banków byli głównie cudzoziemcy, w większości Anglicy, skuszeni korzystnym oprocentowaniem. Nie są oni islandzkimi wyborcami! Obywateli islandzkich w dużej mierze ochroniły gwarancje rządowe, poza tym gniew społeczny został umiejętnie przekierowany na bankierów, z których paru wylądowało za kratkami. W innych krajach taka sztuczka nie przejdzie.

Roztrwonienie pieniędzy z naszych podatków jest dla nas niezauważalne, jest zbyt abstrakcyjne. Ale ogołocenie naszych kont z oszczędności często kilku pokoleń, to coś innego! Już Machiavelli napisał, że poddani wybaczą zabicie ojca, ale nie wybaczą zabrania ojcowizny.

 

USA – Unsettled States of America

Piszę ten tekst parę dni po helsińskim spotkaniu Trumpa z Putinem 16.07.2018 roku. Już sama zapowiedź tego spotkania wywołała w zachodnich mediach niesamowity jazgot. U nas także nie było inaczej. Dominowało straszenie nową Jałtą [1], [2], [3]. Po spotkaniu okazało się, że strach ma wielkie oczy. Byłem pewny, że po tym spotkaniu, zachodnie media wyleją na Trumpa wiadro pomyj, ale nie doceniłem ich! Wylały całe szambo! Nie ma sensu podawać linków – gdziekolwiek się nie kliknie, jest to samo. W całym tym medialnym zgiełku, brakuje jednak rzetelnej analizy tego, co się stało. Zastanówmy się zatem nad tym. Właściwie wiemy tyle, co nic. Spotkali się dwaj przywódcy największych mocarstw, zamiast szczerzyć na siebie kły i warczeć, podali sobie ręce i grzecznie pogadali ze sobą. To właściwie wszystko. I czego tu się czepiać? Czy tak nie powinno być? O co więc chodzi w całej tej medialnej awanturze? Najkrócej i najdosadniej ujął to Paul Craig Roberts w pytaniu: czy Trump jest zdrajcą, bo chce pokoju z Rosją? No właśnie – po jaką cholerę Ameryce potrzebny jest prezydent, który jeszcze nie wywołał żadnej wojny!!

Jakie były tematy rozmowy? Poruszyć miano co najmniej pięć tematów: rosyjskie mieszanie się w amerykańskie wybory (!?), sytuację w Syrii, kontrolę zbrojeń, „aneksję” Krymu i sankcje gospodarcze wobec Rosji.

Nie mam zamiaru tracić czasu na zarzuty rosyjskiej manipulacji wyborczych w USA. Każdy zdrowy na umyśle człowiek musi się tu jedynie postukać w głowę. Jak niby te manipulacje miałyby wyglądać? Tych parę prywatnych ogłoszeń w prasie i na stronach mediów społecznościowych miałoby przekonać setki tysięcy lub nawet miliony wyborców w USA i zmienić wyniki wyborów??? Już sam taki zarzut świadczyłby o tym, że amerykańskie społeczeństwo nie ma zaufania do własnych mediów. Że Rosja ma mieć jakieś „kwity” na Trumpa, którymi może go szantażować? To dziecinne! Podobnie jak było z miejscem urodzin Obamy. Stanowisko przywódcy największego mocarstwa to nie stanowisko stróża nocnego (przepraszam wszystkich stróżów nocnych)! Ci ludzie są sprawdzani na wszelkie możliwe sposoby. Każdy dzień życiorysu, każdy zarobiony i wydany dolar! I robią to nie tylko służby specjalne! Opozycja także szuka i stara się do wszystkiego przyczepić.

Jakie były wyniki rozmowy? Czy korzystne dla Rosji? Absolutnie nie! Nawet nie wspomniano słowem o zniesieniu sankcji. Podobnie było z uznaniem „aneksji” Krymu i sytuacją na Ukrainie. Jeszcze nie wiadomo, co ustalono w sprawie Syrii i kontroli zbrojeń, ale nie sądzę, że Rosja wiele na tym polu ugrała. Może nieco w Syrii, ale o tym za chwilę. Właściwie nadal jest więcej pytań niż odpowiedzi. Na podstawie tego, co na razie wiemy, absolutnie nie można powiedzieć, że Trump w jakiś sposób zdradził interesy Ameryki. Podobnie, jak Kim z północnej Korei, Putin, jak na razie, może jedynie pochwalić się tym, że zechciano z nim rozmawiać.

Już parę razy wspominałem, że Putin jest dla Rosji darem niebios, a wysłannikiem piekieł, dla Zachodu. Era pijanicy – Jelcyna przyzwyczaiła Zachód do tego, że z Rosją można zrobić prawie wszystko: rozkradać dobra naturalne, zmuszać do jednostronnego rozbrojenia, łamać porozumienia i rozszerzać NATO o państwa Europy Wschodniej, destabilizować kraj, demoralizować społeczeństwo. Putin skończył z tym i w dużej mierze przywrócił Rosji poczucie bycia mocarstwem. Zachód najwyraźniej nie ma zamiaru się z tym pogodzić. Cały czas można zaobserwować co najmniej pięć punktów, które wyróżniają politykę Zachodu, a szczególnie USA wobec Rosji:

– amerykańskie przygotowania do wojny przeciw Rosji na terenie Europy zachodniej. Część wschodniej Europy (nasz kraj) sama się do tego pali.

– oddzielenie Rosji od Europy zachodniej poprzez rozpalanie konfliktów pomiędzy państwami dawnego Układu Warszawskiego i Rosją.

– rozniecanie konfliktów zbrojnych na granicach Rosji, w miejscach, gdzie mogłyby rozszerzyć się na jej terytorium (Ukraina i Gruzja).

– kwestionowanie demokracji i praworządności w Rosji, aby podważyć praworządność tamtejszych rządów.

– niedopuszczanie do traktowanie Rosji, jako równoprawnego partnera, który mógłby w jakiś sposób podważać amerykańską dominację.

Nie widać, aby Trump odchodził od któregoś z tych punktów.

Ale cała ta medialna wrzawa pokazała nam jedną rzecz, na którą prawie nikt nie zwraca uwagi: USA są podzielone, jak nigdy od czasów wojny secesyjnej. To nie są już „Unites States” – Stany Zjednoczone! Do tej pory, obojętnie jaki prezydent został wybrany, była jakaś ciągłość. Obie partie – republikanie i demokraci, były lewym i prawym skrzydłem tego samego amerykańskiego orła. Teraz coś gotuje się pod powierzchnią. Dlatego określiłem je (aby zachować w skrócie „U”), jako „Unsettled States” – Niespokojne Stany. Nad okolicznościami wyboru Trumpa zastanawiałem się już wcześniej [1], [2], [3]. Nadal zastanawiam się nad tym, kto za nim stoi. Musimy zrozumieć, że prezydent USA ma wprawdzie ogromną władzę, ale nie ma władzy absolutnej, nie jest dyktatorem. Jest także niewolnikiem oligarchii – sprawującej de facto rządy w USA. Nie jest także „człowiekiem znikąd”. Zawsze jest przedstawicielem jakiejś grupy interesu, która sfinansowała mu medialny cyrk, zwany kampanią wyborczą. Do tej pory różnice między tymi grupami były marginalne, teraz wszystko wskazuje na to, że gra idzie o większą stawkę. Pytanie, o jaką? Nie sądzę także, że Trump jest takim idiotą, żeby nie zdawać sobie sprawy z tego, czym ryzykuje, prowadząc swoją politykę. Musi wiedzieć, że stoi za nim siła, która jest w stanie go obronić. W dużej mierze podzielam opinię Thierry Meyssana, że Trump został wyniesiony do władzy przez środowiska, które chcą powrotu do amerykańskiej dominacji poprzez gospodarkę, a nie poprzez rozniecanie nowych wojen [1], [2]. Oczywiście, jak to trafnie zauważył, wspomniany wyżej Paul Craig Roberts, jest to wbrew interesom kompleksu przemysłowo-zbrojeniowego. A to jest już praktycznie wyrok śmierci! Aby w jakiś sposób odsunąć śmiertelne zagrożenie, podsuwa się mu zagraniczne zamówienia [1], [2], mające zrównoważyć zmniejszenie własnych zamówień. Temu celowi służy także wymuszanie na partnerach z NATO zwiększanie budżetów obronnych oraz straszenie zabraniem amerykańskiego „parasola obronnego” i pozostawieniem sam na sam z rosyjskim niedźwiedziem. To także ma napędzić nowych klientów.

Że taki jest cel grupy, która wyniosła do władzy Trumpa, świadczą także działania administracji mające na celu zmniejszenie amerykańskiego deficytu handlowego (m. in. wojna celna) i naciski na przemysł do tworzenia nowych miejsc pracy.

Czy odzyskanie światowej dominacji poprzez gospodarkę i związane z tym stworzenie nowych miejsc pracy, może się udać? Na pewno nie. A przynajmniej nie tymi metodami. Jedno jest pewne – metody te nie stworzą w USA miejsc pracy (o ile w ogóle jakieś stworzą), z których dałoby się wyżyć. Już dzisiaj kraj ten ma ogromne problemy społeczne, które coraz szybciej się pogłębiają: narkomania [1], [2], wzrost samobójstw czy bezdomność dotykająca nawet ludzi pracujących [1], [2], ponad 40 milionów, których nie stać na jedzenie. O tak oczywistych i typowych dla USA rzeczach jak ogromna przestępczość czy problemy rasowe nawet nie warto wspominać. Do tego dochodzi jeszcze rozpadająca się infrastruktura, której od całych dziesięcioleci nie tknęła niewidzialna ręka rynku, upadające szkolnictwo, system ochrony zdrowia, system emerytalny… Właściwie nie można wymienić niczego, co funkcjonowałoby bez zarzutu. Nawet przemysł zbrojeniowy dostarcza jedynie knoty! Wszystko to pogłębiają problemy międzynarodowe związane z ogromnym deficytem handlowym i zadłużeniem.

Trzeba sobie szczerze i otwarcie powiedzieć, że są to problemy systemowe, których nie rozwiąże wybór takiego, czy innego rządu. Takie problemy, jak do tej pory, zawsze i wszędzie rozwiązywały jedynie wojny i rewolucje. Klasy, będące beneficjentami takiego systemu, nigdy nie ustępują dobrowolnie. Dopiero katastrofa może coś zmienić.

Aha, wspominałem o Syrii… Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości – ekspertyza prawna niemieckiego Bundestagu mówi wyraźnie, że rosyjska obecność w Syrii jest zgodna z prawem i służy zachowaniu pokoju, obecność USA jest nielegalna, służy wywołaniu wojny i destabilizacji kraju. Rosyjska obecność w Syrii jest coraz częściej postrzegana, jako element stabilizujący dla całego bliskiego wschodu. Dostrzegł to także Izrael. Zauważyliście Państwo jak często Netanjahu jeździ ostatnio do Moskwy? Chyba nawet częściej niż do Waszyngtonu! Na ostatniej paradzie zwycięstwa, 9 maja 2018 roku, nawet zasuwał w nieśmiertelnym pułku z portretem rosyjskiego Żyda walczącego w szeregach Armii Czerwonej! Strona rosyjska także nie zostaje dłużna i mówi coś, co miłe dla uszu w Izraelu: że w wypadku irańskiej agresji, Rosja będzie po stronie Izraela [1], [2]. Wprawdzie bezpośredni atak irański jest praktycznie niemożliwy, ale możliwy jest atak pośredni, poprzez irańskie siły walczące w Syrii i wspomagające siły rządowe. Z pewnością był to jeden z tematów rozmowy Trumpa z Putinem. Zwłaszcza, że temat ten dotyczy Trumpa niejako osobiście – jego zięć, Jared Kushner, próbuje doprowadzić do pokoju na bliskim wschodzie [1], [2]. Rosja ma wprawdzie spore możliwości wpływania na Iran, ale nie są to możliwości nieograniczone. Z pewnością nie chciałaby także osłabiać swego sojusznika Assada i doprowadzać do wycofania irańskich bojowników z Syrii. Zdaje się, że już raz polecałem stronę voltairenet.org. Jeśli kogoś interesują sprawy bliskiego wschodu, jest to bodajże najlepsze źródło. Śledzę ją już od wielu lat i zaskakująco wiele ich przepowiedni sprawdziło się. Kto wie, czy nie sprawdzi się także przepowiednia wysłania rosyjskich wojsk lądowych do Syrii (jak na razie jest tam oficjalnie jedynie lotnictwo i siły pomocnicze – głównie saperzy i personel medyczny). Siły te, rozlokowane wzdłuż granicy syryjsko-izraelskiej byłyby rodzajem buforu chroniącego Izrael przed atakami irańskich bojowników. Ciekawe, jaką cenę gotowe są zapłacić USA i Izrael. Поживём – увидим pożyjemy – zobaczymy.

Wyobrazić sobie niewyobrażalne cz. 1

Motto:
Bankierstwo rozpędź ‒ i spraw, Panie,
By pieniądz w pieniądz nie porastał
Julian Tuwim
Kwiaty polskie – Sprawiedliwość

Jak do tej pory zajmowałem się krytyką obecnego systemu monetarnego. Ktoś mógłby powiedzieć: krytykować każdy głupi potrafi! I miałby rację. Na swoje usprawiedliwienie powiem jedynie, że nie jestem pod tym względem osamotniony. Jak do tej pory powstało bardzo niewiele propozycji reform systemu monetarnego. Na dodatek większość z nich powstała w „zamierzchłych” czasach, gdy gospodarka wyglądała zupełnie inaczej. Inaczej wyglądały także rozliczenia. Powszechnie używano gotówki i nikomu nie śniło się jeszcze o komputerach. Dodatkowo praktycznie wszystkie propozycje reform systemu monetarnego, z którymi się do tej pory spotkałem, obarczone były jednym, kardynalnym błędem: nie uwzględniały tego, że system monetarny nie funkcjonuje w próżni. Że powiązany on jest z systemem gospodarczym, politycznym i społecznym. Że w dużej mierze kształtuje je. Za beneficjentów obecnego systemu powszechnie uważano i nadal uważa się jedynie osoby najbogatsze i bliżej nieokreślonych „bankierów” – w domyśle właścicieli banków. Nie uwzględnia się tego, że beneficjentami, wprawdzie niekoniecznie finansowymi, są także osoby bezpośrednio lub pośrednio związane zawodowo z obecnym systemem. Którym system ten zapewnia miejsca pracy i – często wysoką – pozycję społeczną.
Jedynie w jednej, znanej mi, propozycji zmian, autorzy zauważyli, że bodajże największą przeszkodą na drodze zmian, jesteśmy my sami. W czasie wielkiego kryzysu, Irving Fisher próbował przekonać amerykański rząd do wprowadzenia pieniądza oprocentowanego ujemnie. Inspiracją były prace Silvio Gesella oraz sukcesy tzw. eksperymentu z Wörgl. Hans R. L. Cohrssen, współpracownik Irvinga Fishera, wspominał później: „In summary we can say that the technical difficulties of attaining currency stability seem minor in comparison to the general lack of understanding of the problem itself. As long as the „Money Illusion” is not overcome it will be virtually impossible to muster the political will power necessary for this stability.” – Podsumowując, można powiedzieć, że trudności techniczne związane z osiągnięciem stabilności monetarnej, wydają się niewielkie w porównaniu z ogólnym brakiem zrozumienia samego problemu. Dopóki nie uda się przezwyciężyć „monetarnej iluzji”, to niemożliwe będzie osiągnięcie konsensusu politycznego, niezbędnego dla osiągnięcia tej stabilności (tłumaczenie moje).
Od tysięcy lat mamy do czynienia z jedną formą pieniądza. Nie potrafimy wyobrazić sobie innej. Z pieniądzem jest trochę tak, jak z pojmowaniem otaczającego nas świata. Nasze zmysły pozwalają jedynie na zrozumienie świata o trzech wymiarach. Chociaż matematycznie potrafimy operować w przestrzeni o dowolnej ilości wymiarów, nie potrafimy jej sobie jednak wyobrazić. Ba, wbrew pozorom nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie przestrzeni jedno i dwuwymiarowej! Podobnie jest z pieniądzem. Dochodzi do tego jeszcze, całkowicie naturalna i zrozumiała, bariera psychologiczna – strach przed nieznanym. Po co zmieniać coś, co jakoś funkcjonuje? Nie można też pominąć bariery intelektualnej, która nie pozwala na zrozumienie tego, że niestety, ale nasz pieniądz nie funkcjonuje dobrze. Po prostu większość nie jest w stanie zrozumieć destrukcyjnych mechanizmów obecnego systemu monetarnego. Wspomnieć też należy o wielowiekowej manipulacji. Pisałem już, że antropolodzy przypuszczają, że pieniądz mógł powstać w świątyniach. Istnieje wiele frapujących podobieństw pomiędzy metodami manipulacji, jakich używają kapłani takiego, czy innego boga i kapłani pieniądza.
Mam nadzieję, że teraz rozumiecie Państwo, skąd wzięło się w tytule tego wpisu słowo „niewyobrażalne” i mój podświadomy opór do pisania o czymś, o czym wiem, że jest nierealne i właśnie niewyobrażalne. Spróbuję jednak przełamać ten opór, i w kilku następnych odcinkach odpowiedzieć na pytanie, jakie kryteria powinien spełniać dobrze funkcjonujący system monetarny oraz przedstawić kilka, moim zdaniem najciekawszych, propozycji reform systemu monetarnego.

Dla tych, którzy trafili tu pierwszy raz i dla tych, którzy zapomnieli, wyjaśnię w skrócie zasady funkcjonowania obecnego systemu monetarnego:

• W naszym systemie monetarnym, pieniądze kreują banki centralne i pożyczają je bankom komercyjnym. Kreują one jedynie ok 2% wszystkich pieniędzy będących w obiegu (gotówka). Dochodzą do tego jeszcze sumy na kontach banków komercyjnych w bankach centralnych.
• Pozostałe sumy to jedynie pozycje na kontach banków komercyjnych – nie są to jednak „prawdziwe” pieniądze.
• Nowy pieniądz może trafić do obiegu, jedynie w formie oprocentowanego kredytu. Monopol na jego udzielanie mają banki komercyjne.
• Wbrew obiegowej opinii, nie pożyczają one pieniędzy wykreowanych przez bank centralny ani pieniędzy będących na kontach oszczędnościowych. Kredyty kreowane są po prostu, jako operacje księgowe.
• „Prawdziwe” pieniądze, kreowane przez banki centralne, używane są wyłącznie do rozliczeń – w formie gotówki i przelewów pomiędzy kontami banków komercyjnych w banku centralnym.
• Do obiegu trafia jedynie tyle pieniędzy, ile wynosi suma kredytów. Spłata wszystkich kredytów, spowodowałaby brak pieniędzy w obiegu.
• Nie są kreowane pieniądze na oprocentowanie, w obiegu nie ma zatem pieniędzy na jego spłatę. Uniemożliwia to także spłatę wszystkich kredytów.
• Na spłatę oprocentowania musi zostać zaciągnięty nowy, wyższy, kredyt, albo zostać oddana część posiadanego kapitału (zubożenie).
• Obieg pieniędzy w naszej gospodarce jest obiegiem zamkniętym. Oszczędności i nadmiar kapitału, muszą wrócić do obiegu – także w formie kredytu. W przeciwnym razie nie będzie pieniędzy w obiegu.
• Ten powrót jest także „wynagradzany” poprzez oprocentowanie.
• Taki system powoduje wykładniczy wzrost zadłużenia (procent składany, efekt kuli śnieżnej), oraz koncentrację kapitału w rękach coraz mniejszej grupy ludzi.
• Czynnikiem umożliwiającym branie (coraz wyższych!) kredytów, potrzebnych na spłatę oprocentowania, jest wzrost gospodarczy.
• Wzrost gospodarczy nie jest nieskończony i odbywa się liniowo (o ile w ogóle), więc po jakimś czasie nie jest on w stanie skompensować wykładniczego wzrostu zadłużenia.
• Zaczyna brakować nowych kredytobiorców, a więc także pieniędzy w obiegu gospodarczym.
• Dochodzi do nacisku na obniżenie wysokości oprocentowania, więc kapitał, z sektora gospodarczego, przenosi się na giełdę – czyli w stronę spekulacji.
• Powoduje to dalszy spadek ilości pieniędzy w obiegu gospodarczym, i co za tym idzie – deflację.
• W obliczu deflacji, państwo zmuszone jest przejąć rolę kredytobiorcy i w ten sposób zwiększyć ilość pieniędzy w obiegu.
• Spłatą kredytów obciążani są obywatele poprzez wzrost podatków dla najmniej zarabiających, cięcia socjalne i prywatyzację majątku państwa (czyli społeczeństwa!).
• W końcowym etapie, obciążenie kredytem przerasta możliwości jego spłaty i dochodzi do kolapsu systemu monetarnego.
• Wszystkie dotychczasowe kolapsy systemu monetarnego „ukrywane” były pod płaszczykiem wojny.

Obszerniej wyjaśniam wszystko w moim wstępie.
Akurat niedawno odkryłem stronę, której autor także opisuje historię pieniądza i wyjaśnia mechanizmy jego funkcjonowania. Mam ostatnio mało czasu, więc jeszcze nie zapoznałem się z nią bliżej, ale wygląda zachęcająco. Linki pod tekstem są dowodem na to, że także moje wypociny zainspirowały autora. Cieszy mnie to niezmiernie! Tekst napisany jest na wesoło, więc może dotrze do tych osób, które odstrasza moje ględzenie. Coś mi się zdaje, że już gdzieś spotkałem ten styl…;-)

Podobnie, jak wszyscy inni krytycy obecnego systemu monetarnego, określam mechanizm wzrostu zadłużenia (i równoczesnego wzrostu majątków) słowem „kredyty”. Jest to jednak ogromne uproszczenie. Właściwie powinno się tu użyć określenia „dochody kapitałowe”. W moim wstępie wyjaśniłem, że właśnie te dochody, a nie stosunki własnościowe, są kwintesencją definicji kapitalizmu. Oprocentowany kredyt jest tylko jedną z form dochodów kapitałowych. Wszyscy reformatorzy systemu monetarnego, koncentrują się w swoich propozycjach na zerowym oprocentowaniu kredytów. Wprawdzie jest to konieczny i główny element każdej reformy monetarnej, ale nie jedyny. Zapomina się, że nie tylko kredyty (oprocentowane), są formą transferu kapitału od tych, którzy mają go za mało, do tych, którzy mają go w nadmiarze. Podobnym mechanizmem są np. akcje lub obligacje. Tu także, ci, którzy dają do dyspozycji swój niepotrzebny kapitał, żądają za to dywidendy lub oprocentowania. Ta forma dochodów kapitałowych stała się w obecnej gospodarce formą dominującą! Dochody uzyskiwane tą drogą dawno przewyższyły już dochody z kredytów. Nic więc dziwnego, że klientami funduszy inwestycyjnych w rodzaju Black Rock są także banki. Forma ta jest także lepiej odbierana przez społeczeństwo. Z kredytem związane jest słowo „lichwa”, które ma negatywny wydźwięk. Zakup akcji lub obligacji nazywany jest „inwestowaniem”. Słowo to odbierane jest pozytywnie. Jeśli jednak chodzi o mechanizm transferu kapitału, różnice pomiędzy obydwiema metodami są niewielkie. I tu i tam, pieniądze „pracują” na swego właściciela. W moim wstępie, w części „Oprocentowanie”, wyjaśniam, dlaczego „pracują” one jedynie na nielicznych.
Za motto tego wpisu wziąłem fragment „Kwiatów polskich” Juliana Tuwima.
„…i spraw, Panie, by pieniądz w pieniądz nie porastał”. Te słowa mówią właściwie wszystko o przyczynach złego funkcjonowania obecnego systemu monetarnego. Aż ciśnie się na usta, że być może, jako Żyd, Tuwim miał w genach zrozumienie dla istoty pieniądza… Jak długo istnieć będą mechanizmy, umożliwiające robienie z pieniędzy jeszcze większych pieniędzy, tak długo nic się na świecie nie zmieni. Wybór takiej, czy innej partii, będzie wyłącznie kosmetyką. Mechanizmy te doprowadziły do śmierci milionów ludzi w wielu wojnach. Dzisiaj także pokój kosztuje już zbyt wiele. Niestety prawie nikt nie rozumie, czemu, w coraz szybszym tempie, świat znowu prze do kolejnej wojny. Osoba takiego, czy innego polityka nie ma z tym nic wspólnego. To tylko żądne władzy, psychopatyczne marionetki, które także niczego nie rozumieją. Nie rozumieją, że nie kontrolują już wydarzeń, to wydarzenia kontrolują ich! Działają pod wpływem bezosobowego przymusu okoliczności! Jak na razie rozpala się coraz to nowe, lokalne ogniska wojny. Ale nie oszukujmy się! Wcześniej, czy później mechanizm ten musi doprowadzić do globalnego konfliktu. Któraś z jego stron zostanie postawiona pod ścianą

I to będzie koniec ludzkości.

Jeśli ktoś miałby wątpliwości… Natknąłem się niedawno na raport naukowców z dwóch amerykańskich uniwersytetów. Przeanalizowali oni, jakie skutki mógłby mieć dla społeczeństwa USA (i oczywiście także pozostałych krajów świata!), amerykański atak atomowy np. na Chiny. Przeanalizowali trzy warianty: użycie całego arsenału 7000, 1000 oraz tylko 100 głowic. Uwzględnili jedynie skutki nuklearnej zimy. Pozostałe założenia były nierealistycznie optymistyczne – brak kontruderzenia przeciwnika i nieuwzględnienie skutków opadu radioaktywnego. Wyszło im, że graniczną wielkością, przy której możliwe byłoby przeżycie znaczącej części amerykańskiego społeczeństwa, to 100 głowic. Konieczne do tego byłoby rygorystyczne racjonowanie żywności. Już to widzę w kraju, gdzie w każdym domu jest broń palna! Mieszkańców krajów, które importują sporą część potrzebnej żywności, czeka śmierć głodowa. To bardzo optymistyczny scenariusz dla sytuacji, gdy gdzieś w świecie eksploduje 100 głowic atomowych. W zależności od źródeł [1], [2], na świecie jest obecnie ponad 14.500 głowic jądrowych.

Jak u Czechowa, na ścianie wisi strzelba, która w ostatnim akcie musi wystrzelić.