USA – Unsettled States of America

Piszę ten tekst parę dni po helsińskim spotkaniu Trumpa z Putinem 16.07.2018 roku. Już sama zapowiedź tego spotkania wywołała w zachodnich mediach niesamowity jazgot. U nas także nie było inaczej. Dominowało straszenie nową Jałtą [1], [2], [3]. Po spotkaniu okazało się, że strach ma wielkie oczy. Byłem pewny, że po tym spotkaniu, zachodnie media wyleją na Trumpa wiadro pomyj, ale nie doceniłem ich! Wylały całe szambo! Nie ma sensu podawać linków – gdziekolwiek się nie kliknie, jest to samo. W całym tym medialnym zgiełku, brakuje jednak rzetelnej analizy tego, co się stało. Zastanówmy się zatem nad tym. Właściwie wiemy tyle, co nic. Spotkali się dwaj przywódcy największych mocarstw, zamiast szczerzyć na siebie kły i warczeć, podali sobie ręce i grzecznie pogadali ze sobą. To właściwie wszystko. I czego tu się czepiać? Czy tak nie powinno być? O co więc chodzi w całej tej medialnej awanturze? Najkrócej i najdosadniej ujął to Paul Craig Roberts w pytaniu: czy Trump jest zdrajcą, bo chce pokoju z Rosją? No właśnie – po jaką cholerę Ameryce potrzebny jest prezydent, który jeszcze nie wywołał żadnej wojny!!

Jakie były tematy rozmowy? Poruszyć miano co najmniej pięć tematów: rosyjskie mieszanie się w amerykańskie wybory (!?), sytuację w Syrii, kontrolę zbrojeń, „aneksję” Krymu i sankcje gospodarcze wobec Rosji.

Nie mam zamiaru tracić czasu na zarzuty rosyjskiej manipulacji wyborczych w USA. Każdy zdrowy na umyśle człowiek musi się tu jedynie postukać w głowę. Jak niby te manipulacje miałyby wyglądać? Tych parę prywatnych ogłoszeń w prasie i na stronach mediów społecznościowych miałoby przekonać setki tysięcy lub nawet miliony wyborców w USA i zmienić wyniki wyborów??? Już sam taki zarzut świadczyłby o tym, że amerykańskie społeczeństwo nie ma zaufania do własnych mediów. Że Rosja ma mieć jakieś „kwity” na Trumpa, którymi może go szantażować? To dziecinne! Podobnie jak było z miejscem urodzin Obamy. Stanowisko przywódcy największego mocarstwa to nie stanowisko stróża nocnego (przepraszam wszystkich stróżów nocnych)! Ci ludzie są sprawdzani na wszelkie możliwe sposoby. Każdy dzień życiorysu, każdy zarobiony i wydany dolar! I robią to nie tylko służby specjalne! Opozycja także szuka i stara się do wszystkiego przyczepić.

Jakie były wyniki rozmowy? Czy korzystne dla Rosji? Absolutnie nie! Nawet nie wspomniano słowem o zniesieniu sankcji. Podobnie było z uznaniem „aneksji” Krymu i sytuacją na Ukrainie. Jeszcze nie wiadomo, co ustalono w sprawie Syrii i kontroli zbrojeń, ale nie sądzę, że Rosja wiele na tym polu ugrała. Może nieco w Syrii, ale o tym za chwilę. Właściwie nadal jest więcej pytań niż odpowiedzi. Na podstawie tego, co na razie wiemy, absolutnie nie można powiedzieć, że Trump w jakiś sposób zdradził interesy Ameryki. Podobnie, jak Kim z północnej Korei, Putin, jak na razie, może jedynie pochwalić się tym, że zechciano z nim rozmawiać.

Już parę razy wspominałem, że Putin jest dla Rosji darem niebios, a wysłannikiem piekieł, dla Zachodu. Era pijanicy – Jelcyna przyzwyczaiła Zachód do tego, że z Rosją można zrobić prawie wszystko: rozkradać dobra naturalne, zmuszać do jednostronnego rozbrojenia, łamać porozumienia i rozszerzać NATO o państwa Europy Wschodniej, destabilizować kraj, demoralizować społeczeństwo. Putin skończył z tym i w dużej mierze przywrócił Rosji poczucie bycia mocarstwem. Zachód najwyraźniej nie ma zamiaru się z tym pogodzić. Cały czas można zaobserwować co najmniej pięć punktów, które wyróżniają politykę Zachodu, a szczególnie USA wobec Rosji:

– amerykańskie przygotowania do wojny przeciw Rosji na terenie Europy zachodniej. Część wschodniej Europy (nasz kraj) sama się do tego pali.

– oddzielenie Rosji od Europy zachodniej poprzez rozpalanie konfliktów pomiędzy państwami dawnego Układu Warszawskiego i Rosją.

– rozniecanie konfliktów zbrojnych na granicach Rosji, w miejscach, gdzie mogłyby rozszerzyć się na jej terytorium (Ukraina i Gruzja).

– kwestionowanie demokracji i praworządności w Rosji, aby podważyć praworządność tamtejszych rządów.

– niedopuszczanie do traktowanie Rosji, jako równoprawnego partnera, który mógłby w jakiś sposób podważać amerykańską dominację.

Nie widać, aby Trump odchodził od któregoś z tych punktów.

Ale cała ta medialna wrzawa pokazała nam jedną rzecz, na którą prawie nikt nie zwraca uwagi: USA są podzielone, jak nigdy od czasów wojny secesyjnej. To nie są już „Unites States” – Stany Zjednoczone! Do tej pory, obojętnie jaki prezydent został wybrany, była jakaś ciągłość. Obie partie – republikanie i demokraci, były lewym i prawym skrzydłem tego samego amerykańskiego orła. Teraz coś gotuje się pod powierzchnią. Dlatego określiłem je (aby zachować w skrócie „U”), jako „Unsettled States” – Niespokojne Stany. Nad okolicznościami wyboru Trumpa zastanawiałem się już wcześniej [1], [2], [3]. Nadal zastanawiam się nad tym, kto za nim stoi. Musimy zrozumieć, że prezydent USA ma wprawdzie ogromną władzę, ale nie ma władzy absolutnej, nie jest dyktatorem. Jest także niewolnikiem oligarchii – sprawującej de facto rządy w USA. Nie jest także „człowiekiem znikąd”. Zawsze jest przedstawicielem jakiejś grupy interesu, która sfinansowała mu medialny cyrk, zwany kampanią wyborczą. Do tej pory różnice między tymi grupami były marginalne, teraz wszystko wskazuje na to, że gra idzie o większą stawkę. Pytanie, o jaką? Nie sądzę także, że Trump jest takim idiotą, żeby nie zdawać sobie sprawy z tego, czym ryzykuje, prowadząc swoją politykę. Musi wiedzieć, że stoi za nim siła, która jest w stanie go obronić. W dużej mierze podzielam opinię Thierry Meyssana, że Trump został wyniesiony do władzy przez środowiska, które chcą powrotu do amerykańskiej dominacji poprzez gospodarkę, a nie poprzez rozniecanie nowych wojen [1], [2]. Oczywiście, jak to trafnie zauważył, wspomniany wyżej Paul Craig Roberts, jest to wbrew interesom kompleksu przemysłowo-zbrojeniowego. A to jest już praktycznie wyrok śmierci! Aby w jakiś sposób odsunąć śmiertelne zagrożenie, podsuwa się mu zagraniczne zamówienia [1], [2], mające zrównoważyć zmniejszenie własnych zamówień. Temu celowi służy także wymuszanie na partnerach z NATO zwiększanie budżetów obronnych oraz straszenie zabraniem amerykańskiego „parasola obronnego” i pozostawieniem sam na sam z rosyjskim niedźwiedziem. To także ma napędzić nowych klientów.

Że taki jest cel grupy, która wyniosła do władzy Trumpa, świadczą także działania administracji mające na celu zmniejszenie amerykańskiego deficytu handlowego (m. in. wojna celna) i naciski na przemysł do tworzenia nowych miejsc pracy.

Czy odzyskanie światowej dominacji poprzez gospodarkę i związane z tym stworzenie nowych miejsc pracy, może się udać? Na pewno nie. A przynajmniej nie tymi metodami. Jedno jest pewne – metody te nie stworzą w USA miejsc pracy (o ile w ogóle jakieś stworzą), z których dałoby się wyżyć. Już dzisiaj kraj ten ma ogromne problemy społeczne, które coraz szybciej się pogłębiają: narkomania [1], [2], wzrost samobójstw czy bezdomność dotykająca nawet ludzi pracujących [1], [2], ponad 40 milionów, których nie stać na jedzenie. O tak oczywistych i typowych dla USA rzeczach jak ogromna przestępczość czy problemy rasowe nawet nie warto wspominać. Do tego dochodzi jeszcze rozpadająca się infrastruktura, której od całych dziesięcioleci nie tknęła niewidzialna ręka rynku, upadające szkolnictwo, system ochrony zdrowia, system emerytalny… Właściwie nie można wymienić niczego, co funkcjonowałoby bez zarzutu. Nawet przemysł zbrojeniowy dostarcza jedynie knoty! Wszystko to pogłębiają problemy międzynarodowe związane z ogromnym deficytem handlowym i zadłużeniem.

Trzeba sobie szczerze i otwarcie powiedzieć, że są to problemy systemowe, których nie rozwiąże wybór takiego, czy innego rządu. Takie problemy, jak do tej pory, zawsze i wszędzie rozwiązywały jedynie wojny i rewolucje. Klasy, będące beneficjentami takiego systemu, nigdy nie ustępują dobrowolnie. Dopiero katastrofa może coś zmienić.

Aha, wspominałem o Syrii… Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości – ekspertyza prawna niemieckiego Bundestagu mówi wyraźnie, że rosyjska obecność w Syrii jest zgodna z prawem i służy zachowaniu pokoju, obecność USA jest nielegalna, służy wywołaniu wojny i destabilizacji kraju. Rosyjska obecność w Syrii jest coraz częściej postrzegana, jako element stabilizujący dla całego bliskiego wschodu. Dostrzegł to także Izrael. Zauważyliście Państwo jak często Netanjahu jeździ ostatnio do Moskwy? Chyba nawet częściej niż do Waszyngtonu! Na ostatniej paradzie zwycięstwa, 9 maja 2018 roku, nawet zasuwał w nieśmiertelnym pułku z portretem rosyjskiego Żyda walczącego w szeregach Armii Czerwonej! Strona rosyjska także nie zostaje dłużna i mówi coś, co miłe dla uszu w Izraelu: że w wypadku irańskiej agresji, Rosja będzie po stronie Izraela [1], [2]. Wprawdzie bezpośredni atak irański jest praktycznie niemożliwy, ale możliwy jest atak pośredni, poprzez irańskie siły walczące w Syrii i wspomagające siły rządowe. Z pewnością był to jeden z tematów rozmowy Trumpa z Putinem. Zwłaszcza, że temat ten dotyczy Trumpa niejako osobiście – jego zięć, Jared Kushner, próbuje doprowadzić do pokoju na bliskim wschodzie [1], [2]. Rosja ma wprawdzie spore możliwości wpływania na Iran, ale nie są to możliwości nieograniczone. Z pewnością nie chciałaby także osłabiać swego sojusznika Assada i doprowadzać do wycofania irańskich bojowników z Syrii. Zdaje się, że już raz polecałem stronę voltairenet.org. Jeśli kogoś interesują sprawy bliskiego wschodu, jest to bodajże najlepsze źródło. Śledzę ją już od wielu lat i zaskakująco wiele ich przepowiedni sprawdziło się. Kto wie, czy nie sprawdzi się także przepowiednia wysłania rosyjskich wojsk lądowych do Syrii (jak na razie jest tam oficjalnie jedynie lotnictwo i siły pomocnicze – głównie saperzy i personel medyczny). Siły te, rozlokowane wzdłuż granicy syryjsko-izraelskiej byłyby rodzajem buforu chroniącego Izrael przed atakami irańskich bojowników. Ciekawe, jaką cenę gotowe są zapłacić USA i Izrael. Поживём – увидим pożyjemy – zobaczymy.

Reklamy

Wyobrazić sobie niewyobrażalne cz. 1

Motto:
Bankierstwo rozpędź ‒ i spraw, Panie,
By pieniądz w pieniądz nie porastał
Julian Tuwim
Kwiaty polskie – Sprawiedliwość

Jak do tej pory zajmowałem się krytyką obecnego systemu monetarnego. Ktoś mógłby powiedzieć: krytykować każdy głupi potrafi! I miałby rację. Na swoje usprawiedliwienie powiem jedynie, że nie jestem pod tym względem osamotniony. Jak do tej pory powstało bardzo niewiele propozycji reform systemu monetarnego. Na dodatek większość z nich powstała w „zamierzchłych” czasach, gdy gospodarka wyglądała zupełnie inaczej. Inaczej wyglądały także rozliczenia. Powszechnie używano gotówki i nikomu nie śniło się jeszcze o komputerach. Dodatkowo praktycznie wszystkie propozycje reform systemu monetarnego, z którymi się do tej pory spotkałem, obarczone były jednym, kardynalnym błędem: nie uwzględniały tego, że system monetarny nie funkcjonuje w próżni. Że powiązany on jest z systemem gospodarczym, politycznym i społecznym. Że w dużej mierze kształtuje je. Za beneficjentów obecnego systemu powszechnie uważano i nadal uważa się jedynie osoby najbogatsze i bliżej nieokreślonych „bankierów” – w domyśle właścicieli banków. Nie uwzględnia się tego, że beneficjentami, wprawdzie niekoniecznie finansowymi, są także osoby bezpośrednio lub pośrednio związane zawodowo z obecnym systemem. Którym system ten zapewnia miejsca pracy i – często wysoką – pozycję społeczną.
Jedynie w jednej, znanej mi, propozycji zmian, autorzy zauważyli, że bodajże największą przeszkodą na drodze zmian, jesteśmy my sami. W czasie wielkiego kryzysu, Irving Fisher próbował przekonać amerykański rząd do wprowadzenia pieniądza oprocentowanego ujemnie. Inspiracją były prace Silvio Gesella oraz sukcesy tzw. eksperymentu z Wörgl. Hans R. L. Cohrssen, współpracownik Irvinga Fishera, wspominał później: „In summary we can say that the technical difficulties of attaining currency stability seem minor in comparison to the general lack of understanding of the problem itself. As long as the „Money Illusion” is not overcome it will be virtually impossible to muster the political will power necessary for this stability.” – Podsumowując, można powiedzieć, że trudności techniczne związane z osiągnięciem stabilności monetarnej, wydają się niewielkie w porównaniu z ogólnym brakiem zrozumienia samego problemu. Dopóki nie uda się przezwyciężyć „monetarnej iluzji”, to niemożliwe będzie osiągnięcie konsensusu politycznego, niezbędnego dla osiągnięcia tej stabilności (tłumaczenie moje).
Od tysięcy lat mamy do czynienia z jedną formą pieniądza. Nie potrafimy wyobrazić sobie innej. Z pieniądzem jest trochę tak, jak z pojmowaniem otaczającego nas świata. Nasze zmysły pozwalają jedynie na zrozumienie świata o trzech wymiarach. Chociaż matematycznie potrafimy operować w przestrzeni o dowolnej ilości wymiarów, nie potrafimy jej sobie jednak wyobrazić. Ba, wbrew pozorom nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie przestrzeni jedno i dwuwymiarowej! Podobnie jest z pieniądzem. Dochodzi do tego jeszcze, całkowicie naturalna i zrozumiała, bariera psychologiczna – strach przed nieznanym. Po co zmieniać coś, co jakoś funkcjonuje? Nie można też pominąć bariery intelektualnej, która nie pozwala na zrozumienie tego, że niestety, ale nasz pieniądz nie funkcjonuje dobrze. Po prostu większość nie jest w stanie zrozumieć destrukcyjnych mechanizmów obecnego systemu monetarnego. Wspomnieć też należy o wielowiekowej manipulacji. Pisałem już, że antropolodzy przypuszczają, że pieniądz mógł powstać w świątyniach. Istnieje wiele frapujących podobieństw pomiędzy metodami manipulacji, jakich używają kapłani takiego, czy innego boga i kapłani pieniądza.
Mam nadzieję, że teraz rozumiecie Państwo, skąd wzięło się w tytule tego wpisu słowo „niewyobrażalne” i mój podświadomy opór do pisania o czymś, o czym wiem, że jest nierealne i właśnie niewyobrażalne. Spróbuję jednak przełamać ten opór, i w kilku następnych odcinkach odpowiedzieć na pytanie, jakie kryteria powinien spełniać dobrze funkcjonujący system monetarny oraz przedstawić kilka, moim zdaniem najciekawszych, propozycji reform systemu monetarnego.

Dla tych, którzy trafili tu pierwszy raz i dla tych, którzy zapomnieli, wyjaśnię w skrócie zasady funkcjonowania obecnego systemu monetarnego:

• W naszym systemie monetarnym, pieniądze kreują banki centralne i pożyczają je bankom komercyjnym. Kreują one jedynie ok 2% wszystkich pieniędzy będących w obiegu (gotówka). Dochodzą do tego jeszcze sumy na kontach banków komercyjnych w bankach centralnych.
• Pozostałe sumy to jedynie pozycje na kontach banków komercyjnych – nie są to jednak „prawdziwe” pieniądze.
• Nowy pieniądz może trafić do obiegu, jedynie w formie oprocentowanego kredytu. Monopol na jego udzielanie mają banki komercyjne.
• Wbrew obiegowej opinii, nie pożyczają one pieniędzy wykreowanych przez bank centralny ani pieniędzy będących na kontach oszczędnościowych. Kredyty kreowane są po prostu, jako operacje księgowe.
• „Prawdziwe” pieniądze, kreowane przez banki centralne, używane są wyłącznie do rozliczeń – w formie gotówki i przelewów pomiędzy kontami banków komercyjnych w banku centralnym.
• Do obiegu trafia jedynie tyle pieniędzy, ile wynosi suma kredytów. Spłata wszystkich kredytów, spowodowałaby brak pieniędzy w obiegu.
• Nie są kreowane pieniądze na oprocentowanie, w obiegu nie ma zatem pieniędzy na jego spłatę. Uniemożliwia to także spłatę wszystkich kredytów.
• Na spłatę oprocentowania musi zostać zaciągnięty nowy, wyższy, kredyt, albo zostać oddana część posiadanego kapitału (zubożenie).
• Obieg pieniędzy w naszej gospodarce jest obiegiem zamkniętym. Oszczędności i nadmiar kapitału, muszą wrócić do obiegu – także w formie kredytu. W przeciwnym razie nie będzie pieniędzy w obiegu.
• Ten powrót jest także „wynagradzany” poprzez oprocentowanie.
• Taki system powoduje wykładniczy wzrost zadłużenia (procent składany, efekt kuli śnieżnej), oraz koncentrację kapitału w rękach coraz mniejszej grupy ludzi.
• Czynnikiem umożliwiającym branie (coraz wyższych!) kredytów, potrzebnych na spłatę oprocentowania, jest wzrost gospodarczy.
• Wzrost gospodarczy nie jest nieskończony i odbywa się liniowo (o ile w ogóle), więc po jakimś czasie nie jest on w stanie skompensować wykładniczego wzrostu zadłużenia.
• Zaczyna brakować nowych kredytobiorców, a więc także pieniędzy w obiegu gospodarczym.
• Dochodzi do nacisku na obniżenie wysokości oprocentowania, więc kapitał, z sektora gospodarczego, przenosi się na giełdę – czyli w stronę spekulacji.
• Powoduje to dalszy spadek ilości pieniędzy w obiegu gospodarczym, i co za tym idzie – deflację.
• W obliczu deflacji, państwo zmuszone jest przejąć rolę kredytobiorcy i w ten sposób zwiększyć ilość pieniędzy w obiegu.
• Spłatą kredytów obciążani są obywatele poprzez wzrost podatków dla najmniej zarabiających, cięcia socjalne i prywatyzację majątku państwa (czyli społeczeństwa!).
• W końcowym etapie, obciążenie kredytem przerasta możliwości jego spłaty i dochodzi do kolapsu systemu monetarnego.
• Wszystkie dotychczasowe kolapsy systemu monetarnego „ukrywane” były pod płaszczykiem wojny.

Obszerniej wyjaśniam wszystko w moim wstępie.
Akurat niedawno odkryłem stronę, której autor także opisuje historię pieniądza i wyjaśnia mechanizmy jego funkcjonowania. Mam ostatnio mało czasu, więc jeszcze nie zapoznałem się z nią bliżej, ale wygląda zachęcająco. Linki pod tekstem są dowodem na to, że także moje wypociny zainspirowały autora. Cieszy mnie to niezmiernie! Tekst napisany jest na wesoło, więc może dotrze do tych osób, które odstrasza moje ględzenie. Coś mi się zdaje, że już gdzieś spotkałem ten styl…;-)

Podobnie, jak wszyscy inni krytycy obecnego systemu monetarnego, określam mechanizm wzrostu zadłużenia (i równoczesnego wzrostu majątków) słowem „kredyty”. Jest to jednak ogromne uproszczenie. Właściwie powinno się tu użyć określenia „dochody kapitałowe”. W moim wstępie wyjaśniłem, że właśnie te dochody, a nie stosunki własnościowe, są kwintesencją definicji kapitalizmu. Oprocentowany kredyt jest tylko jedną z form dochodów kapitałowych. Wszyscy reformatorzy systemu monetarnego, koncentrują się w swoich propozycjach na zerowym oprocentowaniu kredytów. Wprawdzie jest to konieczny i główny element każdej reformy monetarnej, ale nie jedyny. Zapomina się, że nie tylko kredyty (oprocentowane), są formą transferu kapitału od tych, którzy mają go za mało, do tych, którzy mają go w nadmiarze. Podobnym mechanizmem są np. akcje lub obligacje. Tu także, ci, którzy dają do dyspozycji swój niepotrzebny kapitał, żądają za to dywidendy lub oprocentowania. Ta forma dochodów kapitałowych stała się w obecnej gospodarce formą dominującą! Dochody uzyskiwane tą drogą dawno przewyższyły już dochody z kredytów. Nic więc dziwnego, że klientami funduszy inwestycyjnych w rodzaju Black Rock są także banki. Forma ta jest także lepiej odbierana przez społeczeństwo. Z kredytem związane jest słowo „lichwa”, które ma negatywny wydźwięk. Zakup akcji lub obligacji nazywany jest „inwestowaniem”. Słowo to odbierane jest pozytywnie. Jeśli jednak chodzi o mechanizm transferu kapitału, różnice pomiędzy obydwiema metodami są niewielkie. I tu i tam, pieniądze „pracują” na swego właściciela. W moim wstępie, w części „Oprocentowanie”, wyjaśniam, dlaczego „pracują” one jedynie na nielicznych.
Za motto tego wpisu wziąłem fragment „Kwiatów polskich” Juliana Tuwima.
„…i spraw, Panie, by pieniądz w pieniądz nie porastał”. Te słowa mówią właściwie wszystko o przyczynach złego funkcjonowania obecnego systemu monetarnego. Aż ciśnie się na usta, że być może, jako Żyd, Tuwim miał w genach zrozumienie dla istoty pieniądza… Jak długo istnieć będą mechanizmy, umożliwiające robienie z pieniędzy jeszcze większych pieniędzy, tak długo nic się na świecie nie zmieni. Wybór takiej, czy innej partii, będzie wyłącznie kosmetyką. Mechanizmy te doprowadziły do śmierci milionów ludzi w wielu wojnach. Dzisiaj także pokój kosztuje już zbyt wiele. Niestety prawie nikt nie rozumie, czemu, w coraz szybszym tempie, świat znowu prze do kolejnej wojny. Osoba takiego, czy innego polityka nie ma z tym nic wspólnego. To tylko żądne władzy, psychopatyczne marionetki, które także niczego nie rozumieją. Nie rozumieją, że nie kontrolują już wydarzeń, to wydarzenia kontrolują ich! Działają pod wpływem bezosobowego przymusu okoliczności! Jak na razie rozpala się coraz to nowe, lokalne ogniska wojny. Ale nie oszukujmy się! Wcześniej, czy później mechanizm ten musi doprowadzić do globalnego konfliktu. Któraś z jego stron zostanie postawiona pod ścianą

I to będzie koniec ludzkości.

Jeśli ktoś miałby wątpliwości… Natknąłem się niedawno na raport naukowców z dwóch amerykańskich uniwersytetów. Przeanalizowali oni, jakie skutki mógłby mieć dla społeczeństwa USA (i oczywiście także pozostałych krajów świata!), amerykański atak atomowy np. na Chiny. Przeanalizowali trzy warianty: użycie całego arsenału 7000, 1000 oraz tylko 100 głowic. Uwzględnili jedynie skutki nuklearnej zimy. Pozostałe założenia były nierealistycznie optymistyczne – brak kontruderzenia przeciwnika i nieuwzględnienie skutków opadu radioaktywnego. Wyszło im, że graniczną wielkością, przy której możliwe byłoby przeżycie znaczącej części amerykańskiego społeczeństwa, to 100 głowic. Konieczne do tego byłoby rygorystyczne racjonowanie żywności. Już to widzę w kraju, gdzie w każdym domu jest broń palna! Mieszkańców krajów, które importują sporą część potrzebnej żywności, czeka śmierć głodowa. To bardzo optymistyczny scenariusz dla sytuacji, gdy gdzieś w świecie eksploduje 100 głowic atomowych. W zależności od źródeł [1], [2], na świecie jest obecnie ponad 14.500 głowic jądrowych.

Jak u Czechowa, na ścianie wisi strzelba, która w ostatnim akcie musi wystrzelić.

Widma

Parafrazując znane zdanie Marksa, można powiedzieć, że krążą nam ostatnio po świecie różne widma. Wspólną ich cechą jest to, że udają dobroduszne duszki i starają się nie wzbudzać lęku u obserwatorów.

Pierwszym takim widmem jest czwarta rewolucja przemysłowa. W naszym kraju niewiele się o niej mówi. Nawet wpis w Wikipedii jest dużo krótszy od wpisów w innych językach. Nie znaczy to niestety, że jest to temat, który nas mniej dotyczy. Że nie musimy sobie zawracać nim głowy. Wręcz przeciwnie! W naszym kraju musimy nie tylko więcej o nim mówić, ale wręcz krzyczeć! Drugi raz w historii wali nam się na głowy podstawa funkcjonowania naszej gospodarki – tania siła robocza. W pierwszej Rzeczpospolitej byli to chłopi pańszczyźniani, dzisiaj jesteśmy my wszyscy! Przez wieki, dzięki taniej sile roboczej, żywiliśmy sporą cześć Europy i zarabialiśmy na tym (przynajmniej niektórzy). W szkole, na lekcjach historii, uczyliśmy się o galarach ze zbożem płynących Wisłą do Gdańska. Gdy zachodnia Europa podniosła wydajność swojego rolnictwa, a przede wszystkim zreformowała struktury społeczne, nasze zboże przestało być konkurencyjne cenowo. Jak zareagowała szlachta? Zwiększeniem wyzysku chłopów. Nie inaczej będzie, gdy zachodnie koncerny zaczną, jeden po drugim, wycofywać swoje montownie z naszego kraju. Niestety, w ogólnospołecznej debacie (o ile hejt i wzajemne wyzwiska w ogóle można tak nazwać) nie dostrzegam, aby ktokolwiek w naszym kraju rozumiał, w jakim tempie zachodzą na świecie przemiany w produkcji i usługach. Roboty, to w powszechnym rozumieniu, tępaki, które „odwalają robotę głupiego” i wykonują jedynie monotonne, powtarzające się czynności. Niestety, nowe ich pokolenie, to zupełnie coś innego. Wyposażone są we wszystkie zmysły, jakie mają ludzie. Mogą widzieć, słyszeć i czuć a także rozumieć. Mogą się z nami komunikować. Jak przewiduje jedna z moich „lektur obowiązkowych”, mogą zająć nawet 70% obecnych stanowisk pracy [1], [2]! Niewiele bardziej pocieszająca jest analiza, przeprowadzona na uniwersytecie w Oxfordzie, ale pochodzi ona z „zamierzchłych czasów”, czyli z roku 2013. Od tego czasu wiele się zmieniło. Potwierdzają to nowsze studia. Przestaniemy być potrzebni nie tylko „na zmywaku”, ale także przy sprzątaniu, przy obsłudze klientów w sklepach, restauracjach, hotelach, na lotniskach i w wielu innych miejscach. Testuje się już prawie całkowicie zautomatyzowane place budów, gdzie „polski hydraulik” także nie będzie już potrzebny. Nawet miejsca pracy w takich działach jak służba zdrowia, nie są bezpieczne. I dotyczy to nie tylko pielęgniarek czy np. rehabilitantów, ale w dużej mierze także lekarzy!

Nowe roboty będą potrafiły także myśleć! I tu pojawia nam się kolejny, na pierwszy rzut oka dobroduszny duszek, czyli sztuczna inteligencja. Także i w tym wypadku definicje tego pojęcia w innych językach, są dużo bardziej obszerne! Nie tylko definicje. Niektóre kraje wprowadzają nawet osobne ministerstwa, mające zajmować się sztuczną inteligencją. Możliwości, jakie się przed nią otwierają, są niewyobrażalne. Z jednej strony może być to ogromne ułatwienie w codziennym życiu. Już dzisiaj prowadzone są testy urządzeń, które ułatwiałyby życie osób niewidomych. Nie tylko bezpiecznie prowadziłyby je po ulicy, ale mogłyby np. odczytywać teksty ostrzeżeń i informacji. Jeszcze kilka lat temu, gdy chciałem się pośmiać, to używałem programów do tłumaczenia stron w Internecie. Do niczego więcej się nie nadawały! Dzisiaj coraz częściej używam ich do tłumaczeń z języków, których nie znam. Niedawno głośno było o amerykańskiej nauczycielce, która poprawiła list, który otrzymała od Trumpa. Ale gotów jestem się założyć, że list ten został napisany przez komputer! Może za rok lub dwa, to komputer będzie poprawiał nauczycielkę.
Polecam obejrzenie tego filmiku! To jedynie krótka rozmowa telefoniczna – rezerwacja terminu u fryzjera. Ale naprawdę nie da się rozpoznać, że rozmawia się z maszyną! Tu docieramy do pierwszych wątpliwości związanych z nową techniką. Akurat ta prezentacja wywołała ostrą krytykę [1], [2]. Wielu ludzi pracujących w usługach, może czuć się poniżonymi (całkiem słusznie!), faktem, że poprzez nieświadomy kontakt z robotem, ich samych, degraduje się także do poziomu robotów. Zwłaszcza, że wygląda na to, że niedługo będziemy mogli sobie z takim inteligentnym robotem podyskutować jak równy z równym. Parę dni temu IBM przedstawiła taką mądralę. Akurat przyszło mi do głowy, że można by wypróbować taki komputer w dyskusji z panią profeso… E… nieee! To przecież nie byłaby dyskusja! A przede wszystkim byłoby to obrazą inteligencji! Nawet tej sztucznej!
Ale jeszcze nic straconego! Naukowcy z MIT postawili sobie pytanie, czy sztuczna inteligencja może zapaść na choroby psychiczne? Zainspirowani filmem Hitchcocka „Psychoza”, stworzyli takiego psychopatę. Ciarki przechodzą po grzbiecie…
Oczywiście, ludzie nie byliby sobą, gdyby nie myśleli o wykorzystaniu sztucznej inteligencji do zabijania innych ludzi. Testuje się już wykorzystanie jej do sterowania wielu urządzeń – rakiet, dronów, czołgów, okrętów. U myślącej części ludzkości wzbudza to duże obawy.

To wszystko, to dopiero początek. Nie będę tu przewidywał, jak to się dalej potoczy, gdyż byłaby to twórczość science fiction. Ma ona to do siebie, że prawie nigdy się nie sprawdza – wystarczy przeczytać paru klasyków.

Czy jednak mogą się sprawdzić scenariusze przewidujące objęcie przez maszyny kontroli nad ludzkością? Jak najbardziej TAK! Wątpliwości i obawy ma nawet „zawodowy” wizjoner Elon Musk. Naukowcy, którzy zajmują się tym tematem sami przyznają, że jak na razie bardziej przypominają średniowiecznych alchemików niż statecznych naukowców. Jak najbardziej trafne jest także porównanie badań nad sztuczną inteligencję z genetyką. I tu, i tam majstrujemy przy czymś, czego tak naprawdę nie znamy. W wypadku genetyki, naukowcy mogą nam zagwarantować jedynie to, że po zjedzeniu czegoś modyfikowanego genetycznie (to „coś” nie zasługuje na nazwę „żywność”), nie padniemy trupem. Nic więcej! Nikt nie jest w stanie powiedzieć jak odbije się to na nas i na naszym potomstwie, w dłuższym okresie czasu. Podobnie jest ze sztuczną inteligencją. Badacze mają kłopoty nawet z powtórzeniem wyników, jakie uzyskali ich koledzy!

W 1975 roku, w kalifornijskiej miejscowości Asilomar, odbyła się konferencja genetyków, którzy dyskutowali nad tym, czy przypadkiem ich badania nie otworzą puszki Pandory. W styczniu 2017 roku w tej samej miejscowości odbyła się konferencja badaczy sztucznej inteligencji, którzy dyskutowali między innymi na ten sam temat. Część wystąpień można obejrzeć na Youtube. O innych zagrożeniach poczytać można na stronie organizatorów konferencji. Osobiście mniej obawiam się bezpośredniego zagrożenia, jakie niesie ze sobą sztuczna inteligencja. Owszem, realne jest zagrożenie śmiercią pod kołami automatycznie sterowanego samochodu, ale bardziej obawiam się czegoś innego. Tak, jak genetyka może zmienić nasz organizm, tak sztuczna inteligencja może zmienić nasze stosunki społeczne i majątkowe. A takie zmiany byłyby porównywalne ze zmianami, jakie powodują manipulacje genetyczne – są praktycznie nieodwracalne! Na konferencji niewiele o tym mówiono. Jedynie o konsekwencjach większej ilości wolnego czasu, mówił Jeffrey Sachs. Tak, tak, ten sam Jeffrey Sachs. On jednak, w odróżnieniu od Balcerowicza, przeszedł na „jasną stronę mocy” i stał się krytykiem neoliberalizmu.
Najgorsze jest to, że z obydwiema technikami wiązane są nadzieje na duże zyski. To jest argument, który przesłania wszystkie inne! Wizja zarobku ogromnych pieniędzy nie tylko odbiera rozum, ale także wyłącza wszelkie hamulce moralne. Akceptacja nędzy, a nawet śmierci milionów ludzi, jest tylko sprawą odpowiedniej ilości zer na koncie. W wypadku sztucznej inteligencji (na razie) wystarczy wyłączyć prąd. Procesów zmian genetycznych nie da się zahamować ani cofnąć. Osobiście jestem zdania, że dopuszczanie do sprzedaży żywności modyfikowanej genetycznie, jest zbrodnią przeciwko ludzkości. Bodajże Jan Tadeusz Stanisławski powiedział kiedyś, że łatwiej zbudować myślącą maszynę, niż zmusić człowieka do myślenia. Wygląda na to, że są to słowa prorocze!

Oczywiście nie jestem w stanie zapoznać się ze wszystkimi komentarzami i analizami. Jednak do tej pory nie zauważyłem, żeby ktokolwiek zwrócił uwagę na jeden, bardzo ważny aspekt: zarówno badania naukowe, jak i praktycznie cała strona techniczna, realizowana jest przez kilka największych światowych koncernów. Można powiedzieć, że technologie, które postawią na głowie praktycznie cały świat, odmienią życie miliardów ludzi, zmienią nasz sposób myślenia, pracy i zarabiania pieniędzy, powstają jako projekt całkowicie prywatny. W tajemnicy, poza jakąkolwiek kontrolą społeczną. Zostaną nam one narzucone, niezależnie czy tego chcemy, czy nie. Jedynym kryterium, jakim kierują się twórcy tego projektu, to nie korzyść dla miliardów ludzi, ale korzyść dla niewielkiej grupy posiadającej miliardy. Jest i będzie to przedstawiane, jako dobrodziejstwo dla nas. Oczywiście, nie można negować korzyści, jakie wiążą się z postępem technicznym, ale jestem pewien, że w ogólnym rozrachunku korzyści materialne przyniesie to jedynie nielicznym. Przyniesie także wzrost kontroli nad pozostałą częścią społeczeństwa. Gdy popatrzymy na to przez pryzmat walki klas (tfu, lewactwo!), to zrozumiemy, że jest to rewolucja. Ale pierwszy raz w historii jest to rewolucja przeprowadzana „od góry”! Klasa posiadająca – ten przysłowiowy 1% – mówi nam: buntujecie się, twierdzicie, że was wyzyskujemy, patrzycie na stan naszych kont, kłuje was w oczy nasze bogactwo i luksus, jakim się otaczamy, więc teraz wszystko się zmieni. Poza niewielką grupką, NIE BĘDZIECIE NAM JUŻ POTRZEBNI!! O przynależność do tej grupki będziecie walczyć do upadłego, a wynagrodzenie tych, którzy się do niej dostaną, będzie niższe niż koszty robotów! Przypomina to trochę ramotę Ayn Rand „Atlas zbuntowany”, której bohaterowie wyprowadzają się w piękną okolicę w Górach Skalistych, pozostawiając ludzkość na pastwę losu. W odróżnieniu od tamtych, ci obecni byliby wyposażeni w zdalne sterowanie.
Trzeba zdać sobie sprawę z tego, że sztuczna inteligencja w połączeniu z Internetem i bezgotówkowym systemem rozliczeń jest idealnym narzędziem inwigilacji, manipulacji i kontroli społeczeństwa. Trochę już o tym pisałem [1], [2], [3] Internet traktuje się już jako pole walki. Niedawno Facebook został de facto uznany jako element struktury NATO!!

Ale cała ta świetlana przyszłość, tylko na pierwszy rzut oka jest taka prosta i piękna! Bo kto wtedy kupowałby te wszystkie, automatycznie wyprodukowane towary? Kogo stać by było na korzystanie z usług robotów? I tutaj pojawia się trzecie widmo: bezwarunkowy dochód podstawowy. Mam nadzieję, że teraz rozumiecie Państwo skąd wzięło się w naszych mediach nagłe zainteresowanie tym tematem (podobnie jest zresztą w innych krajach) [1], [2], [3], [4]. Jeśli w środkach masowego ogłupiania, praktycznie na całym świecie, pojawia się nagle jakiś temat, to nie dzieje się to przypadkiem i bez powodu. Klasa rządząca zorientowała się, że te miliardy niepotrzebnych pracowników, to są także stracone miliardy konsumentów! Dobrze by więc było dać im jakieś pieniądze. Bezwarunkowy dochód podstawowy mógłby być właśnie takim sposobem. Teraz już jasne, skąd u tych ludzi takie lewicowe, żeby nie powiedzieć lewackie, pomysły!

Tak na marginesie, szlag mnie trafia, gdy czytam, tak powszechne u nas, komentarze do różnych decyzji zachodnich rządów i organizacji, że są to lewicowcy albo lewacy! Już raz o tym pisałem. Ci ludzie nie mają z lewicą nic wspólnego!! Jestem w stanie zrozumieć stawianie znaku równości, a przynajmniej znaku przybliżenia, między faszyzmem a komunizmem. Sam robiłem kiedyś ten błąd. Ale immanentną cechą każdej lewicy są działania prospołeczne, a tych nijak nie można się doszukać u prawie wszystkich obecnych rządów europejskich! Swoją drogą, czy lewica w ogóle gdzieś jeszcze istnieje?

Ale wróćmy do naszego dochodu podstawowego. Wbrew pozorom, jego źródło wale nie jest lewicowe! Jest to pomysł Miltona Friedmana – jednego z „ojców założycieli” neoliberalizmu. W swojej książce „Capitalism and Freedom” nazwał on świadczenia socjalne workiem szmat (rag-bag) i proponował zastąpienie ich negatywnym podatkiem dochodowym (negative income tax). Wprawdzie negatywny podatek dochodowy, to nie jest całkiem to samo, co dochód podstawowy, ale cel jest ten sam – dawanie ludziom pieniędzy „za nic”.
Oczywiście, jak z większością pomysłów, łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Wszystko rozbija się o finansowanie. Skąd wziąć na to pieniądze? Jak na razie nie spotkałem się z żadnym sensownym, a przede wszystkim realnym, pomysłem. Oczywiście najrozsądniej byłoby wysoko opodatkować duże dochody, ale wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że w obecnym świecie jest to pomysł nierealny. Poza tym, nie sądzę, że sumy, uzyskane tą drogą, byłyby wystarczające. Wszystkie propozycje, z jakimi spotkałem się do tej pory, miały jedną wspólną cechę, łatwo zgadnąć jaką – zakładały, że majątek i dochody najbogatszej warstwy mają zostać nienaruszone.
Ciekaw jestem, kto pierwszy połączy dwa pomysły tego samego autora – Miltona Friedmana – i zaproponuje do tego kolejne widmo, o którym już pisałem, a które krążyło nam jakiś czas temu po świecie – pieniądz helikopterowy. Wygląda na to, że niektórzy zaczynają już coś „kumać“. Artykuł inspirowany jest głównie nieskutecznością dotychczasowych metod działania banków centralnych – obniżkami stóp procentowych i skupem obligacji (quantitative easing), ale wspomina się w nim także o możliwości wykorzystania takich kont dla rozprowadzania „pieniądza helikopterowego”. Autor pisze także o niedawnym głosowaniu w Szwajcarii, gdzie jednym z elementów proponowanej reformy monetarnej, było odebranie bankom komercyjnym możliwości kreowania „pieniędzy”. Oszczędności każdego obywatela miałyby się znajdować właśnie na kontach w banku centralnym. Tak na marginesie, nie spodziewałem się, że zwolennicy tej reformy wygrają, ale pozytywnym zaskoczeniem było dla mnie spore poparcie (24,3%). Spodziewałem się raczej poparcia jednocyfrowego, ok 8 – 9%.

Ale wróćmy do naszych widm. Popatrzmy na spis tematów tegorocznej (jak zwykle widmowej, bo tajnej) konferencji Bilderbergów:

Populism in Europe
The inequality challenge
The future of work
Artificial intelligence
The US before midterms
Free trade
US world leadership
Russia
Quantum computing
Saudi Arabia and Iran
The “post-truth” world
Current events

Oprócz polityki, jest to właśnie sztuczna inteligencja. Z pozostałych tematów – przyszłość pracy i walka z nierównościami są ściśle z nią związane. Dochodzą do tego jeszcze komputery kwantowe… Nie wiem, czy uczestnicy w ogóle rozumieją, co to takiego, ale na pewno ktoś im wyjaśnił, jakie będą skutki zbudowania takiego ustrojstwa. I najwyraźniej wyjaśnił zrozumiale, bo inaczej temat taki nie znalazłby się na liście. A skutki byłyby bardzo nieprzyjemne! Praktycznie wszystkie szyfry, do których złamania największe obecne komputery potrzebują setek lat, byłyby złamane w ciągu paru minut. Jeszcze nie wiadomo, czy w ogóle możliwe jest zbudowanie takiej zabawki, nie całkiem wiadomo także, jak wyglądałoby jej oprogramowanie, ale po cichu pracuje się nad tym na całym świecie. A już najlepszy ubaw byłby, gdyby Ruscy albo Kitajcy zbudowali coś takiego i słowem o tym nie pisnęli! Mieli by dostęp do wszystkich najtajniejszych informacji! Ale Amerykanie także mogliby tak postąpić. Wiele rzeczy, które dzisiaj są niewyobrażalne, chociażby manipulacja łańcuchów blockchain – głównego elementu wszystkich kryptowalut – nagle stały by się realne.
Realne stałoby się także leczenie przez automaty, a przynajmniej diagnozy. Już dzisiaj sztuczna inteligencja potrafi lepiej rozpoznać raka skóry niż lekarz! Automatyzacja wszystkich prawie analiz, szalenie obniżyłaby ich koszty. Automatycznie pobrano by prawie wszystko, co potrzeba, automatycznie zrobiono by tomografię całego cielska, którą w parę minut przeanalizowałaby sztuczna inteligencja, kamery obejrzałyby każdy milimetr skóry, sztuczna inteligencja przeanalizowałaby EKG, itd. Po czymś takim sztuczna inteligencja wydałaby diagnozę taką, jak konsylium profesorów medycyny. Tak przynajmniej byłoby to przedstawiane pacjentom. Tylko, czy gotowi bylibyście jej zaufać? Ja nie. Ale młodsze pokolenie nie będzie już miało takich oporów. Jak już wcześniej pisałem, na obecnym etapie rozwoju, sztuczna inteligencja jest narzędziem bardzo niepewnym. Ponadto podatna jest na manipulacje i trudno ją kontrolować. Ale jeśli przy jej pomocy możliwa byłaby obniżka kosztów (na pewno, i to bardzo!), to wszystkie wątpliwości poszłyby w kąt. W szpitalu byłby jedynie szczątkowy personel, głównie związany z chirurgią (wątpię, czy ktoś dałby się zoperować przez robota). Pielęgnację, rehabilitację, mycie, baseny, kaczki, podawanie leków itd. – przejęłyby automaty.
To naprawdę nie jest science fiction! Prawie wszystko jest realne, jeśli nie już dziś, to za kilka lat.

Jakiś czas temu wpadł mi w oczy dowcip rysunkowy: leżący na łóżku, najwyraźniej umierający człowiek, trzymany za rękę przez robota. Za kilka lat będę emerytem, ale jeśli postęp techniczny i odhumanizowanie medycyny, dalej zachodzić będą w takim tempie jak obecnie (a wszystko na to wskazuje), to, jeśli wcześniej nie wyparuję w wybuchu nuklearnym, mam szansę tego doczekać.

Wolę wyparować.

Myśli trzeciomajowe

I znów mamy kolejną rocznicę uchwalenia Konstytucji 3-Maja – nieudanej próby ratowania upadającego państwa. Jej twórcy nie wiedzieli jeszcze, że próba ta skazana jest na niepowodzenie. To wiemy teraz. Oni byli wtedy pełni zapału i nadziei. Podobny nastrój panował prawdopodobnie po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku. Także wtedy nikt nie przypuszczał, że nasza niepodległość potrwa jedynie 21 lat. Po zakończeniu II wojny światowej też panowała radość. Ta radość nie była jednak powszechna i całkowita. Cieszono się oczywiście z zakończenia wojny, ale nie cieszono się z nowego, powojennego porządku. Wyczuwano, że nie będzie można mówić o pełnej niepodległości kraju. Kolejny okres radości i nadziei przeżywaliśmy w roku 1989. Dzisiaj nie ma zgodności, czy było to odzyskanie niepodległości, czy nie. Co sprawia, że nie potrafimy wybić się na pełną niepodległość? Czy są to jedynie siły zewnętrzne, nasze położenie geograficzne, albo jakieś fatum, które ciąży nad naszym krajem? Czy też mamy w sobie jakąś skazę, jakieś cechy, które uniemożliwiają nam osiągnięcie prawdziwej niepodległości? Moim zdaniem, właśnie to jest przyczyną.
W porównaniu z poprzednimi rocznicami, w czasie tegorocznego święta, mniej mówi się o samej konstytucji i okolicznościach jej uchwalenia. W tle ciągle tli się jeszcze awantura, którą wywołała ustawa o IPN. Wydobyła ona na wierzch głębokie podziały w społeczeństwie, dotyczące naszej postawy w stosunku do Żydów, a zwłaszcza do naszej postawy w czasie okupacji. Paradoksalnie zjednoczyła ona, na co dzień skłócone ze sobą, rząd i opozycję. Ich dzisiejsza postawa przypomina stary kawał/zagadkę – pytanie: co się dzisiaj nosi w Warszawie? Odpowiedź: Żydów na rękach. Prawdziwa dyskusja toczy się jednak poza mediami głównego nurtu. Obie strony bombardują się wygodnymi dla siebie argumentami (pomijam tu oczywiste kłamstwa). Sytuacja jest dość zabawna, gdyż często są to wyrwane z kontekstu fragmenty pochodzące z tego samego źródła – najczęściej jest to „Kronika getta warszawskiego” Emanuela Ringelbluma. Już sam ten fakt pokazuje, że żadna ze stron nie może mieć racji! Zwolennicy dawnej, półoficjalnej wersji, mówiącej, że wszyscy pomagali Żydom, zorientowali się już, że w obliczu miażdżących faktów, są na straconej pozycji, więc próbują jedynie zmarginalizować zjawisko biernego lub czynnego współudziału naszych rodaków w Zagładzie. Ale nie tylko my musimy przełknąć gorzką pigułkę przyznania się do haniebnych czynów, jakie popełnili niektórzy przedstawiciele naszego narodu. Paradoksalnie dużo dłuższa lista jest po stronie żydowskiej! Oni także mają uproszczoną, żeby nie powiedzieć zakłamaną, historię Zagłady. Widzą siebie jedynie, jako ofiary. Całkowicie negują kolaborację swoich rodaków. Rola judenratów i żydowskiej policji jest tematem tabu. Przemilczane są też sympatie prokomunistyczne i współpraca z Sowietami. A już całkowitym tematem tabu jest postawa zachodnich aliantów i wpływowego lobby żydowskiego, szczególnie amerykańskiego. Zupełny brak reakcji z ich strony graniczy ze współudziałem w zbrodni! Tłumaczenie się niewiedzą jest bezczelnym kłamstwem! Jeśli nie wierzyli w raporty polskiego podziemia, to po co, ogromnym nakładem środków, robiono szalenie niebezpieczne loty zwiadowcze nad obozy zagłady? Na tych zdjęciach [1], [2] zaznaczone są wyraźnie komory gazowe i krematoria, a opisy zdjęć mówią same za siebie: extermination camp a nie np. scout camp! Znali wszystkie szczegóły! Jakimś dziwnym trafem, ani nasz rząd, ani opozycja nie korzysta z takich argumentów.

Paradoksalnie „kwestia żydowska” i sprawa naszej niepodległości są ściśle ze sobą związane. Przez wieki Żydzi stanowili nieodłączną część naszego społeczeństwa. Wpłynęli na nasze obyczaje, na nasz światopogląd, na nasz język, na naszą kuchnię, nawet na nasze poczucie humoru. Wzbogacili naszą naukę, kulturę, sztukę i literaturę. Polska, a właściwie Rzeczpospolita, była największym skupiskiem Żydów w Europie. To także nie był przypadek! Mimo tego, że i u nas zdarzały się pogromy i prześladowania, były to jednak prawie zawsze działania oddolne i na skalę lokalną. W ogólnym rozrachunku, fakt ten jest dowodem tolerancji, jaka cechowała naszych przodków (celowo nie napisałem np. „jaka nas cechuje”, gdyż tolerancja ta należy niestety do przeszłości). W codziennych rozmowach, a szczególnie w Internecie, widać jednak wyraźnie, że nasz obraz Żydów, różni się diametralnie od obrazu, jaki mają oni w pozostałych społeczeństwach europejskich. Praktycznie nikt tego nie zauważa, nikt też nie analizuje przyczyn tego zjawiska.

Parę dni temu, trafiłem przypadkiem na pewien wpis, który jest przykładem tego zjawiska. Wpis miał odpowiedzieć na pytanie, czy rosyjski bank centralny jest kontrolowany/jest własnością Rothschildów. Właściwie nie zamierzałem nim sobie zawracać głowy, gdyż były to, typowe dla naszego kraju, idiotyzmy dotyczące Żydów i ich rzekomo wszechwładnego wpływu na politykę i światowy system monetarny. W odróżnieniu jednak od innych, temu podobnych „rewelacji”, wpis zawierał wiele faktów, które świadczyły o całkiem niezłym przygotowaniu autora. Dużo bardziej niż sam wpis, zastanowił mnie jednak komentarz jednego z czytelników – mniej więcej tej samej długości, co sam wpis. Komentator także wykazał się sporą wiedzą! Bodajże czy nie większą nawet, niż autor wpisu! Komentarz jest wprawdzie nieco chaotyczny, miesza fakty z religią, podaje też argumenty, świadczące o niepełnej wiedzy autora. Właściwie mógłbym się podpisać pod niektórymi tezami jego tekstu, gdyż wiele razy pisałem to samo na moim blogu, gdyby nie pewne różnice… Właśnie te różnice są charakterystyczne dla naszego kraju! Moim zdaniem, nie pozwalają nam one zrozumieć tego, co dzieje się na świecie. Wypaczają nam obraz. Pośrednio różnice te doprowadziły najpierw do utraty niepodległości, a dziś znów nie pozwalają nam wybić się na niepodległość polityczną. Przede wszystkim jednak, sprawiają, że nie potrafimy rozwinąć się ani społecznie, ani gospodarczo, co de facto doprowadziło nas już do statusu neokolonialnego.
Popatrzmy na zdania z komentarza:

Bank centralny wcale nie musi „należeć” do Rotszyldów, aby cały system finansowy konkretnego państwa był całkowicie podporządkowany międzynarodowym żydom.”

Kontrola Rotszyldów nad pieniądzem to narzucenie konkretnej idei pieniądza. Wcale nie chodzi o „własność” banku centralnego i w dzisiejszym świecie „własność” bank centralnego nie jest do tej kontroli potrzebna. Chodzi o samą ideę pieniądza, zupełnie odmienną od idei wypracowanej w nauce chrześcijańskiej czy islamskiej (dla uproszczenia pomijam Daleki Wschód).”

Gdyby w miejsce Żydów/Rotszyldów, wstawić „bezosobowy system monetarny” lub „bezosobowy kapitał”, to podobne zdania można znaleźć na moim blogu. Cały czas dręczy mnie myśl, czemu w naszym kraju tak powszechnie stawia się znak równości między słowami pieniądze=Żydzi, bankierzy=Żydzi! Gdyby to nie było tragiczne, to można by powiedzieć żartobliwie, że jako naród jesteśmy „chorzy na Żydów”! Ten znak równości spotykany jest dużo rzadziej w krajach zachodnich. Powszechne jest u nas także doszukiwanie się zakulisowych działań Żydów za wszystkimi prawie wydarzeniami, co także jest dość rzadkie w krajach zachodnich (co nie znaczy, że nieobecne). Autor komentarza pośrednio też to zauważa, gdyż pisze:

Ostatni obrazek, na którym widnieje informacja, że „bank centralny Iranu nie należy do rodziny Rotszyldów” najprawdopodobniej jest błędna, poza tym jest skażona intelektualnym prymitywizmem właściwym dla społeczeństw anglosaskich czy generalnie zachodnich.”
oraz:
Błędem jest używanie języka anglosaskich ćwierćgłówków dopatrujących się kontroli właścicielskiej nad bankiem centralnym, choćby dlatego że prowadzi do sprowadzenia na ich (niski) poziom percepcji rzeczywistości.”

Brakuje jedynie zawołania Wieszcza: „Polska mesjaszem narodów!” A w dalszym ciągu można by powiedzieć Żydom: to nie wy, parchy, ale my jesteśmy narodem wybranym! Gdyby nie fakt, że niemała część naszego społeczeństwa w to wierzy, można by to potraktować jako niezły ubaw.

Ale żarty na bok! Ciekawe jest, że pod tym względem różnimy się nie tylko od krajów zachodnich, ale także od Rosji! Tam także niezmiernie rzadko spotyka się ten znak równości.

Spróbujmy zatem wyjaśnić sobie genezę tego zjawiska. Mało wiemy o tym, jak rozwijały się społeczeństwa zachodnie. Na lekcjach historii uczono nas tego „po łebkach”. Ale także społeczeństwa zachodnie nie wiedzą wiele więcej od nas. Skupiają się głównie na przemianach społecznych i politycznych, kompletnie zaniedbując zmiany w systemie monetarnym i wywołane nimi zmiany w systemie gospodarczym. Już parę razy wspominałem na tym blogu, że moim skromnym zdaniem, tutaj leży klucz do zrozumienia wielu głównych wydarzeń historycznych! Wyjaśnijmy sobie zatem parę kwestii. Przede wszystkim spróbujmy odpowiedzieć na pytanie, czy to Żydzi stworzyli obecny system monetarny? Odpowiedź jest prosta: i tak, i nie. Nie zrozumiemy tego bez wyjaśnienia sobie statusu Żydów w całej Europie. Tworzyli oni wszędzie społeczeństwo niejako „równoległe”, żyjące obok, rządzące się swoimi prawami, mające swoją religię i swoje obyczaje. Praktycznie w całej Europie nie mogli posiadać ziemi, która była wtedy źródłem bogactwa. Zajmowali się jedynymi dostępnymi zajęciami – handlem i lichwą. Wbrew pozorom zajęcia te pozwalały im osiągnąć dobrobyt a także faktycznie umożliwiały zakulisową działalność polityczną i gospodarczą. Żydzi byli także bacznie obserwowani. Prawdopodobnie w wyniku tych obserwacji, Włosi, którzy także zajmowali się tymi samymi zajęciami, wpadli na pomysł stworzenia instytucji, które były podwalinami współczesnej bankowości. Jako posiadający doświadczenie w obrocie pieniędzmi, Żydzi byli chętnie zatrudniani w owych bankach, stąd ich powszechna obecność w bankowości. Włoski pomysł udoskonalili najpierw Holendrzy a potem Szwedzi i Anglicy, którzy stworzyli podstawy bankowości centralnej. Obecny system monetarny nie był więc pomysłem żydowskim, ale z dużą dozą prawdopodobieństwa można powiedzieć, że Żydzi mogli być jego nieświadomymi inspiratorami. Od samego początku, Żydzi musieli także konkurować z bankierami i kupcami włoskimi, holenderskimi, angielskimi, francuskimi czy niemieckimi. Najczęściej nie byli też traktowani, jako równoprawni partnerzy! Spotykali się z wieloma formami dyskryminacji.

A jak było w Polsce? U nas Żydzi także prowadzili podobne zajęcia jak w Europie zachodniej. Była jednak zasadnicza różnica. W Polsce nie mieli konkurencji!! Dla „szlachetnie urodzonych” zajęcia takie jak handel czy lichwa były poniżej ich godności. Mieszczanie byli wprawdzie ludźmi wolnymi, ale nie mieli prawie żadnych praw i ograniczali się jedynie do drobnego rzemiosła. Ponad 70% społeczeństwa – chłopi – było praktycznie niewolnikami bez żadnych praw, bez wykształcenia i bez żadnych możliwości zmiany swego statusu. Krajem niepodzielnie rządziła więc klasa, stanowiąca ok 10% społeczeństwa. Reszta była albo jej niewolnikami, albo nie miała żadnych praw, a zatem także i wpływów na losy kraju. Mam nadzieję, że wszyscy już rozumiemy, skąd wziął się u nas ten znak równości! Przez wiele pokoleń nie znano u nas bankiera i handlarza nie-Żyda! Poza rolnictwem i częścią rzemiosła, pozostałe działy gospodarki oddaliśmy Żydom niejako walkowerem! Także u nas Żydzi nie mogli posiadać ziemi, ale nie było im to do niczego potrzebne, bo spora część szlachty była u nich zadłużona, więc w ten sposób kontrolowali ich majątki. Posiadając monopol w handlu, dyktowali ceny na produkty rolne. Zarobione pieniądze, szlachta wydawała u innych handlarzy-Żydów, przepijała w żydowskich karczmach, w których wódka pochodziła z żydowskich gorzelni. Spora część młynarzy także była Żydami. Nasz archaiczny system społeczny po prostu uniemożliwiał stworzenie konkurencji dla Żydów!! Nie było praktycznie żadnych dróg awansu społecznego! Szlachcicem można było zostać jedynie przez wykazanie się dzielnością na polu walki.

W całej Europie (także wschodniej!!) Żydzi musieli konkurować z miejscową ludnością, co często przychodziło im z najwyższym trudem. U nas mieli wolną rękę, na co sami im pozwoliliśmy!! Kto tu zatem jest ćwierćgłówkiem i ma niski poziom percepcji rzeczywistości??!!

Jesteśmy za to mistrzami świata w tworzeniu teorii spiskowych z Żydami w roli głównej. Co kliknięcie myszą, to mamy nową teorię, ujawniającą istnienie tajnych spisków. Gdyby podliczyć ilość wszystkich stron i ujawnianych tam spisków, to byłoby ich już chyba więcej niż Żydów! Nikt nie zadaje sobie jednak automatycznie cisnącego się na usta pytania, skąd autorzy tych „wiadomości” to wiedzą? Przecież są to najpilniej strzeżone tajemnice, do których nie ma dostępu żaden goj?! Jakim cudem mieli więc do nich dostęp?! Może trzeba byłoby wziąć paru takich najbardziej aktywnych i powiedzieć każdemu: wyjmij bratku i pokaż, czyś ty aby nie „scyzorykiem chrzczony”! Ale żarty na bok!

Czy zmieniło się coś, gdy utraciliśmy niepodległość? Nic. Było jeszcze gorzej! W poprzednim wpisie podałem link do strony z wyjaśnieniem genezy powiedzonka „wasze ulice, nasze kamienice” . Cytowany tam jest obszernie Bolesław Prus. Cała jego twórczość jest kopalnią wiedzy o ówczesnym świecie i o panujących wówczas stosunkach społecznych. Także o relacjach polsko-żydowskich. Przypomnijmy sobie, z jaką pogardą traktowany był (szlachcic!) Wokulski przez prawie całą szlachtę. Jedynie za to, że zajmował się handlem! Bardzo chętnie korzystano z jego pieniędzy, ale dopuścić go do „towarzystwa” – co to, to nie! A jakie było oburzenie, że sprzedał swój sklep Żydom!

A komuż go sprzedam?… – spytał.
– Czy tym, którzy nie kupią sklepu, gdyż mają pieniądze, czy tym, którzy by go dlatego tylko kupili, że nie mają pieniędzy? Sklep wart ze sto dwadzieścia tysięcy rubli, mam je rzucić w błoto?
– Strasznie ci Żydzi wypierają nas…
– Skąd?… Z tych pozycyj, których nie zajmujemy albo do zajmowania których sami ich zmuszamy, pchamy ich, błagamy, aby je zajęli. Mego sklepu nie kupi żaden z naszych panów, ale każdy da pieniądze Żydowi, aby on go kupił i… płacił dobre procenta od wziętego kapitału.

– Będzie kiedyś awantura z tymi Żydami – mruknąłem.
– Bywały już, trwały przez osiemnaście wieków i jaki rezultat?… W antyżydowskich prześladowaniach zginęły najszlachetniejsze jednostki, a zostały tylko takie, które mogły uchronić się od zagłady. I oto jakich mamy dziś Żydów: wytrwałych, cierpliwych, podstępnych, solidarnych, sprytnych i po mistrzowsku władających jedyną bronią, jaka im pozostała – pieniędzmi. Tępiąc wszystko, co lepsze, zrobiliśmy dobór sztuczny i wypielęgnowaliśmy najgorszych.
– Czy jednak pomyślałeś, że gdy twój sklep przejdzie w ich ręce, kilkudziesięciu Żydów zyska popłatną pracę, a kilkudziesięciu naszych ludzi straci ją?
– To nie moja wina – odparł zirytowany Wokulski. – Nie moja wina, że ci, z którymi łączą mnie stosunki, domagają się, ażebym sklep sprzedał. Prawda, że społeczność straci, ale też i społeczność chce tego.
– A obowiązki?…
– Jakie obowiązki?!… – wykrzyknął. – Czy względem tych, którzy nazywają mnie wyzyskiwaczem, czy tych, którzy mnie okradają? Spełniony obowiązek powinien coś przynosić człowiekowi, gdyż inaczej byłby ofiarą, której nikt od nikogo nie ma prawa wymagać. A ja co mam w zysku? Nienawiść i oszczerstwa z jednej strony, lekceważenie z drugiej. Sam powiedz: czy jest występek, którego by mi nie zarzucano i za co?… Za to, żem zrobił majątek i dałem byt setkom ludzi.
– Oszczercy są wszędzie.
– Ale nigdzie w tym stopniu co u nas. Gdzie indziej taki jak ja uczciwy dorobkiewicz miałby wrogów, ale miałby też uznanie, które wynagradza krzywdy… A tu…

W „Lalce” znajdziemy całą masę podobnych dialogów. Prus był doskonałym obserwatorem. Jestem pewien, że wszystkie opisywane w jego powieściach postacie i sceny miały swój pierwowzór. Że nie zostały wymyślone, że były odbiciem otaczającego go świata. Najlepszym dowodem jest, że to wszystko, co opisuje w „Lalce”, można znaleźć w jego „Kronikach”.
Zarówno w „Kronikach” Prusa, jak i w „Lalce”, znajdziemy też opisy i porównania społeczności żydowskiej ze społecznością Polską. Powszechny u nas analfabetyzm, zestawia Prus z jego prawie całkowitym brakiem wśród społeczności żydowskiej. Pisze wyraźnie, że Żydzi sami organizują i finansują swoje szkolnictwo. Że wszystkie dzieci mają do niego dostęp! Przypomnijmy też sobie fragment z „Lalki”, w którym opisuje, jakie są różnice w zabawach młodzieży żydowskiej i polskiej: „U nas, panie, niby u Żydów, jak się młodzi zejdą, to oni nie zajmują się, jak u państwo, tańcami, komplementami, ubiorami, głupstwami, ale oni albo robią rachunki, albo oglądają uczone książki, jeden przed drugim zdaje egzamin albo rozwiązują sobie szarady, rebusy, szachowe zadanie. U nas ciągle jest zajęty rozum i dlatego Żydzi mają rozum, i dlatego, niech się pan nie obrazi, oni cały świat zawojują”.
I nie miał racji?… Charakterystyczne dla Żydów jest także wspieranie najzdolniejszych spośród siebie. Jakie są tego skutki? Oni mają swoich Einsteinów, Rubinsteinów, a my? Naszych Janków muzykantów!

Okres opisywany przez Prusa, był okresem rewolucji przemysłowej. W całej Europie rozwijał się przemysł. A u nas? Trochę działo się w zaborze pruskim, gdzie polska społeczność myślała nieco inaczej, niż w pozostałych częściach kraju. Jedyną wyspą industrializacji była Łódź. Ale Polacy byli tam jedynie najgorzej płatnymi pracownikami najemnymi. Fabryki należały wyłącznie do Niemców, Rosjan i Żydów.

– Szanowny pan Wokulski – zabrał głos adwokat – z właściwą mu gruntownością raczy nas objaśnić: czy sprowadzanie owych tkanin aż z tak daleka nie przyniesie uszczerbku naszym fabrykom?
– Przede wszystkim – rzekł Wokulski – owe nasze fabryki nie są naszymi, lecz niemieckimi…
– Oho!… – zawołał oponent z grupy kupców.
– Jestem gotów – mówił Wokulski – natychmiast wyliczyć fabryki, w których cała administracja i wszyscy lepiej płatni robotnicy są Niemcami, których kapitał jest niemiecki, a rada zarządzająca rezyduje w Niemczech; gdzie nareszcie robotnik nasz nie ma możności ukształcić się wyżej w swoim fachu, ale jest parobkiem źle płatnym, źle traktowanym i na dobitkę germanizowanym

…Czy po z górą stu latach, słowa te nie są znów aktualne!?

Gdy odzyskaliśmy niepodległość, nie mogliśmy już zwalać winy na zaborców. Ale czy nauczyliśmy się czegoś na własnych błędach? Praktycznie nic!! O ile żydowska dominacja w handlu i finansach nieco się zmniejszyła, szybko rosła dominacja w dobrze płatnych wolnych zawodach, szczególnie wśród prawników, lekarzy i aptekarzy. Zwracano na to uwagę, ale jak starano się temu zaradzić? Zamiast stworzyć system pomocy dla zdolnej, ale biednej polskiej młodzieży, której nie było stać na studia, a która mogłaby zmienić ten stan rzeczy, wprowadzono numerus clausus i getta ławkowe!! Pod względem społecznym, II Rzeczpospolita w dużej mierze była kontynuacją tej pierwszej. Wprawdzie ogromna większość społeczeństwa, chłopi, nie byli już niewolnikami, ale tylko formalnie. Ich status społeczny i materialny niewiele się zmienił. Wieś była biedna i potwornie zacofana. Jej mieszkańcy w większości byli analfabetami.
Nie wyciągnęliśmy wniosków z proroczych słów Prusa: W takim stanie rzeczy mamy dwie perspektywy. Ponieważ Żydzi rosną i wzmacniają się na naszych błędach, więc – albo ulepszymy siebie samych i nasze wewnętrzne stosunki, albo – w emigracji zmarnujemy najdzielniejsze siły, a reszta -stanie się lennikami Żydów

Druga wojna światowa i Zagłada były końcem starego świata.

Okres PRL-u postawił zaś wszystko na głowie. Żydzi przestali być konkurencją dla naszego społeczeństwa. Przepraszam, był jeden wyjątek! Praktycznie całe kierownictwo powojennego UB, oraz duża część prokuratury i sądownictwa były w rękach żydowskich. Zdarzało się, że wsadzali do więzień tych, którzy uratowali im życie. To także jest temat tabu.
Ale brak Żydów był także hamulcem w odbudowie kraju. Przed wojną stanowili oni dużą część inteligencji – klasy, bez której żaden kraj nie jest w stanie się rozwinąć. Nieliczna polska inteligencja została wymordowana, gniła w więzieniach i sowieckich łagrach, pozostała na emigracji lub, jako politycznie niepewna, nie była dopuszczana do żadnych stanowisk. Wystarczyła więc chęć szczera, i nawet półanalfabeta mógł zostać nie tylko oficerem, ale także dyrektorem fabryki, naczelnikiem gminy lub powiatu czy komendantem milicji. Jakie były tego skutki – łatwo zgadnąć.
Trzeba jednak przyznać, że nowa władza starała się w szybkim tempie wykształcić własną klasę, która byłaby w stanie pokierować krajem. Kierowała się leninowską maksymą: учиться, учиться, учиться! Uczyć się! Zresztą maksymą całkowicie słuszną!! Niestety nie uwzględniała ona specyfiki naszego kraju, jego historii i mentalności jego społeczeństwa. Jakie więc były rezultaty? Nowy inteligent potrafił rozwiązać równanie różniczkowe, ale nie potrafił zawiązać krawata, sprawniej posługiwał się widłami do gnoju, niż widelcem. Proszę mnie źle nie zrozumieć!! Za ich pęd do wiedzy, okupiony wieloma wyrzeczeniami, należy się tym ludziom ogromny szacunek!! Ale nie mogli oni, i nadal nie mogą, przeskoczyć własnego cienia. A tym cieniem jest wielowiekowe zacofanie i ukształtowana przez warunki życia, specyficzna mentalność, sposób myślenia i postrzegania świata. Byt określa świadomość… I nie chodzi tu o drobny ułamek społeczeństwa! To jest jego 70 – 80%! To, jakimi są, nie jest ich winą! To wina klasy, która ich takimi uczyniła! Klasy, która dziś domaga się zwrotu majątków, a gloryfikując się – fałszuje historię kraju, uniemożliwiając rzetelną analizę niepowodzeń i upadków wszystkich Rzeczpospolitych, co doprowadzić może do kolejnego upadku! Nie znam drugiego kraju, który zmarnowałby tyle historycznych szans. Jako jedyni pokonaliśmy Rosję i mogliśmy osadzić na jej tronie swojego cara! Bezsensowną rzezią, a potem prześladowaniami, poniżeniem i wyzyskiem zraziliśmy garnących się do nas Ukraińców. Bo przecież w powstaniu Chmielnickiego Ukraińcy nie walczyli o odłączenie od Rzeczpospolitej, ale o równe prawa, jako jej obywatele! Można wymieniać dalej i zawsze prywata szlachty była ważniejsza od dobra kraju! Kalam własne gniazdo, bo sam z tej klasy pochodzę…
Niestety, przyszłości naszego kraju nie widzę optymistycznie. Aby przetrwać, jako społeczeństwo, potrzebujemy pozytywistycznej pracy u podstaw. Niestety nie zanosi się na to, że to sobie uświadomimy.
Chociaż pojęcie eugeniki powstało za życia Prusa, nie jestem pewien, czy je znał. Nie przeszkadzało mu to, słowami Wokulskiego, trafnie powiedzieć, że Żydzi zostali ukształtowani poprzez wielowiekowe prześladowania. My sami, przez bezsensowne powstania, sami zniszczyliśmy najwartościowszych przedstawicieli naszego narodu! Dzisiaj nie rozumiemy, że patologie, takie jak brak wzajemnego zaufania, nieumiejętność myślenia kategoriami państwa, prawa i społeczeństwa, powszechny brak uczciwości, korupcja i nepotyzm, które są tak wszechobecne, że na co dzień niezauważalne, są w dużej mierze pochodną braku wśród nas tych ludzi!
W każdym, powiedzmy to sobie szczerze, trochę normalniejszym kraju, istnieje warstwa społeczna, która z racji swej pozycji – ściśle związanej z wykształceniem – posiada autorytet, na który zapracowała sobie przez pokolenia. Jest to warstwa, która kształtuje kulturę i obyczaje kraju. Przynależność do tej warstwy wiąże się oczywiście z większymi dochodami, ale nie mniej ważna jest dla tych ludzi dbałość o zachowanie swego statusu. Osiągają to poprzez dobór nowych członków i wzajemną kontrolę. Wszelkie zachowania odbiegające od normy jak np. nieuczciwość, korupcja czy protekcja, mogą prowadzić do wykluczenia z jej szeregów. Ludzie ci wyróżniają się także wyglądem, ubiorem, zachowaniem, kulturą osobistą, językiem i sposobem mówienia. Także pod tym względem są elementem kształtującym społeczeństwo. Wprawdzie w ostatnich latach wszędzie obserwuje się erozję i zanik tych klas, ale nadal są one obecne i dla wnikliwych obserwatorów zauważalne. U nas taka klasa nie była w stanie się wykształcić. Co by nie mówić o epoce PRL-u, ale obiektywnie trzeba przyznać, że zauważano wtedy potrzebę powstania pewnych wzorców zachowania. Promowano i wspierano, rozumianą w szerokim zakresie, kulturę. O nakładach książek z tego okresu, obecni wydawcy mogą jedynie pomarzyć! Do dobrego tonu należało bycie na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami w kulturze. Nasza kultura i sztuka była w światowej czołówce. Wszędzie – w prasie, radiu i telewizji (także w polityce!) miało się do czynienia jedynie z poprawną polszczyzną.
Szambo wybiło po roku 1989! Język, jakim się dziś posługujemy, coraz mniej przypomina literacką polszczyznę. To jakiś bełkot! W mediach widać, że nie potrafimy już wyrazić swoich myśli. Przyznanie się do nieczytania książek jest dziś w dobrym tonie. Nie potrafimy też ze sobą rozmawiać. Wyzwiska zastępują argumenty. Przykład idzie z góry. W PRL-u, powszechnie wyśmiewanym przykładem prostaka, był Albin Siwak. Dzisiaj, gdy porównać go z niektórymi politykami z tytułami profesorskimi (link zbędny), jest on wzorem kultury! Ktoś na pewno wyskoczy z argumentem: dziś nie ma cenzury! Wszyscy, którzy mieli z nimi do czynienia, przyznają, że cenzorzy byli ludźmi inteligentnymi. Że można było z nimi rozmawiać, pójść na kompromis, przemycić coś niewinnego, co publiczność w lot wyłapywała. Ale jak dziś dyskutować ze stojącym przed teatrem tłumem rozhisteryzowanych fanatyków?!

Nie potrafimy także zrozumieć świata, który nas otacza i naszego miejsca w nim. W stosunku do Zachodu jesteśmy w dużej mierze bezbronni, gdyż mamy archaiczne sposoby pojmowania metod sprawowania władzy i archaiczny światopogląd. Większość społeczeństwa nie zna i nie rozumie złożoności systemów społecznych. Bo skąd ma znać! Przez stulecia znała jedynie pana, wójta i plebana. Jako społeczeństwo „przeskoczyliśmy” szalenie ważny okres – Oświecenie. Nie rozumiemy obecnego świata. Analizujemy go przestarzałymi metodami, przy pomocy przestarzałych pojęć. Zrozumienie obecnego świata, nie oznacza jego akceptacji, ale bez tego nie jesteśmy w stanie zrozumieć światopoglądu, mentalności, sposobu myślenia i postępowania społeczeństw innych krajów. A przede wszystkim klas, które tymi społeczeństwami kierują. Nie mamy naukowców, którzy mogliby nam to przystępnie objaśnić. Ale nawet gdybyśmy takich mieli, nie słuchalibyśmy ich! Nie rozumiemy, jakimi wyrafinowanymi metodami jesteśmy sterowani [1], [2], [3], [4]. Przyjmujemy je za dobrą monetę, a najczęściej nie zdajemy sobie z nich sprawy. Dotyczy to zarówno społeczeństwa, jak i polityków. Nasz sposób widzenia i odbierania świata jest w dużej mierze kształtowany przez religię: wierz, nie zastanawiaj się, tak ma być. Gdy połączymy to wszystko z bardzo niskim poziomem nauczania, śmiało możemy już mówić o moralnym i umysłowym wyniszczeniu narodu!
Przykładem takiego niezrozumienia, jest powszechna wiara w bajeczkę, że wywalczyliśmy sobie niepodległość. G… prawda! Po prostu na pewnym etapie, kraj nasz był pewnym siłom potrzebny na mapie Europy. Niektórzy nasi ówcześni przywódcy albo zrozumieli to, albo byli nieświadomymi marionetkami. Sądzę, że Piłsudski to rozumiał i wiedział, że musimy zapłacić za to pewną cenę. Tutaj wrócę z powrotem do wspomnianego na początku komentarza. Wielkim zaskoczeniem była dla mnie znajomość faktu zmiany zasad funkcjonowania naszego banku centralnego po przewrocie majowym. Jest to fakt mało znany, a jeszcze mniej rozumiany. Wbrew temu, co twierdzi komentator, Piłsudski nie sprzedał żadnych udziałów w banku centralnym. A już na pewno nie Żydom. Paradoksalnie sam komentator napisał, o co chodziło. Kto przeczytał mój niedawny wpis o japońskim banku centralnym, ten zrozumie, że przed przewrotem nasz bank centralny funkcjonował, jak powojenny bank japoński – pożyczał rządowi pieniądze. Po przewrocie już tego nie mógł robić. Wszystko jest wyjaśnione w części II Rozporządzeniu Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 13 października 1927 r. Gdy dodamy do tego jeszcze zagraniczny (Amerykanin, nie Żyd) nadzór nad naszym bankiem centralnym i zaciągniętą równocześnie ze zmianami pożyczkę na zagranicznych rynkach kapitałowych, to już chyba nie trzeba wyjaśniać, o co tak naprawdę chodziło w przewrocie majowym.

Teraz może parę słów o „własności” banku centralnego. Nie jestem prawnikiem i mało się znam na prawie, ale z tego, co wiem, nasz system prawny opiera się w dużej mierze na prawie niemieckim. Tak było także w II Rzeczpospolitej, tak jest i w obecnej (straciłem już rachubę, w której). W prawie niemieckim istnieje rozróżnienie własności społecznej i własności państwowej. Własność państwowa traktowana jest prawnie jak własność prywatna. Tu zatem leży przyczyna statusu banku, jako osoby prawnej lub spółki akcyjnej w II RP. Gdy o tym usłyszałem, zainteresowało mnie to. Chciałem poznać szczegóły, ale przyznam się szczerze, że nie byłem w stanie przebrnąć przez zawiłe wywody prawnicze i dałem sobie spokój. Swoją drogą, przy tej okazji dowiedziałem się, że Niemcy sami tego nie rozumieją i istnieje tam wiele teorii spiskowych na ten temat. Jedną z nich jest teoria wokół Bundesrepublik Deutschland – Finanzagentur GmbH , mówiąca, że państwo niemieckie jest prywatną spółką z ograniczoną odpowiedzialnością (GmbH = Sp. z o.o.).
Nie ulega jednak wątpliwości, że istnieją na świecie prywatne banki centralne. Amerykański Fed jest i nie jest bankiem prywatnym. Sama instytucja Federal Reserve jest tylko przykrywką dla 12 prywatnych banków regionalnych.

Autor wpisu podał, jako argument niezależności rosyjskiego banku centralnego, dekret Putina, nakazujący przekazywanie 75% dochodów banku Rosji do budżetu federalnego (poprzednio było 50%). Ani autor, ani komentator nie wyjaśniają jednak, co dzieje się z resztą. Trafia na konto Rothschildów? Wyjaśnia to rozdział V artykuł 26 rosyjskiej ustawy o banku centralnym. Pieniądze te pozostają w banku, jako rezerwa, i są przez bank odpowiednio inwestowane.

 

Ale wylałem z siebie żółci! Najgorsze, że nic mi to nie ulżyło. Notabene, „żółć” jest chyba najbardziej polskim słowem. Nie ma w nim żadnej niepolskiej litery. Zabawny przypadek!

Zobaczymy, czy się sprawdzi

Już raz przyznałem się do tego, że patrzę na coś i nie widzę, co to jest. Chyba się starzeję, bo znów złapałem się na podobnym odczuciu. Ciągle męczyło mnie pytanie, dlaczego Prezes Polski zmienił premiera. Wiem, to już musztarda po obiedzie, obiedzie, który wszyscy zdążyli już przetrawić, a niektórzy wyrzygać, ale mnie to męczyło. Przyznam nawet, że miałem pewien sentyment do byłej premierzycy. Przypominała mi koleżankę z podstawówki. Koleżanka była strasznie tępa, ale ambitna, więc uczyła się wszystkiego na pamięć. Gdy słyszałem wygłaszane beznamiętnym i bezmyślnym głosem, przemówienie naszej premierzycy, to zamykałem oczy i cofałem się o pół wieku w czasie. Znów siedziałem w ławce takiej jak ta, i słyszałem koleżankę stojącą przed tablicą. Podobieństwo mówienia było uderzające!

Faktycznie się starzeję, bo zaczynam ględzić nie na temat…

Wróćmy do motywów Prezesa. Motyw jest jeden: utrzymanie się przy władzy. Nic więcej! A z tym jest coraz gorzej. Żelazny elektorat jest już nieco znudzony kolejnymi „rewelacjami” z katastrofy smoleńskiej. 500+ już spowszedniało i co gorsza jego odbiorcy przestają się bać, że jakiś nowy rząd odważy się zakończyć ten program. Trzeba więc jakoś kupić wyborców. Ale czym? Co ma Morawiecki, czego nie miała Szydło? W dodatku premierzyca była nawet dość popularna i sporo wyborców miało do niej zaufanie. Bardzo wątpię, że to właśnie przestraszyło Prezesa. Nie chce mi się także wierzyć w to, że Morawiecki przekonał Prezesa jakąś prezentacją PowerPointa. Chyba, że była o kotach. Z tabel i wykresów politycy nic nie rozumieją.

Następnym elementem układanki, który nie dawał mi spokoju, była obietnica sprowadzenia do Polski jednego z największych banków inwestycyjnych świata – JP Morgan. Cały czas zastanawiałem się, na jaką przynętę się skusili? To nie jest drobnica, którą łowi się na pszenicę. Na robaka, nawet tłustego, też się nie skuszą. To jest drapieżnik, a te łowi się na błysk. Pytanie, co nim było? Nasz kraj nie ma nic, co by skusiło taką rybę. Gospodarka jest zbyt słaba, a w dodatku w większości nie jest naszą własnością. Nasze spółki skarbu państwa można co najwyżej sklasyfikować jako robaka (ale nie tłustego). Sławetny plan „odpowiedzialnego” rozwoju, z bredniami o polskim samochodzie elektrycznym, jest niczym innym, niż dalszym ciągiem Króla Ubu. Więc co? I długo bym się zastanawiał, gdyby nie wpadła mi w ucho informacja o specustawie mieszkaniowej. Natychmiast sobie skojarzyłem. Co jeszcze obiecywał Prezes? Program Mieszkanie Plus! I nic z tego nie wyszło. Na obietnicach się skończyło. Okazało się, że koszty przerosły możliwości państwa, a w dodatku większość terenów budowlanych już „rozdrapano”. Krótko mówiąc naobiecywali i napalili się jak szczerbaty na suchary.

Na świecie brakuje obecnie obiektów dla zyskownych inwestycji. Taki program, jeśli go odpowiednio przygotować, mógłby być przynętą dla ryby, takiej jak JP Morgan! Wątpię, aby zamierzano „nadmuchać” w naszym kraju nieruchomościową bańkę spekulacyjną, ale wykluczyć się tego nie da. Jak to się robi, pisałem w poprzednim poście. Poza tym, taka bańka mogłaby być „dodatkiem” do programu budowy mieszkań na wynajem. Możliwe są różne scenariusze.
Wbrew pozorom inwestorzy, i reprezentujące ich banki, chętniej szukają inwestycji długoterminowych, więc program budowy mieszkań na wynajem, może być dla nich bardziej atrakcyjny, niż budowy mieszkań na sprzedaż. Zapewnia właśnie długotrwałe, względnie pewne dochody z „dojenia” najemców, a kapitał ma zabezpieczenie w nieruchomościach. A jeśli jeszcze państwo da jakieś gwarancje (a na pewno da) i dołoży się do interesu (a na pewno się dołoży), to jeszcze lepiej. I nagle wyjaśnia się także, dla kogo były te prezentacje. Miały pokazać, że stać nas udzielenie takich gwarancji.

Takimi obietnicami Morawiecki mógł oczarować Prezesa. Gdyby udało się uruchomić taki program, to PiS może spokojnie myśleć o większości konstytucyjnej, wprowadzeniu jednopartyjnej dyktatury i zamknięciu całej opozycji w nowej Berezie Kartuskiej! Nikt nie podniesie głosu sprzeciwu, bo nieposłuszni dziennikarze zostaną wysłani na przymusowe szkolenia do Wyższej Szkoły Kultury Medialnej i Społecznej w Toruniu (ja bym już wolał do Berezy!).
Większość społeczeństwa naszego kraju nie stać na 30-letni (lub dłuższy) kredyt. Wielu z tych, których stać, nie chce się wiązać na tak długi okres czasu. Od pracobiorców wymaga się dziś mobilności, a własny dom lub mieszkanie, obciążone kredytem, to tylko kula u nogi. Równocześnie rynek mieszkań do wynajęcia jest bardzo rachityczny. Budownictwo komunalne praktycznie nie istnieje. Nie ma więc mieszkań, do których mogłyby się wprowadzać młode rodziny „na dorobku”. Niewidzialna ręka rynku, która miała ten problem rozwiązać, dalej jest niewidzialna. Rząd, który wyszedłby z umysłowej ciasnoty ideologicznych dogmatów i zacząłby coś z tym robić, byłby noszony na rękach. W dodatku w początkowej fazie projektu, budżet nie ucierpiałby za bardzo – pieniądze na budowę pochodziłyby z funduszy inwestycyjnych JP Morgana, jedynie trzeba by dopłacać do czynszów.

Czy taki program byłby powodem do radości dla naszego społeczeństwa? Dla osób niemających pojęcia o wędkarstwie muszę tu wyjaśnić, że jest jeszcze jedna metoda połowu ryb drapieżnych: na tak zwanego żywca. Bierze się małą rybkę, w mniej lub bardziej brutalny sposób, doczepia się do niej kotwiczkę i wrzuca do wody. Nietrudno się domyślić, że tą rybką byłoby polskie społeczeństwo. My wszyscy. Banki nie są instytucjami charytatywnymi. W szczególności dotyczy to banków inwestycyjnych. Żaden kraj, który wszedł z nimi w jakiekolwiek interesy, dobrze na tym nie wyszedł. Zawsze i wszędzie kończyło się twardym lądowaniem. Polska nie byłaby tu żadnym wyjątkiem! Nazwy typu Goldman Sachs, czy właśnie JP Morgan bardziej nadają się do straszenia, niż do obiecywania dobrobytu. Ale jakie to ma znaczenie przy możliwości utrzymania się przy władzy! Przez tych kilka lat prosperity, będzie można tak ukształtować prawo, że nawet nieuchronny krach nie będzie w stanie tę władzę odebrać. A gdy ten krach nadejdzie, to Ojciec Dyrektor przedstawi go, jako karę za grzechy. Tak czy inaczej, w efekcie końcowym, nasze będą ulice, ich będą kamienice. A nie jest wykluczone, że za jeżdżenie, a nawet chodzenie tymi ulicami, też będziemy musieli płacić.

    1. P.S.

Przy okazji różnych wydarzeń, często słyszałem od rodziny i znajomych: „mówiłeś, że tak będzie!”. Najczęściej nie pamiętałem już, że tak mówiłem. Przyznam się, że był to jeden z powodów, które skłoniły mnie do pisania tego bloga. Ten wpis traktuję trochę, jako żart. To, co napisałem, jest wróżeniem z fusów albo patrzeniem w kryształową kulę. Postanowiłem tym razem zanotować te „proroctwa”, aby w przyszłości zobaczyć, czy się sprawdziły. Mam nadzieję, że NIE!!!

 

Książęta pieniądza

Wspominałem w moim poprzednim wpisie, że jestem w trakcie dorabiania polskich napisów do szalenie interesującego filmu. Napisy są już gotowe, ale nie wiedziałem, że muszą jeszcze przejść kontrolę „community” (cokolwiek to oznacza). Minęły już prawie trzy tygodnie, a wyników tej kontroli ani widu, ani słychu. Ale może niedługo napisy będą już dostępne. (od 23.05.2018 są już dostępne!)
Film nazywa się „Princes of the Yen”, obejrzeć go można na Youtube. Kto zna angielski, nie potrzebuje polskich napisów. Słownictwo w filmie nie jest szczególnie trudne. Jest sporo napisów w innych językach, więc może znajdą Państwo coś pasującego (trzeba kliknąć „koło zębate” w prawym dolnym rogu i wybrać jeden spośród 10 języków).

Kto nie chce czekać, może ściągnąć film i obejrzeć go w swoim komputerze lub tablecie. Moje polskie napisy może ściągnąć tutaj. Przed obejrzeniem trzeba jednak zmienić rozszerzenie pliku z Princes_of_the_Yen_Polski.odt   na Princes_of_the_Yen_Polski.srt. Do odtworzenia najlepiej nadaje się VLC media player, który można ściągnąć tutaj.

Film mówi o roli banków centralnych i ich zakulisowej władzy. Od Oświecenia mówimy o trójpodziale władzy w państwie. Nic nie mówi się jednak o tym, że jest jeszcze czwarta władza – monetarna. Moim zdaniem stoi ona ponad pozostałymi trzema! Jest to władza niewidoczna, nie pochodzi z wyborów, nikt jej z niczego nie rozlicza! Znane powiedzonko mówi wprawdzie, że pieniądz rządzi światem. Ale kto rządzi pieniądzem? To pytanie zadają jedynie zwolennicy teorii spiskowych i dają na nie – mniej lub bardziej idiotyczne – odpowiedzi. Wszyscy na co dzień korzystamy z pieniędzy, ale praktycznie nic o nich nie wiemy! Nie wiemy skąd się biorą, kto i jak je tworzy, jak trafiają do obiegu, jak reguluje się ich dopływ i odpływ, dlaczego kredyty są oprocentowane, dlaczego państwo w ogóle musi się zadłużać, dlaczego, mimo oszczędności i cięć socjalnych, długi te coraz szybciej rosną, dlaczego równocześnie coraz szybciej rosną majątki najbogatszej warstwy… Nie wiemy też o całej masie innych rzeczy. Określenie „system monetarny” kojarzy nam się jedynie z wyglądem monet i banknotów. Pseudonauka, jaką w obecnej postaci jest ekonomia, też się tym nie zajmuje. Traktuje pieniądz jak coś neutralnego, jak jednostkę miary. Na przykładzie wydarzeń w Japonii i innych krajach azjatyckich, możemy zobaczyć, że system monetarny ma możliwości kształtowania systemów gospodarczych, politycznych, a także stosunków społecznych. Aktywnie korzysta też z tych możliwości! Można powiedzieć, że w dużej mierze są one pochodną systemu monetarnego! Oglądając film, proszę zwrócić uwagę na jedną rzecz. Przy analizach sukcesów i kryzysów w Japonii i innych krajach, nikt nie zajmował się bankami centralnymi i ich decyzjami! Nikt nie rozumiał ich roli! To najlepszy dowód naszej niewiedzy!
Film powstał na podstawie książki o tym samym tytule. Autorem jej jest niemiecki ekonomista Richard Werner, który przez wiele lat mieszkał i pracował w Japonii. Jako visiting researcher prowadził badania naukowe w japońskim banku centralnym. Miał więc dostęp do wielu dokumentów i rozmawiał ze świadkami wydarzeń. Później był głównym ekonomistą Jardine Fleming Securities w Tokio. Zna doskonale język i realia tego kraju, był także świadkiem wielu opisywanych wydarzeń. Wprawdzie nie czytałem tej książki, ale z osobą jej autora zetknąłem się już dość dawno. Przeczytałem całą masę jego artykułów i publikacji, wysłuchałem wielu wypowiedzi zarówno na temat Japonii, banków centralnych i systemów monetarnych. Film trwa ok. 1,5 godziny, więc dla tych, którzy nie mają cierpliwości, krótkie streszczenie (albo zachęta do obejrzenia).

Autor zaczyna swą opowieść od powojennej Japonii. Kraj był kompletnie zrujnowany, przemysł zniszczony. Amerykański okupant sądził (niektórych) przestępców wojennych. Banki były praktycznie bankrutami. Zabezpieczeniem udzielonych przez nie kredytów były obligacje japońskiego przemysłu – kompletnie bezwartościowe, gdyż przemysł ten uległ zniszczeniu. Co w tej sytuacji zrobił Bank of Japan (BoJ), czyli japoński bank centralny? Skupił od banków bezwartościowe obligacje płacąc świeżo wyemitowanymi pieniędzmi. Za jednym zamachem, bez żadnych kosztów, banki zostały oddłużone i stały się najsolidniejszymi bankami na świecie.
Najważniejszym ministerstwem w ówczesnej Japonii, było Ministerstwo Finansów. BoJ, jako podległa jednostka, musiał mu składać sprawozdania. Ministerstwo nie miało jednak wpływu na ilość udzielanych kredytów i ich przydział. Była to domena BoJ. Kierownictwo banku twierdziło cały czas, że jego polityka opiera się na stopach procentowych, których wysokość ustalana była przez Ministerstwo Finansów. Faktyczną władzą była jednak ilość emitowanych pieniędzy i kierunek ich przydziału. Utrzymywał więc zarówno społeczeństwo, jak i samo ministerstwo w nieświadomości. Metoda, jaką stosowano, nazywa się Window Guidance. BoJ dawał bankom komercyjnym pewną ilość pieniędzy i narzucał, jak (w formie kredytów) mają one być rozdzielone na poszczególne działy gospodarki, a nawet poszczególne firmy. Film nie zagłębia się w szczegóły tego procesu, ale na pewno BoJ musiał śledzić i dostosowywać się do polityki gospodarczej Ministerstwa Finansów a także legendarnego Ministerstwa Międzynarodowego Handlu i Przemysłu MITI, które wytyczały wtedy kierunki rozwoju japońskiej gospodarki. Taka metoda finansowania gospodarki była bardzo niekorzystna dla kapitału, ale gwarantowała wysoki wzrost gospodarczy, a dla społeczeństwa oznaczała dobrobyt, wyrównane dochody i podział majątku. Metoda miała także swoje ciemne strony. Wiele sektorów gospodarczych, zamiast na osiąganiu dochodów, skupiało się na umocnieniu swej pozycji na rynku. Rozwiązaniem było tworzenie jawnych i ukrytych karteli. Proces ten, poprzez przydział kredytów, był także sterowany przez BoJ. Kartele kontrolowały konkurencję na terenie Japonii, w handlu międzynarodowym nie odgrywały one żadnej roli. Gdy deficyty wielu krajów w handlu z Japonią, stały się zauważalne i kłopotliwe, świat zaczął mówić o japońskim cudzie gospodarczym. Nawet w amerykańskim kongresie organizowano odczyty na temat japońskich metod organizacji pracy i zarządzania. W ciągu niecałych trzech dekad, japońska gospodarka stała się drugą, co do wielkości gospodarką na świecie i to wbrew wszystkim teoriom ekonomicznym gloryfikującym „niewidzialną rękę rynku”! Nikt nie zauważał i nie rozumiał, jaką rolę w tym procesie odegrał japoński bank centralny. On sam także nie afiszował się z tym, a nawet ukrywał to, zabraniając swoim urzędnikom mówić o Window Guidance.
Pierwsze obligacje rządowe wyemitowano w Japonii dopiero w listopadzie 1965 roku. Od tej pory rząd nie wywierał już nacisku na BoJ, gdy potrzebował pieniędzy. Naciskano na Ministerstwo Finansów, i to ono musiało sobie radzić z coraz wyższym deficytem budżetowym. BoJ pozostał w cieniu.
Zaczął z niego wychodzić w latach 80. Do głosu zaczynał wtedy dochodzić neoliberalizm i związane z nim teorie ekonomiczne – neoklasyka i monetaryzm. Był to okres liberalizacji w strefie finansów i znoszenia ograniczeń w transferze kapitału. W kierownictwie BoJ pojawili się nowi ludzie, wykształceni według nowych idei, często bezpośrednio w USA. W 1986 roku, „Komisja dla restrukturyzacji japońskiej gospodarki” pod kierownictwem byłego prezesa BoJ zaproponowała 10-letni plan restrukturyzacji japońskiej gospodarki oraz systemów politycznych i socjalnych, który miał je dostosować do zachodnich standardów. Plan zakładał wprowadzenie gospodarki rynkowej według modelu amerykańskiego oraz ograniczenie władzy biurokracji i aparatu państwowego. Nie wspomniano ani słowem, jak zamierza się tego dokonać. Jedno zdanie w tym raporcie pozwalało się tego domyślać: „przy wprowadzaniu tych zaleceń, dużą rolę odgrywają strategie z zakresu polityki finansowej i monetarnej”. Opór wobec tego planu, zarówno ze strony rządu, społeczeństwa, jak i gospodarki, był bardzo duży. Komentarze prasowe były bardzo krytyczne. Jednakże nie doceniono determinacji osób chcących wprowadzić te zmiany i perfidii ich działania. Nie bez znaczenia był też fakt, że plan ten pokrywał się z listą życzeń amerykańskich negocjatorów w sprawie redukcji ujemnego bilansu handlowego. W pierwszym etapie wszyscy członkowie komisji, którzy byli odmiennego zdania, zostali z niej usunięci.
Ale jak wprowadzić zmiany, których nikt nie chce? Doświadczenia historyczne uczą, że wszystkie systemy zmieniały się w okresie kryzysów. Komisja zaproponowała wywołanie kryzysu o historycznych rozmiarach, który pozwoliłby pokonać opór polityków, przemysłu i społeczeństwa. Do wywołania tego kryzysu postanowiono użyć metod monetarnych. Najprostszą, najbardziej skuteczną i najmniej zrozumiałą metodą jest wywołanie bańki spekulacyjnej. Najlepiej nadają się do tego nieruchomości i akcje. Jak się to robi? Także przy pomocy Window Guidance. W drugiej połowie lat 80 wielkość udzielanych kredytów wzrastała o 15% rocznie. Banki komercyjne dostawały od BoJ fundusze, które miały być przeznaczone na kredyty. Fundusze te przewyższały zapotrzebowanie rynku, więc bankierzy dosłownie na siłę „wciskali” je potencjalnym klientom. Ale w miarę jak rozkręcała się ta spirala szaleństwa, nie musieli już tego robić. W latach 1985 – 1989 ceny gruntów w Japonii wzrosły o 245%, ceny akcji o 240%!
Jak to wszystko oceniali ekonomiści inni eksperci? Pisano tysiące artykułów o japońskim cudzie gospodarczym, w których wyjaśniano, że wysoka i dalej rosnąca wydajność pracy w Japonii, połączona z brakiem gruntów pod budowę, jest wyjaśnieniem tego fenomenu. Książki o japońskich metodach zarządzania były światowymi bestselerami. Zachodni biznesmeni czytali 17-wieczne traktaty o strategii samurajów. Nikt nie widział prawdziwych źródeł tego „sukcesu”!! Przyczyniało się do tego także kierownictwo BoJ, które na pytania o swoją politykę kredytową i ilość udzielanych kredytów udzielało mglistych i niejasnych odpowiedzi.
Wkrótce Japonia stała się zbyt mała dla takiej masy pieniędzy, więc inwestorzy wybierali się na spektakularne zakupy. Zmienił się zatem kierunek przepływu kapitału. W roku 1980 do Japonii wpłynęły netto 2 miliardy dolarów. W 1986 wypłynęły z niej 132 miliardy dolarów!! Wydawano je na wszystko, co miało jakąkolwiek wartość: nieruchomości, dzieła sztuki, biżuterię. Japoński kapitał kupił też 75% wszystkich amerykańskich obligacji rządowych wyemitowanych w 1986 roku!! Najciekawsze w tym wszystkim jest jednak to, że tak duży zalew kapitału nie spowodował dewaluacji japońskiej waluty! „Rynki” uważały, że zabezpieczeniem jena jest japońska nadwyżka handlowa.
W 1990 roku BoJ zakręcił kurek z pieniędzmi. Nagle ceny nieruchomości i akcji przestały rosnąć. Potem zaczęły spadać. Tylko w roku 1991 ceny akcji spadły o 32%. W lipcu 1991 roku zlikwidowano Window Guidance. To był gwóźdź do trumny okresu prosperity. Banki przestały udzielać kredytów nie tylko spekulantom, ale także wszystkim innym klientom. Nastąpiła seria bankructw notowanych na giełdzie firm. Ponad 5 milionów Japończyków straciło pracę i nie mogło znaleźć innej. Samobójstwo stało się główną przyczyną śmierci wśród mężczyzn pomiędzy 20 a 44 rokiem życia. W latach 1990 – 2003 zbankrutowało 212 tysięcy firm. Indeks giełdowy spadł w tym czasie o 80%, ceny gruntów nawet o 84%. Prezes Bank of Japan powiedział natomiast: „dzięki tej recesji każdy dostrzegł konieczność zmian gospodarczych”. Ministerstwo Finansów podejmowało szereg działań dla pobudzenia koniunktury. Wywierało nacisk na BoJ, aby obniżył stopę procentową. BoJ stosował się do tego, aż do momentu, gdy osiągnęła ona 0,1% – bez żadnego efektu. Zarówno ekonomiści, jak i banki centralne powtarzają jak mantrę, że niskie stopy procentowe pobudzają wzrost gospodarczy, a wysokie hamują go. Nie istnieją jednak żadne empiryczne potwierdzenia tej zależności. Inną metodą miała być obniżka kursu jena. W nadziei na obniżkę jego kursu i pobudzenie eksportu, Ministerstwo Finansów wezwało BoJ do sprzedaży dużej ilości jenów i zakupu amerykańskich dolarów. BoJ zastosował się do tego, ale zamiast wyemitować potrzebną sumę, ściągnął ją z obrotu gospodarczego i w ten sposób jeszcze bardziej zmniejszył potrzebną gospodarce ilość pieniędzy w obiegu! Identycznie postąpił z innym wezwaniem Ministerstwa Finansów do zakupu amerykańskich obligacji na sumę 20 miliardów dolarów. Znów kupił je za ściągnięte z obrotu gospodarczego pieniądze! Kurs jena nie uległ zmianie.
Część ekspertów proponowała „rozruszanie” gospodarki poprzez wzrost wydatków państwowych. W latach 1992 – 2001 państwo stosowało się do tej rady, powołując do życia kolejne programy o łącznej wartości 146 bilionów jenów. Rząd prawą ręką wydawał pieniądze i wprowadzał je do gospodarki, ale pieniądze te uzyskiwał poprzez emisję obligacji państwowych i w ten sposób lewą ręką ściągał je z obrotu gospodarczego! Nie generowało to żadnego wzrostu siły nabywczej społeczeństwa i żadnej poprawy koniunktury. Doprowadziło jedynie do rekordowego w skali światowej zadłużenia. W 2011 roku zadłużenie Japonii osiągnęło 230% PKB!
Co należało zrobić w tej sytuacji? Dokładnie to samo, co BoJ zrobił po wojnie. Wykupić od banków po cenie nominalnej wszystkie niespłacalne kredyty, płacąc im świeżo wyemitowanymi pieniędzmi. Nic by to nie kosztowało. Ale po wojnie BoJ ratował kraj, a teraz świadomie doprowadzał do tej katastrofy! Argumentował, że to podatnicy powinni pokryć koszty ratowania banków. Powtarzał także przy każdej okazji, że wina leży w japońskiej strukturze gospodarczej. Że istnieje tylko jeden system gospodarczy – nieograniczony wolny rynek, na którym akcjonariusze rządzą do spółki z niezależnymi bankami centralnymi. Dołączył się do tego rząd USA, który zagroził Japonii sankcjami gospodarczymi, jeśli nie zastosuje się ona do tych zaleceń.
Postawiony pod murem japoński rząd nie miał innego wyjścia, jak zastosować się do tych żądań. Wszechwładne niegdyś Ministerstwo Finansów pozbawione zostało większości swoich prerogatyw, w tym nadzoru nad bankiem centralnym. Nie było to trudne, gdyż powszechnie to właśnie ono było obarczane winą za recesję. Wiele skandali, jakie przy tej okazji ujawniono, podkopało do reszty obraz ministerstwa. Podobnie było w wielu innych urzędach. Wielu urzędników, nawet bardzo wysokiego szczebla, zostało aresztowanych lub popełniło samobójstwo. We wszystkich środkach masowego przekazu, codziennie powtarzano jak mantrę: „nie ma wzrostu gospodarczego bez reform strukturalnych”.
Japonia przekształcała więc swój system gospodarczy na obraz i podobieństwo systemu USA. Oznaczało to między innymi przeniesienie gospodarczego punktu ciężkości z banków na giełdę. Należało zachęcić miliony ciułaczy do przeniesienia swych oszczędności z kont bankowych na rynek papierów wartościowych. Zlikwidowano więc gwarancję dla wkładów oszczędnościowych i wprowadzono ulgi podatkowe dla inwestycji giełdowych. W 2002 roku BoJ wprowadził przepisy pogarszające bilanse banków komercyjnych, po to, aby wymusiły one od swoich kredytobiorców wcześniejszą spłatę kredytów. Posunięcia te spowodowały gwałtowny wzrost bezrobocia, samobójstw i przestępczości. Drastycznie zwiększyły się też różnice majątkowe i dochodowe.
Inną propozycją banku centralnego było wykorzystanie pieniędzy podatników do upaństwowienia banków komercyjnych, objęcia ich kierownictwa i wypowiedzenia kredytów wielu dużym firmom i co za tym idzie – do wywołania fali bankructw. Minister finansów, który był przeciwnikiem takiego planu, został zdymisjonowany i zastąpiony przez jego zwolennika. Japońscy ekonomiści wskazywali na to, że propozycja ta byłaby korzystna głównie dla amerykańskich funduszy-sępów vulture funds, specjalizujących się w kupnie zbankrutowanych firm. Ale spośród ponad 200 tysięcy zbankrutowanych firm, nie wyłowiły one wiele łakomych kąsków – większość łupu była zbyt mała.
Gdy z perspektywy czasu patrzy się na listę celów Bank of Japan, to wszystkie cele, jakie sobie stawiał, zostały osiągnięte: niezależność banku centralnego, demontaż Ministerstwa Finansów i innych ważnych ministerstw, głębokie zmiany w gospodarce polegające głównie na przejściu od produkcji do usług, zniesienie ograniczających przepisów, „uelastycznienie” rynku pracy, liberalizacja, prywatyzacja. Wszystko. Przed wojną japońska gospodarka była podobna do gospodarki amerykańskiej. Cechowała się twardą walką konkurencyjną pomiędzy wielkimi firmami, bezwzględnym rynkiem pracy, niewielkim nadzorem biurokratycznym, akcjonariuszami żądającymi wysokich dywidend, finansowaniem firm przez rynek, nie przez banki. Gospodarka powojenna była kompletnym przeciwieństwem. Kartele kontrolowały konkurencję, biurokracja regulowała zasady funkcjonowania gospodarki, firmy finansowały się poprzez banki, zredukowano wpływy akcjonariuszy, posiadano akcje konkurencyjnych firm, rynek pracy był sztywny – z gwarancją dożywotniego zatrudnienia i emerytury. Bank centralny twierdził, że aby przezwyciężyć recesję, Japonia musi porzucić ten model i powrócić do starego. Nie odpowiedziano jednak na podstawowe pytanie: z jakiego powodu, nieustająco rozwijający się kraj, ze stałą i dużą nadwyżką w bilansie handlowym, miałby zmieniać swój model gospodarczy?

W latach 90 Japonia nie była jedynym azjatyckim państwem dotkniętym kryzysem. W dalszej części, film mówi o kryzysie w Południowej Korei, Tajlandii i Indonezji. W 1993 roku, kraje te zniosły ograniczenia w przepływie kapitału i umożliwiły swoim firmom i bankom branie kredytów na międzynarodowych rynkach finansowych. W krajach posiadających własne banki centralne, nie jest to w ogóle potrzebne, ale dokonano tego pod naciskiem USA i Światowej Organizacji Handlu. Według neoklasycznych teorii ekonomicznych, miało to rzekomo przyspieszyć wzrost gospodarczy. Gdy uwolniony został przepływ kapitałów, lokalne banki centralne obrzydziły własnym firmom branie kredytów w lokalnych walutach. Kredyty w dolarach były tańsze, gdyż ich oprocentowanie było niższe. Rządy i banki centralne zadeklarowały gotowość utrzymania stałych kursów wymiany wobec dolara, aby kredytobiorcy nie musieli się martwić, że w wyniku wahań kursów, będą musieli spłacać wyższe raty od zaciągniętych kredytów (patrz: nasi „frankowicze”). W wyniku tego posunięcia zmniejszył się import i eksport towarów, gospodarki tych krajów stały się mniej konkurencyjne. Paradoksalnie bilans płatniczy był wyrównany, gdyż zagraniczne kredyty figurowały w statystykach, jako eksport. Lokalne banki komercyjne stały w obliczu mniejszego zapotrzebowania na kredyty. Ale otrzymywały z banków centralnych fundusze, które musiały przeznaczyć na kredyty (patrz: Window Guidance). Nietrudno zgadnąć, że przy braku dostatecznej ilości wypłacalnych klientów, udzielano kredytów jednostkom o mniejszej zdolności kredytowej.
Wszystko funkcjonowało do momentu, gdy spekulanci giełdowi poczuli świeżą krew i zaczęli masowo sprzedawać tajlandzkiego bahta, koreańskiego wona i indonezyjską rupię. Banki centralne tych krajów starały się bezskutecznie utrzymywać kurs swoich walut. Robiły to do momentu, aż wyczerpały się ich rezerwy walutowe. Spekulanci znów zwyciężyli.
Ale banki centralne dobrze wiedziały, jaki będzie następny akt tego dramatu! Zagrożone niewypłacalnością kraje, zmuszone będą zwrócić się o pomoc do Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Banki wiedziały także, jakie będą żądania Funduszu, gdyż zawsze były one identyczne – niezależność banków centralnych.
Zagrożone bankructwem kraje, zwróciły się o pomoc najpierw do Japonii. Miała ona w tym czasie 213 miliardów dolarów rezerw – więcej niż możliwości finansowe MFW! Japonia była gotowa pomóc, ale amerykański rząd nie pozwolił na to. Kryzys musiał być rozwiązany przez MFW.
„Pomoc” MFW polegała na żądaniu deregulacji gospodarki i rynku pracy, podwyżki stóp procentowych, ograniczenia ilości udzielanych kredytów i… niezależności banków centralnych. Oczywiście doprowadziło to do fali bankructw, banki, obciążone niespłacalnymi kredytami, także stanęły na krawędzi bankructwa. Nie potrzeba wysokiego ilorazu inteligencji, aby dostrzec, że nie chodziło tu o żadną pomoc, ale o umożliwienie zagranicznym inwestorom taniego zakupu majątku tych krajów – od banków poprzez zakłady przemysłowe, do nieruchomości! Nie była to żadna tajemnica, gdyż w porozumieniach wyraźnie narzucano, że banki mogły być dokapitalizowane wyłącznie zagranicznym kapitałem lub sprzedane zagranicznym inwestorom, podobnie było z firmami. Później wyszło na jaw, że MFW miał w szufladzie analizy, mówiące, ile firm koreańskich splajtuje, gdy oprocentowanie wzrośnie o 5 punktów procentowych. Dokładnie takiej podwyżki zażądano od Korei w pierwszym porozumieniu!

Film pokazuje na przykładach Japonii i innych krajów azjatyckich, jak przy pomocy metod monetarnych, można sztucznie wywoływać kryzysy gospodarcze, aby przy ich pomocy osiągnąć pożądane zmiany polityczne, gospodarcze, socjalne lub prawne. W końcówce filmu krótko pokazano, jak odbywa się to obecnie w strefie Euro.
Wspólna europejska waluta zakłada rezygnację krajów członkowskich z własnej polityki monetarnej i przekazanie jej na rzecz Europejskiego Banku Centralnego (EBC). Jakie było tło jej powstania i jakie są tego skutki, pisałem już wcześniej [1], [2], [3], [4].
W filmie jest niewiele na ten temat, ale podano w nim fakty, o których nie wiedziałem. W 2002 roku EBC zażądał od niemieckiego Bundesbanku redukcji udzielanych kredytów do najniższego w historii poziomu i równocześnie zażądał od irlandzkiego banku centralnego ogromnego zwiększenia ilości kredytów (w filmie nie wyjaśniono, czy znów użyto Window Guidance, ale trudno wyobrazić sobie inną metodę). W całej strefie Euro obowiązuje ta sama stopa procentowa. Czy oznacza to ten sam wzrost gospodarczy? Nie. Efektem tej decyzji była więc recesja w Niemczech i wzrost gospodarczy w Irlandii. W roku 2004 program ten rozszerzono i zażądano tego samego od banków Grecji, Portugalii i Hiszpanii. Ilość udzielanych kredytów wzrastała tam o 20% rocznie! Ceny nieruchomości we wszystkich tych krajach dosłownie eksplodowały. Gdy EBC zakręcił kurek z pieniędzmi ceny nieruchomości poleciały na łeb na szyję. Deweloperzy masowo bankrutowali, banki wszystkich krajów stanęły przed wizją bankructwa. I znów historia się powtarza. EBC w prosty sposób mógłby zakończyć ten kryzys, ale nie zrobił tego. Aby otrzymać pomoc, kraje najpierw musiały zaakceptować warunki, czyli „reformy” polegające na przekazaniu Unii Europejskiej władzy fiskalnej i gospodarczej. W najbardziej drastycznej formie odbyło się to w Grecji. Trudno jest dziś nazwać ją niepodległym państwem.
Film wyjaśnia, że, podobnie jak Bank Rozrachunków Międzynarodowych, Europejski Bank Centralny także jest instytucją stojącą ponad prawem. Jego niezależność określa i gwarantuje traktat z Maastricht. Argumentem na konieczność niezależności EBC, jaką wpisano do traktatu, było opracowanie p.t. „One Market, One Money” – Jeden rynek, jedna waluta, której autorem jest Komisja Europejska. James Forder z Balliol College uniwersytetu w Oxfordzie, wykazał, że opracowanie to zostało zmanipulowane dla osiągnięcia zamierzonych wyników, czyli – nie używając eufemizmów – sfałszowane [1], [2], [3].
Jednym z celów Komisji Europejskiej jest stworzenie czegoś w rodzaju Stanów Zjednoczonych Europy ze wszystkimi cechami osobnego państwa. W jej interesie leży zatem jak największe osłabienie wpływów rządów (i parlamentów) poszczególnych państw Unii. Tak wygląda tło prawne niezależności EBC.

I to jest w skrócie treść filmu. W opisie tym skoncentrowałem się jedynie na, moim zdaniem, najważniejszych punktach. Wiele podanych w nim faktów pominąłem, gdyż uznałem je za mniej ważne lub interesujące. Jest to moje subiektywne odczucie i ktoś może to widzieć inaczej, dlatego zachęcam do obejrzenia filmu.

W moim odczuciu, największym mankamentem filmu, jest brak wyjaśnienia motywów działania banków centralnych. Jakie było tło podejmowanych przez nie decyzji. Owszem, uzyskanie niezależności jest tu argumentem, ale nie jest to argument na tyle silny, żeby wyjaśniał także powody, dla jakich banki centralne forsowały inne przemiany w swoich krajach! Przemiany, które prowadziły najczęściej do mniejszej lub większej katastrofy gospodarczej, zubożenia społeczeństw, nierzadko śmierci wielu ludzi! Sama chęć niezależności to moim zdaniem trochę za mało. W filmie jest mowa o zmianach pokoleniowych w japońskim banku centralnym i o teoriach ekonomicznych, na jakich to nowe pokolenie zostało wychowane (53 minuta). Parę razy wspomina się o naciskach ze strony USA i MFW (właściwie to to samo). To właściwie wszystko, na co zwróciłem uwagę. Wygląda na to, że zarówno autor książki, jak i autorzy filmu albo nie znają odpowiedzi na to pytanie, albo świadomie nie chcą poruszać tego tematu. Odpowiedzi na to pytanie (a nawet samego pytania!) nie znalazłem także we wspomnianych przeze mnie na początku innych wypowiedziach prof. Wernera. Dlaczego nikt nie poruszył takiego ważnego tematu?

Przychodzą mi do głowy jeszcze inne, godne zastanowienia pytania.

Pierwszym, które zapewne każdemu ciśnie się na usta, jest pytanie o obecny kryzys. Czy nie został on celowo wywołany, aby przeprowadzić zmiany, tym razem na skalę globalną? Moim zdaniem nie. Przede wszystkim obecnie nie mamy do czynienia z kryzysem! Jest to, sztucznie odwlekany w czasie, kolaps systemu monetarnego. Gdyby miał on być sposobem na przeforsowanie jakichś zmian, to ich propozycje byłyby już artykułowane. Nic takiego nie ma obecnie miejsca. Wszystkie propozycje zmian, jak np. rezygnacja z gotówki, dochód obowiązkowy itp., to jedynie kolejne sztuczki mające odwlec w czasie agonię systemu. Przede wszystkim nie został on też celowo wywołany. Jest immanentną cechą naszego systemu monetarnego, w którym co jakiś czas konieczne jest „wyzerowanie licznika” – reset. System ten funkcjonuje jak swego rodzaju „monetarne sprzężenie zwrotne”. Jeśli w porę go nie wyłączymy, dźwięk z głośnika, trafiający do mikrofonu, może rozwalić cały system nagłaśniający. Identycznie jest z pieniędzmi. Zyski, które są inwestowane tylko po to, aby generować nowe zyski, działają identycznie jak dźwięk z głośnika trafiający do mikrofonu – muszą rozwalić cały system monetarny. Czy decydenci w bankach centralnych zdają sobie z tego sprawę? Nie wiem. Nawet gdyby ich o to zapytać, to na pewno nie udzieliliby szczerej odpowiedzi.

Drugim pytaniem są frapujące podobieństwa pomiędzy państwami, które wywołały II wojnę światową: Niemcami i Japonią. W obu państwach za wybuch wojny obarczano odpowiedzialnością kapitalistyczne elity. W filmie (7 minuta) wspomina się o japońskiej elicie zwanej Zaibatsu, którą po wojnie odsunięto od władzy. A co znajdziemy, gdy popatrzymy na historyczne dokumenty niemieckie? W programie tamtejszej (prawicowej!) CDU z roku 1947 (partii rządzącej w powojennych Niemczech), na samym początku znajdziemy zdanie: „Das kapitalistische Wirtschaftssystem ist den staatlichen und sozialen Lebensinteressen des deutschen Volkes nicht gerecht geworden. Nach dem furchtbaren politischen, wirtschaftlichen und sozialen Zusammenbruch kann nur eine Neuordnung von Grund auf erfolgen.” – Kapitalistyczny system gospodarczy nie odpowiada państwowym i socjalnym interesom życiowym narodu niemieckiego. Po straszliwym załamaniu politycznym, gospodarczym i socjalnym, może nastąpić jedynie przebudowa od podstaw (tłumaczenie moje).
W filmie także mówi się wyraźnie, że powojenna gospodarka Japonii była niekorzystna dla kapitału, a korzystna dla społeczeństwa (13 minuta), wspominałem też o tym w moim streszczeniu. A co znajdziemy czytając dalej niemiecki program? „Inhalt und Ziel dieser sozialen und wirtschaftlichen Neuordnung kann nicht mehr das kapitalistische Gewinn- und Machtstreben, sondern nur das Wohlergehen unseres Volkes sein.” – treścią i celem tej socjalnej i gospodarczej przebudowy nie może być kapitalistyczna żądza zysku i władzy, ale dobro naszego społeczeństwa (tłumaczenie moje)!
Pierwsi dwaj prezesi japońskiego banku centralnego zostali mianowani przez amerykańskich okupantów (5 minuta filmu), W okupowanych Niemczech także nic nie odbywało się bez wiedzy i zgody Amerykanów. W obydwu krajach, mniej więcej w tym samym czasie, nastąpiły „cuda” gospodarcze, a standardy życiowe obu społeczeństw były bardzo wysokie. Musiał to być zatem, wspólny dla obydwu krajów, amerykański program! Najwyraźniej Amerykanie przeczytali dzieło Keynesa „The Economic Consequences of the Peace”, w którym (już w 1919 roku) przewidział, że kontrybucje wojenne i drenaż ekonomiczny Niemiec, będące efektem pokoju wersalskiego, zawartego po I wojnie światowej, staną się przyczyną następnej wojny.
To jeszcze nie koniec podobieństw. Równolegle z przemianami w Japonii, w latach 90 nastąpiły w Niemczech podobne zmiany gospodarcze i socjalne. W odróżnieniu od Japonii, przebiegły one jednak nie w tak drastycznej formie. Podobnie jak w Japonii, źródłem finansowania firm niemieckich były (niemieckie) banki. One były też głównymi udziałowcami wielu niemieckich firm. W latach 90. wyszły w Niemczech przepisy, zabraniające bankom takich udziałów. Akcje, będące w posiadaniu banków, trafiły na giełdę, i podobnie jak w Japonii, tam przeniósł się ciężar gospodarki. Rynek pracy w powojennych Niemczech (znów identycznie jak w Japonii) także był rynkiem z dużą liczbą zabezpieczeń socjalnych i bardzo dużą liczbą biurokratycznych regulacji, korzystnych dla pracobiorców. Wszystko skończyło się w latach 90 – znów równocześnie z Japonią!
Nie oszukujmy się! Można spokojnie napisać KAPITALIZM = WOJNA. Wygląda na to, że po raz kolejny, pokój kosztuje już zbyt wiele.

Trzecią „rzeczą”, która mnie zastanawia, jest osoba nowego szefa chińskiego banku centralnego. Yi Gang przez osiem lat studiował, doktoryzował się, a potem pracował w USA. Do niedawna obowiązywała w Chinach reguła, że takie osoby (chociaż bardzo cenione i mile widziane) nie zajmowały najwyższych stanowisk w państwie. W połączeniu z uchwaloną niedawno, dożywotnią prezydenturą Xi Jinpinga wskazuje to na zmianę sposobu myślenia.
Co jakiś czas zachodnie media wyciągają, jak królika z kapelusza, a to bańkę spekulacyjną na rynku chińskich nieruchomości, a to rosnące zadłużenie państwa i firm [1], [2]. Obydwa tematy stylizowane są do rozmiarów katastrofy stojącej przed Chinami. Ale wbrew tym czarnym prognozom, żadna z tych katastrof jakoś nie chce nadejść Szczególnie chińskie zadłużenie zdaje się spędzać sen z oczu zachodnim analitykom. Agencje ratingowe są tym na tyle zaniepokojone, że co jakiś czas karzą Chiny obniżką ocen. Gdy popatrzymy na szalony rozwój Chin, na ich wzrost gospodarczy, o którym zachodnie gospodarki mogą jedynie pomarzyć, na związany z tym deficyt handlowy tych gospodarek i porównamy to z ich czarnowidztwem, to natychmiast postawimy sobie pytanie: co im się tu nie podoba! Pewnie po prostu zazdroszczą! Ale nie o zazdrość tu chodzi. Albo może – nie tylko o zazdrość. Trochę pomóc w odpowiedzi na to pytanie może analiza agencji Moody`s z 24. Maja 2017 roku. Obszernie wyjaśnia obniżkę ocen Chin. Powołuje się przy tym na opinię Institute of International Finance – instytucji określanej dowcipnie jako very “visible hand” of financial markets – bardzo „widzialnej ręki” rynków finansowych. Oprócz innych powodów narzeka ona, because economic activity is largely financed by debt in the absence of a sizeable equity market and sufficiently large surpluses in the corporate and government sectors – ponieważ pod nieobecność znaczącego rynku kapitałowego i nadwyżek w budżetach rządu i firm, gospodarka finansowana jest głównie przez dług. A gdzie zadłużone są Chiny i chińskie firmy? Na światowych rynkach finansowych? Nie, wtedy miałyby najwyższe możliwe oceny! Zadłużone są we własnej walucie, we własnym banku centralnym. I z tego powodu szlag ich trafia! Przecież identycznie było z Japonią, południową Koreą i innymi państwami azjatyckimi. Teraz rozumiecie Państwo, czemu niepokoi mnie osoba nowego szefa chińskiego banku centralnego! Chiny rozwijają się w oszałamiającym tempie głównie dlatego, że NIE STOSUJĄ SIĘ do obowiązujących obecnie na Zachodzie doktryn ekonomicznych i gospodarczych. Tak, jak to było z powojenną Japonią i Koreą. Czy ktoś, kto przeszedł pranie mózgu na amerykańskich uczelniach, będzie w stanie to zrozumieć? Nie sądzę, że chińskie kierownictwo było tak głupie i wprowadziło konia trojańskiego na tak ważne stanowisko! Z pewnością, w najbliższych latach czeka Chiny okres wojen monetarnych i gospodarczych. Z tego powodu sądzę raczej, że wybrany został ktoś, kto dobrze zna przeciwnika. Jakiś podskórny niepokój jednak pozostaje…
A może Chiny wykorzystają tę nadchodzącą wojnę do czegoś jeszcze innego? Od jakiegoś już czasu, krążą po świecie pogłoski o przygotowaniach do wprowadzenia w Rosji i w Chinach walut opartych na złocie. To byłaby niezła okazja do takiego kroku! Obyś żył w ciekawych czasach! To przecież chińskie przekleństwo.

Przychodzi mi też do głowy pytanie, czy przypadkiem nasz kraj także nie był (i jest do tej pory) ofiarą manipulacji finansowej. Czy te wszystkie kredyty, jakie otrzymywaliśmy lekką rączką w latach 70., nie służyły do wpędzenia nas w pułapkę zadłużenia? Czy ktoś nie wpadł na szatański pomysł, że jest to prostszy, i dla przeciętnego człowieka kompletnie niedostrzegalny i niezrozumiały, sposób na rozwalenie Układu Warszawskiego? Skuteczniejszy niż czołgi i rakiety? Może kiedyś przyjdzie komuś do głowy myśl, aby „przekopać” odpowiednie archiwa. Wspominałem już, że przy lekturze książki „The Lost Science of Money” skojarzyłem, że praktycznie każde ważniejsze wydarzenie w historii świata, było bezpośrednio związane z jakimś wydarzeniem monetarnym. Jestem przekonany, że badania pod tym kątem mogłyby postawić na głowie nasze rozumienie historii!

Film kończy się pytaniem o to, jak długo będziemy pozwalać na te manipulacje i nadużycia władzy? Spotkałem się gdzieś z badaniami, które mówiły, że większość każdego społeczeństwa nie jest w stanie przebrnąć przez tekst dłuższy niż pół strony A4. Jeśli podwyższymy poprzeczkę i dodamy warunek zrozumienia tego, co się czyta, to zostanie nam może 10 – 20% populacji. Jeszcze mniejsza grupa jest w stanie zrozumieć jak działa system monetarny. Jeśli uwzględnimy, że większość z tej grupy nigdy nie zetknie się tym tematem, albo uzna go za mało interesujący, to pozostanie nam parę promili populacji. To jest odpowiedź na pytanie autorów filmu.

Ktoś może zapytać – na cholerę ja to piszę, skoro jestem takim pesymistą! Nie do końca nim jestem. Po prostu kieruję się mottem Wojciecha Młynarskiego: „róbmy swoje, może to coś da. Kto wie!”.

Niepokój

Miałem cichą nadzieję, że początek 2018 roku okaże się spokojny. Niestety jeszcze raz potwierdziło się stare przysłowie o nadziei. Tym, co zburzyło mój spokój, był amerykański dokument. Już sam jego tytuł może doprowadzić do szkodliwego dla zdrowia skoku ciśnienia: „National Defense Strategy of The United States of America” – strategia obronna Stanów Zjednoczonych. Nazywanie „obronną” strategii największego agresora zakrawa na kpinę i jest szczytem bezczelności! Ale nie czepiajmy się drobiazgów. W epoce postprawdy nie z takimi rzeczami mamy na co dzień do czynienia.
Autorzy już we wprowadzeniu zaczynają z „grubej rury” i stwierdzają otwarcie: „Inter-state strategic competition, not terrorism, is now the primary concern in U.S. national security” – międzynarodowa rywalizacja, nie terroryzm, jest obecnie głównym zagrożeniem bezpieczeństwa USA. Nie owijając w bawełnę od razu wymieniają także przeciwników: Chiny, Rosję, Północną Koreę i Iran.
Aby zrozumieć ten raport musimy sobie odpowiedzieć na parę pytań. Przede wszystkim: czy wymienione kraje stanowią jakieś poważne zagrożenie dla USA? Czy mogą im zagrozić? Zaatakować je? Zacznijmy od końca listy. Iran w żaden sposób nie może zagrozić Stanom Zjednoczonym. Nie stanowi dla nich bezpośrednio ŻADNEGO zagrożenia. Wbrew pozorom podobnie jest z Północną Koreą. Cała wrzawa medialna wokół gróźb użycia (przez obie strony) broni atomowej, przesłania fakt, że dla Korei jest to desperacka próba zapewnienia sobie bezpieczeństwa. Nic więcej. Mówi po prostu światu: zostawcie nas w spokoju, bo jesteśmy w stanie dać po łapach. Czy faktycznie są w stanie to zrobić, to już inne pytanie. Jeśli chodzi o Rosję, to wbrew pozorom wcale nie jest inaczej. Ten kraj także nie jest w stanie bezpośrednio zagrozić USA. Rosja nie graniczy z USA, nie posiada też możliwości technicznych zaatakowania ich. Nie trzeba być ekspertem od wojskowości i dysponować masą danych, aby powiedzieć, że armia rosyjska, wprawdzie silna, jest armią obronną. Poza jedną bazą w Syrii, nie posiada żadnych baz wojskowych poza swymi granicami. Dysponuje jednym, kompletnie przestarzałym lotniskowcem, będącym w samej Rosji obiektem kpin [1],[2],[3], a nie dumy. Nie posiada żadnych możliwości przetransportowania armii, zdolnej bezpośrednio zaatakować terytorium USA. Nie inaczej jest z Chinami. Tak, tak, wiem i nie zapomniałem o tym, że obydwa kraje dysponują bronią nuklearną i rakietami balistycznymi, przy pomocy których, mogą zaatakować terytorium USA. Ale wszystkie kraje dysponujące tą bronią wiedzą, że jej użycie może przynieść jedynie wynik remisowy – wzajemne zniszczenie. Właściwie należałoby powiedzieć: zniszczenie całego świata. Strategia użycia tej broni zakłada jednoczesne odpalenie wszystkiego, co się posiada, bo „dobitka” nie będzie już możliwa. Rosja i Chiny wiedzą, że amerykańskie rakiety znajdują się nie tylko na terytorium USA, ale także innych krajów. Walną także w nie (także w nasz kraj, „dzięki” amerykańskiemu systemowi antyrakietowemu). Francuzi i Brytyjczycy nie pozostaną dłużni. Dlatego świadomie pominąłem tę alternatywę, bo nie przynosi ona żadnych szans na wygraną dla żadnej ze stron. Ale wygląda na to, że alternatywa ta jest rozważana przez amerykańskich polityków i kręgi wojskowe. Jeszcze przed rozpoczęciem kadencji Donalda Trumpa, kongres amerykański zlecił opracowanie analizy możliwości przeżycia rosyjskiego i chińskiego kierownictwa, w wypadku ataku nuklearnego. Ale wygląda na to, że Rosjanie są całkiem nieźle przygotowani.
Czemu zatem, wszystkie te kraje wylądowały na tej czarnej liście? Odpowiedź jest jedna: nie chcą podporządkować się amerykańskiemu dyktatowi i nie ukrywają tego.
Tutaj znów musimy poruszyć temat roli USA w dzisiejszym świecie. Trochę wyjaśniałem to już na końcu mego wpisu o uchodźcach, ale wyjaśnień nigdy za wiele. Musimy uświadomić sobie ścisłą zależność pomiędzy kapitałem a USA. Kapitał nie może funkcjonować bez „zaplecza siłowego”. Zdany jest na nie, aby wymusić korzystne dla siebie reguły gry: system polityczny, gospodarczy i monetarny. Kapitał to ludzie. A ludzie, jak wiemy, mają dwie ręce. W wypadku kapitału jedną ręką jest niewidzialna ręka rynku, która zgarnia do kieszeni. Druga zwinięta jest w pięść, która daje w mordę, gdy ktoś przeszkadza tej pierwszej. Ta druga ręka, to armia USA i ich sprzymierzeńców, głownie z NATO. Majakowski pisał: „Mówimy – Lenin, a w domyśle – partia, mówimy – partia, a w domyśle – Lenin”. Identycznie jest z parą kapitał – USA. Można ją wstawić w miejsce Lenina i partii.
Na usta ciśnie się także pytanie: co spowodowało, że USA (mówimy USA, a w domyśle…) nagle stawiają na bezpośrednią konfrontację, zamiast nadal kontynuować strategię prowadzenia wojen zastępczych – bo to, co dzieje się w Syrii, na Ukrainie, w krajach byłej Jugosławii i w wielu innych, mniej nagłaśnianych przez media miejscach, to są wojny zastępcze, skierowane głównie przeciwko krajom z tej listy. Przyczyn jest kilka. Przede wszystkim, jak do tej pory, wojny te nie przyniosły spodziewanych efektów. Rosja, bo o nią głównie tu chodziło, nie powtórzyła błędu z Afganistanu i nie dała się sprowokować. Jedynym wyjątkiem była bezpośrednia interwencja w Syrii, która jak na razie przynosi Rosji i jej sojusznikom (Chiny, Iran) jedynie korzyści. Pomogła armii syryjskiej pokonać bojowników tzw. Państwa Islamskiego, wspieranych przez USA, Turcję i państwa Europy Zachodniej (tak, tak, nie pomyliłem się!! Wspieranych!!). Rosja z powodzeniem mogła wypróbować swoje uzbrojenie w warunkach bojowych. Jej systemy obrony przeciwlotniczej zgodnie uznawane są teraz za najlepsze na świecie i nawet państwa NATO (Turcja) oraz wiele innych krajów, które do tej pory kupowały takie zabawki w USA, zamawia je teraz w Rosji. Rosja odniosła także ogromne sukcesy na arenie dyplomatycznej. Potrafiła zaprezentować się w roli państwa niosącego pokój (u nas nie porusza się tego tematu). Przy współudziale Turcji, zorganizowała konferencję narodowego porozumienia, w której uczestniczyli przedstawiciele wszystkich sił politycznych oraz przedstawiciele mniejszości religijnych zamieszkujących Syrię. Na bliskim wschodzie zaczyna więc być postrzegana, jako element stabilizujący, a nie, jak USA i ich sojusznicy, jako wywołujący konflikty. Zaczyna się nawet przebąkiwać, że to właśnie Rosja mogłaby ustabilizować sytuację w Libii. Potrafiła także skutecznie grać na sojuszach USA. Nie tylko skłócała jej sojuszników, ale potrafiła nawet doprowadzić do tego, że druga po USA armia w NATO – Turcja, atakuje sprzymierzonych z amerykanami Kurdów. W ogóle Turcja zaczyna być postrzegana w NATO, jako element bardzo niepewny i nieobliczalny (Rosja także w tym maczała palce). Nawet Izrael nie tylko siedzi cicho, ale sprawia wrażenie, że zaczyna siedzieć okrakiem na barykadzie i patrzy tylko, z której strony wiatr zawieje. Współpracuje np. z rosyjskim Euroazjatyckim Bankiem Rozwoju. Wprawdzie nie jest jego formalnym członkiem, ale aktywnie się w nim angażuje.
Przede wszystkim jednak Rosja zakończyła proces rozkradania swoich bogactw naturalnych. A jest co rozkradać!! W epoce Jelcyna omal nie doszło do ich zawłaszczenia przez międzynarodowy kapitał. Niedopuszczenie do tego jest niewątpliwie zasługą Putina! Putin wyrzucił z kraju także całą masę „doradców”, których „rady” jedynie przyspieszały rozpad gospodarki, armii i państwa. Nie zważając na jazgot międzynarodowej finansjery, drastycznie zmniejszył także zadłużenie Rosji do jednego z najniższych na świecie. Jak widzimy, w pełni zasłużył sobie na nienawiść pary USA-kapitał!
I wreszcie Chiny! W ich wypadku więcej jest pytań niż odpowiedzi. Nixon, który rozpoczął proces normalizacji stosunków z Chinami, miał przeczucie, że „We may have created a Frankenstein” – być może stworzyliśmy Frankensteina. Czy faktycznie? Jeszcze nie wiemy. W każdym razie wszystko, co tylko mogło, nie poszło po myśli Amerykanów. Proces wprowadzania Chin na arenę międzynarodową miał doprowadzić do skłócenia ZSRR i Chin. Faktycznie, na początku stosunki między tymi państwami były napięte, ale w końcu się poprawiły. Na domiar złego, obecna polityka USA doprowadziła do zacieśnienia współpracy pomiędzy Rosją a Chinami – obydwa kraje czują się zagrożone imperialną polityką USA (mówimy USA, a w domyśle…). Przede wszystkim jednak, Amerykanie najwyraźniej nie przypuszczali, że Chiny są w stanie rozwinąć się gospodarczo. Święcie przekonani o wyższości wolnorynkowej gospodarki kapitalistycznej, byli pewni, że komunistyczne Chiny, pozbawione opieki ZSRR oraz zrujnowane najpierw Wielkim Skokiem, a potem Rewolucją Kulturalną Mao, przyjdą na kolanach po pomoc i będą łatwym łupem. Jak to się skończyło, wszyscy wiemy.
Pod pewnymi względami historia naszego kraju i Chin, są do siebie podobne. Też byliśmy kiedyś mocarstwem. Wprawdzie Chiny nie zniknęły z mapy świata, ale także przeżyły okres poniżenia. Na tym kończą się podobieństwa. My grzęźniemy w kompleksach i śnimy sny o potędze, Chiny są znowu potęgą i coraz śmielej podnoszą głowę. Jeszcze nie wiadomo, w jakie mocarstwo przekształcą się Chiny. Podejrzewam, że nie wiedzą tego sami Chińczycy, chociaż mówią, że planują na sto lat do przodu. Trzeba sobie szczerze powiedzieć, że poza powierzchownymi informacjami i stereotypami, nie wiemy wiele na temat tego kraju. Zupełnie go nie rozumiemy. Nie rozumiemy mentalności ludzi, ich sposobu myślenia, obyczajów, poglądów na świat, stosunków społecznych. Chiny zawsze uważały się za pępek świata – „państwo środka”. Teraz mają wszelkie podstawy do odzyskania tego statusu, i to na skalę światową! Pytanie, co z tym zrobią? Czy sami to wiedzą?
Istnieje też cała masa zagrożeń, które mogą unicestwić plany dalszego rozwoju. Jest wiele analiz i opracowań na ten temat, więc nie będę ich tu powtarzać. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na trzy niebezpieczeństwa, o których się w ogóle nie mówi. Pierwszym jest zapóźnienie regionów wiejskich. Różnice w dochodach w miastach i na wsi, obserwuje się na całym świecie. Ale nie przekraczają one zwykle kilku procent. W Chinach jest to ponad 60%! Na wsi mieszka 43% społeczeństwa chińskiego, czyli ponad pół miliarda ludzi! Wprawdzie nie jest to jakaś zorganizowana siła, ale w epoce Internetu i telefonii komórkowej, może dojść do błyskawicznej wymiany informacji i lokalne rozruchy mogą się łatwo rozszerzyć na cały kraj. Zwłaszcza, że ludzie ci masowo wypierani są ze swoich siedzib, które zapewniały im, wprawdzie nędzną, ale zawsze jakąś egzystencję. Likwidacja biedy i wzrost dobrobytu są jednym z priorytetów chińskiego rządu. Ale jeżeli nie będzie to w miarę równomierny wzrost, to zbyt duże różnice w dochodach mogą okazać się czynnikiem destabilizującym dla całego kraju.
Drugim zagrożeniem jest możliwa korupcja kierownictwa chińskiej partii. I w tej chwili korupcja kwitnie w Chinach, jednak nie powstała tam jeszcze zorganizowana oligarchia, która byłaby w stanie skorumpować rząd i przejąć kontrolę nad nim. Na razie mamy tam do czynienia z korupcją gospodarczą, a nie polityczną, ale granica pomiędzy jedną a drugą jest bardzo płynna i w każdej chwili może zostać przekroczona. Jak już wspomniałem, wzrost dobrobytu społeczeństwa i walka z biedą są obecnie jednym z głównych priorytetów chińskiego rządu, który na dodatek osiągnął na tym polu ogromne sukcesy. Płace w Chinach osiągają powoli poziom krajów Europy wschodniej. Ciekawe dane podaje strona-informator dla niemieckiego biznesu, mająca wiele użytecznych informacji dla potencjalnych inwestorów. W zawodach takich jak frezer, tokarz czy spawacz, miesięczna płaca w Chinach osiąga już poziom 2.000 US$. Ale akurat takie rzeczy jak dobrobyt społeczeństwa, nie są w interesie żadnej klasy posiadającej! Jeśli dojdzie ona do faktycznej władzy w Chinach, to wzrost rozwarstwienia społecznego, połączony ze spadkiem dochodów klasy pracującej, w sytuacji, gdy rozbudzono już jej apetyty i dano nadzieję na lepsze życie, może doprowadzić do rozruchów społecznych, które w kraju o takich rozmiarach, byłyby praktycznie nie do opanowania. Przede wszystkim jednak (i to jest główne zagrożenie), korupcja polityczna może także doprowadzić do większego otwarcia Chin dla międzynarodowego kapitału, przed czym ostrzega (bardzo słusznie!!) w swoich książkach Song Hongbing. Takie otwarcie oznacza przede wszystkim utratę kontroli rządu nad bankiem centralnym (tego Hongbing nie wyjaśnia!!). Do czego to prowadzi, pokazuje przykład Japonii. Jest to ciekawy, ale bardzo obszerny temat, więc nie będę go teraz szerzej omawiać. Jestem w trakcie dorabiania polskich napisów (parszywa robota!) do szalenie interesującego filmu, który porusza akurat ten temat, więc niedługo jak czas pozwoli z pewnością o tym napiszę.
Jednak moim zdaniem największym zagrożeniem jest coś zupełnie innego, coś, o czym się w ogóle nie mówi. Zagrożeniem jest dalszy rozwój kraju. Nie chodzi mi tu wcale o tzw. pułapkę średniego dochodu! Z tym Chiny na pewno sobie poradzą! Musimy zdać sobie sprawę z tego, że ludność USA albo Rosji, to mniej więcej tyle, ile w Chinach jest „po przecinku”! Dalszy rozwój takiego kolosa i dalsze rozbudzanie konsumpcji, już dziś niewyobrażalnej!, może po prostu rozsadzić możliwości środowiska naturalnego i to nie tylko samych Chin! Wprawdzie osiągnięto ogromne postępy w walce z zanieczyszczeniem powietrza w największych miastach, ale na pewno pojawią się inne problemy. Po prostu nie można rosnąć w nieskończoność! Obecnie nie istnieje jednak żaden system polityczny, gospodarczy, a przede wszystkim monetarny, który stabilnie funkcjonowałby przy zerowym wzroście gospodarczym. Wcześniej, czy później może (a właściwie MUSI!!) powstać w Chinach alternatywna albo prawdziwa nauka o gospodarce, a to byłby koniec obecnej intelektualnej prostytucji, zwanej ekonomią. Coraz częściej, coraz otwarciej i w coraz większej ilości mediów mówi się o nieskuteczności tej pseudonauki w rozwiązywaniu problemów gospodarczych i społecznych. Coraz częściej mówi się też otwarcie, że to właśnie ekonomia w obecnej postaci, jest źródłem wszelkich kłopotów. To, co teraz w oficjalnych dokumentach potwierdzają banki centralne, jeszcze parę lat temu było wyśmiewane, jako teorie spiskowe. Przy lekturze paru dokumentów Międzynarodowego Funduszu Walutowego naszła mnie już myśl: jakim cudem cenzura to przepuściła! Coraz częściej natykam się także na (jeszcze łagodną) krytykę obecnego systemu monetarnego, czego do tej pory wszyscy unikali jak ognia! Odnoszę wrażenie, że powoli zaczyna się kruszyć zmowa milczenia wobec niektórych tematów. Że niezależnie myślący ludzie, powoli odważają się zabierać głos. Na razie trudno jest przewidzieć, czy jest to początek zmian, czy zorganizowana akcja, która według starej metody: „należy wiele zmienić, aby wszystko zostało po staremu”, ma jedynie ogłupić społeczeństwo.
Ktoś może powiedzieć, że – jak już raz było – powstaje właśnie nowa „druga ręka” kapitału. Gdy USA prześcignęły gospodarczo i militarnie Wielką Brytanię – ojczyznę kapitalizmu – stały się nową „drugą ręką”. Nie ulega wątpliwości, że Chiny już prześcignęły USA gospodarczo, a w bardzo niedalekiej przyszłości prześcigną je także militarnie. Wydają się więc być idealnym kandydatem. Moim zdaniem tak nie jest. Przede wszystkim kapitał brytyjski i amerykański należą do tego samego kręgu kulturowego, po części byli to ci sami ludzie albo członkowie tych samych rodzin. Istniało, i nadal istnieje, wiele wewnętrznych powiązań i grup interesu. Rodzący się właśnie kapitał chiński to zupełnie inny świat, kompletnie bez powiązań z tym starym! Całkowicie słusznie postrzegany jest przez kapitał anglosaski, jako śmiertelne zagrożenie. Zresztą już raz mieliśmy do czynienia z podobnym przypadkiem. Gdy kajzerowskie Niemcy zaczynały być zbyt groźną konkurencją dla Wielkiej Brytanii, wmanipulowano je w pierwszą wojnę światową. Nie inaczej będzie dzisiaj – szybko rosnąca chińska konkurencja będzie musiała zostać wyeliminowana. Pytanie tylko: jak się to odbędzie. Nie wyobrażam sobie jakiegoś ataku na Chiny. To nierealne! Najprawdopodobniej będzie się podsycać wewnętrzne niesnaski w Chinach. Podburzać się będzie uciśnione grupy społeczne (np. wspomniana już ludność wiejska) lub wyznaniowe (Ujgurzy). Nieco więcej informacji na temat możliwego konfliktu, podaje raport amerykańskiej RAND Corporation. Wprawdzie pierwsze zdanie komentarza do raportu stara się uspokoić słowami, że: „Premeditated war between the United States and China is very unlikely” – umyślnie wywołana wojna z Chinami jest bardzo mało prawdopodobna, ale nie byłbym tego taki pewien! Bo wojna z Chinami już trwa! Wystarczy jedynie skojarzyć fakty. Od starożytności do dzisiaj, życiową kwestią dla każdego mocarstwa jest kontrola szlaków handlowych. Dla Chin jest to także być, albo nie być. Ale dziś, wszystkie główne szlaki morskie kontrolowane są przez USA. Wszyscy słyszeli na pewno o konflikcie na Morzu Południowochińskim. To właśnie próba Chin otwarcia sobie okna na świat. Wszyscy trąbią także o nowym jedwabnym szlaku. Wystarczy popatrzeć sobie na jego dawny przebieg, aby zrozumieć przyczyny tego, co dzieje się w Syrii. To był kluczowy kraj na tym szlaku. Nawet w słynnym meczecie Umajjadów jest mozaika z chińską pagodą. Irak i Afganistan też są elementami tej układanki. Alternatywą dla starego, jest nowy szlak jedwabny, który mógłby przebiegać przez Rosję. USA nie może wpłynąć na Rosję, aby temu przeszkodzić. Ale już Ukraina, to co innego. A co się tam dzieje? Dobrze wiemy! Wasali w Warszawie nie trzeba przekonywać do porzucenia głupich pomysłów przepuszczania przez nasz kraj chińskich pociągów. Nie łudźmy się też, że jakakolwiek zmiana ministra, a nawet partii rządzącej cokolwiek tu zmieni! Nic więc dziwnego, że Chińczycy chcą skorzystać z ocieplenia klimatu i przesunąć szlak jeszcze bardziej na północ – do Arktyki. Nie chcą być także narażeni na „niegościnność”, więc dodatkowo wykupują europejskie porty. Chińczycy wyraźnie mają gdzieś opór USA wobec swego jedwabnego szlaku i mówią im wyraźnie: możecie nam naskoczyć, my i tak zrobimy swoje! A to jest już wypowiedzenie wojny dla USA (mówimy USA, a w domyśle…).
Mogą tak zrobić, bo równolegle z rozwojem gospodarczym, postępuje także wzrost militarnej potęgi Chin. I to w tak szybkim tempie, że niedługo USA nie będą w stanie niczym zagrozić chińskiej potędze. W 2012 roku wszedł do służby pierwszy chiński lotniskowiec, ale już rozpoczyna się budowę własnych jednostek, a w planach na najbliższą przyszłość są atomowe lotniskowce dorównujące amerykańskim!
Ale tym, co wydaje się być największym postrachem Amerykanów jest przewaga rosyjskiej, a być może także chińskiej techniki rakietowej w zakresie rakiet osiągających prędkość hipersoniczną. Amerykańscy analitycy ostrzegają, że przewaga jednej ze stron, może wywołać wojnę! Musimy zrozumieć, czym są takie rakiety. Ich prędkość powoduje, że są one bardzo trudne do wykrycia a obrona przed nimi jest praktycznie niemożliwa! Wygląda na to, że czarny sen amerykańskiej marynarki wojennej staje się rzeczywistością. Rosja akurat zaczyna montować takie rakiety na swoich okrętach. Amerykańskie lotniskowce byłyby wtedy łatwym i bezbronnym celem dla okrętów rosyjskich.
Ale bądźmy niegrzecznymi dziećmi i postawmy sobie teraz pytanie, którego nikt nie stawia. Jak to możliwe, że najlepszy z możliwych i najefektywniejszy amerykański system gospodarczy, stoi na skraju bankructwa, czego, mimo sankcji, nie można powiedzieć o Rosji ani o komunistycznych (o zgrozo!!) Chinach? Paradoksalnie, w odpowiedzi na to pytanie zawiera się także odpowiedź na całą masę innych pytań. Zacznijmy najpierw od tego, skąd amerykański rząd bierze pieniądze na swoje wydatki (czyli głównie na zbrojenia). Wyjaśniałem to już jakiś czas temu. Krótko mówiąc – musi je pożyczyć, emitując obligacje. Obligacje te kupowane są przez banki i sprzedawane dalej. Jeśli nie ma dostatecznej ilości kupców – obligacje te, banki wymieniają na pieniądze w banku centralnym. Banki amerykańskie są (efektywnymi) bankami prywatnymi. Kupcy obligacji to głównie fundusze inwestycyjne, firmy ubezpieczeniowe, arabscy szejkowie, którzy akurat nie mają pomysłu, na jakie fanaberie wydać uzyskane za sprzedaną ropę dolary, czyli (efektywne) osoby prywatne – bo za wszystkimi (efektywnymi) firmami, funduszami itd. kryją się konkretne osoby. Amerykański bank centralny, Federal Reserve, wprawdzie nie jest prywatny (ojej, nieefektywny!), ale musimy zdać sobie sprawę, że jest to tylko fasada, za którą kryje się 12 prywatnych (uff, efektywnych!) banków, reprezentujących poszczególne dystrykty. Krótko mówiąc, gdy rząd USA potrzebuje pieniędzy np. na nowy lotniskowiec, musi zadłużyć się albo bezpośrednio u osób prywatnych, albo w prywatnym banku centralnym. Jak nie kijem, to pałką, ale zawsze u osób prywatnych! A jak to jest w Chinach? Gdy rząd chiński potrzebuje pieniędzy na nowy lotniskowiec, to otrzymuje je z (nieefektywnego) państwowego banku centralnego. Szczerze mówiąc nie znalazłem nigdzie pewnych i jednoznacznych informacji dotyczących szczegółów takiej operacji. Z tego, z czym się zetknąłem, wynikałoby, że państwo zamawia taki przykładowy lotniskowiec w (nieefektywnej) państwowej stoczni, która wylicza koszty i zaciąga kredyt w (nieefektywnych) państwowych bankach komercyjnych, które otrzymują potrzebne pieniądze z (nieefektywnego) państwowego banku centralnego. Jest to najbardziej prawdopodobne, bo pokrywałoby się z podobnymi procedurami np. w Japonii i Korei Południowej. Mówiąc obrazowo: rząd amerykański nie posiada ani drukarni pieniędzy, ani papieru, ani farby drukarskiej. Wszystko to jest w posiadaniu rządu chińskiego.
Nie wiadomo, czy Amschel albo Nathan Rothschild faktycznie powiedzieli słynne zdanie: „Give me control of a nation’s money supply, and I care not who makes its laws” – dajcie mi kontrolę nad emisją pieniądza w kraju, a będzie mi obojętne, kto stanowi w nim prawo (kto w nim rządzi). Ale nie ulega wątpliwości, że wyraża ono prawdę!! Mam nadzieję, że teraz nikt nie ma wątpliwości, jakie znaczenie ma Artykuł 220 naszej konstytucji.

WSZYSTKO, o co toczy się gra, to wprowadzenie takiego systemu w Chinach i Rosji!!!! Punkt.

TO jest także odpowiedź na pytanie, czemu te kraje znalazły się na amerykańskiej „czarnej liście”.

Niech teraz każdy odpowie sobie na pytanie, czy warto dla tego szczytnego celu narażać nasz kraj na potencjalne konflikty? Ryzykować, że zostanie on zamieniony w nuklearną pustynię?

P.S.
Wszystkich naszych polityków łączy jedna mania: dążenie do stacjonowania w Polsce armii amerykańskiej. Mimo usilnych starań jeszcze do tego nie doszło. Dyletanci nie wiedzą jak to zrobić!! Wystarczy odzyskać kontrolę rządu nad emisją pieniędzy. Gwarantuję, że w kilka miesięcy po ogłoszeniu tego, będą u nas stacjonować amerykańskie wojska!!!