Wyobrazić sobie niewyobrażalne cz. 9b

Przyjemnie jest sobie pomarzyć, więc kontynuujmy nasze marzenia i spróbujmy dziś zastanowić się nad tym, jak nasz nowy system monetarny wprowadzić w życie.

Najbezpieczniej jest korzystać ze sprawdzonych recept. Wszyscy myślą teraz pewnie z przerażeniem o jakiejś rewolucji, ale nie to mam na myśli. Recepta, którą chcę zaproponować, ma już wiele tysięcy lat! Jestem niewierzący, ale nie wiem, ile razy przeczytałem Biblię. Nie po to, żeby się nawrócić. Do tego się zupełnie nie nadaje. Ale jest to dla mnie niesamowicie mądra księga, napisana przez niewyobrażalnie mądrych ludzi. Ludzi, którzy już parę tysięcy lat temu potrafili wnikliwie obserwować otaczający ich świat. Zawarte tam opowieści są skarbnicą wiedzy o ówczesnych ludziach, o ich mentalności i sposobie myślenia. Fascynuje mnie, ale przyznam się szczerze, że także przeraża, fakt, że ludzkość przez te tysiąclecia praktycznie się nie zmieniła. Owszem, mamy większą wiedzę, żyjemy inaczej, ale nasza mentalność pozostała praktycznie bez zmian. Co chwila Kain zabija Abla, a zmanipulowany i ogłupiony motłoch, tak samo ciemny i prymitywny jak przed dwoma tysiącami lat, także i dziś żądać będzie ukrzyżowania Chrystusa i uwolnienia Barabasza.

Gdy zastanawiałem się nad metodami wprowadzenia nowego systemu monetarnego, przyszło mi na myśl wyjście Żydów z niewoli egipskiej, opisane w Księdze Wyjścia. My także jesteśmy w niewoli obecnego systemu, więc analogia od razu rzuca się w oczy.

Pierwszą rzeczą, którą zrozumiałem to to, że nie da się tego zrobić metodami demokratycznymi. Musi to zrobić dyktatura. Oświecona dyktatura. Żydzi także wcale nie chcieli opuszczać Egiptu. Narzekali na niewolę, ale bali się nieznanego. Potrzebny był dyktator – Mojżesz. Zrozumiałem to, gdy jakiś czas temu przeprowadziłem wśród moich znajomych małą ankietę. Wszystkim zadałem jedno pytanie: gdy jutro odbędzie się referendum, w którym będziesz mógł zadecydować o wprowadzeniu systemu monetarnego, w którym zarówno kredyty, jak i oszczędności nie będą oprocentowane, to zagłosujesz na „tak”, czy na „nie”? Wszyscy od razy powiedzieli, że na „nie”. Wszyscy nie potrafili sobie wyobrazić nieoprocentowanych oszczędności, a przede wszystkim nieoprocentowanych kredytów. Powszechny był argument: tak musi być, przecież zawsze tak było, bo przecież banki zarabiają na pożyczaniu naszych oszczędności. Potem wyjaśniałem każdemu zawiłości obecnego systemu, wyjaśniałem, że są jego ofiarami, że oprocentowanie wcale nie przynosi im dochodów, ale straty, że banki wcale nie potrzebują ich oszczędności do udzielania kredytów. Wszyscy byli tym zaskoczeni. Ponowiłem więc pytanie: jak zagłosujesz z wiedzą, jaką teraz posiadasz? Pytałem 17 osób, wszystkie z wyższym wykształceniem, trzy z doktoratami. Jedynie dwie osoby odpowiedziały, że teraz na „tak”! Tym, co mnie najbardziej zaskoczyło, był fakt, że głosujący na „nie”, nie potrafili dać racjonalnej odpowiedzi na pytanie czemu zgadzają się na oczywisty wyzysk! Żydzi, którzy nie chcieli opuszczać Egiptu, pewnie też nie potrafili. Nie inaczej było w Szwajcarii. 10 czerwca 2018 roku odbyło się tam referendum nad wprowadzeniem tzw. Vollgeld, czyli pieniądza emitowanego jedynie przez szwajcarski bank centralny. Ponad 75% społeczeństwa zagłosowało na „nie”. Wyniki mojej małej ankiety potwierdzają w pełni badania szwajcarskiej firmy, zajmującej się badaniem wyników głosowań. Na „tak” głosowali prawie wyłącznie ludzie, którzy przynajmniej trochę rozumieli o co chodzi. Do reszty nic nie dotarło. Swoje zrobiła także zmasowana propaganda dla odrzucenia projektu. Nie wiem czy najśmieszniejsze, czy najbardziej przerażające jest jednak to, że ogromna większość społeczeństwa popiera idee Vollgeld, całkowicie błędnie uważa jednak, że obecny system już je spełnia!

Wspominałem w poprzednim odcinku, że sprawujący władzę nie zgodzą się dobrowolnie na zmianę obecnego systemu. Faraon także nie chciał wypuścić Żydów z niewoli. Trzeba było go „zmiękczyć”. W Biblii były to plagi egipskie, w naszym przypadku mogą to być kryzysy. Z pewnością będzie ich coraz więcej i będą coraz cięższe i częstsze. Na razie mogę wyobrazić sobie parę sposobów przedłużenia agonii, ale, o ile wcześniej nie wyparujemy w nuklearnym wybuchu, kiedyś ona nastąpi. To może być moment na wyjście z niewoli.

Po odejściu Żydów, Faraon zrozumiał co się stało i ruszył w pościg. Tak samo będzie, jeśli jakiś kraj zdecyduje się na zmianę systemu monetarnego. Musi się modlić do Boga nie tylko o to, żeby morze pochłonęło amerykańskie lotniskowce, ale także ziemia czołgi a niebo samoloty. Nie bardzo wierzę, że to nastąpi. W końcu to Bóg Izraelitów… 😉

No, ale załóżmy, że znów zdarzył się cud i jakoś się udało. Jakoś trzeba będzie teraz przejść przez pustynię. Jakoś trzeba będzie wyżywić naród. Na mannę i przepiórki z nieba nie ma co liczyć. Same „jakoś”… Ale w odróżnieniu od Żydów nie idziemy przez pustynię do ziemi obiecanej. Już na niej jesteśmy. Ta ziemia przynosi plony, żywi nas i w okresie przejściowym także będzie żywić, ma już także funkcjonującą gospodarkę. Tutaj znów potrzebna jest światła dyktatura, która przy pomocy „ręcznego sterowania” musi przeprowadzić nas przez okres przejściowy, który jest nieunikniony. Nie sądzę, żeby było to szczególnie skomplikowane. W okresie przejściowym w gospodarce niewiele się zmieni. Ale dyktatura potrzebna jest także z innego powodu. Beneficjenci obecnego systemu z pewnością będą próbować sabotować niekorzystne dla nich zmiany. Z pewnością zmanipulują i ogłupią dużą część społeczeństwa jakimś „złotym cielcem”. Większość i tak nie będzie rozumiała sensu wprowadzanych zmian, więc nie będzie to trudne. Do głupich nie docierają żadne racjonalne argumenty. Takiego złotego cielca należy po prostu obalić. Jak w Biblii. Jej autorzy nie widzieli innego wyjścia. Ja także nie widzę.

Żydzi w czasie wędrówki, wielokrotnie burzyli się przeciwko swojemu Bogu, który ich za to krwawo karał a Mojżesz wielokrotnie musiał błagać o przebaczenie. Podobnie będzie także w okresie przejściowym. Z pewnością dojdzie do spadku poziomu życia wielu grup społecznych. Tutaj nie jestem zwolennikiem recept „biblijnych”. Zamiast karania trzeba pomagać przejść ten trudny okres. Karać należy jedynie tych, którzy aktywnie będą go sabotować i prowadzić dywersję gospodarczą. Beneficjenci obecnego systemu zostaną pozbawieni dochodów. Wiele zawodów przestanie istnieć, inne będą zupełnie inaczej funkcjonować. Wiele dawnych nawyków myślowych i przyzwyczajeń straci rację bytu. W ogólnym rozrachunku, zmiana systemu monetarnego będzie korzystna dla wszystkich za wyjątkiem klasy kapitalistów, która straci podstawy bytu. Największym problemem, jaki widzę, będą zmiany społeczne. Więcej napiszę o nich w następnym odcinku, w którym postaram się wyjaśnić, jak nowy system mógłby wyglądać.

Proszę zauważyć, że Księga Wyjścia także zajmuje się tym problemem. Żydzi nie od razu poszli do ziemi obiecanej. Mojżesz tak długo wędrował z nimi przez pustynię, aż wymarło pokolenie, które pamiętało niewolę egipską. Do ziemi obiecanej poszło pokolenie, które je nie zaznało. Pustynia także ma tu swoje znaczenie. W normalnym życiu dzieci przejmują mentalność swoich rodziców. Nawet jeśli zmieniają się warunki życia, to mija wiele pokoleń, zanim ją utracą. Wędrówka przez pustynię oznacza tu życie w warunkach, w których nie ma możliwości przekazania dzieciom mentalności niewolnika. Życie na pustyni oznacza życie „w próżni”, bez normalnych kontaktów społecznych, jakie cechują osiadły styl życia. Autorzy tekstu świetnie znali ludzką mentalność. Wiedzieli, że nie wystarczy dać ludziom wolność i ziemię obiecaną. Zagospodarować ją potrafią jedynie ludzie wolni i bez mentalności niewolnika. Tutaj leży największa trudność przemian związanych z nowym systemem monetarnym. Nowy Mojżesz nie będzie mógł wyprowadzić swój lud na pustynię. Mentalność niewolników dawnego systemu, lud będzie musiał utracić na ziemi obiecanej.

Stare porzekadło mówi, że wszystko już było. Czy dotyczy ono także prób wprowadzania innego systemu monetarnego? Odpowiedź jest krótka. Tak. Pominę tutaj próby lokalne, takie jak w Wörgl. Praktycznie nikt nie wie o tym, że dojście do władzy niemieckich nazistów było w początkowym okresie taką próbą. Hitler był gorącym zwolennikiem poglądów Gottfrieda Federa, który proponował ni mniej, ni więcej, uwolnienie z niewoli oprocentowania! Postulat ten znajdziemy w punkcie 11 programu NSDAP! „11. Abschaffung des arbeits- und mühelosen Einkommens. Brechung der Zinsknechtschaft!” – zniesienie dochodów osiąganych bez pracy i bez wysiłku. Zniesienie niewoli oprocentowania. W programie znajdziemy także inne punkty konieczne dla przeprowadzenia skutecznej reformy monetarnej: reformę własności ziemi i zniesienie dochodów z jej pachtu czy udział w zyskach przedsiębiorstw. Są także punkty postulujące upaństwowienie przemysłu i przekazanie gminom domów towarowych, ale to „trąci” bardziej marksizmem. Szczególnie ciekawy jest ten punkt: „19. Wir fordern Ersatz für das der materialistischen Weltordnung dienende römische Recht durch ein deutsches Gemein-Recht.” – żądamy zamiany służącego materialistycznemu porządkowi świata, prawa rzymskiego, na wspólnotowe prawo niemieckie. Pokrywa się on w pełni z koniecznością uspołecznienia, a nie upaństwowienia, systemu monetarnego oraz koniecznych zmian prawnych, które to regulują. Niemcy szli za Hitlerem bardziej niż Żydzi za Mojżeszem (oj podpadłem Żydkom, ale wystarczy zajrzeć do Biblii, żeby to potwierdzić!!), więc nie byłoby trudności z wprowadzaniem postulowanych reform. Niestety nie został spełniony warunek światłej dyktatury. Stara mądrość mówi, że władza demoralizuje i korumpuje. Władza absolutna demoralizuje i korumpuje absolutnie. Nie inaczej było w tym przypadku. Międzynarodowy kapitał miał inne plany wobec Hitlera i jego partii. Przy jego pomocy Hjalmar Schacht zorganizował finansowanie partii i gospodarki, niepotrzebny Feder poszedł w odstawkę i wszystko potoczyło się w kierunku drugiej wojny światowej. Tak, jak zostało to zaplanowane

Wyobrazić sobie niewyobrażalne cz. 9a

Someone once said that it is easier to imagine the end of the world than to imagine the end of capitalism. We can now revise that and witness the attempt to imagine capitalism by way of imagining the end of the world.”
Fredric Jameson
Ktoś kiedyś powiedział, że łatwiej jest wyobrazić sobie koniec świata, niż koniec kapitalizmu. Teraz możemy to zrewidować i być świadkami próby wyobrażenia sobie kapitalizmu poprzez wyobrażenie sobie końca świata.

I na koniec coś absolutnie niewyobrażalnego! Spróbujmy sobie wyobrazić wprowadzenie innego systemu monetarnego. Jak to zrobić i jak ten system miałby wyglądać.

Przede wszystkim musimy sobie uświadomić, że niemożliwe będzie wprowadzenie innego systemu monetarnego bez zmiany systemu społecznego. Zakładam, że nowy system monetarny musi być korzystny dla całego społeczeństwa, a nie dla jego części. Obecny system służy dwóm celom: sprawowaniu władzy i wyzyskowi. Dla klas/warstw/grup panujących jest to najważniejsze narzędzie. Nie łudźmy się, że oddadzą je dobrowolnie!

Pierwszym etapem musi być przejęcie władzy przez społeczeństwo. Nie mam tu na myśli żadnego socjalizmu, komunizmu czy innego „-izmu”. Musimy w tym miejscu zapomnieć wszystko to, co rozumiemy pod pojęciami takimi jak rząd, partia, ideologia, politycy czy polityka. Ich miejscem jest śmietnik historii. Wiem, nie potrafimy sobie niczego innego wyobrazić. To musi być rzeczywista władza w ręku społeczeństwa!! Władza bezosobowa!! Efekty jej działania muszą być wypadkową woli każdego obywatela i każdy obywatel musi zaakceptować wolę (rzeczywistej!!) większości. Miejsce tego, co obecnie rozumiemy pod pojęciem rząd, muszą zająć zwykli pracownicy najemni, których zadaniem będzie realizowanie woli społeczeństwa. W dosłownym znaczeniu tego słowa – administracja państwowa. Ci pracownicy muszą być na bieżąco kontrolowani i rozliczani z efektów swej pracy i w razie potrzeby natychmiast wymieniani. Coś takiego nigdy nie istniało i nie może nam się w głowach pomieścić. Warunkiem jest tu zrozumienie, jeśli nie przez wszystkich, to przynajmniej przez większość społeczeństwa, konieczności aktywnego zaangażowania się w interesy społeczności. Jest to pierwsza utopia, niemożliwa do zrealizowania. Moje obserwacje wskazują na to, że większość ludzi musi mieć nad sobą „pana” (w takiej czy innej formie). U prawicy jest to oczywiste, lewica jedynie udaje, że tak nie jest. Nie wiem, czy jest to wada genetyczna, czy wynik trwającego wiele tysięcy lat prania mózgów. Wydaje mi się, że jest to jednak genetyka. Nie chcę w tym miejscu być źle zrozumiany, ale ogromna większość nie dorosła także intelektualnie do takiej roli. Drugim etapem musi być zrozumienie konieczności przejęcia władzy nad systemem monetarnym. To oznacza uspołecznienie systemu monetarnego. Nie upaństwowienie, ale USPOŁECZNIENIE. To nie jest to samo! Tego także nie rozumiemy. System monetarny musi być własnością społeczeństwa i działać na jego korzyść. Kolejna mrzonka. Dzisiaj nikt nie rozumie co to jest system monetarny, jak funkcjonuje i jaka jest jego rola. Próby tłumaczenia tego, nie dają żadnych efektów. Nie łudźmy się więc, że kiedykolwiek dotrze to do większości ludzi. W trzecim etapie należy stworzyć naukę o gospodarce. Należy zlikwidować wszystkie szkoły i uczelnie zajmujące się ogłupianiem obecną pseudonauką i stworzyć nowe. Trochę pisałem już o tym we wstępie, w części „Intelektualny zastój”. To także jest nierealne. Czwartym etapem, bezpośrednio powiązanym z poprzednim, jest stworzenie nowego systemu monetarnego, który będzie służył społeczeństwu. Nie da się tego zrobić od razu. Nie wiemy jak taki system miałby wyglądać. To musi być zadanie dla nowej nauki. Nowy system musi pociągnąć za sobą także uspołecznienie (jeszcze raz: uspołecznienie, nie upaństwowienie) ziemi, bogactw naturalnych a przede wszystkim szkolnictwa oraz zakaz prywatnej własności mediów. Każdy dziennikarz musi pracować na własny rachunek i prezentować własne poglądy.

Dziwię się sam sobie, że wypisuję takie nierealne brednie, ale przyjemnie jest sobie pomarzyć!

Dlaczego koncentruję się tutaj na systemie monetarnym. Musimy zrozumieć, że jest to podstawowy czynnik, który kształtuje praktycznie całe nasze życie. Nie tylko gospodarkę, struktury społeczne czy metody sprawowania władzy, ale także naszą mentalność, stosunki międzyludzkie i światopogląd. Codziennie słyszymy, że podstawowym celem naszego życia jest zarabianie pieniędzy. Nie nasze szczęście, nie szczęście naszej rodziny, nie szczęście społeczności, w której żyjemy, ale zarabianie pieniędzy. Potem mamy te pieniądze wydawać na rzeczy, które mają nam to szczęście zapewnić. Tak mówią reklamy. Czy to wszystko zapewnia nam szczęście? Niech każdy sam odpowie sobie na to pytanie.

Wszystkie dotychczasowe próby zmiany stosunków społecznych, wszystkie „-izmy”, nie mogły się udać, gdyż ich twórcy kompletnie nie rozumieli roli pieniądza w stosunkach społecznych; zwłaszcza po powstaniu kapitalizmu, gdy zmienił się obieg pieniądza w gospodarce. Marks skupił się na pracy i względnie prawidłowo opisał metody wyzysku poprzez pracę. Wprawdzie swoje najważniejsze dzieło zatytułował „Kapitał”, ale kompletnie pominął jego rolę w podziale owoców pracy. Za Marksem błędnie przyjmujemy, że kapitalista to przedsiębiorca. Marks wprowadził nas w ślepą uliczkę i dlatego nie znamy, nie rozumiemy i nie analizujemy najskuteczniejszej metody wyzysku i sterowania nami. Inna sprawa, że wyjaśnianie nie porwie do działania mas rewolucyjnych. Po prostu nic do nich nie dotrze. Jest to dla nich zbyt skomplikowane. Wygodniej jest siedzieć przed telewizorem, oglądać kilkutysięczny odcinek debilnego serialu lub mecz piłki kopanej i narzekać na rząd, że „nie daje”, niż trochę samodzielnie pomyśleć.

W całej swojej historii ludzkość była, i jest nadal, sterowana i wyzyskiwana przez trzy pasożytnicze klasy/grupy:

– Pierwsza klasa, arystokracja, utworzona została przez ludzi, którzy uważali się za lepszych od reszty. Czynnikami, które umożliwiły im „awans” społeczny były najczęściej: siła, przebiegłość, umiejętność manipulacji, brak skrupułów i zdolności przywódcze. Cechy, które posiadają prawie wszyscy psychopaci. Intelekt praktycznie nigdy nie odgrywał roli. Nie należy tu mylić inteligencji i wykształcenia. Klasa ta, była zawsze wykształcona, gdyż wykształcenie związane było z ponoszeniem kosztów, na które jedynie ta klasa mogła sobie pozwolić.
Poza pojedynczymi krajami, takimi jak Wielka Brytania, Holandia, niektóre kraje skandynawskie i inne, klasa ta przestała istnieć lub przekształciła się w klasę kapitalistów, o której pisałem w poprzednim odcinku. Klasa kapitalistów przejęła rolę i znaczenie arystokracji, stała się więc swego rodzaju arystokracją pieniądza.

– Druga klasa, szamani/kapłani, umiejętnie wykorzystywała, i nadal wykorzystuje, nasz strach przed śmiercią, brak odpowiedzi na pytanie o to skąd się wzięliśmy oraz o sens naszego życia, a także brak odpowiedzi na wiele innych pytań dotyczących otaczającego nas świata. Klasa ta wciska nam kit, że posiada informacje o istnieniu takiej czy innej siły wyższej, która nas i nasz świat stworzyła. W początkowym okresie tą „siłą wyższą” były żywioły, obiekty przyrody i kosmosu, których przychylność trzeba było kupić ofiarami, potem zastąpili je różni bogowie stworzeni „na obraz i podobieństwo”. Klasa ta wmawia nam, że fakt bliższej komitywy z bogami pozwala jej dyktować nam, jak mamy żyć i postępować, aby się tym bogom przypodobać. To, że musimy ją utrzymywać jest oczywiste. Klasa ta zawsze była i jest w symbiozie z arystokracją oraz z każdą inną warstwą rządzącą, dlatego wmawia nam, że podziały społeczne są wolą boską i musimy je akceptować.

– Trzecia klasa jest najmniej widoczna. Najczęściej w ogóle nie zdajemy sobie sprawy z jej istnienia albo błędnie przyjmujemy zupełnie innych ludzi za jej członków. Nie znamy, nie rozumiemy i nie analizujemy metod jej działania. Tą klasą są ludzie, którzy sterują systemem monetarnym. W całej historii ludzkości pieniądz nigdy nie służył społeczeństwu. Zgadzam się z opinią, że pieniądz nie mógł powstać, jako ułatwienie w handlu. Dla społeczeństw nie znających jeszcze prawa własności, nie był w ogóle potrzebny. Przychylam się do opinii, że powstał w świątyniach, jako forma daniny, która później przejęła rolę, którą dzisiaj przypisujemy pieniądzowi. Początkowym kryterium akceptowalności i legalności pieniądza, było akceptowanie go przez świątynię. Dzisiaj tym kryterium jest akceptacja przy płaceniu podatków. Klasa zarządzająca pieniądzem najprawdopodobniej wykształciła się z klasy kapłanów. Przejęła także jej cechy: tajemniczość oraz metody sterowania bez wykorzystania siły i bezpośredniego, widocznego przymusu. Działa na naszą psychikę, podświadomość oraz wykorzystuje wyrafinowane metody sterowania pośredniego. Do swoich celów wykorzystuje także przedstawicieli dwóch poprzednich klas. Do dzisiaj, jeśli ma się na myśli tę klasę, określa się ją mianem „bankierów”. Mniej więcej do początków 20 wieku, klasę tę tworzyli faktycznie głównie bankierzy – właściciele banków. Wtedy klasa ta była widoczna, jej członków wymienić można było z imienia i nazwiska. Banki centralne były także w dużej mierze prywatne i ci ludzie byli równocześnie ich właścicielami. Owszem, dzisiaj także istnieją jeszcze prywatne banki, ale są one bardzo małe i praktycznie nie odgrywają żadnej roli. Bardziej pasuje do nich określenie „zarządcy majątków, posiadający licencję banku”. Dziś nie da się określić struktury własności głównych banków. Osoby stojące na ich czele, to nie są ich właściciele (chociaż najczęściej posiadają pakiety akcji „swojego” banku), ale zwykli pracownicy najemni. Jak jest z bankami centralnymi? Formalnie należą do państwa, ale sama forma własności praktycznie nic nie mówi. Kluczowym pytaniem jest: kto nimi steruje? Jeszcze wrócę do tego pytania. Do nielicznych (poważnych) książek, które stawiają pytanie o to, kto steruje pieniądzem i próbują odpowiedzieć na nie, jest książka Paula Schreyera „Wer regiert das Geld?“, czyli kto rządzi pieniądzem. Właściwie autor nie napisał więcej niż to, co napisałem na tym blogu (a nawet napisał dużo mniej), ale ciekawe są jego próby dojścia do odpowiedzi na to pytanie. On także nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Mówi jedynie o sieciach lobbystycznych banków. Jako dziennikarz, rozmawiał z wieloma politykami i przerażony był ich niewiedzą o systemie monetarnym. W rozmowach z bankowcami natrafiał natomiast na mur milczenia. Dla znających niemiecki, polecam bardzo ciekawy wywiad z nim.

 

Żeby nie było wątpliwości – do klasy tej NIE ZALICZAM PRAWDZIWYCH KAPITALISTÓW, o których pisałem w poprzednim wpisie, i których zaliczam do następców arystokracji. Mam na myśli ludzi stojących za bankami centralnymi i strukturą banków komercyjnych. Oczywiście, każdy członek tej grupy, ze względu na posiadany kapitał, jest także kapitalistą. Ci ludzie należą do obydwu klas.

Zdaję sobie sprawę z tego, że samo stwierdzenie istnienia takiej klasy, wprowadza mnie na bardzo śliski teren i zgodnie z prawem Godwina kończy się najczęściej oskarżeniem o antysemityzm. Najzabawniejsze we wszystkich tych oskarżeniach jest to, że to nie oskarżeni twierdzą, że Żydzi stoją za pieniądzem, ale oskarżyciele! Uważam, że to nie Żydzi stoją za systemem monetarnym, ale używani są, jako narzędzie do uciszania niewygodnych osób i kierowania podejrzeń na fałszywe tory. Nie oznacza to jednak, że w tej strukturze nie ma osób pochodzenia żydowskiego. Nie istnieją też żadne źródła, które potwierdzałyby istnienie takiej grupy ludzi. Nie istnieją żadne oficjalne, albo nawet półoficjalne organizacje albo instytucje, które można uznać za element tej struktury. Najbardziej podejrzany jest tutaj Bank for International Settlements  BIS. Ale jest to jedynie podejrzenie, praktycznie bez dowodów. Trochę więcej można powiedzieć o tzw. Group of Thirty – Grupie Trzydziestu. Ale zajmuje się ona bardziej stroną teoretyczną i doradztwem. Nic nie wskazuje na to, że ma jakieś funkcje kierownicze. Ale takie grupy analityków i doradców nie istnieją same dla siebie. Ich działalność komuś jest potrzebna. To także jest poszlaką wskazującą na istnienie jakiejś struktury, dla której pracują. Założycielem Grupy Trzydziestu była fundacja Rockefellera… Dlatego przekonany jestem o istnieniu takiej struktury, która najprawdopodobniej zorganizowana jest podobnie jak warstwa najbogatszych, którą już opisywałem. Wszystkie dowody na istnienie takiej klasy ludzi, są dowodami pośrednimi, poszlakami. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że każdy amerykański prezydent, który próbował coś majstrować przy systemie monetarnym, nie umarł śmiercią naturalną? Innym przykładem jest Kaddafi i jego „złoty dinar”. Pierwszą rzeczą, którą zrobili „rebelianci”, którzy go obalili, było założenie nowego banku centralnego Libii! Amerykański bank centralny, Rezerwa Federalna, składa się z dwunastu prywatnych banków regionalnych. Jedynie ich „czapa”, zwana właśnie Rezerwą Federalną, jest pod niewielką kontrolą amerykańskiego rządu i nie jest prywatna. Struktura ta powstała w 1913 roku. Do dzisiaj, mimo wielu prób wyjaśnienia, nie wiadomo, kto jest właścicielem tych dwunastu banków. Jak, bez istnienia jakiejś zorganizowanej siły, wytłumaczyć fakt, że wszystkie próby wyjaśnienia tej tajemnicy spełzły na niczym? W niedawnym wpisie wspomniałem o zakazie finansowania rządów przez banki centralne. Kto był w stanie wymusić taki przepis na suwerennych krajach?

Także historia dostarcza dowodów na szczególną rolę i pozycję tej grupy ludzi. Klasa bankierów istnieje już od starożytności. W dawnych czasach poddani byli de facto własnością władców. Jeśli było to w interesie władcy, to poddanego wsadzał do lochu lub ukatrupił (często z całą rodziną), a potem przejmował jego majątek. Historycznych przykładów jest cała masa. Najbardziej okrutny satrapa, gdy potrzebował pieniędzy, to grzecznie(!) zwracał się o nie do bankierów. Owszem, zdarzało się, że nie spłacali pożyczek, ale nie spotkałem się z żadnym historycznym przypadkiem, żeby bankierowi spadł włos z głowy, a władca przejął jego majątek.

Proszę zwrócić także uwagę na swoisty podział ról, który istnieje do dzisiaj. Władcy mieli prawo do bicia monety, ale gdy trafiły już one do obiegu, tracili możliwość zarabiania pieniędzy na posiadanym kapitale. Uzależnieni byli od klasy bankierów. Nie inaczej jest dzisiaj. Gdy państwo potrzebuje pieniędzy, to mimo tego, że jest ich emitentem, musi je pożyczyć. Bank centralny (w teorii państwowy) emituje pieniądze, pożycza je bankom komercyjnym, a dopiero one, kupując obligacje, pożyczają je państwu! Oficjalnie to banki komercyjne kupują te obligacje i część z nich zatrzymują dla siebie, ale faktycznie są jedynie pośrednikami. Do znanych odbiorców należą banki centralne innych krajów, firmy ubezpieczeniowe, fundusze inwestycyjne, fundusze emerytalne i oczywiście osoby prywatne. Ale w czyim jeszcze imieniu działają? Tego nigdy nie ujawniają. Żaden „suwerenny” rząd na świecie nawet nie próbuje pytać się o to.

To jedynie kilka spektakularnych przykładów, ale tych poszlak jest cała masa i można wypełnić nimi całą książkę.

Zachowanie banków centralnych także jest bardzo podejrzane. Ich działalność, jak na rzekomo niezależne instytucje, jest za bardzo zsynchronizowana. Wskazuje wyraźnie na sterowanie. BIS oficjalnie nie ma do tego uprawnień, jego oficjalna rola ogranicza się do doradztwa i wydawania zaleceń. Ale jak jest naprawdę? Nie wiemy. Literatura i Internet pękają od różnego rodzaju teorii spiskowych na temat roli (a szczególnie własności) banków centralnych, ale nie spotkałem się z żadnym wiarygodnym źródłem. Od dawna uważam, że banki centralne należy traktować, jako obce, wrogie i sterowane z zewnątrz instytucje, ale szczerze przyznaję się, że osąd ten opieram jedynie na poszlakach, takich jak np. działania Bank of Japan lub, wspomniane w niedawny wpisie, działania banków centralnych Włoch, Hiszpanii, Irlandii a ostatnio także Libanu.  Spotkałem się jedynie z jednym (względnie) poważnym źródłem, podzielającym moją opinię. Katehon, to rosyjski think tank, za którym stoi Aleksander Dugin, doradca Putina i autor książki Geopolityka – lektury obowiązkowej na praktycznie wszystkich rosyjskich uczelniach, zwłaszcza tych, kształcących kadry dla rządu. Chociaż także i w tym artykule brak konkretów, to w jego wypadku można przynajmniej powiedzieć, że pisała go osoba bliska kręgom władzy i lepiej poinformowana niż typowi nawiedzeni „głosiciele prawdy”.

W powszechnym, i moim zdaniem błędnym, mniemaniu, ważną rolę w tej strukturze przypisuje się ludziom ze sławetnej listy najbogatszych. Sądzę, że w ogóle nie należą oni do tej struktury i jestem przekonany, że nie mają nawet pojęcia jak funkcjonuje nasz system monetarny. Ich majątek, to nie są pieniądze sensu stricto, ale udziały w firmach lub nieruchomości. Jak wyżej wspomniałem, zaliczyłbym ich raczej do klasy arystokracji. Pełnią jedynie rolę pomocniczą, są wykorzystywani i nawet nie zdają sobie z tego sprawy. Jeśli prowadzą jakąś działalność, to skierowaną raczej przeciwko bankom centralnym. Przykładem może tu być Better Than Cash Alliance, którego członkiem jest m. in. Bil Gates. Ludzi, którzy odgrywają kluczową rolę w sterowaniu systemem monetarnym, z pewnością nie znajdziemy na liście Forbes.

Czy jest to jakaś zorganizowana, hierarchiczna struktura? Prawie na pewno nie. Skąd taka pewność? Przez tak długi okres czasu, nie dałoby się ukryć jej istnienia. Sądzę, że jest to luźna, nieformalna struktura, powstała samoistnie i związana jedynie wspólnotą interesów, dostosowująca się do zmieniającego się świata, ale niesamowicie skuteczna w swoim działaniu. Oczywiście niektóre osoby łączą się, w razie potrzeby, w nieformalne grupy nacisku. W wypadku powstania Rezerwy Federalnej znamy nawet ich nazwiska, ale za ich plecami z pewnością stała cała masa innych, nieznanych osób. Jeszcze raz powtórzę: uważam, że władza jest bezosobowa. Nawet taki satrapa jak Kim z Północnej Korei nie może rządzić bez jakichś struktur, dla których jest wygodny i które go wspierają, a przynajmniej tolerują.

Pośrednim dowodem na brak jakiegoś zorganizowanego kierownictwa tej struktury, są kryzysy. O ile większość dotychczasowych kryzysów była sztucznie wywoływana głównie przez banki centralne i można było wskazać grupy interesu, które za nimi stały, to obecny kryzys jest kryzysem strukturalnym i wyraźnie widać brak jakiegoś konceptu wyjścia z niego. Dominuje jedynie doraźne łatanie dziur.

Innym dowodem, bezpośrednio związanym z poprzednim, jest konflikt interesów pomiędzy tą grupą, a grupą kapitalistów, która w chwili obecnej wymusza reguły gry. Wymusza także na bankach centralnych! Szczerze mówiąc jest to dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Albo ludzie sterujący bankami centralnymi nie są na tyle silni, żeby zmienić, opisywany przeze mnie, mechanizm transferu pieniędzy z obiegu gospodarczego do obiegu finansowego; transferu, który powoduje, że z biegiem czasu kredyty banku centralnego stają się zbędne i banki centralne tracą kontrolę nad ilością pieniędzy w obiegu. Albo mają jakiś plan, o którym nie wiem i którego nie dostrzegam. Albo kompletnie nie widzą i nie rozumieją tego mechanizmu i dlatego nie wiedzą co się dzieje. Albo struktura, której istnienie podejrzewam, po prostu nie istnieje. Tego też nie da się wykluczyć. Innym elementem tego konfliktu jest nacisk na likwidację gotówki. Podkopuje on sens istnienia banków centralnych. Nie potrafię wytłumaczyć dlaczego BIS sam pcha się w tę pułapkę! Banki komercyjne, formalnie związane i zależne od BIS, już dawno opowiedziały się po stronie kapitału, gdyż jest to w ich interesie.

Najbardziej znanym elementem tego konfliktu i równocześnie wywołującym najwięcej emocji, jest program poluzowania polityki pieniężnej, powszechnie znany jako quantitative easing. Dość często porównywany on jest do narkotyku. Raz wzięty – uzależnia. Pisałem już dawno temu o przyczynach podjęcia tej decyzji w strefie Euro i wszystkie moje przewidywania sprawdziły się co do joty. EBC był wtedy pod ścianą i musiał podjąć taką decyzję. Bez niej Euro byłoby już historią. Ale „rynki” uzależniły się od tej operacji. Dopływ świeżej gotówki i ubytek obiektów inwestycji (wykupionych przez EBZ obligacji) musiał spowodować gwałtowny wzrost kursów giełdowych. Gdy kursy spadają, „rynki” natychmiast krzyczą, żeby znów „dać w żyłę”. Ale najciekawsze jest jednak pytanie o to, co banki centralne zamierzają zrobić z wykupionymi obligacjami. W ostatnim czasie do obligacji państwowych doszły także obligacje firm. Być może w odpowiedzi na to pytanie należy szukać strategii ludzi sterujących bankami centralnymi. Zobaczymy.

Inną zagadką, na którą nie potrafię dać odpowiedzi, jest kompletny brak informacji o tym konflikcie. Albo nikt go nie rozumie i dlatego go nie dostrzega, albo jest on wymysłem mojej chorej wyobraźni. Jedynym logicznym wytłumaczeniem, jakie przychodzi mi do głowy, jest to, że chodzi, jak wyżej wspomniałem, o tych samych ludzi, którzy należą do obydwu grup i zachowanie status quo jest w ich interesie.

Ale brak informacji jest tu faktycznie zastanawiający. Praktycznie nikt nie zna firm, które dziś „trzęsą” wszystkimi rządami na świecie. Nazwy takie jak BlackRock, Vanguard Group czy State Street Corporation znane są ludziom, którzy interesują się finansami. Przeciętny zjadacz chleba może usłyszy coś przypadkiem, ale bez wyjaśnienia o co chodzi. Podsuwa mu się za to informacje o ludziach z listy Forbes. To tak, jak zbierać wiedzę o świecie z brazylijskich seriali o niewolnicach! A chodzi o naprawdę niewyobrażalne pieniądze. Jedynie te trzy największe firmy zarządzają kapitałem w wysokości 15 BILIONÓW dolarów! Żeby nie było wątpliwości – naszych bilionów z dwunastoma zerami, czyli amerykańskich trillions! Z pewnością kwota jest kilkakrotnie większa, gdyż nie uwzględnia pieniędzy ukrytych w przeróżnych „rajach podatkowych” i na różnych tajnych kontach. Życzenia tych firm są rozkazem dla każdego rządu na świecie i pośrednio także dla banków centralnych. Są one w stanie doprowadzić do bankructwa prawie każdy kraj i obalić prawie każdy rząd, który nie stosuje się do ich „zaleceń”.

Jest cała masa literatury, która zajmuje się przypuszczeniami, kto z ukrycia steruje losami świata. Internet także pęka w szwach od takich przypuszczeń (niektórzy wiedzą to na pewno)! Jedni twierdzą, że są to masoni, inni, że iluminaci, jeszcze inni wskazują na Rockefellerów czy Rothschildów. Song Hongbing, w swojej czwartej części „Wojny o Pieniądz”, stawia na wspomniany już wcześniej BIS, za którym stoją rzekomo rodziny międzynarodowych bankierów. Cytuje tu Carrolla Quigley:

Siły kapitału finansowego mają dalekosiężny plan, którego celem jest ustanowienie kontroli nad światem poprzez system finansowy, czyli mechanizmu kontrolowanego przez mniejszość, zdolnego do dominacji nad systemem politycznym i ekonomicznym świata. System ten jest kontrolowany przez rodziny bankierów z banków centralnych za pomocą modelu feudalnego. Jego zadaniem jest wprowadzenie w życie tajnych decyzji podjętych na zebraniach tych rodzin. Rdzeniem tego systemu jest Bank Rozliczeń Międzynarodowych ulokowany w szwajcarskiej Bazylei. Jest to prywatny bank, a kontrolujący go bank centralny również jest prywatną firmą. Każdy bank centralny poświęca swoje wysiłki na rzecz kontroli polityki skarbowej i kredytu, manipulowania kursami wymiany walutowej, oddziaływanie na stopień aktywności gospodarczej państwa, w sferze handlowej wspiera system wypłaty nagród dla współpracujących z nim polityków, by w ten sposób kontrolować poszczególne rządy.”

Jako, że Hongbing podaje jedynie autora, ale nie podaje źródła, więc wyjaśniam, że wspomniany cytat znajdziemy na stronie 324 książki Carrolla Quigley „Tragedy and Hope”, wydanej w roku 1966. Nie jest to pełny cytat, pominięto w nim owych bankierów. Wymienione w pełnym cytacie osoby już dawno nie żyją i nie są to wcale „główni podejrzani”, ale dawni szefowie głównych banków centralnych: Montagu Norman, Benjamin Strong, Charles Rist, i (uwaga!) Hjalmar Schacht. Obecne realia polityczne, społeczne, gospodarcze i monetarne odbiegają też od tych, opisywanych w książce. Quigley nie był żadnym głosicielem teorii spiskowych. Był osobą dobrze poinformowaną, należał do „wewnętrznego kręgu”. Chociaż opisywane w książce realia mają w większości znaczenie jedynie historyczne, to mówią wiele o procesie, jaki przechodził system monetarny i sposobach zarządzania nim. Mimo tego, że opisywane w niej osoby już dawno nie żyją, to struktury, które stworzyli mogły w dużej mierze „siłą rozpędu” przetrwać do dnia dzisiejszego. Nawet bez kierujących nimi jednostek. Opisywane w książce realia i wydarzenia potwierdzają też w pełni moją tezę, że system monetarny jest najskuteczniejszym, a równocześnie najmniej zauważalnym i najmniej zrozumiałym narzędziem sprawowania władzy i sterowania społeczeństwem. Zresztą sam Quigley pisze to otwarcie.

Jedno jest pewne: panujący na świecie system monetarny nie opiera się na szerzeniu sprawiedliwości i ogólnego dobrobytu. Aby nadal istnieć, musi tłumić głosy krytyki, ukrywać i zaciemniać zasady swego funkcjonowania, a w razie potrzeby, jak widzimy to w Libii, Iraku czy Iranie, reagować z brutalną siłą na jakiekolwiek próby niesubordynacji. Jego interesy sprzeczne są z interesami zarówno ludzkości, jak i państw. Aby je utrzymać, potrzebuje aparatu przemocy i propagandy oraz organizacji, które nimi sterują. Ale te organizacje, to nie są żadne kręgi konspiratorów! One nie są wcale tajemne! Ich nazwy znajdziemy w codziennych informacjach! Miliony ludzi na całym świecie są beneficjentami tego systemu lub niezdającymi sobie z tego sprawy jego niewolnikami. Zaliczają się do nich nawet pracownicy najniższego szczebla banków, giełd, firm ubezpieczeniowych, doradcy inwestycyjni i majątkowi oraz cała masa innych ludzi. Oni także są malutkimi trybikami w mechanizmie tej organizacji. Praktycznie każdy z nas, na skutek swojej niewiedzy, jest takim trybikiem, i jak długo sobie tego nie uświadomimy, to nic się na tym świecie nie zmieni. Wybór innego rządu, czy innej partii, nie zmieni niczego.

 

Wyobrazić sobie niewyobrażalne cz. 8b

W poprzednim odcinku starałem się w skrócie opisać mechanizm funkcjonowania obecnego systemu monetarnego. W tym odcinku spróbuję przedstawić te jego elementy, które moim zdaniem są jego głównym złem. Elementy, które nie tylko w niezauważalny i niezrozumiały sposób transferują owoce naszej pracy do kieszeni beneficjentów tego systemu, ale w jeszcze mniej zauważalny i zrozumiały sposób, kształtują ustrój polityczny, system gospodarczy i społeczny.

Na początku zastanówmy się trochę nad istotą pieniądza. Zacznijmy może od funkcji, jakie spełnia on w gospodarce i w naszym codziennym życiu. Powszechnie przyjmuje się, że pieniądz spełnia trzy podstawowe funkcje:

  1. Pieniądz jest pośrednikiem w wymianie towarów i usług. Owszem, ale czy na pewno? Każdy pośrednik, aby prawidłowo móc pełnić swoją funkcję, musi być neutralny. Zakłada się, że w wypadku pieniądza tak jest, ale jest to założenie błędne. Wspominałem już o przewadze pieniądza nad towarem. Posiadacz towaru musi go jak najszybciej sprzedać, w przeciwnym wypadku poniesie straty. Posiadacz pieniędzy może spokojnie czekać. Pomijam tutaj wyjątkowe sytuacje, które jedynie potwierdzają tę regułę. Założenie neutralności jest zatem błędne.

Samo istnienie pieniądza i jego pośrednictwo, także nie jest warunkiem koniecznym w tej wymianie. Fakt, jest w niej ogromnym ułatwieniem, ale do dzisiaj barter – a więc wymiana towaru/usługi za towar/usługę – jest w powszechnym użyciu.
Jeśli już jesteśmy przy barterze, to zadajmy sobie w tym momencie przewrotne pytanie: czy to, co uważamy za pieniądz, w ogóle nim jest? Pieniądz w swoim założeniu jest jedynie definicją, abstrakcją. Podobnie jak definicją jest metr, kilogram, czy każda inna jednostka miary. Uważam, że jesteśmy w błędzie! Pieniądz w obecnej postaci jest towarem. Każdy zetknął się z pojęciem rynków finansowych. Jakim towarem, się na nich handluje? Nikt nie handluje metrami czy kilogramami! Pieniądz jest zatem towarem, a jego ceną jest oprocentowanie. Wbrew pozorom nadal tkwimy w wymianie towarowej. Fakt, jest to jej dość szczególna odmiana – mamy jeden towar, który traktujemy jako swego rodzaju jednostkę miary, ale towar jest towarem, a nie pieniądzem. Muszą to sobie uświadomić także zwolennicy „złotego” pieniądza – złoto także jest towarem i jego wartość także nie jest stała.
Musimy sobie uświadomić jeszcze jeden paradoks pieniądza i różnicę pomiędzy gospodarką opartą na pieniądzu i na handlu wymiennym. Gospodarka bez pieniędzy nie może istnieć bez konkretnego towaru i usługi. Tylko wtedy dochodzi do wymiany i coś „na rynku” się dzieje. Inaczej jest w gospodarce opartej na pieniądzu. Czy w tzw. „sektorze finansowym” obraca się konkretnymi towarami? Nie! Przesuwa się wirtualne „aktywa” z jednej kieszeni do drugiej, z jednego konta na drugie, z jednego kraju do drugiego. Pieniądz umożliwił stworzenie fikcyjnej, pozornej gospodarki!

  1. Pieniądz jest miernikiem wartości. Tej roli absolutnie nie spełnia! Każdy miernik musi być w jakiś sposób określony i zdefiniowany. Wiemy, co to jest metr, kilogram i wszystkie inne jednostki systemu miar i wag. Pieniądza nie da się w żaden sposób zdefiniować. Już samo pojęcie wartości, którą ten pieniądz ma mierzyć, nie da się jednoznacznie określić. Dla każdego z nas, w zależności od sytuacji, każda rzecz ma inną wartość. Szklanka wody dla wędrowca na pustyni będzie bezcenna, dla tego samego wędrowca, stojącego obok źródła, będzie bezwartościowa. O ile wartość szklanki wody ma racjonalne podstawy – decyduje często o życiu i śmierci – to nasze inne kryteria wartości opierają się najczęściej na absolutnie nieracjonalnych podstawach, takich jak gust, prestiż, moda czy reklama. Dotyczy to także złota. Jego wartość także opiera się jedynie na wielowiekowych mitach, a nie na racjonalnych podstawach. A już kompletną abstrakcją są tak ulotne pojęcia jak piękno np. dzieła sztuki czy krajobrazu, zabytki i kultura, które także mają swoją wartość. Cena, czyli wartość wyrażona w pieniądzach, także jest kompletną fikcją. Nie tylko w codziennym życiu, ale także w pseudonauce zwanej ekonomią, zakłada się, że pieniądz jest miarą wartości i używa się go, jako jednostki miary. Każdy z nas, w podświadomości, traktuje proces płacenia tak samo, jak proces ważenia. Na jednej szalce jest towar, na drugiej pieniądze, pełniące rolę odważników. Nabywca kładzie na wadze tyle „odważników”, aż waga znajdzie się w równowadze, to znaczy aż sprzedawca i nabywca są zadowoleni. Nie rozumiemy, że pieniądze nie są żadną jednostką miary. Proces mierzenia, czyli płacenia, zmienia się w czasie i zależny jest od wielu czynników, takich jak np. ilość towaru, ilość pieniędzy czy nawet takich ulotnych pojęć jak mentalność sprzedawcy i kupującego. Nasze decyzje finansowe bardzo rzadko podejmowane są racjonalnie. Mają na to wpływ atawistyczne mechanizmy, które odziedziczyliśmy jeszcze po dinozaurach, i które ciągle są w naszych mózgach. Widzi się to szczególnie często na giełdzie, gdzie najpierw powstają nieracjonalne bańki spekulacyjne (niektóre są sztucznie kreowane, ale to coś innego), które potem, także w wyniku często nieracjonalnych powodów, pękają.

W przeciwieństwie do nauk ścisłych, proces mierzenia, czyli wyceny, nie jest oparty na żadnych obiektywnych podstawach. Dlatego nie jest możliwe istnienie jakichkolwiek tzw. „praw ekonomii” czy „praw rynku”!
Błąd nie tylko ekonomii, ale błąd nas wszystkich, polega na traktowaniu pieniądza jako wartości samej w sobie!!!!! Pieniądz sam w sobie nie ma żadnej wartości!!! Jest jedynie ekwiwalentem wartości, elementem pomocnym przy ich wymianie!!!!!

  1. Pieniądz służy przechowywaniu wartości w dłuższym okresie czasu. Kolejny mit bezpośrednio związany z poprzednim! Wyjaśniałem już różnicę pojęć pomiędzy walutą i pieniądzem. W obecnej wersji możemy mówić, że posługujemy się walutą, nie pieniądzem. Przypomnę, że pieniądz to waluta, która obok, wspomnianych już funkcji pośrednika i miernika, ma zdolność przechowywania wartości w dłuższym okresie czasu. Nie sądzę, że możliwe byłoby stworzenie pieniądza i systemu monetarnego, który by tę funkcję spełniał. Uniemożliwia to chociażby postęp naukowo-techniczny. Jakikolwiek produkt sprzed np. 10 lat, to zupełnie coś innego niż obecny. Inne są też koszty jego wytwarzania. Dotyczy to także żywności. Mit ten pochodzi z okresu, kiedy całe pokolenia żyły w niezmienionym świecie.

Powszechnie (i błędnie) przyjmuje się do porównania tzw. koszyki towarów i usług, które za tę samą sumę pieniędzy mogą być kupione po pewnym czasie. Tyle, że często już po kilku miesiącach, towary, które znajdowały się w pierwotnym koszyku, zostały ulepszone (lub pogorszone), zostały zastąpione przez inne, albo już nie istnieją. Takie porównania mają więc niewielką wartość.

 

Ale czy te trzy fałszywe założenia są przyczyną niestabilności naszego systemu monetarnego? Nie. Na co dzień praktycznie ich nie zauważamy. Więcej! Prawie nikt nie zdaje sobie sprawy z ich istnienia! Ale poprzez przyjmowanie fałszywych założeń, opartych na fałszywych teoriach, uniemożliwiają one jednak podejmowanie obiektywnych decyzji gospodarczych. Ich efektem są bankructwa zarówno prywatnych gospodarstw domowych, jak i całych krajów. Efektem jest utrata domu, oszczędności całego życia, utrata dochodów. Ale system monetarny funkcjonuje nadal.

Innym, często spotykanym zarzutem, jest to, że za pieniądzem nie stoi żadna wartość. Pominę tutaj pytanie cóż to jest ta „wartość”? Od Adama Smitha, poprzez Ricardo i Marksa aż do neoklasyków, wszyscy stawiają to pytanie i każdy daje inną odpowiedź. Moim zdaniem jest to pojęcie pierwotne, które nie wymaga definicji. Koń jaki jest, każdy widzi. Bezpośrednio z brakiem wartości związany jest następny zarzut, że pieniądze kreowane są „z powietrza”, z niczego. Jest to koronny dowód na to, że kompletnie nie rozumiemy, czym jest pieniądz! Pieniądz, sam w sobie, nie ma i nie może mieć(!) żadnej wartości, bo wtedy nie będzie pieniądzem – będzie towarem. Wartość ma to, co mamy prawo za ten pieniądz otrzymać. Wyobraźmy sobie następującą sytuację: stolarz za swój stół ma otrzymać 1000 jajek od hodowcy kur, ale nie potrzebuje takiej ilości na raz, ale najwyżej 10 jaj. Więc hodowca wydaje mu 100 pokwitowań na to, że zobowiązuje się do wydania 10 jajek za każde z nich. Te pokwitowania, same w sobie, nie mają żadnej wartości, nie usmażymy z nich jajecznicy, ale mogą być używane jako środek płatniczy, bo za każdym z nich stoi wartość dziesięciu jaj. Są pieniądzem! Stolarz może takie pokwitowanie dać np. fryzjerowi za strzyżenie, a ten odbierze sobie 10 jaj od hodowcy. Idąc dalej, to wcale nie musi być pokwitowanie na papierze, to może być nacięcie na kiju, kreska na ścianie lub w zeszycie, pozycja w komputerze a nawet jedynie ustna umowa! Pieniądz jest właśnie takim pokwitowaniem, tyle, że nie stoi za nim konkretny towar (jajka), ale abstrakcyjna wartość. Ktoś może teraz zapytać: jak określona jest ta wartość. Najogólniej można powiedzieć, że jest to stosunek ilości towarów i usług na rynku, do ilości pieniędzy będących w obiegu. W tym momencie trzeba koniecznie dodać, że chodzi o obieg gospodarczy, czyli o pieniądze, których przeznaczeniem jest zakup owych towarów i usług. Jeśli ten stosunek ulegnie zmianie, to ulegnie także zmianie „wartość” tych pieniędzy. Jeśli ich ilość wzrośnie, lub zmniejszy się ilość towarów i usług, to będziemy mieć inflację, która spowoduje wzrost cen. Jeśli zmniejszy się ilość pieniędzy lub zwiększy ilość towarów i usług, to z powodu deflacji spadną ceny. Oczywiście jest to bardzo duże uogólnienie, bo może np. w ramach obiegu gospodarczego dojść do koncentracji pieniędzy w rękach jakiejś grupy, ale nie zmieni się ich ogólna ilość. Wtedy może dojść do inflacji w grupie towarów luksusowych i deflacji w towarach przeznaczonych dla biedniejszych grup społecznych. Tych możliwości jest cała masa.

Wbrew temu, co usiłują nam wmówić zwolennicy powrotu do, takiego czy innego, „złotego pieniądza”, mechanizm ten funkcjonuje zawsze!!! Oparcie pieniądza na złocie nie jest wcale gwarantem jego stabilności!!! Wręcz przeciwnie! Przy wzroście gospodarczym i rosnącej ilości towarów i usług, stała, bo oparta na ograniczonej ilości złota, ilość pieniądza w obiegu, jest gwarancją deflacji. Dowodem jest Wielki Kryzys. Przed nim także był okres wzrostu gospodarczego. Dodatkowo, także wtedy część pieniędzy odpłynęła do obiegu finansowego i spowodowała wzrost indeksów giełdowych przy równoczesnej deflacji w obiegu gospodarczym. Efektem była depresja, z której wyjściem była druga wojna światowa. Ówczesne banki centralne, ograniczone ilością posiadanego złota, nie mogły zrobić tego, co robią dzisiejsze banki centralne – wpompować do obiegu nowej ilości pieniędzy. Wiele to dziś nie pomaga, ale odwleka najgorsze. Trzecią wojnę światową już dawno mamy! Na razie prowadzona jest na terenach zastępczych. Na razie…

Wspomniałem o inflacji. Inflacja jest procesem, który faktycznie może doprowadzić do upadku sytemu monetarnego. Jest to jednak proces, który zawsze i wszędzie wywoływany jest świadomie i zawsze w konkretnym celu! Nie jest on jakąś integralną częścią systemu monetarnego, która może wymknąć się z pod kontroli i samoistnie doprowadzić do jego upadku!

Brak wartości jest naturalną cechą pieniądza i z pewnością nie jej brak, będzie przyczyną kolapsu systemu monetarnego.

Innym, często spotykanym zarzutem, jest system rezerw cząstkowych, którego podstawą jest wiara w to, że banki pożyczają oszczędności swoich klientów. Opisywałem go we wstępie, w części „Pieniądze” ze względu na jego znaczenie historyczne. Zarzut ten ma obecnie tyle wspólnego z rzeczywistością, co stwierdzenie, że myszy lęgną się z brudu lub że dzieci przynosi bocian. Ale często-gęsto wypowiadają go nawet profesorowie ekonomii…

Krytycy obecnego systemu monetarnego krytykują faktyczny sposób kreacji pieniądza na kredyty – poprzez zwykłą operację księgową – wpisania po stronie aktywów i pasywów tej samej sumy, czyli sumy kredytu. Wyjaśniałem wielokrotnie, że to, co znajduje się na naszych kontach w bankach, to nie są pieniądze. To są nasze roszczenia do prawdziwych pieniędzy, jakie mamy wobec banku. Prawdziwe pieniądze ma prawo emitować jedynie bank centralny (swoją drogą, technicznie robi to mniej więcej tak samo, jak banki komercyjne). Jedyną ich formą, do której mamy dostęp, jest gotówka. Inną, są sumy na kontach banków komercyjnych w banku centralnym – banki w każdej chwili mogą je zamienić na gotówkę. Sumy na naszych kontach wielokrotnie przewyższają sumy, jakie znajdują się na kontach w banku centralnym, System funkcjonuje więc tak długo, jak długo większa liczba klientów nie zechce podjąć w gotówce swoich oszczędności (sławetny bank run). Wtedy bank musi ogłosić niewypłacalność. De facto każdy bank na świecie jest niewypłacalny. Jeśli brak zaufania dotyczy tylko jednego banku, cały system monetarny funkcjonuje nadal. Równoczesna niewypłacalność wszystkich banków może oznaczać koniec systemu monetarnego, ale nie musi. Trzeba w tym wypadku zaznaczyć, że winę ponosi tu nie tyle sam system monetarny, co system bankowy. Nie sądzę jednak, żeby banki centralne bezczynnie czekały aż to nastąpi! Jestem przekonany, że w takiej sytuacji banki komercyjne otrzymają od nich tyle gotówki, ile będzie potrzeba. Jeśli spanikowani klienci będą otrzymywać gotówkę, to po paru dniach sytuacja się uspokoi, nabiorą zaufania do systemu i wpłacą ją z powrotem na konta a bank centralny wycofa ją z obiegu.

 

Bezpośrednio z poprzednim punktem wiąże się następny zarzut, ten mianowicie, że pieniądze kreowane są, jako dług. Moim zdaniem, nie to jest tu problemem, ale przede wszystkim to, kto jest wierzycielem i częściowo także to, że ten dług jest oprocentowany. 97 procent „pieniędzy” w obiegu kreują banki komercyjne. To one decydują o tym, ile „pieniędzy” trafi do obiegu i kto je otrzyma. Banki centralne nie są w stanie wykonywać pracy, do której zostały powołane: emisji pieniądza i kontroli nad jego ilością w obiegu. Lekarstwem na to byłby pieniądz suwerenny. Jedynym emitentem pieniądza byłyby wtedy banki centralne. Odzyskałyby zatem kontrolę nad ilością pieniędzy w obiegu, na naszych kontach znajdowałyby się prawdziwe pieniądze, niestraszny byłby bank run. Czy wtedy nasz system monetarny funkcjonowałby prawidłowo? Nie. Nadal pozostałby główny powód, który cyklicznie powoduje kolaps systemu monetarnego.

 

Jaki to powód? Pora wreszcie wyjaśnić sobie, co jest prawdziwą przyczyną niestabilności naszego systemu monetarnego, czego nie dostrzegają i czego nie rozumieją jego krytycy. Moim zdaniem, wszyscy krytycy nie dostrzegają jeszcze jednej, czwartej funkcji pieniądza. Oprócz pośrednika w wymianie, miernika i „magazynu” wartości, pieniądz pełni jeszcze jedną funkcję – funkcję kapitału. Pieniądz służy do zarabiania pieniędzy! W przeciwieństwie do trzech poprzednich funkcji, tę funkcję wypełnia! Na pewno wszyscy zgodnym chórem wołają teraz: przecież to jest normalne, przecież zawsze tak było! Że zawsze tak było, nie oznacza tego, że jest to normalne. Poza tym nie oznacza to, że zawsze wszystko było tak samo. Że takie same były skutki spełniania tej funkcji.

Zróbmy może chwilowy, myślowy skok w bok, który, mam nadzieję, pozwoli nam zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi.

Wspomniałem już, że wartością pieniędzy jest de facto wartość towarów i usług, które możemy za nie otrzymać. Bez nich pieniądze (także ze złota!) nie mają ŻADNEJ wartości! Nie zaspokoją ani głodu, ani pragnienia, nie odzieją nas, nie ogrzeją, nie dadzą dachu nad głową, nie zaspokoją żadnej innej potrzeby (może jedynie potrzebę ich posiadania)! Dotyczy to TYLKO pieniędzy, które znajdują się w obrocie gospodarczym! Których przeznaczeniem jest wydanie ich na zakup owych towarów i usług. NIE DOTYCZY TO KAPITAŁU, czyli pieniędzy, których przeznaczeniem jest zarabianie następnych pieniędzy. Co stanowi ich wartość!? Więcej pieniędzy? Przecież to nie ma sensu!!

Wiem, trudno to zrozumieć! To przykład reifikacji. Tysiące lat prania mózgów robi swoje. Przecież każdy widzi, że ziemia jest płaska, a słońce porusza się po niebie. Trzeba było także wielu tysiącleci i spalonych na stosach, żeby dotarło do większości (do dziś nie do wszystkich), że jest inaczej. Tak samo jest z pieniądzem. Uważamy, że tak musi być. Nie rozumiemy, że pieniądz nie jest tworem natury. Jest tworem człowieka i jak każdy inny jego twór można go inaczej ukształtować.

Ale jest jeszcze drugie dno. Próbowałem już raz wyjaśnić, co rozumiem pod określeniem „kapitał” . Za posiadane pieniądze można otrzymać nie tylko towary i usługi. Można otrzymać coś więcej. Władzę!! I nie tylko tę w potocznym rozumieniu tego słowa. Można otrzymać władzę nad umysłami i nad poglądami. Natychmiast myślimy o Orwellu, ale jego wizja była szalenie prymitywna. Tu chodzi o władzę bardzo subtelną, wyrafinowaną, niezauważalną. Większość społeczeństwa w ogóle nie zdaje sobie sprawy z jej metod działania i jej perfidii. Dodatkowo, w wypadku naszego kraju, dochodzą do tego nasze doświadczenia historyczne. Przez wiele stuleci, władzą dla prawie 90% naszego społeczeństwa, był karbowy z batem. Ten schemat myślowy pokutuje do dziś. Zmieniła się jedynie postać. Kraje zachodnie mają dłuższe doświadczenia z innymi metodami sprawowania władzy i dlatego jest tam sporo literatury na ten temat. Nie znam żadnej porównywalnej pozycji w języku polskim. Neoliberalizm, który jest szczytowym osiągnięciem takich metod rządzenia, jest u nas kompletnie nierozumiany. Oczywiście, władza to także policja, służby specjalne i wojsko. Ale na co dzień są one potrzebne jedynie do ścigania przestępców i obrony granic. Władzę sprawuje się za pośrednictwem szkolnictwa, nauki, systemów prawa, mediów, reklamy, religii, systemów demokracji zastępczej (przedstawicielskiej), fundacji, stowarzyszeń i organizacji „pozarządowych”. Ludzie, o których na co dzień mówimy, że sprawują władzę, to tylko pionki w tym systemie. Kukiełki. Wiem, trudno to zrozumieć, ale uważam, że prawdziwa władza jest bezosobowa. To system, który wprawdzie stworzyliśmy, ale którego nie kontrolujemy. To on kontroluje nas! System ten ma dwa słowa – klucze: reifikacja i internalizacja, cała reszta to konformizm. Już samo to, że większość z nas nie spotkała się z tymi określeniami, świadczy o niezrozumieniu tego systemu.

Ale wróćmy do tematu. Prawdopodobnie zaraz po powstaniu, pieniądz zaczął służyć także do zarabiania pieniędzy. Zaczęto go pożyczać i żądać zapłaty w formie procentu od kwoty pożyczki. Nie był to jednak powszechny proceder i jego skala była niewielka. Nie stanowiło to problemu dla systemu monetarnego. Praktycznie wszystkie pieniądze były w obiegu gospodarczym.

Wszystko zmieniło się wraz z powstaniem kapitalizmu. Tutaj znów wrócę do błędnej, moim zdaniem, definicji kapitalizmu [1], [2]. Do jego powstania przyczyniło się kilka czynników. Podstawowym było powstanie banków centralnych, a wraz z nimi możliwości emisji większej ilości pieniędzy, nie ograniczonej ilością posiadanego złota, z którego bito monety, lub wydawano pokwitowania na jego depozyt. Drugim elementem była zmiana rozliczania się pomiędzy panem a poddanym. W systemie feudalnym poddany pracował dla pana i był de facto jego własnością – niewolnikiem. My znamy to pod pojęciem pańszczyzny. Zamiast niej, poddani gospodarowali sami, a panu dawali pieniądze. Trzecim elementem było powstanie nowoczesnej bankowości, gromadzącej dochody feudałów. Czwartym były wynalazki. Głównymi była maszyna parowa i nowe metody wytopu stali. Wynalazki umożliwiły rewolucję przemysłową – przejście od warsztatów i manufaktur do fabryk. Budowa takich fabryk wymagała dużej ilości pieniędzy. Banki, mające do dyspozycji dochody feudałów, były w stanie je dostarczyć. Odejście od pańszczyzny, która „przywiązywała” poddanego do pana, spowodowała uwolnienie dużej ilości rąk, potrzebnych do pracy w nowo powstałych fabrykach. Uruchomiony został samonapędzający się proces industrializacji. Fabryki potrzebowały dużej ilości surowców, co spowodowało rozwój kopalnictwa. Duże ilości wydobytych surowców i wyprodukowane z nich towary trzeba było transportować, więc powstała sieć linii kolejowych, kanałów oraz stocznie. I tak dalej, i tak dalej… Jeśli chodzi o własność środków produkcji, nie zmieniło się nic. Warsztaty i manufaktury były już w feudalizmie prywatne, nowo powstałe fabryki także. Zmieniła się jedynie skala. Zmieniło się coś zupełnie innego. Zmiany w systemie monetarnym i bankowości spowodowały wyodrębnienie się pewnej ilości pieniędzy, które nie były przeznaczone do wydawania, ale do pomnażania. Powstał KAPITAŁ. Duża ilość pieniędzy została wyłączona z obiegu towarowego. Równocześnie nowo powstałe gałęzie gospodarki gwałtownie potrzebowały pieniędzy. Były więc zależne od kredytów, czyli zależne były od kapitału. Powstała zatem nowa grupa społeczna o ogromnej sile nacisku: posiadacze kapitału – KAPITALIŚCI. Wbrew temu, co rozumiemy pod tym pojęciem, nie byli to właściciele fabryk! Podzielam tu pogląd Veblena, że klasa kapitalistów wykształciła się z klasy feudałów, gdyż jedynie oni, w początkowej fazie powstawania nowego systemu, posiadali wystarczającą ilość „bezczynnie” leżących pieniędzy. Nowa klasa najczęściej nie posiadała żadnych środków produkcji. Była jedynie POSIADACZEM KAPITAŁU. Ogromna siła nacisku tej grupy wymusiła powstanie zmian w systemach prawnych, politycznych, gospodarczych i społecznych, które były w interesie tej grupy. Powstał KAPITALIZM. System, który umożliwia tej grupie ludzi czerpanie dochodów z posiadanego kapitału oraz stawia na pierwszym miejscu interes tej grupy. Ktoś powie w tej chwili, że to wszystko już było. Że przecież zawsze była grupa ludzi, która żyła z posiadanego kapitału. To prawda. Ale był to jedynie nieliczny margines bez możliwości nacisku. W dodatku margines niezorganizowany i pogardzany. Wszystko jest sprawą skali, znaczenia, wpływów, stopnia zorganizowania i możliwości nacisku.

Musimy sobie w tym miejscu uświadomić, że nowy system społeczny nie mógłby powstać bez pewnej wady pieniądza i wszystkich systemów monetarnych. Wadą tą jest możliwość zakłócenia obiegu pieniądza poprzez wyłączenie z obiegu pewnej jego ilości. Powrót do obiegu odbywa się jedynie za „opłatą” w formie oprocentowania. Dostrzegł to Silvio Gesell [1], [2]. Zarówno wszyscy analitycy, jak i krytycy systemów monetarnych, koncentrują się na emisji i obiegu pieniądza. Podchodzą do niego trochę tak, jak dżentelmeni w znanym powiedzonku, którzy nie rozmawiają o pieniądzach, bo je mają. Nikt nie zajmuje się sytuacją, gdy ktoś potrzebuje pieniędzy, ale ich nie ma. Porada – idź do pracy, jak wszyscy wiemy, nie zawsze jest rozwiązaniem. Taka osoba ma jedynie dwie legalne możliwości: albo dostanie od kogoś pieniądze w prezencie, albo ktoś je pożyczy. Oczywiście przyjęło się drugie rozwiązanie. I teraz dochodzimy do bardzo ważnego pytania: kto te pieniądze pożyczy. Wszyscy od razu myślą o bankach. Są jednak w błędzie. Wprawdzie dziś wygląda to inaczej, ale przez długi czas banki faktycznie pożyczały pieniądze swoich klientów (i oczywiście także swoje własne). Ale były, i są nadal, jedynie pośrednikami. Trudno się więc dziwić, że wszyscy od razu myślą o nich. One są widoczne, ale zajmują się jedynie stroną techniczną i organizacyjną. Nie widać ludzi, w interesie których działają. Jak opisałem powyżej, z biegiem czasu wykształciła się zorganizowana grupa, która zajęła się tym procederem. Proceder ten stał się dla nich źródłem dochodów. DOCHODÓW KAPITAŁOWYCH. Proceder ten analizowany i krytykowany jest głównie od strony moralnej. Trudno się temu dziwić. Kapitał, to pieniądze, których ci ludzie praktycznie nie potrzebują, więc pomnażanie czegoś, co ma się w nadmiarze, jest wątpliwe nie tylko ze strony moralnej, ale urąga też zdrowemu rozsądkowi. Niestety, mamy tu znowu do czynienia z podświadomym przekonaniem, że pieniądze same w sobie mają wartość. Niewiele mówi się o skutkach w skali makro, jakie ten proceder wywołuje. Owszem, krytycy, a nawet niektórzy ekonomiści, zauważyli fakt wykładniczego wzrostu dochodów kapitałowych, który wyjaśniałem w moim wstępie. Dostrzegli także, że po pewnym czasie musi on doprowadzić do kolapsu systemu monetarnego, gdyż gospodarka nie będzie już w stanie nie tylko spłacać kredyty, ale nawet na bieżąco obsługiwać samo ich oprocentowanie.

A więc w tym momencie wyjaśniło się, co w cyklicznych odstępach, doprowadza do kolapsu systemu monetarnego. Kolapsu, którego efektem zawsze były wojny. Jak trafnie napisał Song Hongbing w swojej czwartej części „Wojny o Pieniądz” – „Historia pokazuje, że kiedy kryzys gospodarczy i finansowy staje się niemożliwy do opanowania, wojna okazuje się najlepszą metodą rozwiązywania problemów.”

W poprzednim odcinku wyjaśniałem proces transferu pieniędzy z obiegu gospodarczego do obiegu finansowego. Wspominałem także, że wraz ze wzrostem, nie cały zgromadzony tam kapitał trafia do obrotu gospodarczego w formie kredytów – podaż pieniędzy jest większa niż zapotrzebowanie na kredyty. Dodatkowo do obiegu finansowego trafiają stale nowe pieniądze, transferowane z obiegu gospodarczego. Powstało więc coś, co umożliwiło obieg pieniędzy wewnątrz obiegu finansowego. Powstały RYNKI FINANSOWE, czyli w potocznym języku GIEŁDY. Oczywiście są one połączone z obiegiem gospodarczym! Za ich pośrednictwem trafia do niego wiele pieniędzy. Ale lwia część kapitału obraca się w chwili obecnej w zamkniętym kręgu, tworząc pozory gospodarki. Handel akcjami czy obligacjami to jedynie margines. Powstały dziesiątki szalenie skomplikowanych „produktów finansowych”, którymi się na tym rynku obraca. Produkty te są najczęściej formą takiego czy innego zakładu o coś. Inne produkty mają zabezpieczyć przed skutkami przegrania takiego zakładu. Totalny obłęd!! Ten bezsens świetnie obrazuje jedno zdanie z czwartej części Wojny o Pieniądz Song Hongbinga: „Pożyczanie pieniędzy pod zastaw papierów wartościowych, by pożyczać papiery pod zastaw pieniędzy, równa się pełnemu zbalansowaniu kosztów odsetek tej pierwszej działalności oraz zysków z odsetek od tej drugiej”. Tę fikcję, bezsens i oderwanie od realnej gospodarki zaczynają już powoli dostrzegać nawet „renomowane” pisma [1], [2]. Brak jest jednak jakiejś ogólnej analizy przyczyn i skutków monetarnych, ekonomicznych, politycznych i społecznych tego, oraz innych procesów w systemie monetarnym. Rynków finansowych w ogóle nie traktuje się jako elementu systemu monetarnego, ale jako element systemu gospodarczego! Moim zdaniem powstały one w wyniku wadliwej konstrukcji systemu monetarnego, który nie został dostosowany do nowych potrzeb związanych z szybką industrializacją. W wyniku tego, kontrolę nad obiegiem pieniądza przejęła grupa ludzi, której kaprysom i żądaniom musi się podporządkować gospodarka, muszą się podporządkować całe państwa! Więcej! Muszą się podporządkować banki centralne! Amerykański Fed (prywatny bank centralny) tańczy dziś tak, jak zagra Wall Street.

Ale to wszystko, to jeszcze nic. System ten był w stanie poprzez reifikację wpłynąć najpierw na media, a za ich pośrednictwem przedstawić całemu społeczeństwu istnienie „rynków” i tego, co się na nich dzieje, jako coś naturalnego, jako naturalny proces gospodarczy. Najgorsze jest to, że poprzez internalizację, proces przeniósł się także na naukę. Nie tylko dla neoklasyków, praktycznie dla wszystkich odłamów pseudonauki, jaką jest ekonomia, kapitał jest czynnikiem produkcyjnym, stawianym prawie na równi z pracą. Marks nie jest tu wyjątkiem. Ekonomia ogranicza się do analizy jedynie procesów wytwórczych. Pomija procesy monetarne. Kryzysy także analizuje się jedynie od tej strony. Nie rozumie się albo (świadomie?) pomija się skutki przepływu strumieni pieniędzy. Akumulację kapitału wszyscy rozumieją jako proces, będący wynikiem produkcji towarów i usług. I mają rację. Innej możliwości nie ma! Pomijają jednak proces, który wynika z systemu monetarnego. Pomijają rozdział na zakumulowany kapitał własny (zysk) i kapitał obcy. Jeśli już, to analizuje się jedynie ten pierwszy. Do rzadkości należą prace naukowe zajmujące się krytyczną analizą tematu kapitału obcego i reprezentujące inne spojrzenie na to, czym jest kapitał. Już sam tytuł książki: “Capital as Power”, mówi sam za siebie.

Spróbuję, oczywiście w ogromnym skrócie i uproszczeniu, opisać te procesy.

W początkowym okresie po „wyzerowaniu licznika”, czyli po wojnach światowych, do obiegu gospodarczego trafiał cały kapitał. Nie było go zbyt wiele i jego brak musiały uzupełniać kredyty banku centralnego. Z powrotem do obiegu gospodarczego trafiały także dochody kapitałowe: zyski przedsiębiorstw, czyli oprocentowanie ich kapitału własnego oraz dochody kapitału obcego. Dochody kapitałowe, to pieniądze przesunięte z obiegu gospodarczego do rąk posiadaczy kapitału. Ich celem nie jest już nabywanie realnych towarów i usług, ale jedynie pomnażanie. Realne towary i usługi nabywane są za pomocą tych pieniędzy jedynie wtedy, gdy trafią jako kredyt z powrotem do obiegu gospodarczego. Ich ubytek w obiegu gospodarczym rekompensowany był przez wzrost gospodarczy. W okresie tym, wzrost wydajności pracy przekładał się na wzrost zarobków pracowników. Wysokie podatki od dużych dochodów dawały rządom dostateczną ilość pieniędzy. Znaczenie miała realna gospodarka. Na giełdach niewiele się działo, „rynki finansowe” praktycznie nie istniały.

Jak wyjaśniałem w moim wstępie, dochody kapitałowe rosną wykładniczo, więc po pewnym czasie wzrost gospodarczy nie jest w stanie zrekompensować coraz szybszego odpływu pieniędzy z obiegu gospodarczego do obiegu kapitałowego. Zapotrzebowanie na kredyty musi wzrosnąć. Rolę kredytobiorcy musi objąć państwo, w przeciwnym razie w obiegu gospodarczym zacznie brakować pieniędzy. Ilość kapitału w obiegu finansowym jest już tak duża, że kredyty banku centralnego potrzebne są jedynie dla kredytów udzielanych państwu. Nie na długo to pomaga, gdyż dochody kapitałowe, a co za tym idzie odpływ pieniędzy, rosną coraz szybciej. Następuje faza obniżki podatków dla wysokich dochodów i podwyżki dla dochodów niższych. Najpierw zahamowany zostaje wzrost płac, potem następuje ich spadek. Następują cięcia w wydatkach socjalnych, w wydatkach na szkolnictwo, kulturę i opiekę zdrowotną. Następuje prywatyzacja firm znajdujących się w ręku państwa. Dla społeczeństwa oznacza to nawet kilkunastokrotny wzrost opłat przy pogorszeniu jakości usług. Ma to zwiększyć dochody kapitału, ale efekty są inne od zamierzonych. Następuje spadek popytu, spowolnienie wzrostu gospodarczego i spadek zapotrzebowania na kredyty. Efektem jest dalszy spadek dochodów kapitałowych i spowolnienie ich wzrostu. Coraz mniejsza część dochodów kapitałowych trafia z powrotem do obiegu gospodarczego. Następuje wzrost znaczenia giełd, czyli rynków finansowych. Coraz częściej zaczyna się na nich handlować nie tylko akcjami i obligacjami. Powstaje wiele „produktów finansowych”. W tym miejscu musimy sobie wyjaśnić, co jest rolą giełd. Wyjaśnienie jest brutalnie proste: ich rolą jest symulowanie realnej gospodarki. Każda symulacja jest fikcją, więc jest to także fikcyjna gospodarka. Ale realne są osiągane na niej dochody (i straty!). Oczywiście nie wszyscy je osiągają! Jak się je osiąga? Prawie wszystko, co się na „rynkach” dzieje, jest sterowane. Oczywiście nie przez jednego „sternika”, ale przez wielu, którzy próbują się nawzajem przechytrzyć. Przede wszystkim sterowany jest dopływ pieniądza na „rynki”. W wyniku akcji medialnych ściąga się na nie pieniądze zwykłych obywateli. Kusi się ich wyższymi dochodami, jakie mają „wypracować” ich oszczędności. Ważną rolę ma tutaj państwo, które świadomie niszczy np. systemy emerytalne i składki kieruje do kasyna, czyli na „rynki”. Zawsze i wszędzie efektem są zyski kapitału i nędza emerytów. Resztki majątku państwa (czyli społeczeństwa!) zostają sprywatyzowane. Nawet część zadań wojska i policji ulega prywatyzacji. Dodatkowo banki centralne obniżają oprocentowanie. Działania przynoszą skutek i następuje wzrost indeksów giełdowych – wzrost dochodów kapitałowych. Jaki jest tego mechanizm? Wyjaśniałem powyżej, że wartość pieniędzy, to stosunek ich ilości, do ilości tego, co chce się za nie otrzymać. Jeśli na „rynkach” jest względnie stała ilość „produktów finansowych”, wzrasta natomiast ilość pieniędzy przeznaczonych na ich zakup, to ich właściciele skłonni są zapłacić więcej niż to, co zapłacili kiedyś posiadacze produktów. Zwykły mechanizm inflacyjny. Produkcja towarów staje się mniej rentowna niż spekulacje giełdowe, więc wiele firm, zamiast w nowe linie produkcyjne, lokuje zarobione pieniądze na giełdach. Dodatkowym strumieniem dopływającego pieniądza jest tzw. „leveraging” – zakup papierów na kredyt, w nadziei, że spłaci się go z zysków i jeszcze zarobi.

Jak wiadomo, chciwość odbiera rozum, więc co jakiś czas dochodzi do „przegrzania” na rynku i do, mniejszego lub większego, krachu. Wiele z nich to krachy sterowane. Ale potem wszystko wraca w utarte koleiny.

Wszystko funkcjonuje tak długo, jak długo dopływają nowe pieniądze na „rynek”. Po kryzysie z 2008 roku doszedł jeszcze jeden strumień… co ja mówię, rzeka pieniędzy!! Quantitative easing. Banki centralne zaczęły kupować „leżące bezczynnie” obligacje państwowe. Ale prawdziwe eldorado dopiero nadchodzi! Wspominałem jeszcze w lutym, że pandemia jest marzeniem „rynków”. Popatrzmy jakimi sumami obraca się dziś na całym świecie. To nie są już miliardy, ale biliony! Przeciętny człowiek nie wie nawet ile to jest zer (bilion to jedynka i dwanaście zer)! Te sumy nie trafią do ludzi, którzy stracili pracę. Trafią na giełdy.

Proszę zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz. Każdemu, opisywanemu tu procesowi towarzyszy akcja medialna, mająca na celu wyjaśnienie społeczeństwu konieczności przeprowadzanych „reform”. TINA. Ale nie tylko to! Natychmiast pojawiają się także „naukowe” wyjaśnienia i teorie, wokół których czyni się wiele szumu. Ich autorzy także natychmiast pojawiają się w mediach, otrzymują prestiżowe nagrody, stanowiska, katedry na uczelniach. To się nazywa władza nad umysłami. W całym tym zgiełku na każdym kroku przewija się słowo „gospodarka”, ale nie potrzeba nawet dokładnej analizy, żeby dostrzec, że nie chodzi tu o realną gospodarkę, zapewniającą pracę milionom ludzi, ale jedynie o rynki finansowe. Chodzi jedynie o DOCHODY DLA KAPITAŁU.

Roszczenia kapitału są świętością. Proszę przypomnieć sobie kryzys z 2008 roku. Banki, korzystając z okresu niskiego oprocentowania, udzielały masowo pożyczek na zakupy nieruchomości. Gdy oprocentowanie skoczyło w górę i większość pożyczkobiorców nie była w stanie spłacać kredytów, państwo (he, he, państwo – podatnicy) przyszło z pomocą bankom. Banki otrzymały pieniądze, których nie byli w stanie spłacać kredytobiorcy i dodatkowo zabrały ich domy. Czemu nie dano tych pieniędzy pożyczkobiorcom, żeby dali je bankom? Banki miałyby swoje pieniądze, a ludzie domy. Nikomu nie przyszło nawet do głowy, że taka możliwość w ogóle istnieje! Ale to byłby zbyt niebezpieczny precedens!

P. S.
Już chciałem nacisnąć klawisz „Opublikuj”, ale przyszła mi do głowy pewna myśl.

Wszyscy piszą o wzroście majątków najbogatszych ludzi. Jest to prawda, ale jest w tym też sporo przesady. Przesady, która pokazuje niezrozumienie tego, czym są pieniądze. Ci ludzie są posiadaczami pakietów akcji światowych koncernów. Z pewnością co roku powiększa się ich majątek, ale jego podstawa – owe pakiety akcji – zwykle pozostaje bez zmian. W wyniku inflacji w obiegu kapitałowym wzrasta jedynie ich cena. A cena to nie to samo co wartość!! Wielu z nas zna to z autopsji. Ktoś, kto w 1980 roku kupił malucha za 100.000 zł mógł mówić, że na osiedlowym parkingu stoi majątek o tej wysokości. Ten sam właściciel tego samego malucha na tym samym osiedlowym parkingu mówił w 1990 roku, że stoi tam wielomilionowy majątek. Czy był zatem bogatszy niż w 1980 roku? Niech każdy się zastanowi i odpowie sobie na to pytanie.

 

Co wolno wojewodzie

Co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie! Młode pokolenie pewnie nie zna tego powiedzonka. Przypomniało mi się ono, gdy przeczytałem informację o tym, że Bank of England zwiększył możliwość „przeciągnięcia konta” przez rząd brytyjski. Co to oznacza? Ano to, że brytyjski rząd może pożyczać większe sumy bezpośrednio w banku centralnym, z pominięciem „rynków”. Bank of England zastrzegł jednak, że „The government will continue to use the markets as its primary source of financing, and its response to Covid-19 will be fully funded by additional borrowing through normal debt management operations. Any use of the W&M facility will be temporary and short-term. As well as temporarily smoothing government cash flows, the W&M facility supports market function by minimising the immediate impact of raising additional funding in gilt and sterling money markets.” – Rząd będzie nadal korzystał z rynków, jako podstawowego źródła finansowania, a jego reakcja na Covid-19 będzie w pełni finansowana poprzez dodatkowe pożyczki zaciągane w ramach normalnych operacji zarządzania długiem. Każde wykorzystanie instrumentu W&M [Ways and Means – pożyczki bezpośrednio w banku centralnym] będzie miało charakter tymczasowy i krótkoterminowy. Oprócz tymczasowego wspomagania rządowych przepływów pieniężnych, instrument W&M wspiera funkcjonowanie rynku, zmniejszając oddziaływanie, jakie zwiększone zapotrzebowanie na środki finansowe, może wywrzeć na rynki złota i funta szterlinga (tłumaczenie moje).

Brytyjski rząd jest tu właśnie wojewodą, któremu więcej wolno. Nie tylko nasza konstytucja, ale także Traktat Lizboński, czyli nieformalna konstytucja Unii Europejskiej, zakazuje czegoś takiego. Brytyjczycy formalnie nie są już członkami Unii, więc może ich ona w d… pocałować. Zresztą to prawo rząd brytyjski miał zawsze. Swoją drogą, jako obywatel, mam prawo wiedzieć, kto i jakim prawem narzucił nam taki zakaz. W ogóle, kto ma prawo narzucać coś takiego suwerennym krajom!? Czemu jedne kraje mogą to robić, a inne nie!?

Czy „rynki” bardzo się martwią z tego powodu? Absolutnie nie! Musimy zdać sobie sprawę z tego, na co zostaną wykorzystane te pieniądze. Istnieją uzasadnione obawy, że gospodarka brytyjska może w 2020 roku „skurczyć” się nawet o 35%. Te pieniądze pójdą więc w większości na rekompensaty utraconych przez przedsiębiorstwa zysków. Czy tak, czy siak, trafią więc do obiegu finansowego. I z pewnością będą to większe sumy, niż zyski z oprocentowania rządowych obligacji, wyemitowanych na te same kwoty.

Ale społeczeństwo brytyjskie także coś z tego będzie miało. Przede wszystkim w mniejszym stopniu wzrośnie zadłużenie i obciążenie odsetkami od rządowych obligacji. I być może, takie „darmowe” pieniądze, skłonią brytyjski rząd do bardziej prospołecznych wydatków (w co bardzo wątpię).

Wspominałem już w poprzednim wpisie, że „rynki”, po chwilowej (sterowanej) panice, uspokoiły się. Światowe indeksy giełdowe, mimo epidemii, znów znają tylko jeden kierunek – ku górze. Rządy wszystkich krajów zobowiązały się zrobić wszystko, co konieczne dla ratowania gospodarek, czyli zadłużyć się na tyle, na ile to będzie potrzebne „rynkom”. Do tych chórów anielskich dołączyły banki centralne, które obok obligacji rządowych, zobowiązały się do skupu obligacji firm. Bo ratowanie gospodarki, to ratowanie kapitału. Firmy kasują pieniądze na pomoc i równocześnie wypłacają dywidendy swoim akcjonariuszom [1], [2], [3].    Pracownicy wysyłani są na bezrobocie, a koszty zasiłków przejmowane są przez społeczeństwo.

Musimy sobie, z całą brutalnością i bez owijania w bawełnę, wyjaśnić, na czym polega pomoc państwa w czasie kryzysu. Pieniądze otrzymują właściciele dzielnic mieszkaniowych, kiedy najemcy, z powodu utraty dochodów, nie są w stanie zapłacić czynszów. Najemcy wylatują na bruk. Pieniądze otrzymują banki, gdy kredytobiorcy, z powodu utraty dochodów, nie są w stanie spłacić kredytów hipotecznych. Banki przejmują ich domy, kredytobiorcy wylatują na bruk i, ponieważ wartość ich domów w międzyczasie spadła, muszą spłacić różnicę, do której oczywiście naliczane są odsetki. Pieniądze otrzymują firmy, które z powodu pandemii musiały wstrzymać lub ograniczyć produkcję. Udziałowcy kasują dywidendy, pracownicy wylatują na bruk. I tak dalej, i tak dalej…

A skąd państwo bierze pieniądze, które lekką rączką rozdaje? Ano, pożycza je od tych, którym daje. Czyli od przysłowiowego już 1%. Oddawać, i to jeszcze z procentem, musimy my, czyli 99%. A co to jest to „państwo”? Państwo to my i nasi „demokratycznie wybrani przedstawiciele” rządzący w naszym imieniu. Czemu zatem nie rządzą także w naszym interesie, czyli w interesie tych 99%, ale w interesie niewielkiej, jednoprocentowej, mniejszości? Czemu tak się dzieje? Po prostu te 99% jest tak durne, że nic nie rozumie, co się wokół nich dzieje i na to pozwala. Spróbujcie komuś wytłumaczyć jak funkcjonuje nasz system monetarny, jak funkcjonują finanse państwa! Nawet wykształceni ludzie będą patrzyć się na was z tępym wyrazem twarzy, a potem nasłuchacie się bezładnego bredzenia o bankach, Żydach, masonach, komunizmie, lewactwie, złych rządach i temu podobnych „mądrości”.

Nic dziwnego, że główni gracze spokojnie patrzą w przyszłość. Zawodnik wagi super ciężkiej – Larry Fink, szef BlackRock – największej firmy zarządzającej międzynarodowym kapitałem, w swoim liście do udziałowców napisał: „At BlackRock, we take a long-term view of markets, and we take a long-term view in the way we run our company. The world will get through this crisis. The economy will recover. And for those investors who keep their eyes not on the shaky ground at our feet, but on the horizon ahead, there are tremendous opportunities to be had in today’s markets” – W BlackRock kierujemy się długoterminowym spojrzeniem na rynki, długoterminowym spojrzeniem kierujemy się także w sposobie prowadzenia naszej firmy. Świat przejdzie przez ten kryzys. Gospodarka wyjdzie z kryzysu. A dla tych inwestorów, którzy nie patrzą na chwiejny grunt pod stopami, ale na horyzont przed nami, są na dzisiejszych rynkach ogromne możliwości (tłumaczenie moje).

W dalszej części, w pośredni sposób, potwierdza on także moje spojrzenie pisząc:

As dramatic as this has been, I do believe that the economy will recover steadily, in part because this situation lacks some of the obstacles to recovery of a typical financial crisis. Central banks are moving quickly to address problems in credit markets, and governments are now acting aggressively to enact fiscal stimulus. The speed and the shape of these policies are deeply influenced by the world’s experience during the global financial crisis in 2008. I also believe their actions are likely to be more effective and work more quickly since they are not fighting against the same structural challenges as they were a decade ago” – Choć sytuacja jest dramatyczna, wierzę, że gospodarka z pewnością się odbuduje, po części dlatego, że w obecnej sytuacji brakuje niektórych przeszkód na drodze do wyjścia z typowego kryzysu finansowego. Banki centralne szybko podejmują działania w celu rozwiązania problemów na rynkach kredytowych, a rządy działają teraz agresywnie, aby wprowadzić bodźce fiskalne. Na tempo i kształt tej polityki duży wpływ mają światowe doświadczenia z okresu światowego kryzysu finansowego w 2008 r. Uważam również, że te działania będą prawdopodobnie skuteczniejsze i szybsze, ponieważ nie walczą z tymi samymi wyzwaniami strukturalnymi, co dziesięć lat temu (tłumaczenie moje). Czyli, nie owijając w bawełnę: rządy nie patrzą na wysokość deficytu budżetowego, ale zadłużają się na takie sumy, jakich oczekują od nich „rynki”, zaś banki centralne zobowiązują się zamienić na gotówkę nie tylko obligacje rządowe, ale także w coraz większym stopniu także (często bezwartościowe) obligacje firm. Całe to tsunami pieniędzy ruszy na światowe giełdy i wywoła prawie pionowy wzrost ich indeksów. Zwykły mechanizm inflacyjny.

Co ciekawe, Flink odwołuje się w swoim liście do mechanizmów proponowanych przez Keynesa, pisząc:

That is not to say the world is without risk, nor to suggest that the market has reached its bottom. It is impossible to know. There are also significant challenges ahead for heavily indebted businesses, and if governments are not careful in the design of their stimulus programs, the economic pain from the outbreak will fall disproportionately on the shoulders of the most economically vulnerable individuals” – Nie oznacza to, że świat jest bez ryzyka, ani nie sugeruje, że rynek osiągnął swoje dno. Nie da się tego przewidzieć. Mocno zadłużone przedsiębiorstwa stoją przed wieloma poważnymi wyzwaniami, a jeśli rządy nie będą ostrożne w opracowywaniu swoich programów stymulacyjnych, obciążenia ekonomiczne, spowodowane wybuchem epidemii, spadną nieproporcjonalnie na barki najsłabszych ekonomicznie jednostek (tłumaczenie moje). Oczekuje on od rządów, że uruchomią one programy nakręcające koniunkturę. Patrząc na kiepski stan infrastruktury w USA i w zachodniej Europie, jest to bardzo sensowne żądanie, ale pieniądze na te inwestycje także pożyczone będą na „rynkach”.

Ale Flink zauważa także to, że świat po epidemii będzie inny (też mi mędrzec): „The outbreak has not simply pressured financial markets and near-term growth: it has sparked a reevaluation of many assumptions about the global economy, such as our infatuation with just-in-time supply chains or our reliance on international air travel. Even more profoundly, people worldwide are fundamentally rethinking the way we work, shop, travel and gather. When we exit this crisis, the world will be different. Investors’ psychology will change. Business will change. Consumption will change. And we will be more deeply reliant on our families and each other to stay safe” – Wybuch epidemii nie tylko wywarł presję na rynki finansowe i wzrost [gospodarczy] w najbliższej przyszłości: wymusił inne spojrzenie na wiele założeń światowej gospodarki, takich jak zauroczenie łańcuchami dostaw just-in-time czy naszą zależność od międzynarodowych podróży lotniczych. Więcej, na całym świecie całkowicie zmienia się to, jak pracujemy, robimy zakupy, podróżujemy i jakie wyciągamy z tego wnioski. Kiedy wyjdziemy z tego kryzysu, świat będzie inny. Zmieni się psychologia inwestorów. Zmieni się biznes. Zmieniać się będzie konsumpcja. A my, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo, będziemy musieli bardziej polegać na naszych rodzinach i na sobie nawzajem (tłumaczenie moje). Ciekawe, ostatnie zdanie kłóci się z zasadami neoliberalizmu…

Czemu poświęcam tyle miejsca na cytaty Finka? Musimy zdać sobie sprawę z tego, że jego „zalecenia” są dla większości rządów rozkazami. Także Unia Europejska tańczy tak, jak on zagra[1], [2], [3]. Niedawno wyszło na jaw, że BlackRock „doradza” Unii przy opracowywaniu przepisów regulujących zadania banków w ochronie środowiska. Trzeba zdać sobie sprawę z tego, że BlackRock jest jednym z największych inwestorów w branży paliw kopalnych. Jego „doradztwo”, to jak porada kasiarza, jaką kombinację cyfr wybrać dla sejfu bankowego.

Skoro taka osoba, jak Fink widzi przyszłość optymistycznie, to możemy spać spokojnie? Czeka nas okres prosperity? Nic z tych rzeczy!! Fink pisze o przyszłości swoich klientów. Nie naszej. Nas czeka jeszcze większa deflacja, większe bezrobocie, niższe płace, niższe świadczenia socjalne, wyższe podatki, wyższe ceny. Wyjaśniałem już mechanizm przepływu pieniędzy z obiegu gospodarczego do obiegu finansowego. Nowe, ogromne długi rządów, dramatycznie przyspieszą ten przepływ. Spowodują wzrost indeksów giełdowych (Asset price inflation), a co za tym idzie – wzrost majątku najbogatszej grupy i wzrost jej dochodów. Nas czeka jeszcze większa nędza.

Ale czy w ogóle sprawdzą się proroctwa Finka? Nie byłbym taki pewny. Jest jeden gracz, który nie ma zamiaru słuchać jego rad. Tym graczem jest korona-wirus. Fink zakłada powrót gospodarki do czasu z przed epidemii. Ale nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Nie wiadomo jak długo ta epidemie potrwa. Na razie nie zanosi się na jej szybki koniec. Lockdown trwa dopiero kilka tygodni, a już widać ogromne spustoszenia gospodarcze społeczne i psychologiczne. Coraz głośniej odzywają się głosy o konieczności powrotu do „normalności”. Coraz silniejsze są naciski lobby [1], [2], wzywające do uruchomienia przemysłu i gospodarki. W zachodniej Europie przybierają one postać zmanipulowanych badań naukowych. Inaczej jest po drugiej stronie Atlantyku. Społeczeństwo amerykańskie jest niewykształcone i bardziej prymitywne, do niego nie docierają liczby, tabele i wykresy. Potrzebne są inne argumenty, jak chociażby gubernatora Teksasu, który chętnie umrze dla amerykańskiej gospodarki i wzywa do tego wszystkich seniorów. Jego apel padł na podatny grunt. Przez USA przetacza się obecnie fala protestów przeciwko ograniczeniom związanym z epidemią.  Założę się, że Fink myśli podobnie. Że chciałby jak najszybszego powrotu do normalności. Obojętnie, jakim kosztem. Oczywiście nie własnym kosztem i kosztem jego klientów! Tym ludziom wydaje się, że po zakończeniu kwarantanny wszyscy rzucą się na sklepy, jak szaleni zaczną konsumować i w ten sposób napędzą koniunkturę. Nic z tych rzeczy! Wiele miejsc pracy jest już bezpowrotnie stracone i nie wiadomo, czy kiedykolwiek się odrodzą. Ci, którzy jeszcze pracują, nie wiedzą czy jutro nie wylądują na bezrobociu, pojutrze na OIOM-ie a za tydzień na cmentarzu. W takiej sytuacji nikt nie myśli o kupnie nowego domu, samochodu czy telewizora, w dodatku na kredyt! Kupuje się jedynie żywność i to, co konieczne. Nie inaczej jest na poziomie firm. Tu też dominuje niepewność. Brak nowych zamówień, więc także brak gotowości do inwestycji. Widać to wyraźnie po Chinach. Tam gospodarka już „wystartowała”, i to zaskakująco bezproblemowo. Problemem jest brak popytu. Produkowane towary nie znajdują nabywców (oczywiście za wyjątkiem masek).

Rządy całego świata stoją dzisiaj przed dylematem natury gospodarczej, społecznej i moralnej. Stoją przed wyborem: czy chronić gospodarkę kosztem zdrowia i życia ludzkiego, czy chronić ludzi kosztem zapaści gospodarczej. Moim zdaniem tu nie ma wyboru. Jeśli uznamy, że priorytet ma gospodarka, to dojdzie do kolapsu służby zdrowia, masowych zachorowań i zgonów. Konsumpcja i zapotrzebowanie na kredyty będą na poziomie prawie zerowym. I tak dojdzie do recesji i zapaści gospodarczej. Będziemy mieć obie katastrofy na raz: gospodarczą i humanitarną. Z czegoś takiego nasza cywilizacja może się już nie podnieść.

Podobnie widzi to były szef Bank of England, Mark Carney w swoim ciekawym tekście dla The Economist, gdzie pisze: […] people’s economic narratives will change. After decades of risk being downloaded onto individuals, the bill has arrived, and people do not know how to pay it. Entire populations are experiencing the fears of the unemployed and sensing the anxiety that comes with inadequate or inaccessible health care. These lessons will not soon be forgotten. They will have lasting consequences for sectors that rely on aggressive borrowing by households, a booming housing market and a vibrant gig economy – […] narracje ekonomiczne ludzi ulegną zmianie. Po dekadach przenoszenia ryzyka na jednostki, otrzymaliśmy rachunek i nie wiemy, jak go zapłacić. Całe społeczeństwa doświadczają strachu przed bezrobociem i przed niskim poziomem opieki zdrowotnej oraz brakiem dostępu do niej. Te lekcje nie zostaną szybko zapomniane. Będą one miały trwałe konsekwencje dla sektorów [gospodarczych], które są uzależnione od agresywnego zadłużania się przez gospodarstwa domowe, boomu na rynku mieszkaniowym i dynamicznie rozwijających się gigantów (tłumaczenie moje). Chciałoby się powiedzieć: hej, słusznie prawi! Ale, jako bankier centralny, powinien zdawać sobie sprawę z tego, że bez zmian w systemie monetarnym wszystko i tak zostanie po staremu. Owszem, na pewno (na pewien czas) spadnie gotowość do zadłużania się, rządy nie odważą się na cięcia i prywatyzację systemów opieki zdrowotnej, ale po jakimś czasie wszystko wróci w utarte koleiny. Po prostu nie będzie innego wyjścia!

Carney jest ostatnio autorem ciekawych wypowiedzi. W sierpniu 2019 roku krytykował rolę dolara, teraz podważa fundamenty neoliberalizmu: This points to a final, deeper issue. As the philosopher Michael Sandel has argued, in recent decades, subtly but relentlessly, we have been moving from a market economy to a market society. Increasingly, to be valued, an asset or activity has to be in a market. For example, Amazon is one of the world’s most valuable companies, yet the Amazon region appears on no ledger until it is stripped of its foliage, and converted to farmland. The price of everything is becoming the value of everything.
This crisis could help reverse that relationship, so that public values help shape private value. When pushed, societies have prioritised health first and foremost, and then looked to deal with the economic consequences. In this crisis, we know we need to act as an interdependent community not independent individuals, so the values of economic dynamism and efficiency have been joined by those of solidarity, fairness, responsibility and compassion. – To wskazuje na ostatni, głębszy problem. Jak pisze filozof Michael Sandel, w ostatnich dziesięcioleciach, niezauważalnie, ale uparcie, przechodziliśmy od gospodarki rynkowej do społeczeństwa rynkowego. Coraz częściej, każda nasza aktywność lub działalność musi być na rynku. Na przykład Amazon jest jedną z najcenniejszych firm na świecie, jednak region Amazonii nie pojawia się w żadnym zapisie księgowym, dopóki nie zostanie pozbawiony liści i przekształcony w ziemię uprawną. Każda cena staje się wartością [staje się miarą wartości].
Ten kryzys może przyczynić się do odwrócenia tej relacji, tak, aby wartości publiczne pomogły kształtować wartość prywatną. Społeczeństwa, które na to naciskały, nadawały priorytet przede wszystkim zdrowiu, a następnie starały się radzić sobie z konsekwencjami gospodarczymi. W tym kryzysie wiemy, że musimy działać, jako zależna od siebie nawzajem, wspólnota, a nie niezależne jednostki, a zatem wartości takie jak dynamika gospodarcza i wydajność, połączyły się z wartościami solidarności, sprawiedliwości, odpowiedzialności i współczucia (tłumaczenie moje).

 

Nie trzeba być geniuszem, aby móc powiedzieć, że świat po epidemii będzie inny. Gdzie się nie spojrzy, wszyscy o tym mówią i piszą. Nie da się nawet podawać linków, bo są ich dziesiątki. Ciekaw jestem jedynie, które z tych przewidywań się sprawdzą. Nie sądzę, aby sprawdziły się przewidywania o końcu kapitalizmu (jest ich sporo). Choć nie jest to wykluczone, raczej nie dojdzie także do kolapsu systemu monetarnego. Jeszcze nie. Są jeszcze metody na przedłużenie agonii i z pewnością, wcześniej, czy później, zostaną one wykorzystane. Sądzę, że będzie to raczej wcześniej… Najczęściej słyszy się głosy o konieczności uniezależnienia się od dostaw z Chin i innych krajów azjatyckich. O odwróceniu procesu globalizacji. Szczególnie dramatycznie widać to po brakach podstawowego sprzętu medycznego i leków. Z pewnością rządy wielu krajów będą się starać o uruchomienie własnej produkcji. Widać to już obecnie, gdy wysuwa się żądania, produkcji respiratorów przez fabryki samochodów. Historia zatacza krąg i gospodarka nakazowo-rozdzielcza wkracza do USA!! Ale lepszą metodą byłoby nałożenie sankcji na USA. Że jest to bardzo skuteczna metoda uniezależnienia się od zagranicy, widać na przykładzie Rosji, która zmuszona przez sankcje, uruchomiła produkcję własnych, do tej pory importowanych, produktów i urządzeń. Respiratory, dostarczone (w ramach pomocy!!!) przez Rosję do USA, produkowane są właśnie przez objętą amerykańskimi sankcjami rosyjską firmę!! Aby nikt nie mówił tu o stronniczości, wiadomość tę podaje czołowa izraelska gazeta. Analizy wskazują, że paradoksalnie dzięki sankcjom, Rosja jest dzisiaj jednym z najbardziej gospodarczo samowystarczalnych krajów.
Sankcje są tutaj konieczne, gdyż zastępują protekcjonizm własnego rynku. Nikt nie może Rosji zarzucić, że go stosuje. Kraje Zachodu będą w innej sytuacji. Umowy handlowe uniemożliwiają protekcjonizm. Ale przede wszystkim, nawet, jeśli bardzo będą chciały uruchomić własną produkcję, nie będą w stanie konkurować cenowo z produktami krajów o niskich kosztach pracy. Chyba, że obniżą płace do poziomu Bangladeszu, Myanmaru czy podobnych krajów. Płace w Chinach powoli zbliżają się już do poziomu krajów wschodniej Europy. Inną metodą ochrony własnego rynku są cła zaporowe. Że są one nieskuteczne, przekonał się już Donald Trump.

Ale możliwa jest także inna metoda. Ciekaw jestem, kto pierwszy… nie, kto drugi, wpadnie na pomysł wykorzystania do tego celu pieniądza helikopterowego. Pisałem już o nim parę razy [1], [2]. Firmy oferowałyby zarobki na poziomie krajów trzeciego, albo nawet i czwartego świata, a banki centralne, przy pomocy pieniądza helikopterowego wyrównywałyby je do poziomu krajów pierwszego świata. Rozwiązano by za jednym zamachem kilka problemów: Koszty produkcji byłyby niskie, złagodzeniu uległby problem deflacji, być może doszłoby nawet do niewielkiej, pożądanej, inflacji, w dużej mierze złagodzeniu uległby także problem bezrobocia, gdyż możliwe byłoby powstanie nowych miejsc pracy – do tej pory nieopłacalnych. Spowolniono by także tempo zubożenia społeczeństwa. „Rynki” także nie miałyby nic przeciwko takiej metodzie. Te pieniądze i tak trafiłyby do obiegu finansowego. Dzięki temu, być może przez pewien czas zbędne byłoby także Quantitative Easing, które jest pieniądzem helikopterowym dla obiegu finansowego. Jego brak zostałby zrekompensowany przez pieniądz helikopterowy dla obiegu gospodarczego. Same plusy. Problemem jest jedynie brak infrastruktury, która umożliwiłaby bankom centralnym tę operację. Jeszcze większym problemem jest bariera psychologiczna do wypłacania pieniędzy „za nic”. Ale wygląda na to, że czynione są już przygotowania do uruchomienia infrastruktury CBDC, dającej zwykłym obywatelom dostęp do pieniędzy banku centralnego, a co za tym idzie, także technicznych możliwości wypłacania pieniądza helikopterowego. Nawet w USA mówi się o tym głośno! Byłby to także pierwszy krok do wprowadzenia do obiegu Pieniądza Suwerennego. Wadą byłoby niebezpieczeństwo wyeliminowania gotówki, gdyż odpadłby argument o braku dostępu społeczeństwa do legalnego środka płatniczego.

Nie ulega wątpliwości, że praktycznie wszystkie kraje, starać się będą, w mniejszym lub większym stopniu, uniezależnić gospodarczo od Chin. Japonia już rzekomo płaci japońskim firmom za „wyprowadzenie” produkcji z Chin. Nie ulega także wątpliwości, że w czołówce będą USA. Pierwszym, który to dostrzegł i próbował ten proces zatrzymać, a nawet odwrócić, był Donald Trump. Jego wysiłki były jednak nieporadne (żeby nie powiedzieć – głupie) i przez to bezskuteczne. Nie znalazły także prawie żadnego poparcia, a wręcz opór, ze strony przemysłu i rynków. Teraz sytuacja się zmieniła. Wszyscy przerażająco wyraźnie dostrzegli konieczność takiego kroku. Pytanie tylko, jak zatrzymać, a potem odwrócić, proces utraty mocy produkcyjnych i odpływu miejsc pracy. Nie będzie to łatwe, nie odbędzie się bezboleśnie i nie wiadomo, czy nie jest już na to zbyt późno. Przede wszystkim jednak obecne reguły ekonomii na to nie pozwalają. Potrzebne będzie niestandardowe myślenie, a myślenie to zawsze i wszędzie największy problem.

Chiny, to także nie ten sam kraj, co w latach 80-tych, kiedy otwierały się na świat. To mocarstwo gospodarcze i powoli także militarne, które nie będzie stać i patrzeć bezczynnie na wzrost protekcjonizmu ze strony Zachodu. Dysponują niewyobrażalnym potencjałem ludzkim, którego brakuje Zachodowi. Nie chodzi mi tu jedynie o ilość mieszkańców, ale o jakość ich wykształcenia i stopień motywacji. Niewielu Amerykanów stać na studia na przyzwoitym poziomie. Ci, których stać, nie studiują ani na kierunkach nauk ścisłych, ani na technicznych, ale na kierunkach dających w przyszłości wysokie zarobki i możliwość objęcia stanowisk kierowniczych w gospodarce lub administracji państwowej. Tę niewielką ilość wykształconych pracowników, potrzebną amerykańskiej gospodarce, bardziej opłacało się do tej pory ściągnąć z innych krajów, poprzez drenaż mózgów. Nie inaczej, chociaż w mniejszym stopniu, jest we wszystkich krajach Zachodu.

Chiny nie tylko dogoniły, ale także prześcignęły Zachód w rozwoju nowoczesnych technologii. W wielu dziedzinach chińskie firmy nie mają konkurencji. Przykładem jest tu chociażby technologia 5G, gdzie Huawei jest praktycznie monopolistą. Konkurencja nie oferuje nic porównywalnego.

Chiny zaczynają także przodować w dziedzinie płatności cyfrowej i w emisji kryptowalut. 16 kwietnia 2020 roku podano oficjalnie (po chińsku, ale automatyczne tłumaczenie na angielski da się zrozumieć), że w czterech miastach: Shenzhen, Suzhou, Xiongan i Chengdu rozpoczynają się testy nowego systemu płatności. Od maja tego roku mieszkańcy tych miast (za wyjątkiem emerytów) otrzymywać będą połowę swoich wypłat w cyfrowych yuanach. Cyfrowa waluta emitowana będzie wyłącznie przez chiński bank centralny. Partnerami projektu są Alipay i WeChatPay, które opracowały odpowiednie oprogramowanie. Alipay zgłosił w marcu 2020 pięć patentów związanych z nową metodą płatności. Wyciekł już nawet nieoficjalny wygląd nowej waluty. Oficjalne źródła nie potwierdziły wprawdzie jego autentyczności, ale także nie zdementowały jej. Wygląda także na to, że chiński bank centralny posłuchał moich rad. Wspominałem już, że taka cyfrowa waluta, jeśli ma być walutą legalną, musi być numerowana – podobnie jak banknoty. Wygląda na to, że tak będzie z cyfrowym yuanem. Na obrazku widać numer. Ale to nie wszystko! Pisze się wyraźnie, że nowy pieniądz zabezpieczony będzie przed sfałszowaniem, a przede wszystkim, że będzie można prześledzić jego drogę w obiegu i przez to prawie niemożliwe będzie oszustwo i korupcja. Coś takiego możliwe jest jedynie przy numerowanym pieniądzu. Dokładnie to samo pisałem rok temu. Korupcja i oszustwa są prawdziwą plagą w Chinach, ale taki pieniądz daje także ogromne możliwości inwigilacji i to jest jego ciemną stroną.

Wszystkie te informacje są szalenie ciekawe i niesamowicie ważne! Są jednym z kluczowych elementów w wojnie o dominację na świecie. Niestety mało „widowiskowym” i przez to kompletnie nierozumianym. To, że testy rozpoczęto w czasie epidemii, także daje wiele do myślenia. Zachód jest w tej chwili osłabiony i zajęty czymś innym. Poza tym dopiero zastanawia się i dyskutuje o tym, co Chińczycy już wprowadzają w życie.

Niecierpliwie czekam na więcej szczegółów technicznych. Na razie nic o nich nie wiadomo. Szalenie ciekaw jestem, czy wykorzystano technologię blockchain i w jakiej formie. W informacjach wspomina się o niej, ale nie pisali ich fachowcy, więc nie ma pewności, czy na pewno znalazła ona zastosowanie i jak wygląda.

Zarówno w czasie kryzysu w 2008 roku, jak i w obecnej pandemii, Chiny poniosły mniejsze straty niż kraje Zachodu. Zgromadzone ogromne nadwyżki dewizowe pozwalają im teraz „wybrać się na zakupy”. Istnieją uzasadnione obawy, że Chiny, korzystając z okazji, mogą kupić wiele zachodnich firm i w ten sposób przejąć wiele technologii, w których jeszcze nie przodują.

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze czynnik psychologiczny. Chiny zawsze były mocarstwem, albo się za takie uważały. Były Państwem Środka, którego cywilizacja i kultura przewyższała resztę świata. Przeżyły jednak okres upokorzenia, który do dzisiaj pamiętają. Z pewnością nie pozwolą na powtórkę historii.

Zachód cały czas stara się zdestabilizować Chiny. Efekty tych starań były do tej pory prawie żadne. Chiński rząd kładzie duży nacisk na wzrost dobrobytu społeczeństwa. Owszem, powstała już tam klasa superbogaczy, ale (jak na razie) nie wygląda na to, żeby miała ona większe wpływy. Poziom życia chińskiego społeczeństwa szybko rośnie, więc trudno je podjudzić do działań antyrządowych. Powszechne jest poczucie dumy z osiągniętych sukcesów. Oczywiście, jest ono sterowane przez chiński rząd, ale jedynie w niewielkim stopniu. Nie dajmy się zwieść zachodniej propagandzie! Ta duma jest jak najbardziej autentyczna i każdy Chińczyk zdaje sobie sprawę z tego, że jest uzasadniona. Problemem Chin, który naprawdę budzi społeczne niezadowolenie i z którego zdaje sobie sprawę chiński rząd, jest upadek moralności. Zasady konfucjanizmu nie są już wyznacznikiem dla dużej części nie tylko kadry kierowniczej, ale także niższych warstw społecznych. Jest to cena za przejęcie zachodniego systemu wartości, który jest integralną częścią kapitalizmu. Zaradzić temu ma wprowadzany w Chinach system kredytu społecznego. Wbrew temu, co wmawia nam zachodnia propaganda [1], [2], system ten nie jest żadną totalną inwigilacją. Każdy nasz komputer czy smartfon jest prawdziwą totalną inwigilacją i wcale nie stoi za nią chiński reżim [1], [2], [3]. Przez większość Chińczyków system ten odbierany jest pozytywnie, co potwierdzają niezależne, zachodnie(!) badania. Z dużą dozą pewności można powiedzieć, że nowa cyfrowa waluta będzie także jednym z kluczowych elementów tego systemu.

Ale wysiłki zmierzające do destabilizacji Chin z pewnością zostaną teraz zintensyfikowane. I z pewnością wykorzystany zostanie do tego celu korona-wirus. Są nawet głosy, które mówią, że został on sztucznie stworzony właśnie w tym celu. Wspominałem już o tym w poprzednim wpisie. Niezależnie od tego, czy jest to prawdą i która strona go stworzyła, widać wyraźnie, że coraz intensywniej próbuje się go wykorzystać dla antychińskich celów propagandowych i obwiniania Chin o wybuch epidemii [1], [2]. Wystarczyło parę dni i Amerykanie już inaczej patrzą na Chiny.

Nie trzeba być geniuszem, aby powiedzieć, że kluczową rolę w tej grze odegra Rosja. Na pewno obie strony będą starały przeciągnąć ją na swoją stronę, albo przynajmniej zapewnić sobie jej neutralność. Równocześnie z pewnością zintensyfikowane zostaną zabiegi zmierzające do destabilizacji także i Rosji. Bardzo niebezpiecznym okresem może być zmiana władzy na Kremlu. Jeśli Putin nie znajdzie godnego następcy, a na razie nic nie wskazuje, że takowy jest na horyzoncie, to może być bardzo niewesoło. Wbrew temu, co usiłuje nam się wmówić, gwarancją naszego bezpieczeństwa jest nie słabość, ale siła i stabilność Rosji. Rosja nie ma najmniejszych powodów by nas atakować! Śmiertelnym zagrożeniem zamiany naszego pięknego kraju w nuklearną pustynię, jest jego wykorzystanie przez USA, jako przyczółka do ataku na nią!

Jedyną dobrą wiadomością jest to, że gwałtownie zwiększyła się liczba publikacji naukowych na temat korona-wirusa. Coraz więcej wiemy o naturze tego świrusa, niestety, większość wyników badań nie napawa optymizmem. Wygląda na to, że przejście bezobjawowe nie oznacza przejścia bez konsekwencji zdrowotnych. Ale to wszystko dopiero początki. Jeszcze nie wiemy wielu rzeczy.

Ale jak na razie dalej wielu z nas musi zostać w domu. Wielu ludzi uskarża się na nudę. Osobiście nie wiem, co to takiego. Ale dołączam się do propozycji The Economist i polecam lekturę „Wojny i pokoju” Tołstoja. Lektura (pasjonująca!!) ponad tysiąca stron zajmie trochę czasu!

Obyś żył w ciekawych czasach!

Akurat przypomniało mi się stare chińskie przekleństwo: obyś żył w ciekawych czasach! Czasy mamy faktycznie ciekawe. Dzieje się w tej chwili na świecie masę rzeczy i jedne są ciekawsze od drugich. Nie wiadomo na czym skupić uwagę. Dzisiaj (31.03.2020) dominuje temat korona-wirusa. Z tym wirusem jest podobnie jak z tytułowym przekleństwem – wszyscy mówią, że jest chiński. Chińczycy na pewno nie oburzą się za mówienie tak o przekleństwie, ale oburzają się, gdy ktoś mówi tak o wirusie. Szczególnie, gdy jest to amerykański minister spraw zagranicznych, który na dodatek uzyskuje poparcie amerykańskiego prezydenta.

Skąd wziął się wirus? Nie wiadomo. Z pozoru sprawa jest prosta. Epidemia wybuchła w Chinach, więc jest to wirus chiński. Punkt. Wybuchła w Wuhanie, gdzie jest jedyne w Chinach laboratorium mikrobiologiczne najwyższego, czwartego stopnia zabezpieczenia. To oczywiście natychmiast rodzi podejrzenie, że wirus mógł stamtąd „uciec”. Dodatkowo Chińczycy pałaszują ze smakiem różne dziwne stworzenia, a w Wuhanie jest także rynek, gdzie można je kupić. Podejrzewa się więc, że to tam wirus mógł się przenieść na człowieka. Ale dowodów nie ma. Dodatkowo wielu naukowców twierdzi, że budowa genetyczna wirusa wyklucza jego naturalną mutację. Że jest to twór sztuczny. To potwierdzałoby tezę o „ucieczce” z laboratorium. Informacje takie pojawiają się nie tylko w trzeciorzędnych źródłach (które omijam z daleka), ale także w czasopismach naukowych. Inni z kolei twierdzą, że jest to niemożliwe. Niestety, nie jestem fachowcem, niewiele z tego rozumiem, więc nie będę tego komentował. Zresztą, sami fachowcy nie wiedzą, kto ma rację.

Ale rzecznik chińskiego ministerstwa spraw zagranicznych Lijian Zhao wysunął hipotezę, że wirus może być pochodzenia amerykańskiego. Źródła, na które się powołuje, są dość wątpliwe, ale ciąg wydarzeń daje do myślenia. Nie jest wielką tajemnicą, że sławetna amerykańska agencja Defense Advanced Research Project Agency (DARPA), już od wielu lat prowadzi badania nad korona-wirusami w laboratoriach rozsianych wzdłuż granic Rosji i Chin. W sierpniu 2019 roku amerykański Centers for Disease Control CDC – taki amerykański sanepid – zamknął wojskowe laboratorium bakteriologiczne w Fort Detrick, gdyż nie spełniało warunków bezpieczeństwa. Zaraz potem pojawiła się w Stanach seria przypadków dziwnego zapalenia płuc. Uznano, że przyczyną są e-papierosy. Pali się je na całym świecie, ale jakimś cudem, nigdzie indziej takiego zapalenia nie stwierdzono. Od 18 – 27 października 2019 roku odbywały się w Wuhanie Światowe wojskowe igrzyska sportowe. Uczestniczyła w nich także kilkusetosobowa ekipa z USA. Sportowcy raczej nie palą e-papierosów, ale jeśli to nie one były przyczyną zapalenia płuc… Nowy wirus jest intensywnie badany, i nie byle gdzie, bo w renomowanym Science opublikowano wyniki badań nad terminem powstania wirusa. Podano, że „several groups have calculated that the virus began to spread around mid-November 2019—which supports the thesis that spread may have occurred before any of the cases linked to the market. One group put the origin of the outbreak as early as 18 September 2019” – kilka grup [naukowców] obliczyło, że wirus zaczął się rozprzestrzeniać około połowy listopada 2019 r – co potwierdza tezę, że rozprzestrzenianie się mogło nastąpić przed którymkolwiek z przypadków związanych z rynkiem [żywności w Wuhanie]. Jedna z grup podała początek ogniska już w dniu 18 września 2019 r (tłumaczenie moje). Dużo można by wyjaśnić, gdyby udało się znaleźć pierwszą ofiarę wirusa – pacjenta zero. Niestety, jego znalezienie nie jest takie proste. U wielu osób zakażenie przebiega bezobjawowo, więc mógł tego nawet nie zauważyć, u innych pierwsze objawy występują dopiero 2 – 3 tygodnie po zarażeniu. Oficjalnie przyjmuje się, że pierwszy przypadek zarażenia wystąpił 8 grudnia 2019 roku, ale chiński dziennik South China Morning Post (z Hongkongu, więc nie związany z „reżimowymi” mediami) dotarł do informacji, że pierwszy przypadek zakażenia odkryto już 17 listopada 2019 roku. Dokładnie jak w wyliczeniach z Science. I trzy tygodnie po zakończeniu igrzysk… Inaczej można teraz interpretować niespodziewane odwołanie z Chin w lipcu 2019 roku, amerykańskiego eksperta CDC od epidemii.

Przyznaję, wszystko to podpada pod kategorię „teorie spiskowe” i proszę potraktować te informacje z przymrużeniem oka. Ale przejdźmy do faktów.

Sam nie znam się na medycynie, ale tak się złożyło, że codziennie mam do czynienia z fachowcami, którzy czerpią informacje nie ze środków masowego ogłupiania, ale ze światowych źródeł dla naukowców. To od nich są niektóre, te ogólnie dostępne, linki; sam nigdy bym do nich nie dotarł. Tego, co mi mówią, nie znalazłem w mediach. I niestety nie są to informacje pocieszające. Wiedza na temat tego wirusa jest jeszcze niewielka. Nie wiadomo nawet, jak długo jest on w stanie przeżyć poza ludzkim organizmem. Różne studia dostarczają odmienne wyniki przeżywalności wirusa na różnych powierzchniach. Nieznane są wszystkie szczegóły jego przenoszenia. Ogólnie mówi się, że głównie drogą kropelkową, ale nie ma zgodności, co do sensu noszenia maseczek ochronnych. Ale wiadomo, że korona-wirus jest krewniakiem dużo bardziej zabójczego wirusa SARS (Severe Acute Respiratory Syndrome – zespół ciężkiej ostrej niewydolności oddechowej) i wywołuje zapalenie płuc. A wirusowe zapalenie płuc, to nie to samo, co bakteryjne zapalenie płuc. Przy zapaleniu bakteryjnym, o ile nie miało się pecha trafić na bakterię odporną na wszystkie antybiotyki, można organizmowi pomóc. Z wirusami organizm musi sobie poradzić sam. Gdy organizm jest osłabiony innymi chorobami, stresem, zwykłym przemęczeniem lub jest po prostu stary – to nie ma wielkich szans. W normalnych warunkach wirusowe zapalenie to rzadkość, ale jest bardzo parszywe. Dosłownie rozpuszcza płuca, a gromadzący się w nich płyn uniemożliwia oddychanie. Całe płuca są zajęte. W rentgenie wygląda to jak gruźlica. Dlatego w Chinach masowo wykonywano tomografie, by wykryć zarażonych (testy nie zawsze dają prawidłowy wynik). Obraz płuc przypominał niebo pokryte chmurami. Człowiek dusi się w męczarniach i nawet dostarczanie tlenu niewiele pomaga. Opisuje to 38-letni Włoch, zdrowy sportowiec. Fakt, będąc w miarę dobrym stanie zdrowia i mając szczęście, można z tego wyjść, gdy trafi się do odpowiednio wyposażonego szpitala. Ale łóżek z respiratorami, nie mówiąc o ECMO, oraz fachowego personelu potrafiącego to obsługiwać, nie ma zbyt wiele nawet w najbogatszych krajach. Gdy nagle zachoruje duża liczba osób, dla większości po prostu ich zabraknie. Efekty tego już widać we Włoszech, Hiszpanii i USA, niedługo w innych krajach. Do niedawna nie znałem słowa triaż, teraz słyszę je codziennie. Tamtejsi lekarze wiele razy dziennie muszą podejmować decyzję, kogo ratować, a kogo skazać na śmierć. Nie wyobrażam sobie, żebym mógł podjąć taką decyzję! Nie dziwię się gubernatorowi Nowego Yorku, Cuomo, który każe amerykańskiemu rządowi wybierać 26.000 ludzi, którzy mają umrzeć.

Mówi się jedynie o umieralności, ale kompletnie nie mówi się o tym, w jakim stanie są ci, którzy przeżyli. Praktycznie u wszystkich, także u ludzi młodych, płuca są uszkodzone, u wielu nadają się jedynie „do wymiany”. Inna sprawa, czy opłaca się je wymieniać, gdyż często mózg takich ludzi, został w wyniku niedotlenienia uszkodzony… W Chinach już dokonano kilku przeszczepów płuc u wyleczonych, ale zaraz po transplantacji były one atakowane przez wirusa, który przetrwał gdzieś w organizmie. Nie wiadomo jak leczyć chorych. Świat opiera się na wytycznych chińskich, które zmieniano już siedem razy. Rzekomo dla młodych ludzi wirus nie jest zagrożeniem. Fakt, najczęściej z tego wychodzą, umieralność jest bardzo niewielka (ale i nie zerowa!!). Ale nie wiadomo, czy nawet niewielkie uszkodzenia płuc po przebytej chorobie nie będą się z biegiem czasu powiększać. Nie wiadomo, czy przebyta infekcja nie spowoduje w przyszłości podatności na inne choroby. Nie wiadomo jak długo trwa odporność po przebytej chorobie. Niektórzy twierdzą, że w ogóle jej nie ma, inni, że jest bardzo mała i trwa krótko. Nie wiadomo, dlaczego wirus nie stanowi zagrożenia dla dzieci. Nawet, gdy ich system immunologiczny nie jest jeszcze w pełni ukształtowany. To nie znaczy, że wirus je omija! Zarażenie przebiega u nich zupełnie bezobjawowo. Dzieci są też jego największymi roznosicielami. Nie wiadomo, dlaczego z początku infekcja przebiega bezobjawowo. Jedni mówią, że przyczyną jest to, że wirus jest nowy i nieznany dla naszego systemu immunologicznego, więc nie jest przez niego zauważany. Inni twierdzą, że powodem jest sztucznie wprowadzony fragment genu wirusa HIV. Nie wiadomo, dlaczego często traci się zmysł węchu i smaku. Przyczyną może być to, że wirus atakuje także mózg. Z biegiem czasu wirusy stają się albo mniej, albo bardziej niebezpieczne. Nie wiadomo, w jakim kierunku rozwinie się korona-wirus. Także pora roku wpływa na aktywność wirusa. Czy tak samo będzie z tym wirusem? Ale chyba największą zagadką jest, dlaczego u wielu osób, nawet starszych i z grupy najwyższego ryzyka, choroba przebiega łagodnie, a nawet zupełnie bezobjawowo, innych, nawet młodszych i w lepszym stanie zdrowia, błyskawicznie zabija. Pytania można mnożyć, sami fachowcy nie znają odpowiedzi.
Wiadomo natomiast, kto (przynajmniej teoretycznie) jest najbardziej zagrożony. Ludzie z chorobami płuc, serca, z cukrzycą i nadciśnieniem. Aby wniknąć do komórki, wirus wykorzystuje receptor ACE2. Osoby z nadciśnieniem mają go więcej. Każdy z nas zna wiele osób z astmą, nadciśnieniem, albo z jednym i drugim. To nie są rzadkie przypadłości. Choroby serca i cukrzyca też są powszechne. Ale nikt nie wie, czy choroba przebiegnie u każdego z chorych łagodnie, czy skończy się śmiercią. Nierzadko przeżywają starzy i schorowani, a umierają młodzi i zdrowi.

Nie ma też zgodności, co do śmiertelności. Rozrzut jest tu ogromy. Od ułamka, do kilkunastu procent. To wszystko potwierdza stare powiedzonko, że należy wierzyć jedynie tym statystykom, które się samemu sfałszowało. Statystykę fałszować mogą same testy – ich wyniki nie są stuprocentowo pewne. Wielu zarażonych w ogóle nie trafia do statystyk, gdyż infekcję przeszli zupełnie bezobjawowo i nawet o niej nie wiedzieli. Według danych chińskich, jest to około 30% zarażonych. Faktem jest też, że nie wszyscy zmarli byli testowani. Rzekomo we Włoszech robi się testy pośmiertne i każdy zmarły z dodatnim wynikiem jest automatycznie traktowany, jako ofiara wirusa. Stąd szokujące włoskie wyniki. Ale nawet te wyniki są poddawane w wątpliwość i przypuszcza się, że śmiertelność może tam być nawet ponad 4 razy wyższa! W innych krajach, gdy wiadomo, na co chorował zmarły, wpisuje się to do aktu zgonu. Szczególnie w Niemczech nie przywiązuje się wielkiej wagi do ustalenia przyczyn zgonu. Pewnie to jest jedną z przyczyn, że w tym kraju ofiar korono-wirusa jest zaskakująco mało. Dodatkowo, na razie chorują tam głównie ludzie młodzi. Faktem jest, że umierają prawie wyłącznie ludzie starzy i schorowani. Wielu było już przed infekcją w tak złym stanie zdrowia, że trudno jest jednoznacznie określić przyczynę zgonu. To też zaciemnia statystyki.

Wszystko to jest wodą na młyn dla ekspertów (w cudzysłowie i bez), którzy argumentują, że kosztowne i kłopotliwe działania rządów nie mają żadnego sensu, gdyż ci ludzie i tak by umarli. Nazwiska takie jak Wodarg lub Sucharit Bhakdi kursują już w naszych mediach społecznościowych i różnych forach dyskusyjnych. Słyszałem je już od wielu znajomych. Podają oni, ilu ludzi umiera co roku bez pandemii i nikt nie robi z tego powodu hałasu. Inni porównują ilość ofiar korono-wirusa i np. wypadków drogowych, argumentując, że nikt z tego powodu nie zakazuje jazdy samochodami. Wszystko brzmi przekonująco, dane i wyliczenia są najczęściej poprawne. Argumenty są różne. Jedne mniej, inne bardziej sensowne. Wszystkie mają jedną wadę: nikt nie może zagwarantować, że umierają akurat te osoby, które w tym roku i tak by umarły. Poza tym nie uwzględniają jednej rzeczy – jesteśmy dopiero na początku epidemii. Podawane przez nich dane jeszcze nie odbiegają od dotychczasowej liczby zgonów. Jeszcze nie… Nie uwzględniają także jednego czynnika: czasu. Liczby zgonów, które podają, rozkładają się na cały rok. Teraz taka ilość umiera w ciągu kilkudziesięciu dni i wielokrotnie przekracza możliwości szpitali nawet w najbogatszych krajach. Ludzie, których nie da się uratować odbierają sprzęt i personel tym, których można by uratować. Jednak największym błędem jest założenie, że mamy do czynienia z chorobą podobną do grypy i nieuwzględnianie faktu, że nic o tym nowym wirusie nie wiemy. Osobiście przeraża mnie bezduszność tych ludzi. To fachowcy, epidemiolodzy, z długoletnią praktyką (mają ponad 70 lat), przyzwyczajeni do operowania statystyką i dużymi liczbami. Na ich przykładzie przerażająco wyraźnie widać prawdziwość starego powiedzonka, że śmierć jednego człowieka, to tragedia, śmierć tysiąca, to statystyka.

Jedno widać wyraźnie: obojętnie, czy ktoś jest fachowcem, czy nie, wszyscy błądzimy po omacku. Fachowcy nie mają danych, na których mogliby się oprzeć. Niefachowcy nie mają informacji od fachowców. Dodatkowo, do fachowców trudno jest mieć dzisiaj zaufanie. Większość naukowców jest dziś na garnuszku koncernów. Tak interpretują dane (krótko mówiąc – fałszują je), aby pasowały chlebodawcy. W końcu nie gryzie się karmiącej ręki. Także instytucje, których zadaniem jest koordynowanie walki z epidemią, są zależne od prywatnych funduszów. Światowa Organizacja Zdrowia finansowana jest w 80% ze źródeł prywatnych. Dochodzą do tego jeszcze media. Tym zależy na jak największej liczbie odbiorców. A co się sprzedaje najlepiej? Rozrywka i sensacja.

Jeszcze jedno kłuje w oczy: zupełnie inna taktyka w walce z epidemią w Chinach i w krajach zachodnich. W poprzednim wpisie pisałem, że chiński rząd poświęcił gospodarkę dla ratowania ludzi. W całych Chinach stanęły prawie wszystkie zakłady. Wuhan i całą prowincję Hubei odcięto od świata. Mieszkańcy, pod groźbą wysokich kar, nie mogli opuszczać mieszkań. Rzekomo objęło to ponad 400 MILIONÓW (!!) ludzi. Należy podziwiać sprawność organizacji. Wszyscy ci ludzie mieli dostarczaną do domów żywność i potrzebne rzeczy. W ciągu kilku dni budowano nowe szpitale. A co w tym czasie działo się na Zachodzie? Królował China bashing. Czyniono jakieś przygotowania do epidemii? Nic z tych rzeczy! Wręcz przeciwnie. Codziennie lądowały samoloty z setkami chińskich handlowców a nawet turystów. Gdy odzywały się głosy rozsądku, natychmiast podnosił się jazgot, jakie straty poniesie gospodarka, gdy zamknie się granice. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Prawdopodobnym punktem, gdzie wszystko się zaczęło, była mała alpejska miejscowość Ischgl w Tyrolu [1] [2]. Już 5 marca rząd Islandii odkrył u powracających stamtąd turystów korona-wirusa. Powiadomił o tym austriackie władze, które co zrobiły? Nic! Bo cała miejscowość naszpikowana jest luksusowymi hotelami i straty byłyby zbyt duże! Akurat w tym czasie odbywał się w Ischgl kongres lekarzy. Gdy nie dało się już ukryć epidemii, kazano wszystkim turystom wracać do domów (i oczywiście zabrać ze sobą wirusa). Co zrobili medycy? Zostali, żeby pojeździć sobie na nartach!

Na koniec lutego przypadł w niemieckiej Nadrenii okres karnawału. Pochody na ulicach, wieczorami knajpy zatłoczone są do granic możliwości. Idealne możliwości do zarażania się. Wiadomo już, że w wirus jest już w Europie. Ale odwołać karnawał? Nie do pomyślenia! W okręgu Heinsberg wystarczyło JEDNO małżeństwo po urlopie narciarskim. Czuli się już trochę źle, ale co tam! Nie można zrezygnować z zabawy! Okręg Heinsberg to teraz epicentrum zachorowań w Niemczech. Nie mogąc uzyskać pomocy od własnego rządu, władze okręgu poprosiły o pomoc Chiny!

Gdy patrzy się na to wszystko, widzi się hipokryzję Zachodu, który krytykuje Chiny, że zbyt późno zareagowały na obecność nowego wirusa. Owszem, lokalne władze początkowo próbowały to ukryć, uciszano ludzi, którzy ostrzegali przed nową chorobą. Ale łatwo się krytykuje po fakcie. Chińczycy nie wiedzieli, z czym mają do czynienia, błądzili po omacku. Z pewnością lokalni notable myśleli, że jakoś poradzą sobie sami, ale gdy wszystko wymknęło się z pod kontroli i dowiedziały się o tym władze centralne, zareagowano natychmiast. Jeśli faktycznie coś ukrywano, to przez względnie krótki okres czasu. Praktycznie od początku 2020 roku, rządy wszystkich krajów świata MUSIAŁY WIEDZIEĆ, że w dobie globalizacji, gdy codziennie tysiące ludzi przemieszczają się z jednego końca świata na drugi, wirus błyskawicznie rozniesie się po całym globie. Nie zrobiono NIC, żeby temu zapobiec. Analizy skutków epidemii korona-wirusem leżały nawet od dawna w szufladach!! The New York Times określił to trafnie:  China Bought the West Time. The West Squandered It – Chiny kupiły Zachodowi czas. Zachód to zmarnował. Teraz wszyscy wpadają w panikę i krytykują… Chiny.

Na całym świecie króluje obecnie hasło „flatten the curve” – spłaszczyć krzywą. O co chodzi, można zobaczyć tutaj. Mówiąc krótko, chodzi o to, żeby w wyniku wykładniczego wzrostu zachorowań, nie rozchorowała się równocześnie duża ilość ludzi i nie doszło do kolapsu służby zdrowia (nie tylko jej!). Zachorowania trzeba „rozciągnąć” w czasie. Właściwie spowalnia się to, o czym mówią wspomniani wyżej krytycy, którzy proponują nic nie robić. Chce się w zwolnionym tempie osiągnąć to, co w fachowym języku nazywa się odpornością stadną. Społeczeństwo po przebytej chorobie uodparnia się na nią, wirus traci możliwości dalszego rozprzestrzeniania się i ginie. Aby to osiągnąć, nie muszą zachorować wszyscy. Decydującym czynnikiem jest tutaj zaraźliwość choroby – ilu ludzi jest w stanie zarazić jedna chora osoba. Fachowo określa się to jako Basic reproduction numberpodstawowa liczba reprodukcji R0. Najbardziej zaraźliwa jest odra z R0 od 12 do 18. Nowy wirus ma R0 od 1,4 do 3,9. Inne źródła podają, że od 2,4 do 3,3. Znów nie wiadomo komu wierzyć. Odporność stadną wylicza się z wzoru HI = (R0 – 1)/R0. Gdy przyjmiemy dla naszego wirusa R0=3, to musi zachorować 66,66% społeczeństwa, aby wirus mógł zginąć. W mediach słyszy się najczęściej zaokrągloną wartość 70%. Jak długo ma trwać, aż wartość ta zostanie osiągnięta? Nikt tego nie wie. Oczywiście zależy to od ilości mieszkańców kraju i możliwości jego służby zdrowia. Ale na pewno nie będzie to kilka miesięcy! Niektórzy mówią, że średnio dwa – trzy lata. Chińczycy w ciągu niecałych trzech miesięcy z ilością nowych zachorowań „zjechali” praktycznie do zera. Nowi zarażeni przyjeżdżają dziś z zagranicy. Obie metody można więc przyrównać do dwóch metod zrywania plastra: albo nagłym szarpnięciem i krótkim ała, albo powoli i boleśnie. Chińska gospodarka, po krótkim ała, już zaczyna startować, zachodnia będzie długi czas powoli i boleśnie odrywać plaster.

Czy metoda europejska zda egzamin, próbuje wyliczyć brytyjski epidemiolog Neil Ferguson z Imperial College. Zespół pod jego kierunkiem stworzył modele matematyczne dla kilku wariantów: izolacji osób zarażonych w ich domach przez 7 dni, izolacji zarażonych i mieszkających z nimi osób przez 14 dni, unikanie kontaktów przez 70 latków oraz unikanie kontaktów przez całe społeczeństwo, połączone z zamknięciem szkół i uniwersytetów. Obliczeń dokonano dla USA i Wielkiej Brytanii. Według autorów, sens ma jedynie ostatnia metoda. Pozostałe odciążą wprawdzie system opieki zdrowotnej, ale w niedostatecznym stopniu. Może to spowodować kilkaset tysięcy ofiar śmiertelnych w Wielkiej Brytanii i ponad milion w USA. Do obliczeń przyjęto podstawową liczbę reprodukcji R0=2,4, co daje odporność stadną już dla 58,3% społeczeństwa. Moim zdaniem jest to stanowczo za mało. Liczba ofiar może być zatem dużo wyższa.
Do wniosku podobnego jak mój, zaczynają dochodzić Niemcy. Szczególnie tamtejsi lekarze są przeciwni stosowaniu odporności stadnej, jako metody walki z pandemią. Oparte na metodzie Fergusona, wyliczenia dla Niemiec, przyniosły tak zastraszające wyniki, że zaczyna tam przeważać pogląd, że należy pójść drogą krajów azjatyckich, takich jak Korea, Tajwan czy Singapur, w których mimo braku drastycznych obostrzeń, notuje się prawie zerowy wzrost ilości zachorowań. Zamierza się, podobnie jak w tych krajach, przeprowadzać masowe testy w celu wyłapania zarażonych osób i izolować je oraz osoby mające z nimi kontakt.

Mimo, że jestem w wieku, w którym mam niewielkie szanse na podłączenie do respiratora, to nie boję się wirusa. Obecnie pracuję w domu, kontaktuję się jedynie przez telefon i Internet, wychodzę tylko do ogrodu i na spacery po pobliskich polach i lasach, rzadko na zakupy. W zapas papieru toaletowego zaopatrzyłem się wcześniej. Mam spore szanse uniknąć zarażenia. Najbardziej boję się tego „powolnego odrywania plastra” i jego efektów ekonomicznych, politycznych i społecznych. Wirus nie spowoduje zagłady ludzkości, ale może spowodować zagładę gospodarki, a przede wszystkim zagładę obecnego systemu finansowego. Świat już nie jest taki sam, jak parę miesięcy temu. Nie wiadomo, jaki będzie za następne parę miesięcy. Już widać, że rządy krajów zachodnich wykorzystują sytuację, aby wprowadzić antydemokratyczne przepisy i rozszerzyć inwigilację społeczeństwa. Jaki by jazgot, gdy w Chinach wykorzystywano telefony komórkowe do określania położenia użytkownika! Dziś, bez hałasu, wszędzie wprowadzono przepisy, które na to zezwalają. Gdy w Chinach tysiące ochotników pomagało w zwalczaniu epidemii, był krzyk, że nie są to żadni ochotnicy. Dziś mamy przepisy pozwalające zmusić każdego obywatela do pomocy, jeśli jego umiejętności zostaną uznane za przydatne. Gdy w Chinach wprowadzono zakaz wychodzenia z domów, był straszy wrzask. Dzisiaj ulice wielu zachodnich miast patrolowane są przez wojsko i policję, które pilnują, żeby ludzie nie opuszczali swych domów. W obecnej sytuacji wszystko to jest słuszne i ma sens. A krajach azjatyckich już dawno wykorzystuje się dane ze smartfonów. Gdy ktoś zostanie pozytywnie wytestowany, natychmiast można określić, z kim kontaktował się np. w sklepach i środkach komunikacji. W Południowej Korei zamknięto jedynie szkoły, a mimo tego, dzięki tej metodzie, jest bardzo niewiele nowych zachorowań. Inwigilowani jesteśmy w dużo większym stopniu przez cały czas i już od dawna [1] [2] [3], chyba pierwszy raz może to być wykorzystane dla naszego dobra. Pytanie, czy zaprzestanie się tego, gdy epidemia minie.

Epidemia może też całkowicie zmienić obraz Unii Europejskiej. Włosi i Hiszpanie dobrze wiedzą, komu zawdzięczają katastrofalny stan swoich służb zdrowia. W 2011 roku, w okresie kryzysu Euro, „rynki” żądały za włoskie i hiszpańskie obligacje horrendalnie wysokiego oprocentowania. Draghi – ówczesny szef Banku Włoch i Trichet – ówczesny szef EBC wystosowali do rządu włoskiego list, w którym żądali radykalnych cięć socjalnych, jako warunku zakupu włoskich obligacji. W ich wyniku ilość szpitali we Włoszech spadła o 15%. Identyczny list, wysłał Trichet wraz z szefem hiszpańskiego banku centralnego, do rządu Hiszpanii. Także tam głównym obiektem cięć była służba zdrowia. Zamknięto i sprywatyzowano wiele placówek. Teraz dochodzą z Hiszpanii meldunki, że wysłane do dezynfekcji wojsko, znajduje w domach starców martwych pensjonariuszy leżących obok jeszcze żywych. Nowa szefowa EBC, Lagarde, także nie wykazała się chęcią pomocy Włochom. Na konferencji prasowej na początku marca, zapytana o tzw. spread, czyli różnice pomiędzy wysokością oprocentowania obligacji poszczególnych krajów, odpowiedziała krótko, że nie jest to sprawa EBC, ale poszczególnych rządów. Formalnie miała rację, ale „rynki” potraktowały to, jako sygnał, że EBC zostawia wysokość oprocentowania do ich dyspozycji. Włochy mogą drogo za to zapłacić. Podobnie jest obecnie z propozycją Corona-Bonds – wspólnych obligacji dla całej Europy, które byłyby niżej oprocentowane niż obligacje krajów południowej Europy. Odrzucają je głównie Niemcy [1] [2] i inne kraje północnej Europy, gdyż to oprocentowanie byłoby wyższe od obecnego oprocentowania ich obligacji. A skąd dostają dzisiaj pomoc Włochy i Hiszpania? Od Unii? Nic z tych rzeczy!! Z Chin, Rosji a nawet z Kuby. Nie wróży to dobrze trwałości Unii!
Więcej szczęścia mają Niemcy. Tamtejsza neoliberalna szczekaczka – Bertelsmann-Stiftung, którego zalecenia traktowane są przez niemieckie rządy jak rozkaz, „zalecał” pod koniec 2019 roku, że z 1400 niemieckich szpitali powinno pozostać mniej niż 600. Czyli mniej niż połowa!. Na szczęście, rząd niemiecki nie zdążył wykonać ten rozkaz.

Pisałem wcześniej, że Zachód musiał wiedzieć o nadciągającym niebezpieczeństwie. Dlaczego więc nie zrobiono nic, żeby go uniknąć, a przynajmniej się na nie przygotować? Trudno jest tu dać jednoznaczną odpowiedź. Łatwo jest krytykować po fakcie, ale nie trzeba tu żadnej fachowej wiedzy, żeby wyobrazić sobie, co się stanie, gdy wirus dotrze do nas. Były głosy, które to mówiły, ale ginęły w medialnym hałasie. Jak już wspomniałem, na początku roku królowały w mediach China bashing i lekceważenie niebezpieczeństwa. Wszędzie czytało się, że jest to po prostu nowa odmiana grypy, że poleży się trochę w łóżeczku i po wszystkim. O działaniach chińskiego rządu mówiono wyłącznie źle i wszystko było łamaniem praw człowieka, a nie walką z wirusem. Szokujące zdjęcia z chińskich szpitali przedstawiano jako niedowład tamtejszego systemu ochrony zdrowia. U nas coś takiego byłoby niemożliwe! Trzeba sobie jasno powiedzieć, że jeśli wszyscy piszą to samo, to jest to akcja sterowana i obliczona na dezinformację i ogłupienie społeczeństwa. Komu było to potrzebne? Odpowiedzi jak zwykle dostarcza stare powiedzonko, że jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Gdy wirus dotarł już do Europy i USA, gdy zanotowano pierwsze zgony i nie dało się kontynuować kampanii ogłupiania i lekceważenia, nie dało się także zagłuszyć żądań działania. Pierwszym, czego żądali epidemiolodzy było zamknięcie szkół i przedszkoli oraz zakaz masowych imprez. Zaraz pojawiły się „naukowe” studia mówiące o bezsensowności tych działań. Wszystkie zrzeszenia przedsiębiorców były przeciwne, bo ktoś będzie przecież musiał zająć się dziećmi, a więc rodzice nie pójdą do pracy. Odwołanie targów, na które przyjeżdżała masa Chińczyków, było zbyt kosztowne. Odwołanie meczów piłki kopanej też nie wchodziło w grę, bo to też ogromne straty. Pod naciskiem wpływowych lobby rządy skapitulowały. Sprawdziło się inne stare powiedzonko, że chciwość odbiera rozum. Ale było coś jeszcze. Popatrzmy na dane gospodarcze z tego okresu. Aby nie analizować poszczególnych krajów, posłużmy się danymi zbiorczymi. Pomocny tu być może J.P.Morgan Global Composite PMI. Od razu widać, że nie jest różowo. W 2019 roku krzywa opada ostro w dół. Pod koniec roku nieco rośnie, ale pewnie związane jest to z bożonarodzeniowym szałem zakupów. Innym papierkiem lakmusowym stanu gospodarki światowej jest produkcja samochodów. Gdy popatrzymy na rok 2019, widzimy same minusy. Nawet w Chinach! Poprzednie lata też nie były wiele lepsze. Recesja stała na progu. Trzeba było zrobić wszystko, żeby ją powstrzymać, a (tu inne powiedzonko) tonący brzytwy się chwyta. Zachodnia gospodarka będzie teraz powoli i boleśnie odrywać plaster. A można było wszystko zrobić inaczej.

Wspominałem wyżej, że wszystko to jest sterowane. Widać to najwyraźniej w mediach. Obecnie „przełożyły wajchę” na straszenie i panikę. Dlaczego? Strach zawsze był i jest jedną z metod sprawowania władzy i sterowania społeczeństwem. Nie inaczej jest i dzisiaj. Zastraszone społeczeństwo potulnie zgodzi się na rzeczy, które w normalnych warunkach nigdy by nie zaakceptowało. Chociażby wspomnianą wyżej inwigilację. Państwa (z wyjątkiem dyktatur), do tej pory niewiele z niej korzystały. Teraz dokonany został wyłom w tamie. Nawet, jeśli po epidemii przepisy zostaną odwołane lub złagodzone, to pozostanie infrastruktura i nikt nie będzie wiedział, czy się z niej korzysta i do jakiego celu, czy nie.

Już teraz widać, że wirus (niezależnie od jego pochodzenia) stał się bronią w wojnie. Reperkusje gospodarcze związane z pandemią, sprawiły, że wzajemna zależność gospodarcza stała się nową bronią. Szantaż lub konieczność przerwania dostaw, może wywołać niewyobrażalne skutki. Przewrócenie jednej kostki domina może doprowadzić do większej katastrofy niż sam wirus. Nacisk „rynków” na przeniesienie produkcji do krajów o taniej sile roboczej i braku ochrony środowiska, doprowadził do koncentracji produkcji nawet tak ważnych rzeczy jak leki, nie mówiąc o takich „głupotach”, jak maseczki ochronne. O elektronice nie ma co mówić. Niekoniecznie muszą to być wyroby gotowe. Brak jednego małego komponentu, może doprowadzić do dużych kłopotów gospodarczych w największych mocarstwach.

Osobnym tematem jest „krwioobieg” światowej gospodarki, czyli ropa naftowa. Zapotrzebowanie na nią drastycznie spadło, także cena poleciała pionowo w dół. Co powinni teraz zrobić producenci? Rozsądek wskazywałby zmniejszyć wydobycie. A co robi Rosja? Ani o tym myśli. Ale w tym szaleństwie jest metoda. Chce pozbyć się konkurencji [1] [2] [3]. Najłatwiej pozbyć się amerykańskiej ropy, wydobywanej metodą frackingu. Jej wydobycie jest kosztowne, firmy wydobywcze są zadłużone po uszy. Ze względów politycznych jest ono po cichu subwencjonowane przez amerykański rząd. Przyjmuje się, że granicą opłacalności jest 45 dolarów za baryłkę. Z drugiej strony Rosja zgromadziła rezerwy, które pozwalają jej przetrwać ok. 10 lat przy cenach 25 – 30 dolarów za baryłkę. Także drugi konkurent, Arabia Saudyjska, jest bardziej zależny od ceny ropy niż Rosja. Jej budżet jest w 65% zależny od ropy, podczas gdy Rosji w 37%. Jej rezerwy finansowe są także dużo mniejsze niż rosyjskie. Paradoksalnie zachodnie sankcje wzmocniły i ustabilizowały rosyjską gospodarkę i politykę wewnętrzną.

Wspominałem w jednym z ostatnich wpisów, że pandemia jest marzeniem „rynków”. Wielu czytelników myśli teraz, że się pomyliłem. Widzieli na pewno dramatyczny spadek kursów na giełdach i zinterpretowali go, jako panikę owych „rynków”. Błędem jest przecenianie roli giełdy. Praktycznie wszystko na niej jest sterowane. Trochę opisuje to Song Hongbing w czwartej (najciekawszej) części swojej Wojny o Pieniądz. Jeśli nie jest się global player, to na giełdzie jest się ich ofiarą. To miejsce dla głupich i naiwnych albo uzależnionych od hazardu. Wystarczy popatrzeć na strategię głównych graczy. Przy pomocy tzw. shorts nieźle się na ostatnim krachu dorobili, gdyż sami go wywołali. Największy gracz, Black Rock, zarobił nawet na spadku kursów akcji, które posiadał. A co się dzieje obecnie? Kursy akcji znów idą w górę. Dlaczego? Bo rynki dostały to, na co czekały. A czekały na uruchomienie programów ratunkowych.
To, co działo się w krajach zachodnich na początku epidemii, pokazuje kompletne niezrozumienie sytuacji, w jakiej znalazła się gospodarka. Działania były, delikatnie mówiąc, bezmyślne. Obniżka oprocentowania i obietnice nieograniczonych kredytów. Ale na ch… na cholerę potrzebne są firmom nowe kredyty, w sytuacji, gdy nie mogą spłacić starych! Rynki czekały na programy ratunkowe. I otrzymały je. Codziennie słyszymy ile BILIONÓW się na nie przeznacza. A skąd państwa biorą owe biliony? Oczywiście ZADŁUŻAJĄ SIĘ!! Na to czekały „rynki”, bo to na nich zadłużają się państwa!!

Jako ciekawostkę można potraktować propozycję amerykańskiej kongresmenki Rashidy Tlaib, która proponuje wybicie dwóch monet z platyny i wzięcie w banku centralnym kredytu na DWA BILIONY dolarów pod zastaw owych monet [1] [2] [3]. Wykorzystuje tu lukę prawną, która nie zabrania używania platyny do bicia monet przez amerykański rząd. Nawet, jeśli faktycznie prawo nie stoi tu na przeszkodzie, to nie sądzę, żeby Trump na to poszedł. Nie jest głupi! Dobrze wie, że długo by nie pożył!!

P. S.

Jeszcze jeden przykład na to, jak chciwość odbiera rozum. W dobie home office konieczne staje się używanie programów do telekonferencji. Szczególną popularnością cieszy się jeden program. Sam też go używam. Znalazło to odbicie na giełdzie. Kursy akcji poszły tak drastycznie w górę (900% !!!), że nadzór giełdy musiał wstrzymać handel. Okazało się, że są to akcje zupełnie innej firmy, jedynie o tej samej nazwie, kompletnie niezwiązanej z tym oprogramowaniem. Dawno się tak nie uśmiałem!

Wyobrazić sobie niewyobrażalne cz. 8a

Pora już zakończyć cykl z wyobrażaniem sobie niewyobrażalnego. Spróbujmy więc w ostatnim odcinku jakoś zebrać to wszystko do kupy i podsumować. To będzie najtrudniejsze. O pieniądzu piszę już od paru lat, jest to temat obszerny, który nie da się przedstawić w paru zdaniach, więc w takim wypadku stoję przed dylematem, co opuścić, a czego nie da się pominąć. Nie mam wątpliwości, że ten ostatni odcinek składać się będzie z wielu części. Nie mam zdolności dydaktycznych i zazdroszczę ludziom, którzy potrafią skomplikowane tematy przedstawić w zwarty sposób i na dodatek ciekawie. Ale spróbuję, dołożę wszelkich starań, może się uda.

Zacznijmy może od powtórzenia po raz kolejny, co w naszym systemie monetarnym nie funkcjonuje. Czego „czepiają się” inni, a co, moim skromnym zdaniem, jest prawdziwym problemem obecnego systemu monetarnego. Aby to zrozumieć musimy odejść od naszego utartego myślenia o pieniądzach. Zacznijmy może od pierwszego nieporozumienia. Pieniądze nie krążą w gospodarce. Nie istnieje coś takiego, jak jakaś stała ilość pieniędzy w obiegu. Tak było kiedyś, gdy władza emitowała jakąś ilość monet lub banknotów (ta ilość najczęściej oparta była w jakiś sposób na ilości posiadanego złota) i wprowadzała je do obiegu. Jeśli pominąć tu naturalne ubytki jak zniszczenie, zgubienie itp., to faktycznie była to jakaś stała ilość pieniędzy krążących w obiegu. Obecny pieniądz jest kreowany, jako dług. Dług podniesiony do rangi środka płatniczego. Gdy jest potrzebny, ktoś go pożycza i używa, jako pieniądza, czyli płaci nim. Taki pieniądz faktycznie jest w obiegu, ale jedynie do momentu spłacenia długu. Wtedy z tego obiegu znika. To jest pierwszy paradoks naszego systemu monetarnego. Gdy wszystkie długi zostaną spłacone, nie będzie pieniędzy w obiegu.

Wyjaśnijmy sobie może trochę szczegóły owego kreowania i pożyczania. Prawo kreacji pieniądza posiadają obecnie jedynie banki centralne. Jak się owa kreacja odbywa? W języku fachowym nazywa się to zwiększeniem sumy bilansowej. W tym wypadku bilansu banku centralnego. Tak jak w matematyce, po obu stronach równania możemy wpisać tę samą liczbę, a wartość równania nie ulegnie zmianie, tak samo w bilansie, gdy po stronie aktywów i pasywów wpiszemy tę samą sumę, to nadal wyjdzie on na zero. W języku potocznym pieniądz taki określa się często jako fiat money, a w języku fachowym jako pieniądz fiducjarny. Powstający w cudowny sposób z niczego. Powszechnie uważa się to za wadę obecnego systemu monetarnego i określenia tego używa się najczęściej w znaczeniu pejoratywnym. Moim zdaniem niesłusznie. Uważam, że pieniądz fiducjarny jest bardzo dobrym narzędziem, lepszym niż pieniądz oparty na złocie (szok!!!). Ale, jak każde narzędzie, może być użyty do różnych celów. Nożem możemy kroić chleb i podrzynać gardła. Pieniądz fiducjarny może być użyty do stabilizacji i do destabilizacji systemu monetarnego. Pozwala także, w przeciwieństwie do systemu opartego na złocie, elastycznie reagować na aktualną sytuację w gospodarce poprzez zwiększenie ilości pieniędzy w obiegu, co jest niemożliwe w systemie opartym o złoto. Pozwala także na sterowanie gospodarką. Warunkiem prawidłowego funkcjonowania takiego pieniądza, jest zrozumienie mechanizmów jego działania, ale przede wszystkim kontrola nad nim. Obydwa warunki nie są w chwili obecnej spełnione. Systemy monetarne nie są obiektem żadnych badań naukowych. Teoryjki ekonomiczne, których jedynym zadaniem jest „naukowe” uzasadnienie wyzysku społeczeństw, także sprawy nie ułatwiają. O pieniądzu kursuje także cała masa fałszywych wyobrażeń i teorii, głównie spiskowych. Społeczeństwa nie mają także żadnej kontroli nad obecnymi systemami monetarnymi. Więcej! Nie mają pojęcia o mechanizmach ich funkcjonowania!!

Ale nie wystarczy jedynie wykreować pieniądz. Trzeba go jakoś wprowadzić do obiegu. To prawo posiadają obecnie jedynie banki komercyjne. Nowo wykreowane pieniądze wprowadzają do obiegu pożyczając je. Cały proces – od kreacji do wprowadzenia do obiegu – nazywa się emisją i można ją przedstawić, jako ciąg operacji księgowych. Bank centralny księguje nowo wykreowaną sumę i obciąża nią konto banku komercyjnego, który ją pożycza. Każdy bank komercyjny ma swoje konto w banku centralnym. Bank komercyjny obciąża zaś tą sumą konto pożyczkobiorcy, który może tymi pieniędzmi dysponować, czyli płacić. Nie całkiem tak jest, ale o tym za chwilę. Więc de facto to pożyczkobiorca wprowadza je do obiegu. W odwrotnej kolejności pieniądz, poprzez spłatę długu przez pożyczkobiorcę, najpierw znika z obiegu, aż w końcu, po spłacie długu banku komercyjnego wobec banku centralnego, przestaje w ogóle istnieć. Tak wygląda poglądowy schemat przedstawiany w „fachowych” książkach. Jest on już historią. Rzeczywistość jest dużo bardziej skomplikowana i wygląda zupełnie inaczej. Ale jeszcze do tego wrócimy. Jak wiadomo, kredytu nie dostaje się „na piękne oczy”. Banki komercyjne, biorąc kredyt w banku centralnym, także muszą dać jakieś zabezpieczenie. Są to najczęściej obligacje państwowe. Czasami akceptowane są także nieruchomości i środki trwałe oraz obligacje albo akcje dużych firm.

Ale jak wiemy, pieniądze pożycza się na procent. Dług musi być spłacony z procentem. Pieniądze na oprocentowanie nie są emitowane, więc jak by nie kombinować, zawsze zostanie ktoś, kto nie będzie w stanie swojego długu spłacić. Kiedyś ktoś taki zostawał niewolnikiem (także jego rodzina i dzieci), dzisiaj po prostu albo odbiera mu się to, co ma jakąś wartość, albo (wprawdzie bez oficjalnego nazwania go niewolnikiem) praktycznie do końca życia musi swój dług spłacać. Często spłaca go także jego rodzina i dzieci. Nasz system monetarny wymusza zatem bezwzględną walkę o to, żeby nie być tym ostatnim, który nie jest w stanie spłacić swego długu. Krótko mówiąc, pieniądze na jego spłatę trzeba w taki, czy inny sposób, zabrać innym. Uczciwie lub nie.

Zatrzymajmy się na chwilę z opisem i popatrzmy na konsekwencje takiego systemu. Po pierwsze, oprocentowanie jest w tym momencie transferem dóbr (niekoniecznie pieniędzy). Transferem od pożyczkobiorcy do pożyczkodawcy. Transferem od tych, którym pieniędzy brakuje, do tych, którzy mają je w nadmiarze. Wszyscy krytycy tego systemu, koncentrują się na stronie moralnej tego procederu. Czy jest to uczciwe i moralnie uzasadnione, czy nie. Ja to całkowicie pominę. Moralność to temat ważny, ale zostawię go innym. Później zobaczymy, że nie on tu jest najważniejszy. Ale jeśli już jesteśmy przy moralności, to zwróćmy uwagę na perfidię tego systemu. Piętnowane są jego ofiary, a nie jego twórcy!

Ale jakoś nie wszyscy plajtują i oprocentowanie w większości jednak jest spłacane. Dlaczego? Po prostu ktoś ciągle się zadłuża. Stare długi spłacane są przez nowe, coraz to większe.

Tutaj znów drobna przerwa w opisie. Na tej zasadzie funkcjonowały wszystkie oszustwa finansowe od Ponziego do Madoffa. Jest to klasyczna piramida finansowa. Musimy w tym momencie wyciągnąć daleko idące wnioski: jeśli tak funkcjonuje nasz system monetarny, to muszą istnieć bezkarni oszuści. Więcej! Jest to oszustwo usankcjonowane prawnie! Podobnie jak moralność, pozostawmy na razie ten problem na boku, ale, w odróżnieniu od moralności, jeszcze do niego wrócimy.

Zwróćmy uwagę na coś innego. W tym wypadku jest to aspekt pozytywny. Taki system wymusza branie nowych kredytów, których efektem jest wzrost gospodarczy. Jest wiele teorii, które próbują wyjaśnić skąd w ogóle ten wzrost gospodarczy się bierze, Marks wymyślił nawet dwie! Ale żadna tak naprawdę tego nie wyjaśnia. Nie wyjaśnia też, czemu przez wiele tysięcy lat, ten wzrost był prawie żaden, aż nagle pojawił się nie wiadomo skąd. Nie kojarzy się, że zbiega się on z czasem powstania kapitalizmu i instytucji zorganizowanego kredytu. Pieniądze pożyczano zawsze, ale dopiero rozwój bankowości umożliwił koncentrację kapitału wielu ludzi i udzielanie naprawdę dużych kredytów, które umożliwiały naprawdę duże inwestycje i widoczny wzrost gospodarczy. Moim zdaniem wzrost gospodarczy nie może mieć miejsca bez kredytu. Jest wynikiem oczekiwań zysku. Bez widoku na zysk, nikt nie będzie inwestował. Ale aby osiągnąć zysk, trzeba zawsze najpierw zainwestować. Inwestycję trzeba jakoś sfinansować. Najczęściej inwestorzy nie posiadają dostatecznej ilości własnych kapitałów, więc biorą kredyty. Jak długo są widoki na zysk, taki system funkcjonuje. Gdy inwestycje przestają się opłacać, zabawa się kończy.

Także banki centralne pożyczają pieniądze na procent. Gdy wzrost gospodarczy zaczyna wyhamowywać, z wielkim hałasem medialnym obniżają to oprocentowanie. W teorii tańszy kredyt dla banków komercyjnych ma się przełożyć na tańszy kredyt dla inwestorów i napędzić gospodarkę. Ale to tylko kolejna teoryjka, niemająca nic wspólnego z rzeczywistością.

Ale obiecałem dokładniej wyjaśnić, jak pieniądze trafiają obecnie do obiegu. Opisany powyżej schemat był prawdziwy mniej więcej do roku 1971, gdy ilość pieniędzy w obiegu ograniczona była kursem w stosunku do dolara, który z kolei opierał się na parytecie złota. Komputery nie były wtedy jeszcze wszechobecne w bankowości, operacji finansowych dokonywano w gotówce lub czekach, przelewano jedynie naprawdę duże sumy. Dzisiaj możemy sobie pożartować i powiedzieć, że banki centralne tworzyły wtedy Central Bank Analog Currency CBAC – analogowy pieniądz banku centralnego. Dzisiaj tworzą Central Bank Digital Currency CBDC. W tym czasie prawdziwy (do pewnego stopnia!) był kolejny mit. Ten mianowicie, że banki pożyczają pieniądze oszczędzających. Opisywałem we wstępie, w części „Pieniądze”, system rezerw cząstkowych. Wtedy faktycznie tak to wyglądało. Pomiędzy przyznaniem kredytu, a wpłynięciem pieniędzy na konto, upływało trochę czasu, gdyż bank musiał pieniądze najpierw „zorganizować”. Często pobierał za to opłatę, nie wypłacając pełnej kwoty kredytu. Bankierzy-emeryci pamiętają na pewno pojęcia takie jak aggio i disaggio. Dla obecnej generacji są to pojęcia tak egzotyczne jak kartki na mięso lub talony na samochody. Ze względu na powszechność transakcji gotówkowych, CBAC był w powszechnym użyciu. U nas trwało to prawie do końca lat 90. Banki centralne miały wtedy możliwość pewnej kontroli nad ilością będącego w obiegu pieniądza. Komputeryzacja postawiła wszystko na głowie. Większość operacji finansowych odbywa się dzisiaj bezgotówkowo. Między innymi ten fakt dał bankom komercyjnym możliwość samodzielnej kreacji „pieniądza”. Właściwie należałoby powiedzieć rozszerzył możliwości samodzielnej kreacji pieniądza, gdyż system rezerw cząstkowych de facto już taką możliwością jest. Dokładniej opisuję to także w wyżej wspomnianym linku. Dlaczego przy słowie „pieniądz” użyłem cudzysłowu? Wśród krytyków systemu monetarnego nie ma tu zgodności, co do tego, czy to, co kreują banki, można nazwać pieniądzem, czy nie. Moim zdaniem obie strony mają rację (albo obie jej nie mają). De jure nie jest to pieniądzem. Prawo kreacji posiadają jedynie banki centralne, ale de facto pozycje księgowe wykreowane przez banki komercyjne, spełniają funkcję pieniądza.

Popatrzmy teraz na konsekwencje tego stanu rzeczy. Już system rezerwy cząstkowej powodował niemożność równoczesnej wypłaty oszczędności wszystkich klientów banku, w formie jedynego, legalnego środka płatniczego, jakim jest gotówka. W wypadku tzw. bank run oznacza to bankructwo banku. Obecny system zwielokrotnia to niebezpieczeństwo. Coraz głośniejsze żądania likwidacji gotówki, jako niepotrzebnego przeżytku, spowodować mogą całkowite odcięcie nas od jedynego, legalnego środka płatniczego! Sytuacja o niewyobrażalnych konsekwencjach prawnych!! Innym efektem obecnego sposobu kreacji pieniądza jest to, że banki centralne straciły także resztki kontroli nad ilością pieniędzy w obiegu.

Ale zmianie uległa także sama rola banków centralnych! Najciekawsze jest to, że w ogóle się o tym nie mówi i zupełnie nie zdajemy sobie z tego sprawy! Kto uważnie przeczytał mój wpis o filmie „Książęta pieniądza” i obejrzał ten film, pewnie to zauważył. Po wojnie centralny bank Japonii Bank of Japan BoJ praktycznie uratował i odbudował kraj. Skupił bezwartościowe obligacje japońskich banków i w ten sposób stworzył system bankowy bez żadnych obciążeń. Zauważmy, że odbyło się to bez żadnych kosztów, jedynie przy pomocy paru, opisanych powyżej, operacji księgowych, polegających na kreacji odpowiedniej ilości pieniędzy. Następnie we współpracy z rządem odbudował, a częściowo także stworzył od podstaw, japoński przemysł. Udzielał kredytów bankom komercyjnym (w filmie mówi się, że dawał im pieniądze), a one udzielały kredytów firmom. Odbywało się to jednak metodą „ręcznego sterowania” zwaną Window Guidance. Bank centralny nakazywał bankom komercyjnym, które firmy i gałęzie przemysłu kredyty te mają otrzymać i na jakich warunkach. Przy pomocy wyemitowanych przez bank centralny pieniędzy, wspierano zatem te firmy i działy gospodarki, które uważano za przyszłościowe. Metoda nie była pozbawiona wad, ale spełniła swoje zadanie – Japonia stała się potęgą gospodarczą. W filmie wspomina się, że południowa Korea także stosowała tę metodę, ale z tego, co wiem, podobnie było w Niemczech oraz w paru innych krajach. Obecnie metody tej używają Chiny. Tak na marginesie, metoda ta nie byłaby możliwa przy pieniądzu, w taki, czy inny sposób, opartym na złocie. Jego „sztywna” ilość w obiegu uniemożliwia bankowi centralnemu dynamiczne reagowanie na sytuację gospodarczą. W wypadku Japonii i innych gospodarek rozwijających się według podobnej metody, banki centralne świadomie akceptowały inflację. Rozwój kraju i gospodarki miał priorytet.

W połowie lat 80 ten sam BoJ  rozpoczął proces niszczenia systemu bankowego i gospodarki. Wywołał niewyobrażalną bańkę spekulacyjną, a potem w 1990 roku nagle zakręcił bankom kurek z pieniędzmi. Banki pozostały z bezwartościowymi zabezpieczeniami swoich kredytów. W 1991 roku zakończył Window Guidance. Tym razem nie ratował banków. Pozostawił to rządowi. Doprowadziło to do ogromnego wzrostu zadłużenia państwa.

Z pewnością każdy zadaje sobie teraz pytanie, jakie szaleństwo w nich wstąpiło? Skąd ta nagła zmiana? Musimy zdać sobie sprawę z tego, że zbiegło się to ze zmianą wiodącej idei ekonomicznej. Wiodącą myślą ekonomiczną w powojennym świecie były teorie Keynesa. Jednak pod koniec lat 70 przestały one sobie radzić ze stagflacją. Pisałem o tym we wstępie w części „Co nie działało”. Pozwoliło to dojść do głosu zwolennikom neoliberalizmu, kierujących się inną teorią – tzw. neoklasyką. Proszę popatrzeć, czego brakowało w powojennej działalności BoJ i japońskiego rządu. Nie widzą państwo? Oj niedobrze, niedobrze… Brakowało praw rynku i jego niewidzialnej ręki! Była za to widzialna ręka BoJ i japońskiego rządu. Zgroza! Zmiany w Japonii były najbardziej widoczne. Mniej widoczne były (wspomniane w filmie) zmiany w Korei południowej. Zupełnie bez echa zmiany te przeszły w innych krajach. Np. w Niemczech, jeszcze w połowie lat 90, tamtejsze banki były w posiadaniu większości akcji niemieckiego przemysłu. Zostały jednak zmuszone do ich sprzedaży.

Jakie to wszystko wywołało zmiany w systemie monetarnym? Kompletnie tego nie rozumiemy, gdyż zupełnie się o tym nie mówi. Drastycznie ograniczona została rola banków w ich wpływie na gospodarkę. Ich rolę przejęły rynki finansowe. To one dostarczają dzisiaj lwiej części kredytów inwestycyjnych. Także to one udzielają kredytów rządom, trzymając je w ten sposób za… co tam kto sobie wybierze. Rola banków sprowadza się dziś jedynie do udzielania „chwilówek” dla podmiotów gospodarczych i kredytów osobom prywatnym i małym firmom. Naprawdę dużymi pieniędzmi rządzi niepodzielnie „rynek”. Dzisiejsze banki są jedynie cieniem swej dawnej potęgi. Rządzą firmy typu BlackRock. Już nie tylko pojedyncze państwa są praktycznie ubezwłasnowolnione. Nawet Wspólnota Europejska tańczy pod dyktando tych firm [1], [2], [3]. Także banki centralne wiele straciły. Nie mają dziś praktycznie żadnej kontroli nad ilością pieniędzy w obiegu gospodarczym. To nie one, poprzez udzielanie kredytów bankom komercyjnym, wprowadzają pieniądze do obiegu. Robi to „rynek”. To on i jego kryteria decydują o tym ile pieniędzy trafi do gospodarki, gdzie i na jakich warunkach. Banki komercyjne są tu jedynie narzędziem, gdyż to one prowadzą konta i dokonują przelewów. Stały się także przysłowiowym chłopcem do bicia, gdyż to na nich skupia się gniew nic nierozumiejących społeczeństw.

Jak do tego doszło? W moim wprowadzeniu, w części „Oprocentowanie”, wyjaśniam ten mechanizm. Po prostu, z biegiem czasu nagromadziła się ogromna ilość „wyssanych” z obiegu gospodarczego pieniędzy, które przekształciły się w kapitał poszukujący inwestycji. Tak ogromny, że kredyty banku centralnego przestały być potrzebne.

Obrazowo próbuję przedstawić to na tym schemacie.

Ktoś na pewno powie w tej chwili: jak to, a Quantitative Easing? QE to nie jest kredyt. To pieniądz helikopterowy dla obiegu kapitałowego.

Musimy tu sobie trochę wyjaśnić, jak funkcjonuje obieg kapitałowy. Nie wszystkie pieniądze, które w nim krążą, trafiają w formie kredytu do obiegu gospodarczego. Jest ich po prostu za dużo. Część z nich trafia więc na giełdę. Ograniczona ilość handlowanych tam rzeczy (nie tylko akcji i innych papierów „wartościowych”), przy coraz większej ilości pieniędzy, powoduje normalny, inflacyjny wzrost ich cen. To jest mechanizm wzrostu wszystkich indeksów giełdowych! To, co się dzieje na giełdach, już dawno przestało mieć jakikolwiek związek z realną gospodarką. Niektórym zaczyna już powoli świtać, że coś tu, k…, nie gra [1], [2], [3], ale za cholerę nie potrafią zrozumieć przyczyn. Trochę dalej są autorzy tej książki (można ściągnąć za darmo), ale także oni jedynie opisują skutki, nie podając przyczyn.

Część pieniędzy jest jednak potrzebna np. do funkcjonowania systemu bankowego. Gdy jest ich zbyt mało i zagrożone jest jego funkcjonowanie, musi wkroczyć bank centralny w formie QE i ratować sytuację.

Rzeczą, która mnie w tym wszystkim najbardziej przeraża, jest kompletne nieuświadamianie sobie grozy tej sytuacji!!! Zacznijmy od strony prawno-organizacyjnej. Banki działają już od wielu lat. Są elementem systemu gospodarczego. Elementem, którego rola jest prawnie określona, którego działalność jest regulowana, i który podlega ścisłej kontroli. Można je wskazać palcem, wymienić ich nazwy. Z imienia i nazwiska znamy osoby nimi kierujące. A czym jest „rynek”? To fantom! Kompletna abstrakcja, której nie potrafimy nawet dokładnie zdefiniować! Wmawia nam się, że ten fantom ma boską, nieomylną moc kierowania nie tylko gospodarką, ale i naszym losem! Losem całego świata! Decydowania o życiu i śmierci miliardów ludzi!!! Innym przerażającym faktem jest to, że miliony ludzi ma już tak wyprane mózgi, że faktycznie w to wierzy!!!

Aby lepiej zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi, przenalizujmy drogę pieniędzy w poszczególnych przypadkach ich emisji, kiedyś i w chwili obecnej.

Przypadek pierwszy: bank centralny pożycza pieniądze bankowi komercyjnemu, który pożycza je kredytobiorcy. Bank centralny kreuje odpowiednią sumę i przelewa ją na konto banku komercyjnego. Bank komercyjny dokonuje operacji księgowej polegającej na wpisie kwoty kredytu na koncie kredytobiorcy. Zauważmy tutaj – prawdziwe pieniądze nadal leżą na koncie banku w banku centralnym!! Co się dzieje dalej. Kredytobiorca korzysta z udzielonego mu kredytu. Są tu trzy możliwości: przelewa całą, lub część sumy na konto odbiorcy w tym samym banku. Tak jak poprzednio, ale w innym banku. Pobiera gotówkę i płaci nią sam. W pierwszym przypadku sprawa jest prosta – bank pomniejsza konto kredytobiorcy o żądaną sumę i powiększa o nią konto odbiorcy. Cała kwota kredytu nadal jest na jego koncie w banku centralnym. W drugim przypadku bank pomniejsza konto kredytobiorcy o żądaną sumę i zleca bankowi centralnemu przelanie identycznej sumy z jego konta na konto banku odbiorcy. Zauważmy, że operacja przelewu odbywa się niejako równolegle do operacji na koncie kredytobiorcy! W trzecim przypadku bank pobiera z banku centralnego żądaną ilość gotówki, bank centralny ściąga tę sumę z jego konta i gotówka wypłacana jest kredytobiorcy. Zauważmy, że jedynie w tym wypadku kredytobiorca styka się z legalnym środkiem płatniczym, czyli gotówką. Co się dzieje przy spłacie kredytu. Kredytobiorca spłacił dług z oprocentowaniem. Część tego oprocentowania pozostała w banku komercyjnym, jako jego zysk, pozostała część, wraz z kwotą kredytu, wylądowała z powrotem w banku centralnym. Kwota kredytu uległa „anihilacji”, oprocentowanie pozostało, jako zysk banku centralnego. Bank komercyjny ze swojego zysku opłacił pracowników, pokrył inne koszty, zapłacił podatki i coś mu na pewno zostało. Bank centralny na koniec roku przekazał część swojego zysku do budżetu państwa, resztę zatrzymał, jako rezerwę. Część zysków banku komercyjnego i zysk banku centralnego, wróciły więc do obiegu gospodarczego. Jedynie część zysków banku komercyjnego wylądowała w obiegu finansowym, którego częścią jest każdy bank. Wzrost ilości pieniędzy w obiegu finansowym jest niewielki.

Przypadek drugi: bank komercyjny zamiast w banku centralnym pożycza pieniądze „na rynku”. Tu musimy najpierw wyjaśnić sobie jedną rzecz: „rynek” operuje prawdziwymi pieniędzmi, czyli pieniędzmi banku centralnego i to bank centralny jest pośrednikiem we wszystkich operacjach finansowych. Wierzyciel przelewa więc pieniądze na konto banku komercyjnego w banku centralnym i dalej jest wszystko jak w poprzednim punkcie. Oprocentowaniem dzielą się pożyczkodawca i bank komercyjny. Zwiększa ono sumę pieniędzy w obiegu finansowym. Dodatkowo, w tym wypadku w przyspieszonym tempie zaczyna działać procent składany, gdyż znacząco zwiększa się kapitał umożliwiający udzielanie dalszych kredytów i uruchamia się mechanizm jego wykładniczego wzrostu!

Przypadek trzeci: bank komercyjny posiada odpowiednią sumę pieniędzy na swoim koncie w banku centralnym i nie potrzebuje jego kredytu. Bank komercyjny dokonuje od razu operacji księgowej i wpisuje kwotę kredytu na koncie kredytobiorcy. Jego konto w banku centralnym nie ulega zmianie. Reszta jest identyczna jak w punkcie pierwszym. Tutaj także odpadł jeden element: bank centralny, jako kredytodawca. Bank komercyjny nie zarabia jedynie na różnicy oprocentowania, ale kasuje całe. Więcej pieniędzy przepływa do obiegu finansowego. Tutaj także występuje efekt procentu składanego.

Szczególnym kredytobiorcą jest państwo. Proces jego zadłużania opisywałem już. W skrócie polega on na tym, że państwo emituje obligacje. Ich oprocentowanie określane jest w formie przetargu pomiędzy największymi bankami na zasadzie: „kto da mniej”. Następnie bank centralny emituje tę sumę pieniędzy i pożycza je bankom komercyjnym, które następnego dnia pożyczają je państwu, kupując świeżo wyemitowane obligacje. Oprocentowaniem dzielą się tutaj bank centralny i bank komercyjny.

Obecnie najczęściej niepotrzebny jest kredyt banku centralnego. Banki komercyjne zbierają „na rynku” odpowiednią ilość pieniędzy i kupują obligacje państwowe dla swoich klientów. Całe oprocentowanie płacone przez państwo (czyli nas) zwiększa ilość pieniędzy w obiegu finansowym. Ze względu na duże sumy, jakie pożyczają państwa, wzrost wykładniczy przyspiesza.

Czynnikiem, który jest pomijany w opisie procesów gospodarczych, jest zachowanie inwestorów. Kompletnie nie rozumie się jego znaczenia, a jest ono ogromne. Dawniej akcje i obligacje firm kupowane były przez towarzystwa ubezpieczeniowe i emerytalne, banki oraz osoby prywatne. Były one traktowane, jako długoterminowa lokata kapitału. Raz w roku odcinało się kupony. Bez cudzysłowu, tak było naprawdę, stąd pochodzi znane powiedzonko. Za przesłane kupony wypłacana była dywidenda. Raz w roku kierownictwo firmy zdawało raport akcjonariuszom i prezentowało strategię na lata następne. Firmy miały możliwość długoterminowego planowania i inwestowania.

Jak wygląda to dziś? „Rynek” preferuje szybki obrót kapitałem. Dzisiaj kupić, jutro sprzedać z zyskiem. Istnieją systemy komputerowe, gdzie okres posiadania papierów wartościowych liczy się w sekundach. Nikt nie myśli o tym, co będzie jutro. Zysk ma być dziś!! Firmy prezentują swoje wyniki kwartalnie, a nawet co miesiąc. Jeśli nie podobają się one inwestorom, natychmiast karane są spadkiem kursu akcji. Wymyśla się więc całą masę działań pozornych, podobających się inwestorom. Ale głównie tnie się koszty. Każdy z nas widzi tego efekty. Ubrania wytrzymujące do pierwszego prania, urządzenia psujące się natychmiast po upływie gwarancji, obniżki płac, cięcia socjalne, wydłużenie czasu pracy. To wszystko drobiazgi. Denerwujące, ale jednak drobiazgi. Gorzej, gdy chodzi o nasze życie i zdrowie.

Jedną z metod cięcia kosztów jest redukcja zatrudnienia w działach konstrukcyjnych. Pozostaje w nich jedynie niezbędna ilość pracowników. Reszta przyjmowana jest jedynie na czas opracowywania nowego projektu. Ci ludzie nie mają możliwości zdobycia, niezbędnego w tym fachu, doświadczenia i umiejętności. Najczęściej są to ludzie młodzi, gdyż kosztują mniej. Wiem coś o tym, przepracowałem wiele lat, jako konstruktor. Trzy lata temu pracowali przy konstrukcji nowego modelu odkurzacza, dwa lata temu przy nowym modelu traktora, a w zeszłym roku przy konstrukcji nowego samolotu. Boeinga 737 Max. Jak to ktoś określił – samolotu konstruowanego przez klaunów nadzorowanych przez małpy. Paruset ludzi przypłaciło to życiem.

Na świecie jest coraz więcej bakterii, na które nie działają wszystkie produkowane antybiotyki. Jest coraz więcej zgonów z tego powodu. Sam znam kilkanaście takich przypadków w kręgu mojej rodziny i znajomych. Równocześnie już od wielu lat żadna firma farmaceutyczna na świecie nie prowadzi badań nad nowymi antybiotykami! Od momentu rozpoczęcia kosztownych badań o niepewnym wyniku, do wprowadzenia nowego leku na rynek, mija nawet kilkanaście lat. Dla „rynków” jest to zbyt długi okres czasu. Nikt nie da na to pieniędzy! Bardziej opłaca się wybudować kolejny wieżowiec na pustynnym piachu. Aby wielbłądy i idioci mieli co podziwiać.

Piszę ten tekst w połowie marca 2020 roku. Chiny heroicznie walczą z korona-wirusem i osiągają pierwsze sukcesy. Zachód wszystko „olewa” i lekceważy. Tragiczne efekty można już obserwować we Włoszech. Za parę dni, dzięki wykładniczemu wzrostowi, w innych krajach. Oczywiście, wszystko to, co robią Chiny, jest be, bo są to działania straszliwego reżimu. Gdy to samo robi się w kraju zachodnim, wszystko jest w porządku. Proszę zauważyć – oba komentarze są z tego samego dnia i dotyczą tego samego! Kompletna paranoja!! Różnica jest taka, że ten straszny chiński reżim poświęcił gospodarkę, żeby ratować ludzi. Zachód poświęca ludzi, żeby ratować gospodarkę. Nie wiem, jakimi słowami określić żądania jednego z najbogatszych ludzi na świecie, żeby ci, którzy jeszcze pracują, płacili za swoich chorych kolegów. Ale czego można się spodziewać w kraju, gdzie lekarze najpierw pytają o stan konta, a potem o stan zdrowia. Nie będę też komentować wypowiedzi brytyjskiego premiera, czy niemieckiej kanclerzycy. Działania (a właściwie ich brak) obydwu podpadają pod kategorię ludobójstwa! Ale to, co robią, zgodne jest z prawami rynku.

Szpitale we wszystkich zachodnich krajach biją na alarm, że brakuje im podstawowego wyposażenia. Że biorą z półek ostatnie zapasy. Zgodnie z prawami rynku, przeniesiono produkcję tam, gdzie koszty są niższe. Do Chin. Prawa rynku mówią też, że zapasy, to jedynie niepotrzebne koszty. Może ktoś z nas, albo naszych najbliższych, zapłaci za to życiem…

Świat z niecierpliwością czeka na szczepionkę lub lek na nowego wirusa. Tutaj też wmawia się nam, że rynek wszystko załatwi. Efekty są takie, że firmy w tajemnicy prowadzą badania, nie dzielą się wynikami i wiedzą. Wiele firm robi to samo, marnotrawiąc cenny czas. Inne idą w ślepą uliczkę, o której wie konkurencja. Mija czas, ludzie umierają, ale rynek czeka na ogromne profity! Kiedy lek lub szczepionka będą dostępne, będą kosztować tyle, że pozwolić na nie, będą sobie mogli jedynie nieliczni. W tej grze wszystkie chwyty są dozwolone. Akurat Donald Trump zaproponował niemieckiej firmie ogromną sumę pieniędzy, za przeniesienie firmy wraz z pracownikami do USA, pod warunkiem, że nowa szczepionka pozostanie wyłącznie amerykańską własnością.

A co by było gdyby wszystkie kraje zrobiły „zrzutkę” na finansowanie badań, a naukowcy i firmy wymienialiby się wiedzą i podzielili pracą? Na pewno szybciej mielibyśmy wyniki, uratowali wielu ludzi i mielibyśmy lek dostępny dla wszystkich. Ale coś takiego to przecież komunizm, lewactwo, wszystko to, co najgorsze, a przede wszystkim niezgodne z prawami rynku!!

 

Ciekaw jestem, kto w tej chwili myśli o tym samym, co ja. O tym, że wszystkim profesorom ekonomii i innym ekspertom, tym prostytutkom intelektu, które pierdolą głodne kawałki o rynku i jego wyimaginowanych prawach, należałoby natychmiast odebrać tytuły naukowe, stanowiska, apanaże i kopniakiem w dupę (DOSŁOWNIE!!!) wyrzucić na ulicę, z dożywotnim zakazem zbliżania się do szkół i uczelni!

Nie przepraszam za użycie wulgaryzmów. Są one normalną częścią języka. Rzadko ich używam, bo chcę je zachować na sytuacje, kiedy są one niezbędne. To jest właśnie taka sytuacja

 

Jestem już w wieku, który według „praw rynku”, przewidziany jest na odstrzał. Mam nadzieję, że mimo tego, dane mi będzie napisać następne odcinki, a wszystkim dotychczasowym i nowym czytelnikom, dane będzie je przeczytać. Tego nam wszystkim serdecznie życzę.

 

Czy widmo się zmaterializuje?

Coś nie bardzo mogę się zmusić do pisania. Fakt, mam ostatnio mało czasu, ale także najwyraźniej jeszcze nie doszedłem całkiem do siebie. Gdy było się jedną nogą Tam, a potem spędziło się kilka miesięcy w szpitalu – to robi swoje. Sytuację komplikuje fakt, że nie bardzo mogę się zdecydować, czy fakt, że nadal tu jestem mam określić jako szczęśliwy przypadek, czy pech…

Ale nie o tym tu chciałem. Nie wiem czy zauważyliście Państwo, że ostatnio dzieją się na świecie rzeczy dziwne, a ciekawe? Nie? Nie dziwię się. Takie rzeczy działy się zawsze i nadal się dzieją. Spowszedniały nam już na tyle, że ich po prostu nie zauważamy. Można powiedzieć, że nudzą nas. Gdy dowiadywaliśmy się co (lub kto) za nimi stoi, przestawały nas one dziwić. Jest jednak wiele rzeczy, które dziwią nas do dziś. Ale, jak już wspomniałem, nie zauważamy ich. Ja jednak zawsze byłem niegrzecznym dzieckiem i nie przestałem nim być, więc ciągle dziwi i ciekawi mnie wiele rzeczy.

Zaczęło się jeszcze w sierpniu 2019 roku. Na zbiegowisku szefów głównych banków centralnych w Jackson Hole, szef Bank of England, Mark Carney, stwierdził , że dolar nie wypełnia swojej roli waluty globalnej i należy go zamienić na coś innego. Właściwie wszyscy to wiedzą , dziwne jest to, że szef nie byle jakiego banku centralnego głośno to powiedział. Dziwne, że powiedział to w jaskini lwa – w USA, jeszcze dziwniejsze były spokojne, pozbawione zdziwienia, komentarze. Nikt na niego nie jazgotał, nie polemizował. Uszło mu to na sucho. Że Amerykanie się tym nie podniecili? A po co mieliby to robić? A niech sobie pogada! Sam Carney też niewiele ryzykował. Jego kadencja szefa Bank of England dobiegała końca, to były jego ostatnie dni na tym stanowisku. Bank of England ma już nowego szefa . Komentatorzy byli zdania, że Carney miał nadzieję zostać szefem Międzynarodowego Funduszu Walutowego, więc tą wypowiedzią chciał zwiększyć swoje szanse na wybór. Ale, jak się później przekonamy, jego szanse były raczej marne.
Mimo tego warto zastanowić się nad tym, co powiedział Carney. Jego słowa pokazują to, co myślą ludzie na podobnych stanowiskach. Oprócz roli dolara, nad którą nie będę się rozwodził, ostudził nadzieje Chińczyków: „the most likely candidate for true reserve currency status, the Renminbi (RMB), has a long way to go before it is ready to assume the mantle” – najbardziej prawdopodobny kandydat do statusu prawdziwej waluty rezerwowej, Renminbi (RMB), ma przed sobą długą drogę, zanim będzie gotowy do przejęcia obowiązków. Opisał ją na przykładzie dolara, który przejął pałeczkę waluty globalnej od brytyjskiego funta. Skupił się na gospodarce i finansach, ale pominął jeden „drobny” szczegół, który ten proces diametralnie przyspieszył i praktycznie umożliwił: dwie wojny światowe.
Poruszył także krótko temat Libry – waluty Facebooka. Dostrzegł, że ma ona potencjał stania się walutą światową, ale byłoby to bardzo niebezpieczne. Powiedział, moim zdaniem, bardzo ciekawą rzecz: „The Bank of England and other regulators have been clear that unlike in social media, for which standards and regulations are only now being developed after the technologies have been adopted by billions of users, the terms of engagement for any new systemic private payments system must be in force well in advance of any launch. As a consequence, it is an open question whether such a new Synthetic Hegemonic Currency (SHC) would be best provided by the public sector, perhaps through a network of central bank digital currencies. Even if the initial variants of the idea prove wanting, the concept is intriguing. It is worth considering how an SHC in the IMFS could support better global outcomes, given the scale of the challenges of the current IMFS and the risks in transition to a new hegemonic reserve currency like the Renminbi.“ – Bank of England i inne organy regulacyjne są zgodne, że w przeciwieństwie do mediów społecznościowych, dla których standardy i regulacje opracowywane są dopiero teraz – po przyjęciu technologii przez miliardy użytkowników, reguły funkcjonowania każdego nowego systemu płatności prywatnych, muszą zostać opracowane na długo przed jego uruchomieniem. Otwartym pozostaje pytanie, czy taka nowa Syntetyczna Waluta Hegemoniczna (Synthetic Hegemonic Currency – SHC) będzie najlepiej realizowana przez sektor publiczny, być może poprzez sieć cyfrowych walut banku centralnego. Nawet, jeśli początkowe warianty pomysłu okażą się wadliwe, to koncepcja jest intrygująca. Warto rozważyć, w jaki sposób SHC w ramach międzynarodowego systemu walutowego i finansowego (International Monetary and Financial System – IMFS), mógłby dać lepsze wyniki globalne, biorąc pod uwagę skalę wyzwań obecnego IMFS oraz ryzyko związane z przejściem na nową hegemoniczną walutę rezerwową, taką jak Renminbi (tłumaczenie moje).
Objęcie roli waluty globalnej przez walutę chińską postrzega on zatem jako ryzyko. Ale większym ryzykiem byłoby „pójście na żywioł” i dopuszczenie do tej roli Libry, o której nic nie wiadomo. Trochę już pisałem o Internecie [1], [2], [3] , i uważam, że jak uczniowie czarnoksiężnika, nieświadomie uruchomiliśmy proces, którego nie rozumiemy i nie znamy, i nad którym teraz staramy się (najczęściej bezskutecznie) zapanować. Internet i media społecznościowe rozwinęły się żywiołowo i w sposób niekontrolowany. Dopiero teraz, powoli zaczynamy dostrzegać negatywne strony tego procesu oraz społeczne, polityczne i ekonomiczne zagrożenia, jakie niesie on z sobą. Za parę lat, gdy bardziej widoczne będą skutki społeczne, zobaczymy z pewnością więcej. Zrobienie czegoś podobnego z globalną walutą byłoby niedopuszczalną lekkomyślnością o niewyobrażalnych konsekwencjach.

Nie minęło wiele czasu, a doszedł następny powód do zdziwienia. Christine Lagarde została szefową Europejskiego Banku Centralnego. Jest prawniczką, nie ma doświadczenia w bankowości, nie przeszła (jak Draghi) przez bank Goldman Sachs… Przemówienie powitalne i pierwsze kontakty z bankierami zostały jednak dobrze ocenione. Parę dni później było spotkanie w Parlamencie Europejskim. I tu się zaczęło! Najpierw bez owijania w bawełnę przedstawiła sytuację w gospodarce europejskiej „Euro area growth remains weak, with gross domestic product growing by only 0.2%, quarter on quarter, in the third quarter of 2019. This weakness has been mainly due to global factors.The world economy outlook remains sluggish and uncertain. This lowers demand for euro area goods and services and also affects business sentiment and investment.” – Wzrost gospodarczy w strefie euro pozostaje słaby, a produkt krajowy brutto rósł tylko o 0,2%, przez trzy ostatnie kwartały 2019 roku. Wynika głównie z czynników globalnych. W gospodarce światowej dominują zastój i niepewność. Zmniejsza to popyt na towary i usługi w strefie euro, a także [negatywnie] wpływa na nastroje przedsiębiorców i inwestycje. Nic nowego. I dalej: „The prolonged slowdown in economic activity has nevertheless been affecting price developments, which remain subdued. According to Eurostat’s flash estimate, inflation stood at 1.0% in November. Whether we look at surveys or market-based measures, inflation expectations are at or close to historical lows. What can the ECB do in a weaker economic environment to fulfil its price stability mandate? First of all, monetary policy can respond effectively even when growth is being dampened by external factors. And it can do so by ensuring favourable financing conditions for all sectors of the economy and providing visibility on those conditions into the future.” – Przedłużające się spowolnienie w gospodarce ma jednak wpływ na zmiany cen, które pozostają na niskim poziomie. Według wstępnych szacunków Eurostatu, w listopadzie inflacja wyniosła 1,0%. Bez względu na to, czy przyjrzymy się sondażom, czy danym rynkowym, oczekiwania inflacyjne są na historycznie niskim poziomie, czy też zbliżonym do niego. Co EBC może zrobić w słabnącej gospodarce, aby wypełnić swoje zadanie w zakresie stabilności cen? Po pierwsze, polityka pieniężna może skutecznie reagować nawet wtedy, gdy wzrost jest tłumiony przez czynniki zewnętrzne. I może to zrobić poprzez zapewnienie korzystnych warunków finansowania dla wszystkich sektorów gospodarki oraz zapewnienie stabilności tych warunków w przyszłości (tłumaczenie moje).
Jeśli chodzi o warunki finansowania, czyli krótko mówiąc kredyty, to EBC jest pod ścianą. Lagarde przedstawia to później, chociaż nie mówi tego wprost. Ciekawie zaczyna być w części o kształtowaniu przyszłości pieniądza. Już sam tytuł jest zastanawiający. Na początku mówi jedynie o przyspieszeniu w dokonywaniu przelewów i innych operacji finansowych. Potem mówi mgliście o innowacjach w dziedzinie systemów monetarnych. Używa tu określenia „stablecoin” – stabilna moneta, pieniądz. Znów można się jedynie domyślać, że chodzi tu o Librę – w jej wypadku chyba po raz pierwszy zaczęto używać tego określenia. Mówi: „But driving change also means identifying and managing the risks that come with breaking new ground. Innovations – including stablecoins – will only be beneficial if the associated risks are mitigated through effective regulation and oversight. So I believe we should follow the golden rule of supervision: “same business, same risk, same rules”.” – Ale wprowadzanie zmian oznacza również rozpoznawanie i zarządzanie ryzykiem, które wiąże się z nowymi wyzwaniami. Innowacje – w tym stabilne monety – będą korzystne tylko wtedy, gdy związane z nimi ryzyko zostanie złagodzone poprzez skuteczne regulacje i nadzór. Uważam zatem, że powinniśmy przestrzegać złotej zasady nadzoru: „ten sam biznes, to samo ryzyko, te same zasady” (tłumaczenie moje). Nie mówi tego wprost, ale można się domyślać, że jest to „nie” dla Libry. Facebook nie jest bankiem i Libra nie będzie funkcjonować jak normalny pieniądz, gdyż nie będzie funkcjonować na identycznych zasadach jak obecnie stosowane pieniądze. Ale naprawdę interesująca jest końcowa część jej wystąpienia: „Looking ahead, the ECB will continue to act as a catalyst for change. We will go on engaging with European stakeholders to actively contribute to a pan-European payment solution. We also play our part, in full independence, in assessing the value of central bank digital currencies for European citizens and the broader economy. A central bank digital currency would allow citizens to use central bank money directly in their daily transactions. However, depending on its design, a central bank digital currency could pose risks. For instance, they could alter the way in which monetary policy is conducted and transmitted to the real economy. They could also carry implications for the functioning of the global financial system and its stability. The question of central bank digital currencies and their optimal design therefore warrants further analysis.” – Patrząc w przyszłość, EBC będzie nadal działać jako katalizator zmian. Będziemy nadal współpracować z zainteresowanymi stronami europejskimi, aby aktywnie przyczynić się do stworzenia ogólnoeuropejskiego systemu płatności. Odegramy również naszą rolę, w pełni niezależnie, w ocenie przydatności walut cyfrowych banku centralnego dla obywateli Europy i całej gospodarki. Waluta cyfrowa banku centralnego pozwoliłaby obywatelom na bezpośrednie korzystanie z pieniędzy banku centralnego w ich codziennych transakcjach. Jednakże, w zależności od swojej konstrukcji, cyfrowa waluta banku centralnego może stwarzać ryzyko. Mogłyby one na przykład zmienić sposób prowadzenia polityki pieniężnej i sposób jej oddziaływania na realną gospodarkę. Mogłaby ona również mieć wpływ na funkcjonowanie światowego systemu finansowego i jego stabilność. Kwestia walut cyfrowych banku centralnego i ich optymalnej konstrukcji wymaga zatem dalszej analizy (tłumaczenie moje).
O Central Bank Digital Currency (CBDC) czyli walutach cyfrowych banku centralnego pisałem już trochę [1], [2] . Zarówno BIS, jak i główne banki światowe podchodzą do tego tematu z dużą ostrożnością. Skąd zatem to nagłe przyspieszenie? Sądziłem początkowo, że był to jednorazowy „wyskok”, niedoświadczonej jeszcze, nowej szefowej. Myliłem się. Okazuje się, że sprawy zaczynają nabierać tempa! Wyniki analiz i opracowań mają się pokazać już w połowie 2020 roku. Analizowana jest już także kwestia zachowania anonimowości transakcji. Po dokładniejszym przeczytaniu tego dokumentu widać jednak, że nie chodzi tu wcale o anonimowość sensu stricto, ale o obowiązek meldowania transakcji finansowych. Niewielkie sumy (proponuje się 150 Euro dziennie) byłyby wyłączone z obowiązku meldowania. Nie przewiduje się w pełni anonimowych transakcji tzw. peer-to-peer, jak w wypadku bitcoina, lub – podobnie jak w wypadku gotówki – z rączki do rączki. Nie jest to zatem żadna anonimowość, a jedynie mydlenie oczu.
EBC nie zamierza być także konkurentem dla banków komercyjnych nadal jedynie one udzielałyby kredytów. Przewiduje się także „obrzydzanie” klientom trzymanie większych sum w CBDC i przenoszenie ich tam z normalnych kont w bankach. Konta CBDC, tak jak gotówka, nie byłyby oprocentowane (też mi coś, we wszystkich zachodnich bankach oprocentowanie kont wynosi obecnie 0,00%). Na razie nie przewiduje się negatywnego oprocentowania takich kont. Na razie!
Cały czas dręczyło mnie jednak pytanie: po co to wszystko? Fakt, CBDC może być ułatwieniem w przelewach, ale nie jest to największy obecny problem. Potem pomyślałem o demonetyzacji. Wprawdzie nigdzie nie znalazłem słowa o chęci likwidacji gotówki, ale to o niczym nie świadczy. Nie znalazłem także niczego takiego „między wierszami”, więc to chyba nie o to chodzi. Zatem o co? Nigdzie nie znalazłem także jakiegoś wyjaśnienia innego problemu: skąd CBDC wezmą się na naszych nowych kontach? I gdzie te konta w ogóle będą? To, co się znajduje na naszych obecnych kontach bankowych nimi nie jest – wyjaśniałem to już wielokrotnie. Pytanie za pytaniem, wątpliwość za wątpliwością.
Aż zupełnie przypadkiem trafiłem na taką wiadomość: Brussel Think Tank Bruegel Recommends Helicopter Money to ECB – Brukselski think tank Bruegel zaleca EBC wprowadzenie pieniądza helikopterowego!! Zatkało mnie! Okazuje się, że faktycznie, pod płaszczykiem przeciwdziałania recesji prowadzone są takie przemyślenia, a nawet gotowe są konkretne opracowania i analizy. O pieniądzu helikopterowym pisałem już dość dawno temu. Wymieniałem tam różne jego możliwe formy. Pisałem także, że największym problemem przy wprowadzaniu pieniądza helikopterowego rodzaju czwartego, czyli takiego, gdzie bank centralny rozprowadza pieniądze bezpośrednio wśród obywateli, jest brak możliwości technicznych do przeprowadzenia takiej operacji. CBDC likwiduje ten problem! I nagle wszystko zaczęło się układać w logiczną całość. Osoba, która nie jest bankierem z pewnością będzie bardziej otwarta na niestandardowe pomysły, takie jak pieniądz helikopterowy. Jak już wspomniałem, EBC doszedł do ściany ze swoją klasyczną polityką monetarną. Jedyne, co jeszcze wchodzi w rachubę, to negatywne oprocentowanie kont. Ale to byłby polityczny dynamit. Wątpię, żeby ktoś w normalnych warunkach na coś takiego się zdecydował. Pieniądz helikopterowy z pewnością nie wywołałby protestów społecznych. Oczywiście podniósłby się straszny jazgot ideologicznych twardogłowych ekonomistów, ale spowodowałoby to jedynie ich izolację od reszty społeczeństwa.
Wspominałem w moim wpisie, że najskuteczniejszą formą pieniądza helikopterowego, który mógłby przerwać deflacyjną spiralę, byłby rodzaj czwarty – bezpośrednie rozprowadzanie wśród obywateli. Także od strony prawnej jest najmniej przeszkód dla tego rodzaju pieniądza helikopterowego. Jeżeli więc widmo pieniądza helikopterowego się zmaterializuje, to najprawdopodobniej w wersji czwartej.

Najprawdopodobniej eksperci pracujący obecnie nad tym tematem będą musieli zwiększyć tempo i robić nadgodziny. Jeśli Kitajcy szybko nie opanują epidemii koronowanego świrusa (a na pewno nie opanują), to grozi nam w najbliższych miesiącach piękna recesja [1], [2], do której złagodzenia pieniądz helikopterowy bardzo by się przydał. Chyba, że ten świrus rozprzestrzeni się na cały świat i spowoduje pandemię. Jest to marzenie „rynków”!! Większy zarobek gwarantuje jedynie wojna światowa lub globalna katastrofa w rodzaju uderzenia wielu meteorytów w różne części Ziemi. Jeśli ktoś się dziwi, dlaczego główne rządy światowe nie robią wszystkiego dla opanowania sytuacji, to właśnie to wyjaśniłem.

Inflacją i jej przyczynami zajął się także Bank Rozliczeń Międzynarodowych. Jego eksperci dostrzegli nieskuteczność obecnych prób jej zwiększania. W początkowych zdaniach ich raportu czytamy: „Inflation in advanced economies (AEs) continues to be subdued, remaining below central banks’ target in spite of aggressive and persistent monetary policy accommodation over a prolonged period. To escape the low inflation trap, we argue that, as suggested by Jean-Claude Trichet, governments and social partners put in place “consensus packages” that include a fiscal policy that supports demand and a series of ad hoc nominal wage increases over several years. These increases would be calibrated so that nominal unit labour costs increase at close to 2%, ie at the level necessary to sustain an inflation target near 2%, and be repeated until the economy is safely out of a low inflation trap. As we show in this paper, such “consensus packages” have played a central role when economies running at too high levels of inflation needed to exit high-inflation equilibria to transit to low-inflation ones. We propose to implement the same approach to exit the current low-inflation equilibria that characterise the euro area and Japan.” – Inflacja w gospodarkach rozwiniętych (AE) jest nadal niewielka i pomimo agresywnej i utrzymującej się przez dłuższy czas polityki pieniężnej, pozostaje poniżej celu banków centralnych,. Aby wydostać się z pułapki niskiej inflacji, argumentujemy, że zgodnie z sugestią Jean-Claude’a Tricheta, rządy i partnerzy społeczni wprowadzili „pakiety konsensusu [społecznego]”, które obejmują politykę fiskalną wspierającą popyt oraz szereg doraźnych podwyżek płac nominalnych w ciągu kilku lat. Podwyżki te zostałyby tak ustalone, aby nominalne jednostkowe koszty pracy wzrosły o blisko 2%, tj. na poziomie niezbędnym do utrzymania celu inflacyjnego na poziomie bliskim 2%, i byłyby stosowane aż do momentu, w którym gospodarka zostanie bezpiecznie wyrwana z pułapki niskiej inflacji [deflacji]. Jak pokazujemy w niniejszym dokumencie, takie „pakiety konsensusu” odegrały pozytywną rolę w sytuacji, gdy gospodarki o zbyt wysokim poziomie inflacji musiały wyjść z niej wyjść i przejść do gospodarki o niskiej inflacji. Proponujemy wdrożenie takiego samego podejścia do wyjścia z obecnego stanu niskiej inflacji, który charakteryzuje strefę euro i Japonię (tłumaczenie moje).
Autorzy opracowania ponownie odkryli Amerykę i związek pomiędzy inflacją i poziomem płac a dokładniej – jednostkowymi kosztami pracy!!! Pisałem o tym związku już baaardzo daaawno temu tutaj i tutaj, gdy wyjaśniałem sytuację panującą w strefie Euro. Za czasów mojej młodości mawiało się, że myślenie ma przyszłość. Chociaż doświadczenie życiowe mówi mi coś wręcz przeciwnego, to w swojej naiwności uważam, że stwierdzenie to nie straciło nic ze swojej aktualności. Pytanie tylko, ile czasu i ofiar będzie potrzebowało, aby przedrzeć się przez neoliberalną i neoklasyczną inkwizycję. Jak stwierdził Max Planck: „Die Wahrheit triumphiert nie, ihre Gegner sterben nur aus” – prawda nigdy nie triumfuje, jedynie wymierają jej przeciwnicy. Autorzy opracowania sami piszą, że nie da się dłużej ignorować empirycznych danych, które mówią coś zupełnie innego, niż oficjalnie głoszona ideologia, która twierdzi, że jak teoria nie pasuje do rzeczywistości, to należy zmienić rzeczywistość.

Co to ma wspólnego z pieniądzem helikopterowym? Bardzo proste. Pieniądz helikopterowy zastępuje tutaj podwyżki płac. Banki centralne (nie oszukujmy się tutaj – także politycy) nie mają możliwości wymuszenia na pracodawcach podwyżek płac. Mogą to zrobić jedynie sami pracownicy w formie zorganizowanych akcji i strajków. Niestety, związki zawodowe i cała lewica są otumanione przez neoliberalną ideologię i nie ma co na nich liczyć. Tutaj dochodzimy do ciekawego pytania: jak w takiej sytuacji zareagują pracodawcy? Sądzę, że jeśli pieniądz helikopterowy zostanie wprowadzony, to akcja ta służyć będzie tylko ratowaniu systemu monetarnego i zwalczaniu recesji. Przy okazji może pokazać ekonomistom i politykom prawdziwe źródła inflacji. Dopiero wtedy może być osiągnięty przełom w myśleniu pracodawców. Ale czy zostanie to osiągnięte? Odpowiedź jest krótka: nie. Po prostu realia gospodarcze, a przede wszystkim monetarne, na to nie pozwolą. Pracodawcy z pewnością wykorzystają pieniądz helikopterowy nie do podwyżek, ale do obniżek płac. W najlepszym wypadku do ich stabilizacji. Z czasem, podobnie jak to jest obecnie z Quantitative Easing, stanie się koniecznością kontynuowanie tej akcji i pieniądz helikopterowy stanie się trwałym elementem krajobrazu. Nie zdziwiłbym się, gdyby z czasem pieniądz helikopterowy przekształcił się w materializację kolejnego widma – bezwarunkowego dochodu podstawowego.
Pisałem w moim wpisie o pieniądzu helikopterowym, że jest to bardzo skuteczne narzędzie w walce z deflacją. Przy jego pomocy można znacząco przedłużyć agonię systemu monetarnego, ale nie można wyeliminować jego wad.

Ale to nie koniec. Inną instytucją, która dostarczyła mi powodów do zdziwienia (i nie ukrywam, że także do śmiechu) jest Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Tutaj także zaczęło się od decyzji personalnych. Nową szefową została Bułgarka – Kristalina Iwanowa Georgiewa, absolwentka Wyższego Instytutu Ekonomii im. Karola Marksa (!!!) w Sofii! Długo się śmiałem, gdy to przeczytałem!! Coś jej chyba pozostało z nauk patrona szkoły, bo zaczęła od razu z „grubej rury” tekstem: „Reduce Inequality To Create Opportunity” – zredukować nierówności, aby stworzyć możliwości. Zaraz na początku czytamy: „Tackling inequality requires a rethink. First, on fiscal policies and progressive taxation. Progressive taxation is a key component of effective fiscal policy. At the top of the income distribution, our research shows that marginal tax rates can be raised without sacrificing economic growth.” – Walka z nierównościami wymaga ponownego przemyślenia. Po pierwsze, w sprawie polityki fiskalnej i progresji podatkowej. Progresywne opodatkowanie jest kluczowym elementem skutecznej polityki fiskalnej. Nasze badania pokazują, że maksymalne stawki podatkowe mogą być podnoszone bez negatywnego wpływu na wzrost gospodarczy. Zatkało mnie! Dla neoklasyków i neoliberałów to mniej więcej coś takiego, jak gdyby papież wyszedł na balkon i powiedział, że Boga nie ma!! Ciekaw byłem, o jakie przestępstwo za kilka dni zostanie oskarżona nowa szefowa. Za herezje mniejszego kalibru były szef MFW – Dominique Strauss-Kahn, został wrobiony w sfingowaną sex-aferę. Czekałem na wiadomość, że np. zgwałciła jakiegoś murzyna (Strauss-Kahn miał rzekomo przymuszać czarnoskórą pokojówkę do zrobienia mu loda). Nic się nie wydarzyło. Już od jakiegoś czasu z MFW wychodzą różne dziwne, a ciekawe dokumenty. Wspominałem już o nich m in. we wspomnianym wyżej wpisie o pieniądzu helikopterowym. Wygląda na to, że te „heretyckie” poglądy stają się powoli oficjalną polityką tej organizacji, która, jak do tej pory, przyczyniła się raczej do rujnowania gospodarczego krajów, a nie do pomocy im.

Świat staje na głowie! Zaiste, dzieją się rzeczy dziwne, a ciekawe. Zobaczymy, w jakim kierunku to pójdzie.

Wyobrazić sobie niewyobrażalne cz. 7

Powoli czas kończyć ten cykl z wyobrażaniem sobie niewyobrażalnego. Po prostu nie znam więcej sensownych propozycji reform systemu monetarnego. Owszem, jest sporo inicjatyw i stron internetowych, które uważają się za reformatorskie, ale są to w większości albo „odgrzewane kotlety”, czyli cudze i stare pomysły, albo strony typu: zbliża się krach finansowy, ratuj swój majątek i kup książkę, w której opisuję, jak to zrobić. Nie zawracam sobie nimi głowy. Ale już słyszę głosy: jak to, a złoto? Czyż nie jest to propozycja reformy? Nie. Jest to typowy „odgrzany kotlet”! Systemy monetarne oparte na złocie już były. W dzisiejszym świecie są one nierealne. Poza tym o złocie już raz pisałem. Złoto odegrało w historii systemów monetarnych jak najgorszą rolę. Cała historia pieniądza opartego na złocie, była historią jego psucia. Pieniądz oparty na złocie spełniał, z lepszym lub gorszym skutkiem, swoją rolę w epokach, gdy nie było jeszcze kapitalizmu, gdy gospodarka nie była tak rozwinięta jak obecnie, prędkość obiegu pieniądza nie była tak duża, a jego rola ograniczała się jedynie do pośrednictwa w wymianie towarów i usług. Wprowadzenie do powszechnego obiegu złotych monet, jest w dzisiejszym świecie zupełnie nierealne. Z tego zdają sobie sprawę nawet zwolennicy powrotu do systemu opartego na złocie. Jako alternatywa pozostaje jedynie pieniądz z parytetem w złocie. Ale nikt nie jest w stanie sprawdzić, jaka ilość złota faktycznie znajduje się w skarbcu danego kraju. Przede wszystkim jednak, na świecie jest za mało złota, aby przy obecnej ilości towarów i usług, jakie dostępne są na rynku, użyć je, jako środka płatniczego. Poza tym jest ono nierównomiernie podzielone pomiędzy poszczególne kraje. Wiele krajów nie byłoby w stanie wprowadzić taki system. Zwolennicy argumentują, że zbyt mała ilość nie jest tu problemem, gdyż jest to wyłącznie sprawa ustalenia odpowiedniego parytetu. Ale w takim razie podstawowe jednostki monetarne „zawierałyby” zupełnie śladowe, „aptekarskie” ilości złota. Praktycznie byłby to więc „nic nie warty” obecny pieniądz! Cena jednej uncji byłaby wtedy niebotyczna! Musimy zdać sobie sprawę z tego, że złoto jest także towarem. Jest surowcem w wielu gałęziach przemysłu, używane jest w medycynie, w jubilerstwie. O biżuterii moglibyśmy w takim systemie zapomnieć. Praktycznie wszystkie wyroby elektroniczne, byłyby także o wiele droższe niż obecnie.

Ale poteoretyzujmy trochę i spróbujmy odpowiedzieć na pytanie, czy złoto, jak twierdzą niektórzy, jest idealnym pieniądzem? Zgadzam się w pełni ze wszystkimi argumentami mówiącymi o zachowaniu wartości, powszechnej akceptacji itd. Ale spróbujmy drążyć głębiej i zadajmy kolejne pytanie: czy złoto w ogóle może być pieniądzem? Tutaj musimy sobie powiedzieć wyraźnie: nie istnieje żadna, ogólnie akceptowana, definicja tego, co to jest pieniądz. Moim zdaniem złoto pieniądzem być nie może! Pieniądz jest abstrakcją, złoto nią nie jest. Jest towarem. Takie, czy inne rozliczenia w oparciu o złoto, byłyby zatem powrotem do wymiany towarowej, do barteru. Do epoki sprzed powstania pieniądza!

Ale ty mi tu docent nie teoretyzuj i załóżmy, że złoto pieniądzem może być. Zwolennicy użycia go, jako pieniądza, argumentują, że obecny pieniądz jest bez wartości. Jaką więc wartość ma dla nas złoto? Ot metal, jak każdy inny. Tyle, że nie rdzewieje. Ale jest wiele innych, które też nie rdzewieją. Ładnie się świeci. Inne też się świecą. Jest rzadkie, ale inne są jeszcze rzadsze. Nie możemy się bez niego obejść? Możemy. Powiedzmy sobie szczerze: złoto nie ma dla nas żadnej szczególnej wartości. Ani nie zaspokoi głodu, ani pragnienia, nie ogrzeje nas, nie ochroni przed wiatrem i deszczem. Nie jest nam niezbędnie potrzebne do życia. Złoto samo w sobie ma, co najwyżej, wartość surowca. Przypisywanie mu roli mitycznego wręcz „magazynu” wartości jest jedynie efektem wielowiekowego prania mózgów i przyzwyczajenia.  Jest po prostu trwającą od tysiącleci niepisaną umową, że złoto jest dla nas obiektem pożądania. Zupełnie nieracjonalnym obiektem pożądania! Ale co mówiliśmy o pieniądzu? Że też jest jedynie kwestią umowy. Nic więcej! Tutaj trzeba sobie wyjaśnić pewien punkt wspólny, który łączy wszystkich zwolenników, czy to złotego pieniądza, czy to opartego na standardzie złota. Wszyscy przekonani są, że pieniądz, jako taki, musi mieć wartość. Jest to mit i kompletne niezrozumienie roli pieniądza! Pieniądz sam w sobie nie ma ŻADNEJ wartości! Jest abstrakcją! Wartością pieniądza jest to, co możemy za niego otrzymać. Pieniądz ze złota będzie gówno wart, gdy nie będziemy mogli nic za niego kupić. Pieniądz z gówna, za który będziemy mogli wszystko kupić, będzie na wagę złota. Tej prostej logiki nie rozumieją zwolennicy powrotu do standardu złota.

Jak już wspomniałem wcześniej, zgadzam się w pełni ze wszystkimi argumentami zwolenników, takiego, czy innego, standardu złota. Argumentami, które widzą w złocie idealny środek wymiany. Ale czy rolą pieniądza jest jedynie pośrednictwo w wymianie? NIE!! Dzisiejsza gospodarka opiera się na kredycie. Popatrzmy jak w tej gospodarce zachowywać się będzie złoty pieniądz. Przede wszystkim musimy sobie uświadomić, że w obiegu będzie jedynie jego ściśle określona ilość. Ograniczona ilością posiadanego złota. Jako kredyt mogą zostać zatem użyte jedynie te pieniądze, które w danej chwili nie będą przeznaczone do nabycia jakichś dóbr, czyli oszczędności. Oszczędności, albo KAPITAŁ, czyli pieniądze, których przeznaczeniem nie jest nabywanie dóbr, ale jedynie ich pomnażanie. Kredyty są oprocentowane. Wyjaśniałem już wielokrotnie, co dzieje się dalej – oprocentowanie kredytów powoduje odpływ pieniędzy z obiegu gospodarczego do obiegu kapitałowego. Pieniądze, które tam trafiły, przestają być pieniędzmi i stają się kapitałem – wykorzystywane są jedynie do udzielania następnych kredytów. Tempo tego przepływu rośnie wykładniczo. Odpływ ten jest dzisiaj (przynajmniej częściowo) kompensowany przez wzrost gospodarczy, który wymusza branie nowych kredytów (powrót kapitału do obiegu gospodarczego) oraz przez emisję nowych pieniędzy, to spowalnia proces powstawania tendencji deflacyjnych. W standardzie złota niemożliwa będzie emisja nowych pieniędzy. Proces odpływu pieniądza z rynku będzie hamowany jedynie poprzez nowe kredyty, czyli zamianę kapitału z powrotem w pieniądz. A zapotrzebowanie na nowe kredyty będzie coraz mniejsze. Kapitał będzie poszukiwał nowych obiektów inwestycji i przeniesie się do spekulacji. Deflacja postępować będzie błyskawicznie. Ktoś powie, że konkurencja na rynku kredytowym wymusi obniżkę oprocentowania. Nic z tych rzeczy! Rynek kapitałowy funkcjonuje na innych zasadach. Zyski na giełdach, napędzane procesami inflacyjnymi, są konkurencją dla rynku kredytowego i to one dyktują wysokość oprocentowania kredytów. Jeśli ktoś ma do wyboru zarobić 5% na giełdzie albo 3-procentowe oprocentowanie kredytu, to wybierze giełdę. Postępująca deflacja spowoduje także wzrost wartości pieniądza. To także zniechęca do pożyczania go. W końcowym efekcie, w krótkim okresie czasu będziemy mieć taką recesję, jakiej świat nie widział! To będzie najłatwiejszy do przewidzenia skutek wprowadzenia standardu złota. Nie wiadomo, jak zachowają się w takiej sytuacji ludzie. Aby system oparty na złocie wzbudzał zaufanie, musi istnieć możliwość zamiany posiadanych pieniędzy na złoto. Jest wysoce prawdopodobne, że w wypadku jakichkolwiek kłopotów z systemem, dojdzie do masowej wymiany pieniędzy na złoto. Trzeba będzie zawiesić wymianę i zakazać prywatnego posiadania złota. Dokładnie tak było w epoce Wielkiego Kryzysu. To byłby wyrok śmierci dla pieniądza opartego na złocie i na jakiś czas koniec złudzeń dla jego zwolenników. Napisałem „na jakiś czas”, dlatego, że mit pieniądza opartego na złocie wydaje się być nieśmiertelny. Opisany przeze mnie proces nie jest wymyślony. Świat już raz to wszystko przerabiał w czasie Wielkiego Kryzysu. Dokładnie, jak w opisanym powyżej mechanizmie, pieniądz pozostał wtedy „wartościowy”, ale gospodarka dusiła się pod ciężarem deflacji. Druga wojna światowa „wyzerowała licznik”. Co by nie mówić złego o Fiat Money, trzeba uczciwie przyznać, że to on, w połączeniu ze zmianami społecznymi, umożliwił powojenny złoty okres kapitalizmu. Odwlókł także w czasie kolejne „wyzerowanie licznika”. Okres pomiędzy poprzednimi, czyli pomiędzy pierwszą i drugą wojną, trwał jedynie 21 lat. To także dzięki niemu, nie mamy jeszcze trzeciej wojny światowej i jeszcze nie wyparowaliśmy. Ale co się odwlecze, to nie uciecze. Prawie wszystkie możliwości odsuwania nadciągającej katastrofy zostały już wyczerpane.

To tylko jeden z możliwych scenariuszy wydarzeń. Ale już słyszę głosy: przecież wiele banków centralnych, a głównie rosyjski i chiński, skupują obecnie całe złoto, jakie jest na rynku. Przypuszcza się, że przygotowują się do wprowadzenia pieniądza opartego na złocie. Czy nie znają tego mechanizmu? Jestem gotów się założyć, że nie znają. Opisu tego mechanizmu nie znajdziecie w żadnym podręczniku. Nie jest on elementem żadnych studiów. Procesy, które zachodzą w ramach obecnego systemu monetarnego nie są obiektem żadnych badań naukowych! Nikt się nimi nie interesuje. Więcej, to temat tabu! Dlatego, tak naprawdę nikt nie rozumie ani przyczyn obecnego kryzysu, ani przyczyn wzrostu zadłużenia, ani postępującego w coraz szybszym tempie zubożenia coraz to wyższych warstw społecznych, ani ściśle z tymi zjawiskami związanej koncentracji kapitału.  Książki, w rodzaju tak szeroko komentowanej (ale nie w naszym kraju) Capital in the Twenty-First Century Pikettyego, opisują jedynie objawy, ale nie przyczyny tych zjawisk. Wprawdzie Piketty trafnie powiedział, że do koncentracji kapitału dochodzi, gdy zyski kapitałowe są większe od wzrostu gospodarczego, ale nie wyjaśnił skąd się one biorą i jaki mechanizm powoduje tan wzrost.

I już na zakończenie. Moim zdaniem zakupy złota przez Rosję i Chiny nie są podyktowane chęcią wprowadzenia, takiego, czy innego, „złotego pieniądza”, który byłby dostępny dla wszystkich. Przypuszczam, że planują wprowadzenie pieniądza opartego na złocie, który służyłby jedynie do rozliczeń międzynarodowych, czegoś w rodzaju rubla transferowego. Coś takiego mogłoby mieć sens. Ale równałoby się to wypowiedzeniu wojny dla USA. Zarówno Rosjanie, jak i Chińczycy, dobrze o tym wiedzą, więc ich zakupy złota traktować należy na równi ze zbrojeniami. Wymowa jest identyczna: nie podskakujcie, traktujcie nas jak równoprawnych partnerów, bo jesteśmy w stanie dać po łapach.

Pustka w głowie

Po długiej przerwie znów siedzę przy klawiaturze mego komputera. Z pustką w głowie. Niewiele brakowało, a nigdy bym już przy niej nie usiadł. Jedynie parę sekund dzieliło mnie od przeniesienia się do Niebytu. Przypadek sprawił, że nadal tu jestem. Od sierpnia były długie miesiące przychodzenia do siebie. W komfortowej klinice, w której nie działały komórki, a kontakt ze światem zewnętrznym ograniczony był do niezbędnego minimum. Wszystko dla spokoju pacjentów. Ale takie ograniczenia to nie dla Polaka, który w dodatku ma trochę pojęcia o technice! Dostęp do Internetu miałem. W składzie personelu były dwie przeurocze i przemiłe pielęgniarki z Polski (ech, gdybym był chociaż o ćwierć wieku młodszy!), które dostarczyły potrzebnych informacji. Ale niewiele z niego korzystałem. Całe dnie, jedynie z przerwami na posiłki, wypełnione były zabiegami, terapiami i podobnymi pierdołami. Od paru dni jestem w domu i odrabiam zaległości. Co nieco jednak do mnie dotarło. Ze wstydem muszę się przyznać, że czasem wieczorem oglądałem telewizję. Zgroza! Normalnie nigdy tego nie robię. Zaraz wyjaśnię, co mnie do tego skłoniło. Wszystko przez Donalda Trumpa. Nie jest tajemnicą, że Twitter stał się właściwie nieoficjalną stroną Białego Domu, na której prezydent publikuje wszystko, co mu aktualnie do głowy przychodzi. Najczęściej nie przychodzi mu nic sensownego, więc media natychmiast się na to rzucają. Ale zdarzają się prawdziwe perły. Taką perłę znalazłem 9 października 2019 roku.

The United States has spent EIGHT TRILLION DOLLARS fighting and policing in the Middle East. Thousands of our Great Soldiers have died or been badly wounded. Millions of people have died on the other side. GOING INTO THE MIDDLE EAST IS THE WORST DECISION EVER MADE IN THE HISTORY OF OUR COUNTRY! We went to war under a false & now disproven premise, WEAPONS OF MASS DESTRUCTION. There were NONE! Now we are slowly & carefully bringing our great soldiers & military home. Our focus is on the BIG PICTURE! THE USA IS GREATER THAN EVER BEFORE!” – Stany Zjednoczone wydały OSIEM BILIONÓW DOLARÓW walcząc i pilnując porządku na Bliskim Wschodzie. Tysiące naszych dzielnych żołnierzy zginęło lub zostało ciężko rannych. Miliony ludzi zginęły po drugiej stronie. WEJŚCIE NA BLISKI WSCHÓD TO NAJGORSZA DECYZJA, JAKA KIEDYKOLWIEK ZAPADŁA W HISTORII NASZEGO KRAJU! Poszliśmy na wojnę pod fałszywym i teraz obalonym założeniem istnienia BRONI MASOWEGO RAŻENIA. Nie było czegoś takiego! Teraz powoli i ostrożnie sprowadzamy naszych dzielnych żołnierzy i wojsko do domu. Koncentrujemy się na WIELKIM CELU! USA SĄ WIĘKSZE NIŻ KIEDYKOLWIEK WCZEŚNIEJ!

Ni mniej, ni więcej, prezydent Stanów zjednoczonych przyznał, że wojny rozpętane przez jego kraj na Bliskim Wschodzie to jedno wielkie oszustwo. Oszustwo, które kosztowało życie milionów ludzi. W tym także naszych żołnierzy. I on zamierza to oszustwo zakończyć, sprowadzając amerykańskich żołnierzy do kraju. Tak naprawdę, ważne jest nie to, co Trump napisał, ale że potwierdził to, co każdy samodzielnie myślący człowiek już dawno wiedział. To był powód, dla którego oglądałem telewizję. Ciekaw byłem komentarzy. NIE BYŁO ŻADNYCH!! Ani słowem nie wspomniano o tym wpisie! Także w Internecie prawie nic nie było. Jedynie parę mało znaczących stron wspominało o tym. Trudno się temu dziwić. Media nie są od tego, żeby głosić idee pokojowe. Są od manipulowania społeczeństwem i szczucia do wojny. Wystarczy sobie przypomnieć jak traktowały poprzednika Trumpa – Obombę. Był ich ulubieńcem! Nic dziwnego, był rekordzistą! Za jego kadencji USA nie zaznały ani jednego dnia pokoju (w końcu pokojową nagrodę Nobla nie dostaje się bez zasług). Trump jest pierwszym od 70 lat prezydentem, który nie rozpętał żadnej wojny. Na cholerę Ameryce taki prezydent! Teraz wylewa się na niego wiadra pomyj za to, że „zdradził” Kurdów. Już nawet nie będę się chwalił tym, że dawno to przewidywałem, bo każdy głupi wiedział, że tak to się skończy. Kurdowie byli jedynie pionkiem na szachownicy i sami się na niej ustawili. Jako niepotrzebna już figura zostali „zbici”. Może wyjaśnijmy sobie trochę to, kim są Kurdowie. Media przedstawiają ich, jako bohaterski naród walczący o wolność. Przede wszystkim nie pasuje do nich słowo „naród”. Lepszym słowem jest „lud”. Są ludem koczowniczym, rozsianym po całym Bliskim Wschodzie. Nigdy nie wykształcili w sobie cech narodu. Silniejsze są u nich więzy rodzinne i klanowe. Nigdy też nie pragnęli własnego państwa. Nie było im ono do niczego potrzebne. Państwa nie zabiera się z sobą na wędrówkę. Idee stworzenia takiego, czy innego, państwa kurdyjskiego wychodziły zawsze od „etatowych” wichrzycieli: Anglii, Francji, USA i Izraela. Nie inaczej było w Syrii. USA, wykorzystując ambicje lokalnych watażków, narobiły im masę obietnic, a media przedstawiały Kurdów, jako dzielnych bojowników, walczących z islamistami. W rzeczywistości niewiele się od nich różnili. Przy okazji walki z Państwem Islamskim dokonywali czystek etnicznych na swojej Ziemi Obiecanej (przez amerykańskiego Boga). Wszystko to pod nosem Turcji, mającej dość problemów ze swoimi kurdyjskimi terrorystami. Rosjanie spokojnie czekali, kiedy Turkom przestanie się to podobać. Kiedy Kurdowie przestali być Amerykanom potrzebni, Turcja miała wolną rękę i postanowiła zakończyć to przedstawienie. W konfrontacji z armią turecką Kurdowie nie mieli żadnych szans, więc z podkulonymi ogonami pobiegli po ochronę do Assada, deklarując, że teraz to już będą wiernymi poddanymi. Na ten moment czekała Rosja. Wymogła na Turcji integralność terytorialną Syrii, gwarantując równocześnie, że Assad umieści Kurdów z dala od tureckiej granicy. W zamian, Turcy będą mogli rozprawić się z kurdyjskimi niedobitkami, a potem przesiedlić na ziemię obiecaną niczyją miliony syryjskich uchodźców, którzy się u nich schronili.

Po raz kolejny okazało się, że nie opłaca się być amerykańskim wasalem. Po Jałcie powinniśmy to zrozumieć. Ale dla nas Jałta kojarzy się jedynie ze Stalinem. Zapominamy, że Amerykanie i Anglicy też tam byli. Ani do naszych decydentów, ani do sporej części narodu, jakoś nie chce to dotrzeć. Jesteśmy przez USA wykorzystywani do drażnienia Rosyjskiego niedźwiedzia i wciągani w ich brudne wojny. Ruscy jakoś nie chcieli, żebyśmy pomagali im w Afganistanie, a nasi ówcześni przywódcy, rzekomo wchodzący im bez mydła, też tego nie proponowali. Przerażenie ogarnia mnie, gdy widzę w różnych komentarzach i słyszę w prywatnych rozmowach, jak wielu naszych rodaków marzy o wyprawie na Rosję – na białym koniku i z szabelką w ręce! Jak wielki posłuch znajdują u nas brednie o zagrożeniu rosyjskim atakiem! Być może niedługo zostaniemy sam na sam z inną amerykańską marionetką – Ukrainą i jej uzbrojonymi przez Amerykanów faszystowskimi bojówkami. Ciekaw jestem, kto wtedy będzie nas bronić! Nasza zniszczona armia i „Volkssturm” Macierewicza? Nie pozostanie nam nic innego, jak z podkulonymi ogonami biec po pomoc do Putina. Zachód z pewnością znowu się na nas wypnie.

 

Wyobrazić sobie niewyobrażalne cz. 6b

Nie wiem ile osób zwróciło uwagę na jedno drobne zdanie w moim poprzednim wpisie o Gesellu. To mianowicie, że wynikiem jego reform byłaby gospodarka rynkowa bez kapitalizmu. Już widzę powszechne zdziwienie. Co ja tu za bzdury wypisuję! Przecież kapitalizm TO JEST gospodarka rynkowa, a nawet wolnorynkowa! Nic bardziej błędnego! Są to dwie zupełnie odrębne rzeczy. Więcej, kapitalizm jest nawet wrogiem gospodarki wolnorynkowej! Teraz pewnie wszyscy myślą, że już zupełnie oszalałem. Nie dziwię się. Musimy jednak na chwilę zapomnieć o wszystkich „prawdach” wbijanych nam przez lata w szkole, na studiach i w mediach, podejść do nich krytycznie i zacząć samodzielnie myśleć. Nie jestem wielbicielem Wikipedii. Z zaufaniem możemy w niej podejść jedynie do haseł z zakresu nauk ścisłych. Ale nawet Wikipedia pisze wyraźnie : Błędem jest jednak używanie pojęcia „gospodarka rynkowa” w charakterze synonimu kapitalizmu, bowiem „rynki nie są (…) unikatowe dla kapitalizmu i nie ma w nich nic nieodłącznie kapitalistycznego”. Cytat ten pochodzi ze źródła zachodniego, z renomowanego amerykańskiego uniwersytetu w Stanford, więc trudno tu mówić o jakiejś lewicowości, ideologicznym zaślepieniu czy (tak powszechnie u nas widzianym) lewactwie. Mam nadzieję, że ziarno zwątpienia zostało już zasiane…

Ale dlaczego kapitalizm (we właściwym rozumieniu tego słowa!) jest wrogiem gospodarki wolnorynkowej? Ano dlatego, że koncentracja kapitału, spowodowana wykładniczym wzrostem dochodów kapitałowych, wymusza wręcz powstawanie monopoli, które są przeciwieństwem wszelkiej gospodarki rynkowej. Popatrzmy na światową gospodarkę. Wolny rynek istnieje w niej jeszcze jedynie w branżach, które powstawały w czasach, gdy koncentracja kapitału nie była tak duża. Nowo powstałe firmy musiały latami, powoli rozwijać się i bezsilnie patrzeć jak powstaje i rozwija się konkurencja. Ale obecnie i w tych branżach małe firmy upadają lub są przejmowane przez duże, dochodzi też do fuzji dużych firm – powstaje więc coraz więcej monopoli. Najbardziej jaskrawym przykładem jest branża komputerowo-internetowa, która powstała względnie niedawno (i nadal jeszcze powstaje). Powstała w czasach o dużej koncentracji kapitału. Czy jest to gospodarka (wolno)rynkowa? Absolutnie nie! Jaką konkurencję mamy w systemach operacyjnych, w oprogramowaniu biurowym, w bankach danych, w oprogramowaniu dla księgowości, w sklepach internetowych, w sieciach społecznościowych, w wyszukiwarkach internetowych, w… kończ waść, bo do jutra nie skończysz! Wszędzie mamy tu do czynienia z samymi monopolami. Jaka jest przyczyna tego stanu rzeczy? Oczywiście jest to w pewnym stopniu specyfika nowej branży i nowego działu gospodarki. Oprogramowanie dostępne jest od razu na całym świecie, ale najpierw trzeba je napisać, co wymaga ogromnych pieniędzy i czasu. W wielu wypadkach konieczna jest jednak infrastruktura, którą trzeba na całym świecie zbudować, i która także kosztuje bajońskie sumy. Proces ten przyspiesza koncentracja kapitału, będąca wynikiem wykładniczego wzrostu dochodów kapitałowych, w ostatnim czasie dodatkowo zwiększona przez banki centralne programami typu Quantitative Easing. Przez świat przelewają się obecnie niewyobrażalne wprost ilości kapitału poszukujące jakiejkolwiek inwestycji. W poprzednim wpisie o Gesellu wspominałem o Warrenie Buffecie, który nie wiedział, gdzie zainwestować 100 miliardów dolarów. Takie problemy mają teraz praktycznie wszyscy inwestorzy. Paradoksalnie, problemem jest w tej chwili nie brak kapitału, ale jego nadmiar! Jeśli na horyzoncie pojawi się jakaś nowa możliwość inwestycji, chociażby nawet złudna, natychmiast wszyscy się na nią rzucają i dosłownie zasypują kapitałem. Przykładem z ostatniego czasu jest Uber. Ile czasu potrzebował, aby stać się światowym monopolistą? Parę miesięcy! Dzięki kopniakowi w postaci ogromnej ilości kapitału, znalazł się na mecie, zanim konkurencja zdążyła nie tylko wystartować, ale w ogóle ustawić się na starcie! W prawdziwej gospodarce wolnorynkowej musiałby mozolnie budować swoją pozycję na rynku i konkurować z innymi firmami.

Przejdźmy teraz do następnego pojęcia, czyli kapitalizmu. Już raz pisałem o tym w moim wstępie. Teraz może rozwinę ten temat.

Może na początek weźmy pod lupę definicję z Wikipedii: „Kapitalizm – system gospodarczy oparty na prywatnej własności środków produkcji i w konsekwencji czerpania z nich zysku, oraz na swobodnym obrocie dobrami w ramach wolnego rynku; stąd też gospodarka kapitalistyczna nazywana jest również gospodarką wolnorynkową. Swoboda działalności na rynku przejawia się w postaci wolnej przedsiębiorczości, wolnego obrotu towarami i usługami, swobodnego obrotu prawami własności, istnienia sprawnych instytucji finansowych oraz na wolnej konkurencji pomiędzy podmiotami”. Nasz praszczur, pierwszy homo sapiens, nie znał jeszcze pojęcia własności, nie tylko prywatnej, ale własności, jako taka, ale nie zmienia to faktu, że zaostrzony kij, prawdopodobnie pierwszy środek produkcji, był jego własnością. Najprawdopodobniej, jeśli tym kijem wygrzebał tyle smakowitych korzonków, że mu one obrzydły, to wymieniał je z innym sapiensem na jagody, które tamten uzbierał, i na które nie mógł już patrzeć. Chyba wszyscy zgodzimy się, że w świetle powyższej definicji, był to kapitalizm i wolny rynek. Nie inaczej było w następnych wiekach, gdy drewniany kij zamienił się w kamienne narzędzia, potem narzędzia z brązu i w końcu z żelaza. Jeśli komuś powiemy, że panował wtedy kapitalizm, to popuka się w głowę. I będzie miał rację! No to może później, gdy powstały prywatne młyny, kuźnie i warsztaty tkackie? Gdy pojawiła się już praca najemna? Także wszystko było w zgodzie z definicją, ale znowu pukanie się w głowę. Ale przyjrzyjmy się jeszcze raz definicji, może coś przeoczyliśmy? Wszystkie występujące w niej elementy występowały już od początku istnienia człowieka, albo powstały w wiekach późniejszych, co do których wszyscy są jednak zgodni, że nie był to jeszcze kapitalizm. Za wyjątkiem jednego: istnienia sprawnych instytucji finansowych! Możemy zatem pominąć wszystkie inne elementy, gdyż nie są one wyłączną cechą kapitalizmu, i zostawić tylko ten jeden. Ten jeden element istnieje od względnie krótkiego czasu i paradoksalnie, jego istnienie zbiega się w czasie z powstaniem tego, co określamy jako kapitalizm. Czyżby zatem jedynie istnienie tylko tego jednego elementu jest warunkiem koniecznym i wystarczającym, żeby powiedzieć: teraz mamy kapitalizm?

Zanim odpowiemy sobie na to pytanie, zajrzyjmy do innego, trochę bardziej wiarygodnego źródła – encyklopedii PWN. Definicja kapitalizmu jest tam dużo obszerniejsza i znajdziemy tam: „kapitalizm [łac.], system społeczno-gospodarczy oparty na własności prywatnej, wolności osobistej i swobodzie zawierania umów; procesy gospodarcze w kapitalizmie, począwszy od rewolucji przemysłowej, są regulowane głównie przez rynki: dóbr i usług, pracy, kapitałowy; władza polityczna może być sprawowana w różnych formach: od dyktatury do demokracji; najważniejszą cechą kapitalizmu jest zdolność do ciągłego generowania i szybkiego upowszechniania zmian we wszystkich sferach życia społecznego; pojęcie kapitalizmu upowszechniło się w 2. połowie XIX w. w związku z pracami K. Marksa; do ekonomii wprowadził je W. Sombart”. Dalszy, obszerny tekst ma niewiele wspólnego z definicją definicji; jest raczej opisem efektów funkcjonowania kapitalizmu. Ale początkowa część, którą uznać możemy za definicję, też zawiera wyżej wspomniane elementy z prywatną własnością na czele. Definicja zawiera jednak pewne sprzeczności. Z jednej strony ma to być system oparty na wolności osobistej, z drugiej, może on funkcjonować także w dyktaturach. Przecież jedno wyklucza drugie! Podobnie jak w pierwszej definicji, znajdziemy tu także elementy, które istniały w czasach przed kapitalizmem: „procesy gospodarcze w kapitalizmie, począwszy od rewolucji przemysłowej, są regulowane głównie przez rynki: dóbr i usług, pracy, kapitałowy”. Rynki dóbr, usług i pracy istniały odtąd, odkąd ludzie zaczęli wymieniać się dobrami, a więc nawet nie od stu- ale od tysiącleci. Ale jeden rynek pojawia się równocześnie z kapitalizmem – rynek kapitałowy! I w jednej, i w drugiej definicji, mamy zatem ten sam element wspólny, który pojawił się wraz z kapitalizmem: rynek kapitałowy, prowadzony przez sprawne instytucje finansowe. Pozostałe elementy istniały praktycznie „od zawsze”, można je zatem spokojnie pominąć, gdyż nie są one charakterystyczne dla kapitalizmu.

Skupmy się zatem na tym elemencie. Co wyróżnia epokę rewolucji przemysłowej od poprzednich epok? Wielkość podmiotów gospodarczych. Jak to krótko i dosadnie ujął Marks: „Die Handmühle ergibt eine Gesellschaft mit Feudalherren, die Dampfmühle eine Gesellschaft mit industriellen Kapitalisten” – ręczne żarna to społeczeństwo feudalne, młyn z napędem parowym to społeczeństwo przemysłowego kapitalizmu (MEW, Bd. 4, S. 130).

Drobne wyjaśnienie. W Internecie nigdzie nie znalazłem pełnego polskiego wydania dzieł Marksa i Engelsa. Cytować więc będę z oryginału niemieckiego, obejmującego wszystkie dzieła Marksa i Engelsa, dostępnego tutaj. Moje tłumaczenia mogą odbiegać od wydania polskiego.

Ktoś może powiedzieć, że przecież w okresie feudalizmu nie istniała jeszcze maszyna parowa, więc to jej wynalazek uruchomił rewolucje przemysłową. To prawda, ale nie do końca. Jeszcze w okresie feudalizmu powstawały zakłady, które wielkością niewiele odbiegały od tych z okresu rewolucji przemysłowej. Różnica tkwi nie tylko w ich wielkości, ale w sposobie ich finansowania. W okresie feudalizmu inwestor musiał posiadać pieniądze potrzebne do budowy. Skok wielkościowy w okresie rewolucji przemysłowej umożliwił kredyt. „Ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic, to razem właśnie mamy tyle, w sam raz tyle, żeby założyć wielką fabrykę” – jak to określili bohaterowie „Ziemi obiecanej”. Ale przecież pieniądze pożyczano od zawsze, gdzie tu różnica pomiędzy epokami? Różnica znowu tkwi w wielkości. W poprzednich epokach pożyczano od kogoś, kto sam posiadał pieniądze. Rewolucję przemysłową umożliwiło powstanie właśnie instytucji finansowych i rynku kapitałowego. Instytucje finansowe najczęściej same nie posiadały potrzebnej ilości kapitału, zbierały go one od wielu ludzi – setek, a nawet tysięcy. Czyli na rynku kapitałowym. Tym, co zachęcało posiadaczy kapitału do jego zainwestowania, było oczywiście oprocentowanie. Instytucje finansowe, czyli najczęściej banki, były zatem pośrednikami pomiędzy wieloma posiadaczami kapitału, a potencjalnymi kredytobiorcami.

Tutaj znowu potrzebne jest wyjaśnienie. Czasem piszę pieniądze, czasem kapitał. Dlaczego? Tutaj znowu musimy sięgnąć do Marksa. „Geld als Geld und Geld als Kapital unterscheiden sich zunächst nur durch ihre verschiedene Zirkulationsform.” – pieniądze, jako pieniądze i pieniądze, jako kapitał, różnią się pomiędzy sobą sposobem cyrkulacji (w obiegu gospodarczym) (MEW 23, 161).
Die unmittelbare Form der Warenzirkulation ist W – G – W, Verwandlung von Ware in Geld und Rückverwandlung von Geld in Ware, verkaufen, um zu kaufen. Neben dieser Form finden wir aber eine zweite, spezifisch unterschiedene vor, die Form G – W – G, Verwandlung von Geld in Ware und Rückverwandlung von Ware in Geld, kaufen, um zu verkaufen. Geld, das in seiner Bewegung diese letzte Zirkulation beschreibt, verwandelt sich in Kapital, wird Kapital und ist schon seiner Bestimmung nach Kapital.“ – Główną formą obrotu towarowego jest T- P – T, zamiana towaru w pieniądz i powtórna zamiana pieniądza w towar, sprzedawać, aby kupować. Obok tej formy istnieje jeszcze inna, różna od niej forma P – T – P, zamiana pieniądza w towar i odwrotna zamiana towaru w pieniądz, kupować, aby sprzedawać. Pieniądze, opisane w drugim przykładzie, przekształcają się w kapitał, stają się kapitałem i ich przeznaczeniem jest bycie kapitałem (MEW 23, 162). Mówiąc inaczej, pieniądze, których przeznaczeniem nie jest konsumpcja, ale jedynie ich pomnażanie, są kapitałem.

Tutaj kolejna dygresja, konieczna, aby uspokoić wzburzonych czytelników. To wszystko jeszcze NIE JEST MARKSIZM!!! W odróżnieniu od krajów zachodnich, gdzie do Marksa i jego myśli, podchodzi się racjonalnie, u nas podchodzi się do niego histerycznie. Jakiekolwiek powoływanie się na Marksa, wywołuje u nas straszliwy jazgot i najgorsze wyzwiska. Czy nam się to podoba, czy nie, Marks wniósł ogromny wkład do myśli ekonomicznej i społecznej. Nikt zdrowy na umyśle nie ma prawa mu tego odmówić. Rzeczy, które dla nas są oczywistymi oczywistościami, w okresie życia Marksa nie były tak oczywiste. Marks żył w początkowym okresie rewolucji przemysłowej i początkach tego, co nazywamy kapitalizmem. To ON PIERWSZY opisał wiele elementów i procesów, stworzył też wiele pojęć opisujących nowy system. Pojęć, które dziś powszechnie używamy, których kompletnie z nim nie kojarzymy i przez myśl nam nie przejdzie, że on jest ich twórcą! Przykład? Proszę bardzo. Marks uważał, że praca jest towarem. Towarami handluje się na rynkach, więc stworzył pojęcie rynku pracy. Słyszymy to codziennie. Każdego, kto będzie wam pierdzielił o rynku pracy, możecie zwyzywać od marksistów! Tak na marginesie, w terminie „rynek pracy” jest tyle prawdy, co w powiedzonku, że „pieniądze pracują”. Pracują ludzie, a na rynku pracy nie handluje się pracą, ale tymi, którzy ją wykonują. Teraz pewnie wielu czytelnikom skoczyło ciśnienie. Nie chcę mieć nikogo na sumieniu, dlatego proszę otworzyć okno, usiąść wygodnie, zrobić parę głębokich oddechów, wypić szklankę wody (przez „o”, nie przez „ó”) i nie przerywać czytania, bo do krytyki Marksa i marksizmu zaraz dojdziemy.

Chyba ciśnienie opadło, więc jedziemy dalej…

Mam nadzieję, że teraz wszyscy zrozumieli, że rewolucja przemysłowa była możliwa dzięki szeregowi wydarzeń: wynalazkowi maszyny parowej, nowych metod wytopu stali i powstaniu instytucji finansowych, które z będących w obiegu pieniędzy utworzyły ich nową formę – kapitał, czyli pieniądze, których przeznaczeniem nie był zakup towarów lub usług, lecz jedynie obrót nimi. Ktoś powie na pewno, że przecież bankierzy istnieli już wcześniej i także dysponowali kapitałem. Tak, to prawda, ale był to jedynie ich własny kapitał, nie pośredniczyli w jego zbieraniu, ich działalność miała charakter lokalny i obracali względnie niewielkimi sumami. Różnica jest głównie w skali, sposobie działania i instytucjonalizacji, jako nowej (obok przemysłu) gałęzi gospodarki. Gałęzi, która umożliwiła finansowanie nowych zakładów przemysłowych, budowę linii kolejowych, dróg i mostów. Musimy sobie jasno powiedzieć, że rewolucja przemysłowa nie byłaby możliwa bez powstania nowych instytucji finansowych. Umożliwiło ją powstanie kapitału, czyli kapitalizmu. Teraz chyba rozumiemy, że kapitalizm nie tylko etymologicznie wywodzi się od kapitału.

Ale nowa gałąź gospodarki musi się czymś „żywić”. Ludzie, którzy ją tworzyli, bynajmniej nie byli altruistami, nie działali za „Bóg zapłać”! Zapłatą za ich działalność było (i nadal jest) oprocentowanie kredytów. Jak niszczycielska dla gospodarki, środowiska i społeczeństwa jest owa „zapłata”, dużo już pisałem. Nie będę się powtarzać. Miało być o Gesellu i o krytyce marksizmu, więc zostawmy na chwilę definicję kapitalizmu i przejdźmy wreszcie do tego.

Gesell był wielkim krytykiem Marksa. Wprawdzie przejął od niego laborystyczną teorię wartości i zgadzał się z nim w kwestii podziału społeczeństwa na bogatych i biednych, i podobnie jak Marks chciał ten podział zwalczyć. Jednak miał całkowicie odmienny pogląd na przyczyny tego podziału. Nietrudno się domyślić, że dla Marksa podział ten przebiegał na linii posiadania i nieposiadania środków produkcji. Dla Gesella na linii posiadania i nieposiadania kapitału. U Gesella, posiadacze środków produkcji byli po tej samej stronie linii podziału, co pracujący u nich robotnicy. Byli (i dalej są) zależni od kapitału. Przede wszystkim jednak, Gesell kompletnie odrzucał podejście Marksa do pieniędzy. Marks przejął je od klasyków i traktował pieniądze, jako doskonały ekwiwalent towarów i jako idealny środek wymiany. Nie miał pieniądzom nic do zarzucenia i nie kwestionował sposobu ich funkcjonowania w gospodarce. Pieniądze, same w sobie, nie stanowiły dla niego jeszcze kapitału i nie były zatem źródłem wartości dodatkowej. Tym źródłem była dla Marksa jedynie praca i środki produkcji, czyli procesy produkcyjne. Chociaż takie proste to też nie jest.

W swoim piśmie „Die Ausbeutung, ihre Ursachen und ihre Bekämpfung“ – Wyzysk, jego przyczyny i jego zwalczanie, Gesell krótko opisał różnice pomiędzy nim, a Marksem:
Zwei Theorien streiten heute um Anerkennung in den Kreisen der Ausgebeuteten:

  1. die Theorie, wonach im Privatbesitz an den Produktionsmitteln schlechthin der Grund der Ausbeutung zu suchen ist, und
  2. die Theorie, wonach die Ausbeutung eine Folge unseres fehlerhaften Geld und Bodenrechtes ist.

Nach der einen Theorie erfolgt die Ausbeutung direkt und ausschließlich bei der Arbeit, in der Fabrik, auf dem Felde. Nach der anderen erfolgt sie bei der Benutzung des Bodens und beim Tausche der Arbeitsprodukte mittels des Geldes, sowie bei allen Darlehen, wobei auch das Verhältnis des Arbeitnehmers zum Arbeitgeber als Darlehensverhältnis behandelt wird, ebenso wie das des Mieters und Vermieters.” – dwie teorie konkurują dzisiaj o względy wyzyskiwanych:

  1. Teoria, według której posiadanie środków produkcji jest źródłem wyzysku, i
  2. Teoria, według której wyzysk jest konsekwencją wadliwego systemu monetarnego i takoż wadliwego prawa do ziemi.

Według pierwszej teorii do wyzysku dochodzi wyłącznie w czasie pracy w fabryce i na polu. Według drugiej, w czasie korzystania z ziemi i przy wymianie owoców pracy przy pomocy pieniędzy oraz poprzez udzielanie kredytów, przy czym stosunek pracodawcy i pracobiorcy musi być widziany tak, jak stosunek kredytodawcy do kredytobiorcy, podobnie jak najemcy i wynajmującego (tłumaczenie moje).
Dalej precyzuje:
Die zuerst genannte Theorie fordert in folgerichtiger Anwendung die Abschaffung des Privateigentums, und damit auch die der Privatwirtschaft, der Selbstverantwortung. Die Verteilung der Produkte erfolgt durch den Staat, der die Produktion leitet. Die Grundsätze, nach denen die Verteilung erfolgen soll, werden gesetzlich geregelt.
Nach der anderen Theorie braucht es solcher Eingriffe nicht. Es genügt, wenn der Boden und das Geld «sozialisiert» werden. Das Übrige besorgt dann zwangsläufig, automatisch, die nun wirklich freie, zu ihrer Ordnung gelangte, den eigenen Gesetzen folgende Wirtschaft. Die Ausbeutung ist nach dieser Theorie ein Produkt gewaltsamer Eingriffe in die natürliche, von selbst sich ergebende Ordnung der Wirtschaft. Mit der Beseitigung dieser Eingriffe muß auch die Ausbeutung fallen.” – logiczną konsekwencją pierwszej teorii jest zniesienie własności prywatnej, i co za tym idzie odebranie prywatnej gospodarce prawa decydowania o sobie. Produkty są rozdzielane przez państwo, które kieruje także produkcją. Reguły tego rozdzielania uregulowane są ustawowo.
Według drugiej teorii taka ingerencja nie jest potrzebna. Wystarczy, że ziemia i pieniądze zostaną uspołecznione. Cała reszta zostanie automatycznie wymuszona poprzez, od tego momentu wolną, gospodarkę, kierującą się własnym, wewnętrznym porządkiem i prawami. Wyzysk, jest według tej teorii, wynikiem wymuszonej siłą ingerencji w naturalny, wynikający z samego siebie, porządek gospodarczy. Usuwając tę ingerencję, usunięty zostanie także wyzysk (tłumaczenie moje). Brzmi pięknie, ale ciarki przechodzą mi trochę po plecach, bo zdawanie się jedynie na „prawa rynku” (jakoby takowe w ogóle istniały!), za bardzo mi śmierdzi neoliberalizmem. No, ale Gesell nawet nie przypuszczał, że coś takiego jak neoliberalizm kiedyś powstanie.

Paradoksalnie Gesell wykorzystuje samego Marksa dla poparcia swoich tez:
Die Freigeldlehre geht ebenfalls bei ihren Untersuchungen über die Natur des Kapitals von der Marxschen Formel des Tausches aus. G-W-G’, d. h. Geld-Ware-Mehrgeld. Sie setzt aber nicht, wie Marx es tut, kritiklos voraus, daß das Geld ein vollkommenes Aequivalent der Waren sei, sondern findet in der von Marx selbst formulierten allgemeinen Gestaltung des Tausches den Beweis, daß das Geld mehr ist als ein Aequivalent. Die Marxsche Formel G-W-G’ ist für sie unmittelbarer Beweis, daß das Geld ein selbständiges Kapital ist, daß das G’ nicht Produkt einer ewig wiederholten Prellerei ist, sondern Ergebnis einer Ueberlegenheit des Geldbesitzers über den Warenbesitzer, also Produkt eines wirtschaftlichen Machtfaktors.” – Także teoria wolego pieniądza korzysta w swoich badaniach nad naturą kapitału z marksistowskiej formuły P-T-P’, czyli Pieniądze-Towar-więcej Pieniędzy. Ale inaczej niż Marks, nie zakłada ona bezkrytycznie, że pieniądz jest ekwiwalentem towaru, ale widzi, w sformułowanym przez Marksa procesie wymiany, dowód na to, że pieniądz jest więcej niż ekwiwalentem. Marksistowska formuła P-T-P’, jest bezpośrednim dowodem na to, że pieniądz jest samodzielnym kapitałem, że P’ nie jest wynikiem wiecznie powtarzanego oszustwa, ale wynikiem przewagi posiadacza pieniędzy nad posiadaczem towaru, czyli efektem siły gospodarczej (tłumaczenie moje). Za pieniądze kupowane są surowce i półprodukty, które poprzez wkład pracy zyskują na wartości i tworzą produkt końcowy, który można zamienić na większą sumę pieniędzy.

Ale Marks i Gesell najbardziej różnią się w kwestii podejścia do oprocentowania. Dla Marksa nie stanowi ono problemu. W trzeciej części Kapitału pisze on: „Geld – hier genommen als selbständiger Ausdruck einer Wertsumme, ob sie tatsächlich in Geld oder Waren existiere – kann auf Grundlage der kapitalistischen Produktion in Kapital verwandelt werden, und wird durch diese Verwandlung aus einem gegebenen Wert zu einem sich selbst verwertenden, sich vermehrenden Wert. Es produziert Profit, d.h. es befähigt den Kapitalisten, ein bestimmtes Quantum unbezahlter Arbeit, Mehrprodukt und Mehrwert, aus den Arbeitern herauszuziehn und sich anzueignen. Damit erhält es, außer dem Gebrauchswert, den es als Geld besitzt, einen zusätzlichen Gebrauchswert, nämlich den, als Kapital zu fungieren. Sein Gebrauchswert besteht hier eben in dem Profit, den es, in Kapital verwandelt, produziert. In dieser Eigenschaft als mögliches Kapital, als Mittel zur Produktion des Profits, wird es Ware, aber eine Ware sui generis. Oder was auf dasselbe herauskommt, Kapital als Kapital wird zur Ware” – pieniądze – tutaj rozumiane pod postacią wartości wyrażonej w pieniądzach albo w towarach – mogą być przekształcone w kapitał poprzez kapitalistyczny system produkcji i z danej wartości przekształcić się w ten sposób w samowykorzystującą i samopomnażającą się wartość. Wytwarzać zysk, to znaczy pozwalać kapitalistom na odebranie robotnikom i zawłaszczenie pewnej ilości niezapłaconej pracy, wytworzonego produktu i wartości dodatkowej. W ten sposób, oprócz wartości użytkowej, którą posiadają jako pieniądze, otrzymują dodatkową wartość, mianowicie zdolność funkcjonowania jako kapitał. Ich wartość użytkowa polega właśnie na zysku, który wytwarzają po przekształceniu się w kapitał. Poprzez możliwość stania się kapitałem, sposobem generowania zysku, przekształcają się w towar, ale w towar szczególnego rodzaju. Albo, co wychodzi na to samo, kapitał, jako kapitał, staje się towarem (MEW 25, 350) (tłumaczenie moje). Dalej następuje długi, a skomplikowany przykład, w którym Marks, przy założeniu rocznej stopy zysku w wysokości 20%, zakłada, że pożyczony kapitał w wysokości 100 Funtów, przyniesie 20 Funtów zysku. Z tej sumy dłużnik „odpala” wierzycielowi 5 Funtów. Marks wyjaśnia to w ten sposób: „Der Teil des Profits, den er ihm zahlt, heißt Zins, was also nichts ist als ein besondrer Name, eine besondre Rubrik für einen Teil des Profits, den das fungierende Kapital, statt in die eigne Tasche zu stecken, an den Eigner des Kapitals wegzuzahlen hat.” – Część zysku, którą mu płaci, nazywa się oprocentowaniem, co jest niczym innym jak specjalną nazwą, specjalną rubryką dla części zysku, który kapitał inwestycyjny, zamiast wkładać do własnej kieszeni, musi spłacić właścicielowi kapitału (MEW 25, 351) (tłumaczenie moje).

Wszystko to ładnie, pięknie, ale każdy, kto kiedykolwiek brał kredyt na jakąś inwestycję od razu powie, że w umowie nie było nic na temat części zysku. W umowie było jedynie oprocentowanie, które TRZEBA zapłacić niezależnie od tego, czy się jakiś zysk wypracuje, czy nie!

W tym momencie musimy sobie wyjaśnić różnice pomiędzy poszczególnymi formami inwestycji kapitałowych. Są ich dwie główne formy: kredyt, albo udziały. Udzielając kredytu, udzielamy go na określony czas i na określone oprocentowanie, które MUSI być zapłacone. Przynajmniej w teorii, nie nabywamy w ten sposób prawa do współzarządzania firmą. Stając się udziałowcem, także udzielamy kredytu, ale na niegraniczony okres czasu i nabywamy prawo do współdecydowania w firmie – stajemy się jej współwłaścicielami, ale ponosimy także związane z tym ryzyko. Zysk, będący oprocentowaniem tego kredytu, może nam być wypłacony, ale nie musi. Nie, nie pomyliłem się! Zysk, a dokładniej stopa zysku, jest niczym innym, jak wysokością oprocentowania kapitału własnego, czyli naszych udziałów w firmie. Właśnie przyszło mi do głowy, że w ten sposób można by zdefiniować wartość dodatkową – jako oprocentowanie, płacone przez pracowników. Niech się marksiści nad tym głowią. Mam nadzieję, że każdy zauważył wyższość kredytu nad udziałami. Kredyt i jego oprocentowanie MUSI być spłacone, dywidenda niekoniecznie.

Marks i marksiści kompletnie pomijają także funkcję pieniądza w gospodarce i jego możliwości wpływania na nią. Paradoksalnie Marks widzi to, ale kompletnie nie kontynuuje tego tematu. Pisze: „Es ist klar, daß der Besitz der 100 Pfd. St. ihrem Eigner die Macht gibt, den Zins, einen gewissen Teil des durch sein Kapital produzierten Profits, an sich zu ziehn. Gäbe er dem andern die 100 Pfd.St. nicht, so könnte dieser den Profit nicht produzieren, überhaupt nicht mit Beziehung auf diese 100 Pfd. St. als Kapitalist fungieren.” – jasne jest, że posiadanie owych 100 Funtów daje ich posiadaczowi władzę domagania się wypłaty części zysku, wypracowanego przez jego kapitał. Gdyby nie dał tych 100 Funtów do dyspozycji, nie mogłyby one wytwarzać zysku i nie mogłyby być traktowane, jako kapitał (MEW 25, 351) (tłumaczenie moje).

Marks mówi tu dokładnie o tym samym, o czym mówi Gesell!! Nie można przejść do porządku dziennego i pominąć nacisk kapitału na wypłatę odsetek. Jest to główny konflikt pomiędzy nie tylko gospodarką a kapitałem, ale także państwem i kapitałem, a co za tym idzie pomiędzy całym społeczeństwem a kapitałem! Obowiązujący obecnie neoklasyczny model ekonomii zaprzecza istnieniu takiego konfliktu, Marks, a za nim marksiści, praktycznie ignorują go. To wprost nie do wiary, ale w Kapitale Marksa znajdziemy zdania, które spokojnie mogłyby pochodzić z ruchu Occupy Wall Street albo podobnego: „Das Kreditsystem, das seinen Mittelpunkt hat in den angeblichen Nationalbanken und den großen Geldverleihern und Wucherern um sie herum, ist eine enorme Zentralisation und gibt dieser Parasitenklasse eine fabelhafte Macht, nicht nur die industriellen Kapitalisten periodisch zu dezimieren, sondern auf die gefährlichste Weise in die wirkliche Produktion einzugreifen – und diese Bande weiß nichts von der Produktion und hat nichts mit ihr zu tun. Die Akte von 1844 und 1845 sind Beweise der wachsenden Macht dieser Banditen, an die sich die Finanziers und stock-jobbers anschließen.” – System kredytowy, skupiony w rzekomo narodowych bankach, dużych firmach pożyczkowych i skupionych wokół nich spekulantach, jest ogromną władzą centralną i daje tej pasożytniczej klasie bajeczną moc, nie tylko okresowo dziesiątkować kapitalistów przemysłowych, ale w najbardziej niebezpieczny sposób interweniować w realną produkcję – a ta banda nie wie nic o produkcji i nie ma z nią nic wspólnego. Akty z 1844 i 1845 roku są dowodem rosnącej potęgi tych bandytów, do których dołączeni są finansiści i maklerzy giełdowi (MEW 25, 560) (tłumaczenie moje). Musiałem to dwa razy przeczytać, bo nie wierzyłem własnym oczom! Zdziwienie wywołuje fakt, że Marks spokojnie dalej pastwi się nad posiadaczami środków produkcji, a nie nad ich gnębicielami!!

Marks i Gesell różnią się także w poglądzie na to, co jest źródłem oprocentowania. Marks widzi go w wyzysku pracy najemnej. Gesell twierdzi, że nie jest to ani wyzysk pracowników ani właścicieli środków produkcji, ale po prostu przewaga pieniądza nad nimi. Przewaga, która nie ma nic wspólnego z własnością środków produkcji. Gesell pisze: „In Übereinstimmung mit obiger Anschauung müssen die Marxfreunde die Quelle des Zinses (Mehrwert) in der Fabrik, auf alle Fälle in der Trennung des Arbeiters von seinen Arbeitsmitteln suchen, und sie wähnen, sie auch dort festgelegt zu haben. Ich werde nun zeigen, daß der Zins völlig unabhängig vom Privateigentum an den Produktionsmitteln ist, daß er auch dort besteht, wo es keine besitzlose Menge (Proletariat) gibt und gab, und daß Sparsamkeit, Ordnung, Fleiß und Tüchtigkeit niemals den Zins entscheidend beeinflußt haben. Im Widerspruch zu dieser Kapitaltheorie werde ich zeigen, daß der Zins in unserem uralten, aus der Zeit der Babylonier, Hebräer, Griechen und Römer stammenden Gelde wurzelt und durch dessen körperliche oder gesetzlich erlangte Vorzüge geschützt ist” – Zgodnie z powyższym poglądem, zwolennicy Marksa muszą poszukiwać źródła oprocentowania (wartości dodanej) w fabryce, w każdym razie w oderwaniu pracownika od środków produkcji, i uważają, że tam je znaleźli. Pokażę teraz, że oprocentowanie jest całkowicie niezależne od prywatnej własności środków produkcji, że istnieje również tam, gdzie nie było wywłaszczonych mas (proletariatu), a oszczędność, porządek, pracowitość i solidność nigdy zdecydowanie nie wpłynęły na oprocentowanie. Wbrew tej teorii o kapitale pokażę, że oprocentowanie jest zakorzenione w naszych pieniądzach, wywodzących się ze starożytnych czasów Babilończyków, Hebrajczyków, Greków i Rzymian, a jego przywileje chronione są fizycznie i prawnie (Natürliche Wirtschaftsordnung, Strona. 245) (tłumaczenie moje).

Tutaj bym się z Gesellem nie do końca zgodził. Myli on tutaj proces tworzenia wartości (także wartości dodatkowej) i proces jej zawłaszczania. Posiadanie środków produkcji jest w tym wypadku warunkiem koniecznym do zawłaszczenia sobie części, wytworzonej w procesie produkcyjnym, wartości. Ale dotyczy to jedynie zysku, czyli oprocentowania kapitału własnego, w wypadku kapitału obcego, Gesell ma całkowitą rację.

Ale Gesell nie ignoruje wywłaszczenia pracowników ze środków produkcji. Idzie dalej. Marks jedynie stwierdza fakt, Gesell wyjaśnia przyczyny. Według niego pozbawienie pracowników środków produkcji, wynika z konstrukcji naszego systemu monetarnego:
Unser herkömmliches Geld hat also die für die Ausbeutungstheorie unentbehrlichen Proletariermassen geschaffen und diese gegen alle natürlichen Auflösungsmächte wirksam verteidigt. Um vollständig zu sein, muß darum die Ausbeutungstheorie noch einen Schritt weiter zurückgreifen und den Zins nicht in der Fabrik, im Privatbesitz der Produktionsmittel, sondern weiter zurück, beim Tausch der Arbeitserzeugnisse gegen Geld suchen. Die Trennung des Volkes von seinen Arbeitsmitteln ist nur eine Folge, nicht die Ursache des Zinses” – Nasz konwencjonalny pieniądz stworzył w ten sposób masy proletariackie, niezbędne dla teorii (mechanizmu) eksploatacji i skutecznie bronił jej przed wszystkimi naturalnymi siłami mogącymi ją zakłócić. Aby być kompletną, teoria eksploatacji musi iść o krok dalej i szukać oprocentowania nie w fabryce, w prywatnym posiadaniu środków produkcji, ale dalej wstecz, w wymianie produktów pracy za pieniądze. Oddzielenie ludzi od ich środków pracy jest tylko jedną z konsekwencji, a nie przyczyną oprocentowania (Natürliche Wirtschaftsordnung, Strona. 278) (tłumaczenie moje).

Można dalej kontynuować cytaty, byłyby ich dziesiątki, jeżeli nie setki. Mam nadzieję, że trochę wyjaśniłem różnicę pomiędzy Marksem i Gesellem. Dlaczego tyle piszę tutaj o Marksie? Powszechnie twierdzi się, że dla Marksa nie ma alternatywy. Albo marksizm, albo kapitalizm. Tertium non datur. Gesell postrzegany jest przez wielu krytyków Marksa i marksizmu, jako alternatywa. On sam widział się także, jako alternatywa.

W przedmowie do swego głównego dzieła Natürliche Wirtschaftsordnung, tak pisał o alternatywach dla marksizmu:
Entweder Eigen- oder Staatswirtschaft – ein Drittes gibt es nicht. Man kann, wenn man weder die eine noch die andere will, für die gesuchte Ordnung noch so anheimelnde und vertrauenerweckende Namen ersinnen: Genossenschaften, Gemeinwesen, Vergesellschaftung usw. – sie können die Tatsache nicht verschleiern, daß es sich im Grunde immer um denselben Schrecken, um den Tod der persönlichen Freiheit, Unabhängigkeit, Selbstverantwortung, d. h. um Behördenherrschaft handelt.” – Albo gospodarka własna, albo państwowa – nie ma czegoś takiego jak trzecia. Jeśli nie chcesz ani jednego, ani drugiego, możesz wymyślić budzące zaufanie nazwy: spółdzielnie, wspólnoty, uspołecznienie itp. – nie mogą one ukryć faktu, że są one w zasadzie zawsze tym samym horrorem, śmiercią wolności osobistej, niezależności, odpowiedzialności za siebie, czyli rządów biurokracji (Gesammelte Werke, Band 11, S. XX) (tłumaczenie moje).

Ale Gesell postrzegał się także, jako alternatywa dla kapitalizmu, w jego najgorszej postaci:
Die natürliche Wirtschaftsordnung wird nun durch Freiland und Freigeld von all den häßlichen, störenden und gefährlichen Begleiterscheinungen des Manchestertums befreit werden und alle Vorbedingungen für ein wirklich freies Spiel der Kräfte schaffen” – Naturalny porządek gospodarczy zostanie teraz, poprzez wolną ziemię i wolne pieniądze, uwolniony od wszystkich obrzydliwych, szkodliwych i niebezpiecznych skutków ubocznych kapitalizmu Manchesterskiego i stworzy wszelkie warunki dla prawdziwie wolnej gry sił (Gesammelte Werke, Band 11, S. XX) (tłumaczenie moje).

Poniższe zdania nie straciły nic ze swojej aktualności:
Mit den in dieser Schrift gemachten Vorschlägen stehen wir jetzt zum ersten Male am Scheideweg. Wir müssen wählen, uns entschließen. Gelegenheit zu solcher Wahl hatte bisher noch kein Volk. Jetzt zwingen uns die Tatsachen zur Entscheidung. Es geht einfach nicht weiter, so wie es ging. Wir haben zu wählen zwischen der Beseitigung der Baufehler unserer alten Wirtschaftsweise und dem Kommunismus, der Gütergemeinschaft. Ein andere Ausweg ist nicht da” – Dzięki propozycjom zawartym w tym dokumencie po raz pierwszy stoimy na rozdrożu. Musimy wybrać, zdecydować. Żaden naród nie miał jeszcze możliwości dokonania takiego wyboru. Teraz fakty zmuszają nas do podjęcia decyzji. Dotychczasowy stan nie może być kontynuowany. Musimy wybrać pomiędzy wyeliminowaniem błędów konstrukcyjnych naszej starej gospodarki, a komunizmem, wspólnotą dóbr. Nie ma innego wyjścia (Gesammelte Werke, Band 11, S. XX) (tłumaczenie moje).

 

Czy Gesell jest alternatywą dla Marksa? Na pewno. Czy jest alternatywą lepszą? Trudno powiedzieć. Z pewnością odezwą się głosy, że każda alternatywa jest lepsza od marksizmu. Problem w tym, że tak naprawdę idei Marksa nigdzie nie wprowadzono w życie i, niezależnie czy jest się ich zwolennikiem, czy przeciwnikiem, obiektywnie nie można powiedzieć, że się one nie sprawdziły. Po prostu tego nie wiemy. To, z czym mieliśmy do czynienia pod postacią „komuny”, niewiele miało z Marksem wspólnego. Osobiście nie wierzę w możliwość funkcjonowania marksizmu, ale uczciwość kazała mi napisać te zdania. Sądzę, że Gesell mógłby być lepszą alternatywą, chociaż nie jestem w pełni przekonany także do jego idei. W oprocentowaniu widzi on jedynie przeszkodę w swobodnym obiegu pieniądza. Nie dostrzega niszczycielskiego działania procentu składanego i wykładniczego wzrostu dochodów kapitałowych. Jego pomysł na „kurczący się” pieniądz rozwiązywałby ten problem jedynie dla dochodów wyłącznie kapitałowych, a więc „czystego” kapitalizmu, ale nie dla kapitału własnego, zawartego w środkach produkcji. Szczególnie razi mnie jego wiara w istnienie czegoś takiego jak „naturalne prawa rynku”. Prawa istnieją w naukach ścisłych, ekonomia się do nich nie zalicza. Coś takiego jak „prawa rynku” po prostu nie istnieje. Możemy mówić najwyżej o procesach zachodzących w pewnych ściśle określonych warunkach. O niczym innym!! Oczywiście, pomysły Gesella pochodzą z innej epoki i pod tym kątem trzeba na nie patrzeć. Ale nie można odmówić mu racji w stwierdzeniu, że głównym źródłem negatywnych zjawisk gospodarczych i społecznych jest konstrukcja naszego systemu monetarnego. Ale kto wie, może po wprowadzeniu jego „wolnej gospodarki” inaczej patrzylibyśmy na Marksa i na prywatną własność środków produkcji?

 

Dlaczego zatem tak mało, praktycznie nic, o nim nie wiemy? Dlaczego tzw. lewica nie wypięła się na Marksa i nie rzuciła się na Gesella? Powiedziałbym, że dlatego, bo jest zbyt niebezpieczny. To byłby dowód na to, że Gesell może mieć rację. Ale nie oszukujmy się, także dlatego, że jest za mało „chwytliwy”. Opowiadanie o zawiłościach systemu monetarnego, to najlepszy sposób, aby zanudzić wszystkich potencjalnych rewolucjonistów. Przekaz Marksa jest wyraźny: oni mają, my nie mamy – trzeba im zabrać! To dociera do każdego i ręce od razu rwą się, jeśli nie do karabinu, to przynajmniej do kostki brukowej.

 

Ale zaraz! Dalej nie wiemy co to jest kapitalizm! Myślę, że wszyscy dostrzegli, że oficjalnie obowiązująca definicja jest definicją marksistowską. Tych, którzy ją stosują, możemy zatem wyzywać od marksistów. Jak już wyżej wspominałem, Marks widział przewagę kapitału nad środkami produkcji, ale kompletnie ją zignorował. Widział, że spłata długów, a szczególnie spłata odsetek, ma priorytet nad zyskiem. Że system prawny to gwarantuje! Pytanie, dlaczego nie podążył tym tropem? Był o krok! Patrzył na to i nie widział? Trudno powiedzieć. Pewne procesy nie były w jego czasach jeszcze tak widoczne, jak dziś, więc jest to jakieś usprawiedliwienie. Spotkałem się kiedyś z teorią spiskową, że marksizm powstał na zamówienie. Że Marks był kajzerowskim agentem. Gdy to przeczytałem, wybuchnąłem śmiechem. Gdy się uspokoiłem, stwierdziłem, że coś mi tu nie pasuje. Nie pasowała mi osoba autora tej teorii. Był zbyt poważną osobą, żeby wypisywać takie brednie. Po kwadransie poszukiwań w Internecie odeszła mi ochota do śmiechu. Marks, potomek rodziny lwowskich rabinów, był na utrzymaniu żony-arystokratki, siostry kajzerowskiego szefa służb specjalnych. Engels był fabrykantem-milionerem. Trochę dziwna para, jak na autorów rewolucyjnych teorii, prawda? Nie daje mi to spokoju do dziś. Ciągle się nad tym zastanawiam. Natknąłem się na wiele faktów i dokumentów, które wskazywać by mogły na to, że autor tej teorii jednak nie miał racji, ale był na właściwym tropie. Musimy zrozumieć zachodzące wtedy procesy społeczne. Powstawała nowa klasa – fabrykanci, którzy byli zagrożeniem dla feudalizmu i arystokracji. Ale w rękach jakiej klasy, były wtedy pieniądze-kapitał? No właśnie, w rękach feudałów i arystokracji! Klasa fabrykantów własnego kapitału jeszcze nie zakumulowała. Starej klasie dawało to możliwość trzymać nową klasę za gardło (albo za coś innego). Moim zdaniem kapitalizm wykształcił się z feudalizmu. Klasa feudałów przepoczwarzyła się w klasę kapitalistów. Oczywiście był to proces stopniowy i długotrwały. Arystokracja zrezygnowała z bezpośredniego sprawowania władzy i prawa posiadania (także ludzi). Stwierdziła, że całą władzę sprawować może w sposób zupełnie niewidzialny i dla większości kompletnie niezrozumiały. Przy pomocy pieniędzy. Teorie Marksa nie były dla niej żadnym zagrożeniem. Wręcz przeciwnie! Przejęcie środków produkcji przez masy było nawet na rękę arystokracji! Nawet angielska rodzina królewska interesowała się Marksem i jego teoriami! Masami łatwiej się steruje, niż rosnącą w siłę, wykształconą, świadomą i zorganizowaną klasą fabrykantów, z którą w końcu trzeba będzie podzielić się władzą. Dochody kapitałowe są kompletnie niezależne od własności fabryk. Uspołecznione fabryki, także muszą brać kredyty i spłacać je z odsetkami. W pewnym momencie inaczej zacząłem patrzeć na wiele wydarzeń historycznych. Na to, dlaczego Marks tak zajadle zwalczał Proudhona, na teorie Mackindera, na wybuch pierwszej wojny światowej, na to, dlaczego rewolucja komunistyczna wybuchła akurat w Rosji, która w ogóle się do tego nie nadawała (Marks nienawidził Rosji), na co najmniej dziwne okoliczności jej wybuchu, na przyjazd Lenina do Rosji, na to jak zagadkową postacią był Trocki i dlaczego Stalin go ukatrupił, na „pomoc” kontrrewolucjonistom, która polegała na uniemożliwieniu im wygranej, na to, dlaczego Jerzy V nie uratował swego kuzyna, cara Rosji i na całą masę innych rzeczy. Było też miejsce na odzyskanie niepodległości przez Polskę (Marks był tego gorącym zwolennikiem!) i na okoliczności przejęcia władzy przez Piłsudskiego. Wszystko nagle zaczęło układać się w logiczny ciąg… Nie będę się tu dalej rozwodził, to temat na kilka książek. Zresztą brakuje mi jeszcze wielu elementów tej układanki. Nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych, a tu sam zaczynam taką tworzyć! Wiążę z nią pewne plany (których pewnie i tak nie zrealizuję).

Wracając do definicji kapitalizmu. Ja dalej upieram się przy swojej, mówiącej, że kapitalizm to system polityczny, społeczny i gospodarczy, którego celem jest zapewnienie dochodów posiadaczom kapitału. Dochodów, które wynikają tylko z samego faktu posiadania owego kapitału.

P.S.

Właśnie zdałem sobie sprawę z tego, że moja definicja kapitalizmu powoduje powstanie pustki pojęciowej. To, co do tej pory definiowaliśmy jako kapitalizm, pozostaje bez nazwy. Ktoś może powiedzieć, że jest to jedynie semantyczne bicie piany, ale żeby o czymś mówić, musimy najpierw zdefiniować podstawowe pojęcia. Muszę się jeszcze nad tym zastanowić.