Bajeczki dla grzecznych dzieci

Zastanawialiście się Państwo kiedyś nad pytaniem: czym objawia się dojrzewanie? Nie, nie chodzi mi tu o to, co dzieje się między nogami i zainteresowanie płcią przeciwną. Chodzi mi o dojrzewanie umysłowe i duchowe. Może być wiele odpowiedzi na to pytanie, ale wydaje mi się, że najbardziej trafną jest: dojrzewanie objawia się utratą potrzeby zadawania pytań. Jedynie dzieci potrafią pytać aż do momentu, kiedy nie usłyszą: „siedź prosto!”, „nie garb się!”, „jeszcze nie zjadłeś tej zupy!”, albo czegoś w tym rodzaju. Jest to moment, kiedy osoba dorosła usłyszy pytanie, i nie wie, co ma odpowiedzieć. Najczęściej odpowiada wtedy „bo tak jest!”. I jest to najgłupsza odpowiedź z możliwych!

Na co dzień nie zadajemy sobie wielu pytań o rzeczy, które z pozoru są oczywiste i dlatego nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, iloma bajeczkami dla grzecznych dzieci jesteśmy oszukiwani i ogłupiani. Pobawmy się zatem w niegrzeczne dzieci i postawmy sobie parę pytań, których nie stawiamy sobie na co dzień, a potem spróbujmy odpowiedzieć na nie.

Każde niegrzeczne dziecko powinna zastanowić medialna nagonka na amerykańskiego prezydenta. Jakie są jej przyczyny? Cokolwiek nie zrobi, zaraz jest krytykowane. Jest chwalony jedynie, gdy każe coś bombardować! Faktem jest, że robi masę idiotyzmów, ale nie większych niż jego poprzednicy, a przede wszystkim nie tak niebezpiecznych dla pokoju światowego. Wszędzie przedstawiany on jest, jako kompletny idiota. Ale od kiedy inteligencja jest warunkiem zostania prezydentem USA (i nie tylko)? Trump z pewnością nie jest głupszy niż „Ronnie” Reagan albo kompletny matoł „Dżordż Dablju” Bush. Że to bufon, że jest niemoralny? Nie tacy już byli na tym stołku i nikomu to nie przeszkadzało! Zarzut, że jest agentem Rosji, jest większym idiotyzmem niż „zamach smoleński”, ale już Goebbels zauważył, że ludzie uwierzą w każde kłamstwo, byle je często powtarzać! Niestety miał rację! W dwóch moich poprzednich wpisach zadawałem już sobie to pytanie  [1] [2] i jeszcze nie znam odpowiedzi. Jedno jest pewne, że między bajki włożyć można opowiastki o jakimś ukrytym globalnym rządzie, który zza kulis pociąga za sznurki! Wyraźnie widać, że muszą być co najmniej dwie takie grupy. A może rację mają Rosjanie, że Trump wyniesiony został do władzy przez Rothschildów ? Nie bardzo chce mi się w to wierzyć, bo Trump i nowy francuski prezydent, który jest jednoznacznie marionetką, między innymi Rothschildów [1] [2] [3], nijak nie pasują do siebie! Ale na tym zwariowanym świecie niczego nie da się całkowicie wykluczyć. Tak na marginesie, jeszcze raz polecam tę stronę internetową . Korzystam z niej już od wielu lat i zaskakująco wiele podanych tam informacji sprawdziło się. Niestety nie znam francuskiego i zdany jestem jedynie na angielskie, niemieckie i rosyjskie tłumaczenia. Polskich jest niestety niewiele. Ale wróćmy do naszego Donalda… Zadajmy sobie inne pytanie: jakie jego posunięcia, lub ich zapowiedzi, tak bardzo nie podobają się jego przeciwnikom? Wymieńmy najpierw kilka z nich. Wyeliminowanie terroryzmu islamskiego. Zamiast konfrontacji – współpraca z Rosją w walce z tym terroryzmem oraz partnerska współpraca w zachowaniu pokoju światowego. Zakończenie polityki „regime change” i związane z nią zakończenie polityki militarnej dominacji USA. Generuje ona jedynie ogromne koszty i nie daje prawie żadnych zysków, gdyż nie da się walczyć z całym światem. Zmniejszenie militarnego zaangażowania USA w strukturach NATO w Europie i związane z nią praktyczne wycofanie się z wpływów na wewnętrzne sprawy tego kontynentu. To równa się pogodzeniu się z faktem rozpadu Unii Europejskiej! W polityce wewnętrznej będzie to: zahamowanie nielegalnej imigracji, inwestycje w infrastrukturę kraju, zmniejszenie deficytu handlowego poprzez zwalczanie dumpingu i chęć zwiększenia ilości miejsc pracy w USA. Od razu można powiedzieć, że pierwsza część tej listy nie podoba się kompleksowi militarno-przemysłowemu. A to oznacza, że jeżeli nie uda się formalnie usunąć Trumpa ze stanowiska, albo nie zrezygnuje on ze swoich „głupich” pomysłów, to niedługo pozostanie przy życiu. Ciekawe jak go załatwią. Amerykanie zwykli tego typu sprawy załatwiać przy pomocy broni palnej, ale tym razem stawiam na truciznę. Potem sekcja wykaże, że przedawkował niebieskie tabletki i zaj…ał się na śmierć. Wystarczy popatrzeć, jak Bill „Blowjob” Clinton (inny „moralny” prezydent) gapił się na Melanię , aby uwierzyć w taką przyczynę śmierci.

Inne pytanie dla niegrzecznych dzieci postawiłem już w moim wstępie. Było to pytanie: „co to są pieniądze” . Nie spotkałem się do tej pory z zadowalającą odpowiedzią na to pytanie, nie potrafiłem także podać własnej odpowiedzi. Już od paru lat „wgryzam” się w ten temat i w tematy z nim związane, i szczerze mówiąc, mam wrażenie, że coraz mniej wiem i rozumiem. Na każdym kroku spotykam się z taką masą niedomówień, sprzecznych informacji i bezczelnych kłamstw, że wyjaśnieniem takiego stanu rzeczy staje się jedynie teoria spiskowa. Nie da się ukryć faktu istnienia pieniędzy, więc należy tak wokół nich „namącić”, aby nikt nie wiedział, o co w tym wszystkim chodzi. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że nie wiedzą już tego nawet ci, co mącą! Że uruchomili proces, nad którym stracili kontrolę.

Ale wróćmy do naszych pytań. Innym pytaniem, którego sobie na co dzień nie zadajemy, jest pytanie „co to jest gospodarka?”. Zarówno pytanie o pieniądze, jak i pytanie o gospodarkę, należą do pytań tak oczywistych, że (poza niegrzecznymi dziećmi) nikt ich nie zadaje.

Pamiętacie Państwo program „Duże dzieci”, genialnie prowadzony przez Wojtusia Manna? Gdyby zadać te pytania dzieciakom a potem politykom i profesorom ekonomii, byłby niezły ubaw. Nie jestem pewien, kto opowiadałby większe bzdury! Ale niestety, nie mam tu zamiaru rozśmieszać czytelników, więc spróbujmy wszystko, a raczej ile się da, sobie wyjaśnić.

Wbrew pozorom, odpowiedź na pytanie: „co to jest gospodarka?”, jest bardzo prosta. Gospodarka, to tworzenie i wymiana wartości. Punkt. Nie inaczej widział to nawet Adam Smith w swoim dziele „Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów”. Zgadzam się także ze Smithem, że „wartość” jest tu najlepiej pasującym słowem. Tak samo „tworzenie”, jest lepszym słowem niż „wytwarzanie”, czy „produkowanie”. Zaraz postaram się wyjaśnić, dlaczego. Owe wartości mogą być natury materialnej (konkretne produkty, które się produkuje lub wytwarza, ale można je też tworzyć) i niematerialnej (które się, tak czy inaczej, tworzy). „Tworzenie” jest zatem wspólnym określeniem. Wartości niematerialne można podzielić na usługi, wartości intelektualne i duchowe. Czym są usługi, wie każdy, kto jechał taksówką, odwiedził restaurację, hotel lub dom publiczny. Do wartości intelektualnych zaliczyć można np. wszelkie odkrycia naukowe. Wartościami duchowymi jest wszystko to, co określamy jako kulturę i sztukę (może należałoby dodać do tego także religię?). W gospodarce, wszystko to jest tworzone dla innych, więc aby byli oni skłonni, w jakiś sposób nas za to wynagrodzić, musi to dla nich przedstawiać jakąś wartość. Właśnie „wartość”! Na czym polega „wynagradzanie”? Na daniu nam czegoś, co z kolei dla nas przedstawia wartość, a co jest tworzone przez owych „innych”. Czyli właśnie na wymianie wartości! Gdy nie było jeszcze pieniędzy, wymieniano bezpośrednio wartość za wartość. Zboże za mięso, nóż za garnek, danie dupy za ozdobę z kła mamuta, odegranie sztuczki za posiłek. Nie było to zbyt praktyczne, ale i gospodarka była wtedy inna – nie tak złożona. Zauważmy także, że każda wartość nie powstaje sama z siebie. Do jej powstania potrzebny jest jakiś wkład pracy. Nieważne, czy jest to praca umysłu, rąk czy innej części ciała. Bez jej wkładu, nie powstanie żadna wartość. Tak na marginesie, Laborystyczna teoria wartości to nie jest marksizm, jak nam stara się zasugerować polska Vikipedia! Wystarczy porównać angielską i polską wersję tego hasła!

Potem pojawiły się pieniądze. Skąd się wzięły? Nie wiadomo. Powszechnie przyjmuje się, że powstały dla wygody przy wymianie wartości. Ale najprawdopodobniej jest to kolejna bajeczka dla grzecznych dzieci. Antropolodzy są przekonani, że ten rodzaj pieniądza, jaki używamy, nie mógł powstać w ten sposób. Sugerują raczej, że pierwotnie powstał on w świątyniach, jako rodzaj daniny. Mają na to wiele argumentów. Jeden z nich jest natury etymologicznej. Gdy starożytny Rzym przeszedł na system monetarny oparty na złocie, co nota bene zapoczątkowało upadek imperium, pieniądze bito w świątyni bogini Junony. Miała ona przydomek Moneta – ostrzegająca. Praktycznie w każdym języku europejskim słowo to oznacza pieniądz. Ja chciałbym tu wspomnieć o czymś innym. Antropolodzy podają także wiele przykładów, swego rodzaju „systemów monetarnych”, stworzonych przez różne, odizolowane od świata, plemiona w dżungli lub na wyspach. Wszystkie te systemy zostały stworzone przez te społeczności dla wygody, właśnie przy wymianie wartości. Systemy te różnią się jednak diametralnie od naszego. Powstały one samoistnie i nigdy nie były przez nikogo zarządzane i sterowane. Powstały DLA DOBRA SPOŁECZNOŚCI!! Nasz system monetarny od samego początku NIGDY nie był pod społeczną kontrolą i NIGDY nie służył dla dobra społeczeństwa. Musiał więc powstać z myślą o sterowaniu i wykorzystywaniu społeczności. Powie ktoś, że owe prymitywne, odizolowane od świata społeczności nie mają rozbudowanej, hierarchii potrzebnej do zarządzania takim systemem, dlatego były w stanie stworzyć jedynie takie systemy monetarne. Ale identyczne „systemy monetarne” powstają także i dziś w więzieniach i w obozach pracy, gdzie zawsze istnieje hierarchia, która decyduje często o życiu i śmierci swoich członków. Zawsze powstają i funkcjonują one jednak samoistnie, bez wpływu ze strony owej hierarchii. Te, wprawdzie proste, systemy monetarne, które powstały w dżungli, gdzieś na wyspach Pacyfiku, ale także na wyspach brytyjskich, są także zadziwiająco stabilne! W odróżnieniu od naszego, funkcjonują, często w niezmienionej postaci, przez wiele stuleci.

We wszystkich bajeczkach dla grzecznych dzieci, sugeruje się także, że wprowadzenie pieniądza jest dobrodziejstwem i równoznaczne jest z postępem. Przemilcza się jednak ciemne strony. Wiele lat temu oglądałem program popularnonaukowy (bodajże BBC), w którym szwajcarski socjolog Jean Ziegler opowiadał o badaniach antropologicznych nad społecznościami, które nie znały pieniądza. Społeczności te żyły we względnej harmonii i zgodzie. Życiem prawie każdej z tych społeczności kierowała rada, złożona z najbardziej szanowanych osobistości – zwykle najstarszych i najbardziej doświadczonych oraz np. najlepszych myśliwych. Ona też rozstrzygała wszelkie spory. Chaty ustawione były najczęściej w formie okręgu wokół centralnego placu, wejściami do niego. Na placu tym toczyło się codzienne życie społeczności. Gdy badacze przyjeżdżali po latach i po pierwszych kontaktach takiej społeczności z pieniądzem, trafiali do innego świata! Spory były na porządku dziennym i rozstrzygano je najczęściej siłą. Społecznością nie rządzili najbardziej szanowani, ale najbogatsi jej członkowie. Sama osada także wyglądała inaczej. Centralny plac był pusty, albo w ogóle znikał, a chaty były odwrócone do siebie „plecami”. Pieniądz zmieniał zatem całkowicie życie takiej społeczności i mentalność jej członków! Jeśli już jesteśmy przy mentalności… Powszechnie przemilcza się także jeszcze jeden aspekt pieniądza, o którym nawet nie pomyślimy! Społeczności nieznające pieniądza wymieniały pomiędzy sobą tylko to i tylko tyle, ile potrzebowały. Reguła ta nie dotyczy pieniądza! Nikt nie powie, że ma ich wystarczającą ilość i że ich więcej nie potrzebuje!

W tym momencie, każde niegrzeczne dziecko musi sobie także zadawać pytanie o to, co uzasadnia takie ogromne dochody i majątki ludzi z listy Forbes i innych, o mniejszych, ale wciąż niewyobrażalnych dla nas, dochodach. Czy ludzie ci dokonali jakiś epokowych odkryć i wynalazków, dzięki którym ludzkość żyje w szczęściu i dobrobycie? Czy opracowali metody leczenia chorób, które od tysiącleci są zmorą całej ludzkości? Nic z tych rzeczy!! Ci ludzie po prostu zawłaszczyli owoce pracy miliardów ludzi na całym świecie!! NIC WIĘCEJ!!! Dla zapewnienia ich dochodów, wywołuje się wojny z milionami ofiar. Oni mają na sumieniu pracę dzieci w wielu krajach, i to nie tylko trzeciego świata, miliony niedożywionych i zmarłych z głodu, samobójstwa zaszczutych i pracujących ponad siły pracowników, śmierć pracujących w nieludzkich warunkach, niszczenie środowiska naturalnego. A już szczytem cynizmu i bezczelności jest stawianie nam tych ludzi za wzór do naśladowania!!

Nie bez powodu wymieniłem te wszystkie zjawiska. Pieniądz pozwala bowiem także na „zmierzenie” wyzysku. Pozwala także na „zmierzenie” ile warta jest ludzka praca. To, czego za swoją pracę, nie otrzymały miliardy ludzi na całym świecie, jest właśnie majątkiem tych ludzi! Jeśli zatem zostaniecie w ramach zwolnień grupowych wywaleni na bruk, to nie martwcie się! „Rynki” zareagują na to pozytywnie – wzrostem indeksów giełdowych! Jeśli będziecie musieli wziąć kredyt na leczenie chorego dziecka (o ile w ogóle go dostaniecie), to tylko powód do radości, gdyż spowoduje to wzrost kursu akcji waszego banku! Jeśli potem usłyszycie nieludzki krzyk waszego dziecka, bo oszczędza się na środkach przeciwbólowych – to tylko dla dobra „rynków”! Jeśli pierwsze przerzuty pojawią się przed wyznaczonym wam, odległym terminem operacji, to głowa do góry! Dłużej będziecie faszerowani chemią i zarobią na tym koncerny farmaceutyczne! Jeśli zmuszeni będziecie dorabiać na emeryturze, to świetnie! Wasz fundusz emerytalny z pewnością wypłaci wyższe dywidendy swoim udziałowcom! Jeśli… Ale już z pewnością chcecie mnie wyzwać od lewaków, socjalistów, komunistów, czy innych takich!

Nasz system monetarny cechuje się także tajemniczością. Wspomniałem o tym już na początku. Wiedza o jego funkcjonowaniu jest, nie tylko wśród społeczeństwa, ale także wśród specjalistów, prawie żadna!! Wszędzie znajdziemy informacje o teorii względności, uczymy się o niej w szkole, chociaż nie jest to nam do niczego potrzebne, ale nigdzie nie znajdziemy rzetelnej i pełnej informacji o naszym systemie monetarnym, z którym spotykamy się codziennie! Ta strona jest tego dowodem. Chociaż sporo czytałem na ten temat, jak do tej pory nie spotkałem się z żadnym źródłem, w którym zwrócono by uwagę na te aspekty naszego systemu monetarnego,.

Tajemniczość, brak kontroli ze strony społeczności oraz wykorzystanie takiego systemu do kontroli i sterowania tą społecznością – takie cechy zawsze kojarzą się z kapłanami takiej, czy innej religii. Tych kapłanów z czasem zastąpili kapłani innego boga. Kapłani pieniądza – bankierzy.

Ale wróćmy do naszej gospodarki, tym razem już z pieniądzem. Teraz nie wymieniamy już wartości na wartość! Wbrew naszym przekonaniom, pieniądze nie są żadną wartością! Są jedynie ekwiwalentem owej wartości. Asygnatą na wartość. Można zatem powiedzieć, że pieniądze pełnią rolę z jednej strony miernika, z drugiej strony akumulatora wartości.

Nie można zaprzeczyć, że w porównaniu z wymianą wartości na wartość, uzyskujemy tu masę korzyści! Przede wszystkim, jak już wspomniałem, mamy jakiś miernik wartości. Nie jest to wprawdzie miernik idealny. W przeciwieństwie do jednostek układu SI, nie można go jednoznacznie zdefiniować. Ale zawsze lepsze to, niż nic. Możemy teraz ujednolicić cenę (można już użyć tego słowa) za identyczne wartości. Tak na marginesie, bardzo często mylimy te dwa pojęcia – wartość to nie jest to samo, co cena! Tak jak długość, to nie to samo, co metr. Cena, to wartość wyrażona jakąś jednostką miary. W jaki sposób jest ona ustalana? Nie ma na to metody. Jedynym sposobem jest dogadanie się partnerów transakcji. Nie wymyślono niczego lepszego.

Pieniądzem możemy także dowolnie manipulować – sumować go, jedynie częściowo wykorzystać, lub odłożyć jego wykorzystanie na później. Stworzoną przez nas wartość możemy przekazać teraz każdemu – odpada konieczność znalezienia kogoś, kto jej potrzebuje i równocześnie oferuje w zamian wartość, której akurat my potrzebujemy.

Ale pieniądz nie jest ekwiwalentem towaru! Moim zdaniem, to właśnie pieniądz w obecnej postaci, umożliwił powstanie kapitalizmu. Wspominam o tym w moim wstępie.

Napisałem, że pieniądz, sam w sobie, nie jest żadną wartością. Od samego ich drukowania nie przybędzie bogactwa. Ktoś może teraz powiedzieć, że początkowo pieniądze były z metali szlachetnych – złota lub srebra, więc była to jak najbardziej wymiana wartości na wartość.

Kto zastanawia się teraz, co oznacza głuchy odgłos, który właśnie usłyszał, to wyjaśniam: uderzyłem się w piersi! Muszę się przyznać do pewnego uproszczenia we wszystkich moich dotychczasowych tekstach. Prawie w każdym miejscu, gdzie piszę „pieniądze” powinienem był pisać „waluta”. Zastanawiałem się nad wyjaśnieniem tej różnicy już wtedy, gdy we wstępie zadawałem pytanie „co to są pieniądze”. Ale wtedy nie chciałem dodatkowo mącić w głowach czytelnikom. Pomyślałem, że i tak praktycznie nikt tego nie wie i nie rozumie, więc dałem sobie spokój. Wspomniałem teraz o złocie, więc będzie to dobra okazja do zapoznania się z różnicą między tymi dwoma pojęciami. Słysząc słowo „waluta” każdy myśli automatycznie o dewizach, i to tych twardych. Tymczasem jest to coś nieco innego. W Wikipedii nie znajdziemy dokładnego wyjaśnienia. Waluta i pieniądz opisane są tam długo, a zawile i nie bardzo wiadomo jaka jest między nimi różnica. Znalazłem jedynie trzy strony polskojęzyczne, które robią to w przystępny sposób [1], [2], [3]. Krótko mówiąc, pieniądz spełnia wszystkie funkcje waluty, czyli służy do rozliczeń, ale dodatkowo umożliwia przechowywanie wartości w dłuższym okresie czasu. Jak wszyscy wiemy, to, co obecnie potocznie nazywamy pieniądzem, funkcji tej nie spełnia – jest więc de facto walutą! Ale zapytajcie jakiegoś profesora ekonomii – najprawdopodobniej też nie będzie tego wiedział!

Ale wróćmy do złotego pieniądza… Faktem jest, że złoto może pełnić funkcję pieniądza (i waluty). Prawdą jest także, że w wypadku takiej waluty, jest to faktycznie wymiana wartości na wartość. Wielu „reformatorów” systemu monetarnego wyciąga z tego faktu bezkrytyczny wniosek, że wystarczy wprowadzić walutę opartą na złocie i wszystko będzie super. Niestety nie jest to takie proste. Już od wielu lat nie ma pieniędzy ze złota, od 15 sierpnia 1971 roku   nie ma także pieniędzy z parytetem w złocie, jednak przez cały czas złoty pieniądz krąży w głowach reformatorów systemu monetarnego. Równocześnie jest to największa kość niezgody pomiędzy nimi. Jedni uważają, że pieniądz musi opierać się na złocie, inni, za Keynesem, uważają je za barbarzyński relikt. U części z tych, którzy widzą w złocie idealny pieniądz, myślenie takie wynika z niezrozumienia tego, czym właściwie jest pieniądz, a także z podświadomego przekonania, że pieniądz sam w sobie musi mieć wartość. Inni argumentują, że jest to jedyna możliwość zachowania stabilnej w czasie wartości pieniądza. Jeszcze innym, złoto nie jest w systemie monetarnym do niczego potrzebne. Zastanówmy się, kto w tym sporze ma rację.

Złoto zawsze było obiektem pożądania. Zawsze miało wartość. Nigdy nie było tak, że było bez wartości! Nie przychodzi mi do głowy lepszy sposób „przechowywania” wartości niż przy pomocy złota. Jedyną alternatywą dla niego mogłaby być ziemia, ale jest to alternatywa bardzo niepraktyczna. Złoto bije ją na głowę. Tutaj trzeba przyznać rację zwolennikom użycia go jako pieniądza, powtarzam, pieniądza. Jak do tej pory nie wymyślono nic lepszego. Ale wartość złota nie jest niezmienna! W czasach pokoju, za złotą sztabkę lub monetę można przez dość długi czas dobrze żyć. W czasie wojny nierzadko można było za nią kupić jedynie bochenek chleba. Jeśli miało się ich więcej – życie. Ale także w czasie pokoju wartość (cena) złota nie jest stała. W okresach prosperity, gdy nie brakuje obiektów dla zyskownych inwestycji, jego wartość spada. W „normalnych” czasach wahania jego wartości są niewielkie, więc nie nadaje się ono na obiekt spekulacji. Ale w okresach kryzysów i niepewności wszyscy szukają bezpiecznej przystani i najczęściej wybierają złoto. Argumentacja jest w tym wypadku prosta: nawet, jeśli sytuacja się poprawi i cena złota spadnie, to sprzedam ze stratą, ale w przypadku krachu, nie stracę wszystkiego. Ale wartość złota jest także obiektem manipulacji. Sztucznie zawyża, lub zaniża się jego cenę.

Wydawałoby się zatem, że najlepszym rozwiązaniem byłoby powrócić do „starego, dobrego” złota jako pieniądza. Powtarzam jeszcze raz: pieniądza (nie waluty). Tutaj mógłbym się zgodzić ze zwolennikami takiego rozwiązania. Ale sprawa nie jest tak prosta, jak by to się mogło na pierwszy rzut oka wydawać! Patrząc wstecz, widzimy, że nie jest to wcale takie dobre rozwiązanie. Cała historia pieniądza ze złota, lub opartego na złocie, jest historią jego psucia. W początkowym okresie jego istnienia, pieniądze takie emitowali władcy. Gdy zaczynało im brakować złota na następne monety, albo zmniejszali ich wielkość, albo dodawali do monet w miejsce złota, coraz więcej innych, mało wartościowych metali. Gdyby dzisiaj znowu wprowadzono pieniądze ze złota, na pewno po jakimś czasie historia powtórzyłaby się.

Nie inaczej było z pieniędzmi z parytetem w złocie. Manipulowano tym parytetem w zależności od potrzeb, nie mówiąc już o tym, że właściwie nikt nie ma możliwości skontrolowania tego, czy emitent ma wystarczająco duże zapasy złota i czy w obiegu jest odpowiadająca parytetowi ilość pieniędzy.

Widzimy więc, że złoto faktycznie może spełniać funkcję pieniądza, ale jedynie w czystej formie – jako sztabki o gwarantowanej czystości lub takie same monety.

Moglibyśmy zatem dojść do błędnego wniosku, że obojętnie z czego jest pieniądz (oprócz pieniądza z czystego złota), jego wartość i stabilność zależna jest jedynie od uczciwości emitenta. To także nie jest jednak takie proste. Decydującym czynnikiem jest konstrukcja systemu monetarnego i wynikający z niej system gospodarczy i polityczny. Próbuję to wyjaśnić w moim wstępie w częściach „System gospodarczy” i „Kapitalizm” . Nasz system monetarny ze swojej natury nie jest stabilny i nawet, jeśli emitent będzie aniołem, konstrukcja tego systemu spowoduje, że emitowany pieniądz wcześniej, czy później wezmą diabli wykładniczo rosnącego obciążenia odsetkami!

Szczerze mówiąc, nie jestem przekonany, czy w ogóle możliwe jest stworzenie systemu monetarnego, w którym pieniądz (nie waluta!), spełniałby swoją rolę „przechowalni” wartości w dłuższym okresie czasu. Niestety, nikt się tym problemem nie zajmuje. Ale równocześnie sugeruje nam się, że powinniśmy sami oszczędzać na naszą emeryturę!!

Właśnie przyszła mi do głowy pewna myśl! Gdyby, obok sumy wpłacanych do banku i przeznaczanych do oszczędzania przez dłuższy czas pieniędzy, księgować także, jaką ilość złota za tę sumę można w chwili wpłaty kupić, to przy wypłacie (po dłuższym okresie czasu), można by przeliczyć po kursie w dniu wypłaty, tę hipotetyczną ilość złota na wypłacaną ilość pieniędzy. To mogłoby być powiązanie pieniądza ze złotem, bez potrzeby jego posiadania przez bank centralny! Muszę to jeszcze przemyśleć i skonsultować z reformatorami z International Movement for Monetary Reform.

Ale zamieńmy się znowu w niegrzeczne dzieci! Każde niegrzeczne dziecko powinno zadać także pytanie: co powoduje, że pieniądze mają dla nas jakąś wartość? Przecież same w sobie, nie mają one żadnej wartości! Są to albo kolorowe papierki albo w ogóle całkowita abstrakcja – niewidzialne sumy na koncie! Odpowiedź jest krótka: jest to po prostu kwestia umowy. Nic więcej. Czy będą to nacięcia na kiju, muszelki nanizane na sznurek, kreski na tablicy, kawałki metalu czy zadrukowane papierki – to wszystko jest kwestią umowy, czy będziemy to traktować jako pieniądze, czy nie. Ale skąd wiemy, ile taka jednostka monetarna jest warta? Co, w zamian za nią, możemy otrzymać? Jest to po prostu stosunek ilości takich, czy innych, pieniędzy w obiegu, do ilości towarów i usług na rynku. Mieliśmy okazję przekonać się o tym na przełomie lat 80 i 90. Rząd drukował papierki, za które nie było co kupić. W końcu praktycznie każdy z nas był milionerem. Był to książkowy przykład inflacji, który przeżyliśmy na własnej skórze. Jeśli ilość pieniędzy rośnie szybciej niż ilość towarów i usług, to dochodzi do inflacji. Jeśli jest odwrotnie – do deflacji. Tak mówią monetaryści. I częściowo mają rację. Za chwilę wyjaśnię, czemu tylko częściowo.

Powiedziałem już, że gospodarka to nic innego, jak wymiana wartości za wartość. Pomijając przypadek rabunku lub dobrowolnego podarowania, zasada ta obowiązywała w gospodarce wymiennej. Obowiązywała także w wypadku pieniądza ze złota. Gdy pieniądz przestał być, w taki, czy inny sposób, związany ze złotem, zasada ta przestała bezwzględnie obowiązywać. Emitent pieniądza zyskał możliwość otrzymywania stworzonej przez innych wartości, bez konieczności tworzenia przez siebie jakichkolwiek wartości! Zamiast niej, może dawać wydrukowane przez siebie kolorowe papierki, lub po prostu dopisywać sumy na koncie odbiorcy. Szczerze mówiąc jest to możliwość w dużej mierze teoretyczna. Spotkałem się jedynie z jednym przykładem jej wykorzystania – w wypadku banków, i dotyczył on jedynie niewielkich sum, wiec nie będę tu o tym wspominać. Ale nasz system monetarny ma jeszcze inne „nieprzyjemne” właściwości. Jak już wielokrotnie wspominałem, obieg pieniędzy w naszej gospodarce jest obiegiem zamkniętym. Wyjaśniałem także, że bank centralny tworzy pieniądze, które trafiają do obiegu w formie kredytu. Po wykonaniu swojej „pracy” w gospodarce, kredyt zostaje spłacony i pieniądze te „znikają” z obiegu. Aby więc w obiegu była dostateczna ilość pieniędzy, konieczne jest zaciąganie coraz to nowych kredytów. Wyjaśniałem także, że pieniądze „stworzone” przez bank centralny egzystują w formie gotówki i sum na kontach banków komercyjnych w banku centralnym, i że są to jedyne „prawdziwe” pieniądze w obiegu (de facto o obiegu można mówić jedynie w wypadku gotówki). Wyjaśniałem także, że kolejną bajeczką dla grzecznych dzieci, jest opowiastka, że banki potrzebują naszych oszczędności, aby móc udzielać kredytów. W rzeczywistości banki tworzą same, potrzebne im sumy – po prostu wpisując je po obu stronach konta kredytobiorcy, a większość naszych oszczędności „ląduje” na kontach banków w banku centralnym i używana jest jedynie do rozliczeń pomiędzy bankami. Udzielone w ten sposób kredyty są oprocentowane i to oprocentowanie banki pobierają praktycznie za nic! Przyznać jednak należy, że łupem tym dzielą się z nami, dając nam ochłapy w formie oprocentowania naszych kont oszczędnościowych. Jak długo jest zapotrzebowanie na kredyty, i są one spłacane, wszystko funkcjonuje. Wyjaśniłem także, że w tym systemie banki nie są w stanie wypłacić wszystkich sum, znajdujących się na ich kontach, wiec de facto już dziś są bankrutami. Nasze oszczędności nie są w tym systemie większym problemem. Wszyscy oszczędzamy na jakiś cel, lub na „czarną godzinę”, która wcześniej, czy później, nadchodzi. Pieniądze te, trafiają więc z powrotem do obiegu i nabywane są za nie towary i usługi. Inaczej dzieje się z dużymi dochodami. Z dochodami tak dużymi, że ci, którzy je osiągają nie wiedzą już, co zrobić z taką masą pieniędzy. Jak już wcześniej wspomniałem, cechą pieniędzy jest między innymi to, że nigdy nie mamy ich za dużo. Pieniądze te są wyłączone z obiegu gospodarczego. Nie są za nie kupowane żadne towary albo usługi. Trafiają one do obiegu finansowego, funkcjonującego „obok” obiegu gospodarczego. Co się tam z nimi dzieje? Część jest inwestowana – czyli albo pożyczana, albo kupuje się za te pieniądze udziały w firmach i otrzymuje od nich dywidendy. Pieniądze te inwestowane są bezpośrednio przez posiadaczy, lub przez specjalizujące się w tym firmy. Trochę pisałem już o tym. Jednak wielkość kapitału, z którym jego posiadacze nie wiedzą co zrobić, wielokrotnie przewyższa możliwości jego inwestycji. Kapitał, którego faktycznie nikt nie potrzebuje, ląduje w globalnym kasynie gry – na giełdach. I tu przechodzimy do kolejnego pytania, które każde niegrzeczne dziecko powinno zadać: na cholerę nam te giełdy są potrzebne i jak zarabia się tam pieniądze? Odpowiedź na pierwsze pytanie jest prosta: giełdy są to miejsca, w którym sprzedawane i, co za tym idzie, kupowane są wszelakiego rodzaju papiery wartościowe, mają więc podobne znaczenie jak place targowe. Ich istnienie ma zatem sens. Natomiast odpowiedź na drugie pytanie nie jest już taka prosta. Ma też ona niewiele wspólnego ze zdrowym rozsądkiem.

Ale najpierw spróbujmy sobie wyobrazić obydwa obiegi i mechanizm ich wzajemnego oddziaływania na siebie. Można je obrazowo przedstawić, jako dwa połączone ze sobą zbiorniki. Połączone są ze sobą przy pomocy dwóch pomp. Schematycznie pokazałem to na poniższym obrazku.

Obydwie pompy są o RÓŻNEJ wydajności! Pierwsza pompa, pompuje KREDYTY z obiegu finansowego do obiegu gospodarczego. Jako, że kredyty trzeba spłacać wraz z oprocentowaniem, więc druga pompa ma większą wydajność i pompuje KREDYTY PLUS ODSETKI(!!) z obiegu gospodarczego z powrotem do obiegu finansowego. Teraz musimy sobie wyobrazić, że wydajność tych pomp zwiększa się z biegiem czasu. Gdy druga pompa wpompowała kredyty plus odsetki do obiegu finansowego, wzrosła w nim ilość pieniędzy i teraz pierwsza pompa musi wpompować tę zwiększoną wielkość, jako większy kredyt, do obrotu gospodarczego, co z kolei znów wymusza wzrost wydajności drugiej pompy, gdyż musi ona wpompować odpowiednią ilość odsetek. I tak w kółko. Jest to właściwie sprzężenie zwrotne. Wyjaśniałem już w części „Oprocentowanie”, że dochody kapitałowe rosną wykładniczo – tak rośnie zatem wydajność tych pomp. Obieg gospodarczy „zasilany” jest wprawdzie przez pompę wzrostu gospodarczego i jej wydajność także może wzrosnąć i skompensować ubytek, ale po pierwsze jest to wzrost, w najlepszym wypadku, liniowy, więc po pewnym czasie nie jest on w stanie nadążyć za wzrostem wykładniczym. W pewnym momencie musi dojść do coraz szybszego transferu kapitału z obiegu gospodarczego, do obiegu finansowego I JEST TO JUŻ PROCES CORAZ SZYBSZY I NIEOWRACALNY! Dla osób mniej obeznanych z matematyką, pokazałem obydwa wzrosty na wykresie poniżej.

Tutaj muszę wrócić do definicji inflacji i deflacji. Monetaryści mówią, że wzrost ilości pieniędzy powoduje inflację. Niestety ta teoryjka nie ma nic wspólnego z rzeczywistością! Popatrzmy, jakimi sumami się dziś operuje, a zamiast inflacji mamy deflację!! Po prostu wszyscy ci panowie profesorowie nie potrafią, a może nie chcą, zrozumieć prostego faktu, że mamy tu do czynienia z dwoma odrębnymi światami. Pieniądze z obiegu gospodarczego są w coraz szybszym tempie „pompowane” do obiegu finansowego. Efektem tego jest deflacja w obiegu gospodarczym i, właściwie już, hiperinflacja w obiegu finansowym! Osoby starsze, które pamiętają lata 80 i 90 przypominają sobie na pewno, że kupowało się wtedy wszystko, co było do kupienia. Nieważne, czy było nam to potrzebne, czy nie. Aby tylko wydać pieniądze, które były coraz mniej warte. Podobnie jest dzisiaj w obiegu finansowym. Możliwości inwestycji, a w szczególności zyskownych inwestycji, mają dzisiaj jedynie najwięksi gracze w rodzaju BlackRock. Reszta musi szukać innych możliwości. I tu wracamy do giełdy. Ona jest właśnie modelowym przykładem inflacji na rynku kapitałowym. Ilość papierów wartościowych jest ograniczona, a ilość chętnych do ich kupna, których pieniądze parzą w palce, jest coraz większa. Windują oni zatem ceny, do niebotycznych i równocześnie idiotycznych wysokości! Gdy nie można zwiększyć ilości akcji, zwiększa się ilość wszelkiego typu „wynalazków finansowych”, które najczęściej są formą zakładu o coś. Nazywanie giełdy globalnym kasynem gry, nie jest wcale przesadą! Jest faktem! Zwykłe kasyna nie mają praktycznie żadnego wpływu na gospodarkę. Niestety nie można powiedzieć tego o giełdzie! Wymusza ona na podmiotach gospodarczych takie działania, które powodują wzrost cen papierów „wartościowych”. Najchętniej widziane są cięcia kosztów poprzez masowe zwolnienia, obniżki płac i temu podobne posunięcia. Wszystko to już dawno przestało mieć jakikolwiek sens gospodarczy, niewiele ma też wspólnego ze zdrowym rozsądkiem, więc coraz bardziej zaczęły się liczyć działania pozorne, plotki i szum medialny. Zadziwiające w tym wszystkim jest jednak to, że tak niewielu ludzi, nawet po tylu krachach na giełdach, dostrzega przerażającą prawdę zawartą w stwierdzeniu Keynesa z jego „Ogólnej teorii zatrudnienia, procentu i pieniądza”:
Speculators may do no harm as bubbles on a steady stream of enterprise. But the position is serious when enterprise becomes the bubble on a whirlpool of speculation.” – spekulanci są nie bardziej szkodliwi niż bańki na spokojnym strumieniu działalności gospodarczej. Ale sytuacja staje się poważna, gdy działalność gospodarcza staje się bańką w wirze spekulacji (tłumaczenie moje). Obecnie mamy do czynienia właśnie z taką sytuacją! Można śmiało powiedzieć, że giełda symuluje dzisiaj obieg gospodarczy. Ale ma także wpływ na realną gospodarkę! Niestety z negatywnymi, wspomnianymi wcześniej, konsekwencjami dla nas – zwykłych śmiertelników. Zyski, jakie (ewentualnie) się na giełdzie osiąga, pochodzą z mechanizmów inflacyjnych spowodowanych coraz szybszym napływem pieniędzy z realnego obiegu gospodarczego. Osoby starsze pamiętają „staczy” kolejkowych. Gracze giełdowi, to właśnie tacy „stacze”. Sprzedają drożej to, co kupili taniej, bo przez ten czas przybyło pieniędzy w obiegu finansowym i wzrosła ilość ludzi, których te pieniądze parzą w ręce. Fakt, zanim nastąpi krach, na procederze tym można nawet bardzo dobrze zarobić (lub stracić), ale z gospodarczego punktu widzenia jest to czysty idiotyzm!

Niegrzeczne dzieci z pewnością wiercą się, aby zadać pytanie: czemu o tym wszystkim nie mówi się w oficjalnych mediach, nie uczy w szkołach, a przede wszystkim nic się nie zmienia! Częściowo próbowałem już odpowiedzieć na to pytanie w moim wstępie, głównie w częściach PRZYSZŁOŚĆ i INTELEKTUALNY ZASTÓJ. Odpowiem jeszcze raz krótko: za dużo słuchamy bajeczek dla grzecznych dzieci i za mało zadajemy pytań. Zbyt mało zastanawiamy się jak skonstruowany jest nasz świat. Oglądamy teatrzyk, jakim jest polityka. Emocjonujemy się występującymi tam kukiełkami. Już jedynie bardzo łatwowierne, albo bardzo tępe dzieci nie dostrzegają faktu, że kukiełki te poruszane są przy pomocy sznurków, które pociągają aktorzy ukryci za kulisami. To, co się za tymi kulisami dzieje, próbują nam wyjaśniać wszelkiej maści teorie spiskowe, z których większość, jest moim zdaniem kompletną bzdurą! Oprócz tego przywołuje się także, jak np. w książkach Song Hongbinga, wydarzenia z historii. Postacie Rothschildów, Rockefellerów, czy wydarzenia wokół powstania amerykańskiej Rezerwy Federalnej. Podobnie jest z mało znaną w Polsce, książką „Tragedy and Hope” Carrolla Quigley. W jej wypadku mamy już bardziej wiarygodne źródło – pisała ją osoba z „wewnętrznego kręgu”. Mają one za zadanie ujawnić osoby pociągające za sznurki. Wszystko to, ma moim zdaniem znaczenie jedynie historyczne. Jeszcze w latach 60, ilość tych osób i organizacji była w jakiś sposób do ogarnięcia. Od tego czasu wszystko się zmieniło. Ich ilość wzrosła. Tłoczą się więc za kulisami, trącają się i przeszkadzają sobie wzajemnie. Rezultatem tego są nieskoordynowane ruchy ich kukiełek. Dodatkowo wiele sznurków splątało się i to, co odgrywają kukiełki bardziej przypomina taniec św. Wita niż przedstawienie! A my wszyscy patrzymy na to, nic nie rozumiemy i doszukujemy się w tym jakiegoś sensu i drugiego dna! W jednym z moich poprzednich wpisów porównałem obecną sytuację z siecią neuronową, ale jedynie niewiele osób wie, i jest w stanie zrozumieć, co to takiego. Porównanie z teatrzykiem jest zrozumiałe dla wszystkich dzieci. Niestety nie mamy wglądu za kulisy. Nikt z pociągających za sznurki nie powie nam też o swoim scenariuszu. „Wir können sie nicht zwingen, die Wahrheit zu sagen. Aber wir können sie zwingen, immer dreister zu lügen” – nie możemy ich zmusić do mówienia prawdy. Ale możemy ich zmusić do coraz bezczelniejszych kłamstw, miała rzekomo powiedzieć niemiecka terrorystka Ulrike Meinhof. Nie namawiam nikogo do terroryzmu, ale do zadawania pytań. One będą miały ten sam skutek – odpowiadający będą zmuszeni coraz bezczelniej kłamać. Może tą droga dowiemy się więcej.

Jestem przekonany, że albo ludzkość zrozumie, czym jest obecny system monetarny i zreformuje go, albo czeka ją samozagłada lub cofnięcie do epoki barbarzyństwa. Niestety taka reforma może być dla wielu bardzo bolesna. Konieczne będzie przełamanie wielu, istniejących nawet od tysiącleci, tabu, stereotypów i sposobów myślenia. Gotowego systemu monetarnego nie wymyśli się także siedząc przy biurku! Z pewnością konieczne będą eksperymenty najpierw na małą skalę, potem na skalę krajów. Nie uniknie się także błędów. Nie osiągnie się tego także bez zadawania pytań. Prawie wszystkie największe odkrycia w dziejach ludzkości były dokonywane przez niegrzeczne dzieci – ludzi, którzy zadawali pytania, które innym nie przyszły do głowy. Ludzi, którzy nie chcieli słuchać bajeczek dla grzecznych dzieci.

Staniemy się towarem

Pisałem już nieco o Internecie [1] [2]. Szczerze mówiąc nie spodziewam się po nim niczego dobrego. Niczego dobrego dla nas. Niestety obawy moje coraz szybciej się potwierdzają! Ostatnio natknąłem się na informację, której, szczerze mówiąc, już od jakiegoś czasu się spodziewałem. Nie sądziłem jednak, że nastąpi to tak szybko. Informacja ta dotyczy każdego z nas. Niestety, jedynie niewielu zdaje sobie sprawę z jej wagi i z tego, co ona oznacza. A oznacza ona, ni mniej, ni więcej, że staniemy się towarem! Oczywiście nie my, jako fizyczne osoby! Tak daleko jeszcze nie zaszło (jeszcze nie…)! Tym towarem będzie wiedza o nas, a konkretnie wszystkie możliwe nasze dane i dotyczące nas informacje. Właściwie nie jest to nic nowego. Nie jest żadną tajemnicą, że już od dawna zbiera się o nas wszelkie możliwe dane, także handel nimi jest także na porządku dziennym. Na razie handel ten odbywa się jednak na względnie małą skalę i „na dziko” – bez regulacji prawnych. Teraz odbywać się będzie w majestacie prawa. Ramy prawne opracowuje organizacja do tego powołana: Światowa Organizacja Handlu. Nazwa wszystko mówi. Nie jest żadnym zaskoczeniem, że motorem napędowym negocjacji są USA. Amerykanie są praktycznie monopolistami w zbieraniu danych. Wszystkie główne firmy informatyczne i internetowe są firmami amerykańskimi. Do tego dochodzą agencje wywiadowcze. Internet jest tak skonstruowany, że prawie wszystkie światowe dane, przechodzą przez terytorium USA. Nawet email do kogoś oddalonego o kilka ulic.

Główne żądania amerykańskich negocjatorów to:

  • Zakaz pobierania opłat celnych od danych.
  • Nieograniczone możliwości przepływu i przekazywania danych.
  • Brak ograniczeń dotyczących lokalizacji usługodawcy. Wszystkie dotychczasowe ograniczenia mówiące, że firma musi posiadać swoją filię w danym kraju, mają zostać zniesione.
  • Swoboda tworzenia własnych sieci. Usługodawcy muszą mieć całkowitą swobodę w tworzeniu własnych sieci i w dostępie do sieci innych usługodawców.

Prawdziwym skandalem jest jednak postawa Unii Europejskiej. Krótko mówiąc włazi ona Amerykanom bez wazeliny i akceptuje wszystkie te żądania! Europa dbała dotychczas przynajmniej o pozory ochrony naszych danych, teraz zrezygnowała nawet z tego.

Co to wszystko oznacza. A to, że teraz nasz pracodawca, firma ubezpieczeniowa, czy bank będą o nas wszystko (dosłownie wszystko!!!) wiedzieć. Z naszych rozmów telefonicznych, smsów, maili, wpisów na naszym portalu, nasz pracodawca dowie się za niewielką opłatą, co myślimy o nim i o firmie, w której pracujemy. Pozna nasze poglądy polityczne, naszą sytuację rodzinną, czy jesteśmy zadłużeni i czy spłacamy kredyty, pozna nasz stan zdrowia, a nawet nasze preferencje seksualne. To samo dotyczy naszego ubezpieczyciela. Jego także z pewnością bardzo zainteresuje stan naszego zdrowia. Tajemnica lekarska? Lekarz nic nie powie! Ale zapisze diagnozę w komputerze, przepisze zabiegi i terapie, wystawi recepty… Jeździmy samochodem? Nasz ubezpieczyciel dowie się, jaką drogę nim odbywamy, więcej, dowie się wszystkiego o naszym stylu jazdy. Czy stanowimy zagrożenie w ruchu drogowym. Ktoś nie wierzy? Od 2018 roku każdy nowy samochód musi być wyposażony w urządzenie, które to (a także wiele innych rzeczy!) umożliwi. Skarżymy się rodzinie i znajomym, że jesteśmy przemęczeni, że nie „wyrabiamy” już psychicznie… Nasz bank dowie się o tym i podniesie oprocentowanie naszego kredytu albo odmówi nam nowego, bo jesteśmy psychicznie labilni, zagrożeni depresją i możemy być kłopotliwym klientem, który nie będzie w stanie spłacić kredytów.

To tylko pierwsze przykłady, jakie przyszły mi do głowy w czasie pisania. Można je mnożyć praktycznie w nieskończoność. A przyszłość zgotuje nam na pewno niejedną niemiłą niespodziankę!

Powie ktoś, że przesadzam. Że mam manię prześladowczą. Że głoszę teorie spiskowe. Że to wszystko nieprawda. Całkowicie rozumiem takie podejście. To wszystko dotyczy techniki, której przeciętny zjadacz chleba kompletnie nie rozumie. Graniczy ona dla niego z czarną magią. Tak się złożyło, że pracuję w branży informatycznej i komputerowej. Proszę mi wierzyć, wiem o czym piszę. Wprawdzie nie mam nic wspólnego z inwigilacją, ale mam wiedzę, pozwalającą zrozumieć technikę, która za tym stoi. Zdaję sobie sprawę z jej możliwości i zagrożeń, jakie za sobą niesie. W tej branży trzeba stale się dokształcać, wiedzieć, co nowego się dzieje. Obok informacji bezpośrednio dotyczących mojej pracy, spotykam się także z innymi informacjami. Spotykam się także z opiniami i analizami, które piszą ludzie bezpośrednio pracujący przy tworzeniu technik zbierania i przetwarzania danych. Większość z nich jest przerażona! A są to jeszcze lepsi fachowcy ode mnie, którzy wiedzą rzeczy, o których ja nie wiem!

Najgorsze, że jesteśmy kompletnie bezbronni wobec tego, co nastąpi. Nie możemy wyjechać na bezludną wyspę, odciąć się od świata. Mamy także wiele fałszywych przekonań dotyczących techniki, którą się posługujemy. Sądzimy, że jesteśmy anonimowi w Internecie. Że wystarczy zameldować się pod jakimś pseudonimem i nikt nas nie znajdzie. Nic bardziej błędnego! Istnieją dziesiątki metod tzw. „trackingu”, pozwalające rozpoznać osobę siedzącą przed komputerem np. po ruchach myszy lub sposobie uderzania w klawiaturę, czy jest to akurat mąż, żona, czy któreś z dzieci. Można także później stwierdzić, że ta sama osoba obsługuje komputer w biurze. Na razie wykorzystuje się to głównie do tropienia przestępców, ale gdy da się na tym zarobić, stanie się to powszechne. Także jedynie ktoś niemający pojęcia o programowaniu, może być przekonanym, że wyłączył swojego smartfona. Dziecinnie prosta jest taka jego manipulacja, aby wyglądał na wyłączony, ale mikrofon i kamera pozostały aktywne. Jedyną pewną metodą jest wyjęcie akumulatora. Kiedyś wystarczył do tego ruch kciukiem, dziś akumulator jest najczęściej przylutowany na stałe.

O naszej ignorancji świadczy najlepiej powszechny brak zainteresowania tym, co ujawnił Edward Snowden. Wprawdzie sporo o tym mówiono, ale był to kompletny szum informacyjny. To także jestem w stanie zrozumieć. Dla przeciętnego Kowalskiego są to podobne informacje, jak wieść o odkryciu fal grawitacyjnych albo bosonu Higgsa. Także wszędzie o tym pisano. Przeczyta nagłówek, posłucha w telewizji, pokiwa głową i nic z tego nie zrozumie. A dokumenty, które ujawnił Snowden, potwierdzają całkowicie to, o czym tutaj piszę. Oczywiście żaden dziennikarz tego nie powie, a co dopiero polityk! Dokumenty te nie były właściwie żadną niespodzianką. Od dawna się tego domyślano, brakowało jedynie dowodów. On je dostarczył. Wszyscy są zresztą przekonani, że zobaczyliśmy jedynie wierzchołek góry lodowej.

Wiedza o nas pozwala na opracowanie coraz skuteczniejszych i perfidniejszych, bo działających na podświadomość, technik sterowania nami. Trochę już o tym pisałem. Internet pozwala robić to na niewyobrażalna skalę. Prasa, radio i telewizja, to przy tym jedynie dziecinne zabawki! Zresztą, z czasem zleją się one w jedno medium. Coraz szybciej rozwija się też technika sztucznej inteligencji, której możliwości są praktycznie nieograniczone. To, do czego już jest wykorzystywana, jeży włosy na głowie! A to dopiero początki!

Internet zmusza nas także do innego spojrzenia na kwestię suwerenności krajów [1] [2]. Także dominacja oprogramowania jednej firmy, może dziś doprowadzić do wręcz kolonialnej zależności [1] [2]. Jakoś nie słyszałem, aby ktokolwiek zastanawiał się u nas nad tymi problemami. Inaczej jest w Rosji [1] [2]. Rosjanie zdają sobie sprawę z tego, że są obiektem wojny propagandowej. Zdają sobie także sprawę z tego, że są w tej wojnie stroną przegraną. Każdy słyszał o „trollach Putina”. Już samo używanie takiego pojęcia świadczy o kompletnej ignorancji. Nikt nie zastanawia się także nad zarzutem rosyjskich manipulacji przy wyborach w USA. Każdy bezkrytycznie przyjmuje za pewnik ten kompletny idiotyzm. W kółko się to powtarza, ale nigdzie nie spotkałem się z wyjaśnieniem, jak niby miałyby owe manipulacje wyglądać? Przy amerykańskim monopolu na kontrolę przepływu danych i manipulację światową opinią publiczną, jest to czymś niemożliwym!

Wspomniałem na początku, że nie spodziewałem się takiego tempa w opracowaniu porozumień handlowych. Sądziłem, że najpierw uregulowana zostanie sprawa własności danych. Wbrew pozorom nie jest prawnie uregulowane, kto jest właścicielem naszych danych. Myli się ten, kto sądzi, że my jesteśmy ich właścicielami. Gdy piszemy coś na naszym portalu lub umieszczamy tam nasze zdjęcia, możemy to w każdej chwili skasować. Oznacza to jednak jedynie to, że nie będzie to widoczne w sieci. My sami, nie będziemy już mieć dostępu do tych danych. Nie zostanie to jednak skasowane na serwerach właściciela portalu, gdyż uważa on, że jest właścicielem tych danych! Nawet to, co pisaliśmy „na brudno” i wszystkie zmiany w tekście, pozostają tam! Jeżeli całkowicie zlikwidujemy swój profil, oznacza to jedynie zlikwidowanie profilu, ale nie skasowanie naszych danych oraz naszych wpisów i zdjęć! Kompletnie niejasne jest, co stanie się z naszymi danymi po naszej śmierci. Spadkobiercy?! Akurat niedawno niemiecki sąd rozstrzygnął, że rodzice, którzy są prawnymi spadkobiercami (!), nie mają prawa dostępu do profilu swojej zmarłej córki!! Mieli oni nadzieję znaleźć tam wyjaśnienie przyczyny jej samobójstwa. Wspomniałem o samochodach… Już dzisiaj rejestrują one masę danych. Także nie wiadomo, kto jest ich właścicielem. Producenci samochodów uważają, że oni, gdyż są to jedynie dane techniczne, potrzebne im do statystyki awaryjności, oceny stanu technicznego pojazdu, tempa jego zużycia itp. Poza numerem seryjnym samochodu, nie ma tam danych właściciela. Ale ten numer jest w dowodzie rejestracyjnym wraz ze wszystkimi danymi właściciela i nie ma najmniejszego problemu z dopasowaniem tych, a potem innych, danych.

Coraz bardziej zaczynam tęsknić za UB i jej teczkami! Tak naprawdę, nic oni wtedy o nas nie wiedzieli.

Zaprawdę słuszne to i sprawiedliwe

Obiecałem w poprzednim wpisie napisać o zadłużeniu państw. Łatwo jest obiecywać, trudniej wykonać! Przypomniała mi się odpowiedź św. Augustyna na pytanie o to, czym jest czas: „jak mnie o to nie pytają, to wiem”. Parafrazując jego odpowiedź mógłbym powiedzieć: jak nie muszę wyjaśniać skąd bierze się zadłużenie państwa, to wszystko wiem. Czasem najtrudniej jest wyjaśnić z pozoru najbardziej oczywiste rzeczy. W szczytowej fazie ostatniego kryzysu, gdy w mediach nie mówiło się o niczym innym, przełączając kanały w telewizji satelitarnej, przypadkiem trafiłem na program jakiejś zachodniej stacji, w którym różni eksperci, w większości z tytułami profesorów ekonomii, odpowiadali na pytania. Zadawała je publiczność w sali i telewidzowie telefonicznie, smsami i mailami. Już chciałem przełączyć na inny kanał, gdy zadzwoniła jakaś, sądząc z głosu, starsza pani i zapytała: „mówicie tu cały czas o ogromnym, zniszczonym kapitale, ale ja nie rozumiem – spalił ktoś te pieniądze czy co?”. Trzeba było widzieć uśmieszki politowania tych profesorów! Oczywiście bez przerwy coś gadali, ale nie były to odpowiedzi na pytanie. Ja patrzyłem, jak prowadzący program coraz bardziej się denerwuje. W końcu dość obcesowo przerwał jednemu z gadających i szybko przeszedł do następnego pytania. Dopiero później domyśliłem się, dlaczego – program leciał na żywo i najwyraźniej obawiał się, że ktoś z publiczności krzyknie: „przecież wy sami tego nie rozumiecie!” i byłby obciach.

Ale wróćmy do tematu. Już parę razy wspomniałem o naszym wręcz schizofrenicznym stosunku do państwa. O tym, że czymś innym jest dla nas ojczyzna, a czymś innym państwo. Że ojczyznę kochamy a państwo nienawidzimy. Gotowi jesteśmy walczyć ZA ojczyznę, ale walczymy Z państwem. Ale równocześnie wymagamy, aby to właśnie państwo zapewniło nam bezpieczeństwo, dobrobyt, godne warunki życia, żeby dbało o nas, żeby nam DAWAŁO. Równocześnie jednak nie chcemy przyjąć do wiadomości, że państwo może nam dać jedynie to, co nam wcześniej w formie podatków odebrało! Kompletnie nie rozumiemy także faktu, że państwo nie powstaje i nie funkcjonuje samo z siebie! Że musimy o nie dbać, gdyż w przeciwnym razie dojdzie do wynaturzeń i wtedy faktycznie państwo może się stać naszym przeciwnikiem i wrogiem! Jeśli państwo nie funkcjonuje prawidłowo, to JEDYNIE MY SAMI JESTEŚMY TEMU WINNI!! Można śmiało powiedzieć, że państwo jest takie, jak jego obywatele. Niestety, stan naszego państwa świadczy źle jedynie o nas! Można wypełnić całą bibliotekę analizami przyczyn. Osobiście jestem zdania, że są trzy główne przyczyny takiego stanu rzeczy: pierwszą jest fakt, że jako naród „przeskoczyliśmy” szalenie ważny okres w historii – Oświecenie. Drugą jest fakt, że ponad połowa z nas, czyli mieszkańcy wsi, dopiero od niedawna ma świadomość przynależności narodowej. W okresie pierwszej Rzeczpospolitej mieli status de facto niewolników. Druga Rzeczpospolita zrobiła niewiele dla zmiany mentalności tych ludzi i ich sposobu widzenia państwa. Okres powojenny, aż do dziś, także nie wniósł prawie nic do poprawy sytuacji. Wprawdzie w okresie powojennym, wielu mieszkańców wsi wykształciło się, ale ich mentalność nie uległa zmianie. Trzecią przyczyną jest fakt, że w pierwszej Rzeczpospolitej jedynie szlachta posiadała możliwość (rzadko umiejętność) samoorganizacji. Później, przez pokolenia, tłumiona była w nas potrzeba i zdolność do samoorganizacji społeczeństwa. Robili to zarówno zaborcy, niemiecki okupant w czasie wojny, jak i władze PRL-u po wojnie. Szczerze powiedzieć sobie także trzeba, że nie widziały tego chętnie ani władze drugiej Rzeczpospolitej, ani obecnej. Kościół zawsze był temu przeciwny.

Trochę odbiegam od tematu, ale tylko trochę… Musimy zdać sobie także sprawę z tego, że w każdym państwie są siły, dla których państwo, czyli efekt zdolności do samoorganizacji społeczeństwa, jest solą w oku. Siły te nie są jednolite i ich motywy są różne. Łączy je to, że z takich, czy innych powodów pragną one zająć rolę kierowniczą w państwie i podporządkować sobie społeczeństwo. Siły te istniały zawsze. W przeszłości były one łatwe do zidentyfikowania, gdyż potrafiły dochodzić i utrzymywać się przy władzy jedynie przy użyciu przemocy. Dzisiaj odbywa się to szalenie subtelnie, łagodnie i przez to niezauważalnie – przy pomocy oddziaływania na nasze umysły. Trochę już o tym pisałem [1], [2], [3]

Tę, jak się okazuje, szalenie skuteczną metodę, stosuje się także dla kształtowania naszego sposobu widzenia i rozumienia tego, czym jest państwo oraz jaka jest jego rola w gospodarce i w organizacji naszego życia. Wyjaśniałem już, że neoliberałowie, czyli grupa, która obecnie stara się nam wszelkimi sposobami to państwo „obrzydzić” (u nas nie ma z tym trudności), widzi jego rolę jedynie, jako strażnika „praw rynku”, którym społeczeństwo ma się podporządkować. I wcale tego nie ukrywa! Czołowa postać neoliberalizmu – Milton Friedman w Mont Pelerin Society Newsletter z kwietnia 1990 roku napisał szczerze „I believe a relatively free economy is a necessary condition for freedom. But there is evidence that a democratic society, once established, destroys a free economy” – wierzę, że względnie wolna gospodarka jest warunkiem koniecznym dla pokoju. Ale istnieją dowody, że społeczeństwo demokratyczne, gdy tylko się utrwali, niszczy wolną ekonomię (tłumaczenie moje). Dlaczego niszczy? Tutaj musimy sobie wyjaśnić różnicę między liberalizmem (zarówno z neo- na początku, jak i bez niego), a demokracją. Liberalizm zakłada wolną i nieskrępowaną grę sił. Wolną Amerykankę. Na ring może wyjść zawodnik wagi super ciężkiej i piórkowej, i traktuje się ich jak równorzędnych przeciwników. Przy milionowym bezrobociu, szukający pracy bezrobotny, jest równorzędnym partnerem dla pracodawcy. Ten sam bezrobotny i ogromny koncern, mają ten sam wpływ na podejmowane przez rząd decyzje. Milioner, którego stać na najlepszych prawników i samotna matka, która nie ma jak wykarmić swoich dzieci, są równi wobec prawa. Itd, itp… Czytelnicy już się śmieją, ale za Gogolem można by powiedzieć: „z kogo się śmiejecie! Z samych siebie się śmiejecie!”, bo wybieracie polityków, którzy to głoszą! Demokracja, przynajmniej w swoich założeniach, wymaga względnej równości w rzeczywistych możliwościach oddziaływania przez obywateli na podejmowane decyzje polityczne. Pracodawcy i pracobiorcy, bogaci i biedni mają te same prawa. Ta równość może być osiągnięta jedynie poprzez samoorganizację społeczeństwa i społeczną solidarność, które są warunkami koniecznymi prawdziwej demokracji i są w stanie tę równość wymusić. Samoorganizację, której „ukoronowaniem” jest właśnie państwo, które swoją siłą, zdolne jest wymusić przestrzeganie reguł demokracji. Neoliberalizm dąży do atomizacji społeczeństwa, a przez to do uniemożliwienia, a przynajmniej utrudnienia jego samoorganizacji. Jedynie, gdy słabi i biedni zrozumieją konieczność i będą potrafili zjednoczyć się, będą stanowili realną przeciwwagę dla kapitału. I nie musi to od razu oznaczać komunizmu (co nam się wmawia!), ale jedynie niedopuszczenie do wyzysku i wymuszenie elementarnych reguł sprawiedliwości!! Ale dla (neo)liberałów nie będzie to już „wolna” gospodarka.

Neoliberalizm kojarzony jest wprawdzie z osobą Amerykanina – Miltona Friedmana, ale jego korzenie wywodzą się z Niemiec. Tamtejsi neoliberałowie także nie ukrywają, że państwo demokratyczne jest przeszkodą w urzeczywistnieniu ich idei. W odróżnieniu od USA, państwo w Niemczech było do niedawna państwem opiekuńczym, a jego obywatele jeszcze w to wierzą. Inne muszą być zatem metody jego „obrzydzania”. Chce się to osiągnąć poprzez tak duże finansowe obciążenie państwa, aby nie było ono w stanie wypełniać swych obowiązków wobec obywateli, i równocześnie wmówienie im, że to właśnie państwo jest przyczyną całego zła. Finansowe zubożenia państwa, staje się więc strategicznym celem. Celem, który oznacza prywatyzację, obniżki płac, obniżki świadczeń socjalnych, redukcję „sfery budżetowej”, pogorszenie infrastruktury państwowej i komunalnej. Wszystko to ma na celu osiągnięcie jak najwyższego poziomu niezadowolenia ze stanu państwa. Że państwo świadomie i z premedytacją doprowadzane jest do takiego stanu, rozumieją jedynie nieliczni. Przeciętny obywatel nie rozumie tej metody i łapie się na lep propagandy o niewydolnym państwie. Mówiąc ustami klasyka – ciemny lud to kupuje! Mimo tego, neoliberałowie oczekują jednak oporu ze strony bardziej świadomej części społeczeństwa. Opór ten ma być złagodzony np. poprzez obniżkę podatków, która jest zawsze pozytywnie odbierana. Ale oznacza ona zmniejszenie dochodów państwa. Pusty portfel, ma być zatem przymusem najpierw do zadłużania się, a potem, gdy deficyt budżetowy będzie coraz większy, do oszczędności i cięć wydatków.

Widerstand gegen das Abspecken des Staates auf der Ausgabenseite kommt von der Bürokratie und den Subventionsempfängern. Wahrscheinlich muß daher das Abmagern auf der Steuerseite ansetzen: Steuersenkungen zum Mobilisieren des Diktats der leeren Kassen. Dies läßt allerdings, wie die Erfahrung zeigt, die Staatsdefizite steigen“ – opór przeciw obniżeniu wydatków państwa pochodzi od biurokracji i odbiorców subwencji. Z tego powodu musi nastąpić „odchudzenie” od strony podatkowej: obniżki podatków dla osiągnięcia „dyktatury pustej kasy”. A to, jak pokazuje doświadczenie, powoduje wzrost deficytu budżetowego (tłumaczenie moje).

Tak pisał jeden z czołowych niemieckich neoliberałów – Herbert Giersch. Założyciel zespołu ekspertów, doradzających niemieckim rządom. W latach 1986 – 1988 był prezydentem kuźni neoliberałów – Mont Pèlerin Society. Tak na marginesie – polski wpis w Wikipedii, dotyczący tego stowarzyszenia, jest bardzo „upiększony” i nie oddaje w pełni jego celów. Polecam wersje w innych językach.

Giersch zdawał sobie sprawę z tego, że konieczna będzie także odpowiednia propaganda:

Es gibt gewichtige Bedenken. Sie lassen uns fragen, […]
 ob man die Menschen davon überzeugen kann, daß eine Abnahme der Staatsquote geboten wäre, möglicherweise eine absolute Kürzung öffentlicher Ausgaben, aber daß das Zurückweichen des Staates am besten erreicht werden kann, wenn zuvor ein Defizit entstanden ist, das als anstößig gilt.“ – ważne wątpliwości każą nam pytać, […] czy można przekonać ludzi do konieczności zmniejszenia sektora państwowego, do tego, że być może konieczne będzie całkowite obcięcie wydatków państwa na cele publiczne, ale wycofanie się państwa najlepiej osiągnąć można wtedy, gdy deficyt budżetowy ociągnie „nieprzyzwoite“ rozmiary (tłumaczenia moje).

W tym momencie trzeba koniecznie wyjaśnić sobie także, że mamy kompletnie inny sposób postrzegania państwa, niż większość społeczeństw zachodnich. Państwo kojarzy nam się z aparatem ucisku, gospodarczą indolencją, marnotrawstwem, pustymi sklepami i niedostatkiem. Zupełnie inaczej widzą państwo społeczeństwa zachodnie. Dla nich państwo jest gwarantem bezpieczeństwa, dobrobytu i sprawiedliwości. Dlatego zupełnie inne są metody tego „obrzydzania” u nas i na Zachodzie. Cel natomiast jest wszędzie identyczny: prywatyzacja wszystkiego tego, czym do tej pory zajmowało się państwo i jak największe ograniczenie opieki socjalnej nad obywatelami. Jak do tej pory prywatyzacja przebiega u nas bez większych oporów. Opieka socjalna jest prawie żadna, a lecznictwo bardziej przypomina eutanazję. Dla nas, określenie „prywatne” oznacza równocześnie „efektywne”. Społeczeństwa zachodnie uważają podobnie, z tym, że u nich dochodzi do tego jeszcze jedno słowo: „efektywne dla właścicieli”!  Po tamtejszych bolesnych doświadczeniach z prywatyzacją niektórych usług komunalnych, po których opłaty wzrastały nawet 5 – 7 krotnie, przy równoczesnym pogorszeniu się standardu usług, wszelkie następne prywatyzacje zostały, wobec oporów społecznych, albo odwołane, albo odsunięte na później, albo wprowadzane ukrytymi metodami np. w formie partnerstwa publiczno-prywatnego, które nawiasem mówiąc, jakimś dziwnym trafem, zawsze i wszędzie jest korzystne jedynie dla strony prywatnej.

Ale wróćmy do naszych „praw rynku”. W moim wstępie starałem się wyjaśnić, że prawa takie w ogóle nie istnieją! Starałem się także wyjaśnić jak system monetarny kształtuje system gospodarczy, i że jak najbardziej istnieją prawa, tym razem prawdziwe, bo prawa matematyki, które wymuszają stały wzrost zadłużenia i konieczność stałego wzrostu gospodarczego. Przypomnijmy sobie w skrócie:

  • Obieg pieniędzy w naszej gospodarce jest obiegiem zamkniętym. Oszczędności i nadmiar kapitału, muszą wrócić do obiegu w formie kredytu. W przeciwnym razie nie będzie pieniędzy w obiegu.
  • Ten powrót jest „wynagradzany” poprzez oprocentowanie.
  • Jako, że w obiegu jest jedynie tyle pieniędzy, ile wynosi suma kredytów, nie ma zatem pieniędzy na spłatę tego oprocentowania.
  • Na jego spłatę trzeba więc zaciągnąć nowy kredyt albo dać część posiadanego kapitału, czyli zubożyć się.
  • W naszym systemie monetarnym, nowy pieniądz może trafić do obiegu, także jedynie w formie oprocentowanego kredytu. Monopol na jego udzielanie mają banki komercyjne.
  • Aby „wypracować” pieniądze na zwrot kredytu plus oprocentowania konieczny jest wzrost gospodarczy.
  • Taki system powoduje wykładniczy wzrost zadłużenia (procent składany, efekt kuli śnieżnej), oraz koncentrację kapitału w rękach coraz mniejszej grupy ludzi.
  • Wzrost gospodarczy nie jest nieskończony i odbywa się liniowo (o ile w ogóle), więc po jakimś czasie nie jest on w stanie skompensować wykładniczego wzrostu zadłużenia.
  • Zaczyna brakować nowych kredytobiorców, a więc także pieniędzy w obiegu gospodarczym.
  • Dochodzi do nacisku na obniżenie wysokości oprocentowania, więc kapitał przenosi się na giełdę – czyli w stronę spekulacji.
  • W obliczu deflacji, państwo zmuszone jest przejąć rolę kredytobiorcy.
  • Spłatą kredytów obciążani są obywatele poprzez wzrost podatków dla najmniej zarabiających, cięcia socjalne i prywatyzację majątku państwa (czyli społeczeństwa!)

Mam nadzieję, że rozumiemy teraz, że państwo nie zadłuża się dlatego, BO CHCE, ale dlatego, BO MUSI!! Tym przymusem jest z jednej strony system monetarny (bez kredytów nie byłoby pieniędzy w obiegu), z drugiej strony jest to przymus ideologiczny: zapewnienie dochodów grupie ludzi – kapitalistów. Ten przymus wynika z ustroju – kapitalizmu. Dlatego uważam, że kapitalizm to system polityczny, społeczny i gospodarczy, którego celem jest zapewnienie dochodów posiadaczom kapitału. Dochodów, które wynikają tylko i wyłącznie z samego faktu posiadania owego kapitału. Nie ma to nic wspólnego z marksistowskim twierdzeniem o własności środków produkcji, gdyż także firmy uspołecznione muszą brać kredyty i spłacać je z oprocentowaniem.

A co się dzieje, gdy jakieś państwo próbuje wyłamywać się z tego przymusu i prowadzi własną politykę? Akurat możemy to obserwować w Europie na przykładzie Portugalii. Należy do tak zwanej grupy PIIGS – europejskich krajów wysoko zadłużonych. Tak na marginesie, zadłużenie większości z tych krajów nie było wcale takie wysokie, ale po kryzysie w 2008 roku zostały one zmuszone do ratowania banków (prywatnych, efektywnych, działających według nieomylnych praw rynku) i przejęcia ich długów. W efekcie wzrostu zadłużenia, zarówno Unia Europejska, jak i Międzynarodowy Fundusz Walutowy wymusiły na tych krajach drastyczne cięcia budżetowe i programy oszczędnościowe. Jedynie Portugalia konsekwentnie sprzeciwiła się temu. Nie pomogły nawet niezgodne z prawem próby niedopuszczenia do władzy legalnie wybranego rządu. Niemiecki minister finansów, który jest głównym zwolennikiem programów oszczędnościowych, groził nawet, że Portugalia zostanie objęta „programem ratunkowym”,  podobnym do greckiego! I co? Portugalia ma ponad dwukrotnie wyższy wzrost gospodarczy niż strefa Euro! Spłaciła długi w MFW i spłaca kolejne. Deficyt budżetowy spadł do 2,1%. Żaden z innych krajów, które zastosowały się do narzuconych programów nie może pochwalić się takimi wynikami. A jaka nagroda spotyka za to ten kraj? Za wyjątkiem małej, kanadyjskiej agencji DBRS, wszystkie główne agencje ratingowe kwalifikują Portugalię do krajów wysokiego ryzyka! Widocznie przewidują, że ani Unia, ani MFW nie będą wiecznie tolerować takiej niesubordynacji!

Ale państwo dba o dochody kapitalistów nie tylko zadłużając się u nich, ale także obniżając podatki, a konkretnie najwyższą stawkę podatkową, bo jedynie ta ich dotyczy. Zmienia się równocześnie progresję podatkową, na mniej korzystną dla mniej zarabiających. Każde państwo ma swoje wydatki. Jeśli świadomie rezygnuje z dochodów (podatków), ma do wyboru dwie alternatywy: albo zmniejszyć wydatki, albo zadłużyć się. W praktyce państwo robi i to i to. Jakimś dziwnym trafem obcina się zawsze i wszędzie wydatki dla najsłabszych warstw społeczeństwa: starych, chorych, biednych i dzieci. Z drugiej strony bierze się kredyty, aby utrzymać dotychczasowy poziom wydatków – głównie na zbrojenia. Społeczeństwu serwuje się przy tym bajeczkę, że obniżka podatków spowoduje powstanie nowych miejsc pracy, które ją skompensują (zawsze obiecuje się, że z nadwyżką). Nigdy i nigdzie to nie funkcjonowało. Najlepszym dowodem jest państwo, które jest synonimem kapitalizmu, czyli USA. Popatrzmy na te dwa wykresy.

Widać wyraźnie, zależność wysokości zadłużenia i maksymalnej stawki podatkowej. Ale sama maksymalna stawka podatkowa to jeszcze nie wszystko. Dochodzą do niej jeszcze możliwości odpisów podatkowych i różne sposoby ukrycia dochodów przed opodatkowaniem. Wszystko to określają osobne przepisy, których nie da się tak łatwo przedstawić. Są one jednak na tyle efektywne, że często pozwalają obniżyć wielkość faktycznie płaconych podatków do śmiesznych kwot, a nawet praktycznie do zera! Obecny prezydent USA jest tego dobrym przykładem.

Ciekawym przypadkiem są w chwili obecnej Niemcy. Są w szczęśliwej sytuacji. Ich obligacje są ujemnie oprocentowane! Oznacza to, że kupujący je, dopłacają do interesu, bo otrzymują mniejszą kwotę, niż pożyczyli! Jeszcze dziwniejszy jest fakt, że wszyscy zabijają się o ich obligacje! Aby było jeszcze dziwniej, Niemcy prowadzą obecnie tzw. „schwarze Null Politik”, czyli politykę wyrównanego budżetu, bez potrzeby zadłużania się! Każdy rozsądny człowiek skorzystałby z okazji, wyemitowałby nowe, ujemnie oprocentowane(!) obligacje i spłacił nimi stare – wysoko oprocentowane. Ale to jeszcze nie wszystko! Infrastruktura w Niemczech jest w opłakanym stanie. Kto przejeżdżał przez Niemcy w latach 90. Pamięta gładkie jak stół autostrady. Teraz przypominają one drogi byłej NRD. Nie lepiej jest z mostami. Wiele nadaje się albo do remontu, albo do wyburzenia. Nie inaczej jest z innymi, mniej widocznymi, elementami infrastruktury. W niezależnych niemieckich mediach trąbi się, że jest to doskonała okazja, aby tanim kosztem przeprowadzić konieczne remonty, napędzić koniunkturę i dać zatrudnienie, dla obecnych sześciu milionów bezrobotnych. Że politykę wyrównanego budżetu powinno się prowadzić w czasach wysokiego oprocentowania!

Wyjaśnijmy sobie więc te paradoksy. Zacznijmy od przyczyny ujemnego oprocentowania. Niemieckie obligacje mają opinię szczególnie pewnych i bezpiecznych, z tego powodu ich oprocentowanie było zawsze niskie. W chwili obecnej są one bardzo chętnie kupowane przez bogate osoby z krajów południowej Europy – Grecji, Włoch, Hiszpanii i Portugalii. Spodziewają się oni rozpadu strefy Euro i powrotu ich krajów do walut narodowych, które natychmiast zostaną zdewaluowane. Poszukują więc bezpiecznej przystani dla swego kapitału. Dodatkowo, kurs waluty niemieckiej, niezależnie, czy będzie to marka, czy nadal Euro, wystrzeli w górę jak rakieta. Spekulują więc, że nastąpi taka sytuacja i gotowi są zaakceptować nawet ujemne oprocentowanie. Czemu Niemcy nie korzystają z okazji? Co najmniej  z dwóch powodów: chcą, aby ich długi pozostały w kraju i „napędzają” kapitał dla swoich banków – tam bowiem ląduję pieniądze, gdy nie można za nie kupić obligacji. Tak na marginesie, oprocentowanie w niemieckich bankach jest chwili obecnej także szalenie „wysokie” i wynosi niewiarygodne 0,00%. Niekorzystanie z okazji do spłacenia wysokooprocentowanych długów, potwierdza jedynie moją tezę o zapewnianiu przez państwo dochodów kapitałowi. Tezę tę potwierdza także inny fakt. Autostrady w Niemczech są własnością społeczeństwa. Jest to nawet wpisane do konstytucji. Obecnie przygotowywana jest jej zmiana, przewidująca możliwość ich prywatyzacji. Oczywiście nikt tak tego nie nazywa, gdyż opinia publiczna nigdy by tego nie zaakceptowała! Ma to być prywatyzacja „tylną furtką”. Autostrady pozostaną własnością społeczeństwa, ale państwo będzie mogło zlecić ich zarządzanie kapitałowi prywatnemu. Aby było to dla niego korzystne, przewiduje się wprowadzenie opłat za korzystanie z nich. Jest to także potwierdzeniem tego, co wcześniej pisałem o roli państwa w zapewnianiu dochodów dla kapitału. W sytuacji, gdy nie może zapewnić ich gospodarka, trzeba je stworzyć w inny sposób!

Należy więc sobie jasno i wyraźnie powiedzieć: jeżeli ktoś twierdzi, że państwa zadłużają się, aby wypełniać przedwyborcze obietnice rządzących i rozdawać datki dla społeczeństwa, to albo jest zaślepionym dogmatykiem, albo bezczelnie kłamie.

I tutaj dochodzimy do aspektu psychologicznego. Do motywów, jakimi kierują się ludzie.
O ile jeszcze jestem w stanie zrozumieć motywy ludzi, którym spadną jakieś ochłapy z pańskiego stołu, czy to w formie stanowiska, tytułu naukowego, „prestiżu”, wrzawy medialnej, czy (niewielkich w sumie) pieniędzy, to kompletnie nie mogę pojąć ludzi, którzy jedynie na tym tracą – normalnych obywateli. Gdybym włączył możliwość komentowania tego tekstu, z pewnością znalazłbym całą masę wyzwisk. Że jestem lewakiem, marksistą, że chcę powrotu do PRL-u, że jestem populistą! A byłyby to jedynie te cenzuralne! Wystarczy popatrzeć na komentarze pod pierwszym lepszym podobnym tekstem! Najdziwniejsze w tym wszystkim, że nie piszą tego ludzie z listy Forbes, podejrzewam, że są to ludzie, którzy z trudem wiążą koniec z końcem. Ludzie, którzy są ofiarami tego systemu! Nikt nie myśli, że majątek tej najbogatszej grupy nie wziął się z ich pracy. Że jest to po prostu majątek zawłaszczony w formie zbyt niskich płac, niezapłaconych nadgodzin, coraz niższych emerytur, funduszy na ochronę zdrowia czy świadczeń socjalnych. Nikt nie myśli, że te miliardy, a właściwie już biliony, które codziennie, bez najmniejszego sensu, nie tylko gospodarczego, przelewają się przez globalne kasyna gry – giełdy, zostały nam wszystkim odebrane! Myśmy to wypracowali! Miliony ludzi na całym świecie, a nie taki czy inny osobnik z listy Forbes! Te sumy wypracowały nędznie opłacane kasjerki w pampersach i szczuci jak psy pracownicy korporacji. To efekt głodowych emerytur ludzi, którzy stracili zdrowie w pracy, niedożywionych dzieci, chorych na raka, dla których nie ma pieniędzy na operacje!!

W tym momencie jakiś dociekliwy, samodzielnie myślący, czytelnik mógłby zadać pytanie: „co stoi na przeszkodzie, aby państwo zadłużało się we własnym banku – w banku centralnym?” Gdy popatrzy się na procedurę emisji obligacji, czyli de facto proces zadłużania się, włosy stają dęba na głowie! Państwo pożycza wyemitowane przez (swój!) bank centralny pieniądze, najpierw bankom komercyjnym, aby dosłownie następnego dnia pożyczyć je od nich na dużo wyższy procent!! Czy nie prościej byłoby zadłużać się bez pośredników, we własnym banku, najlepiej na zerowy procent, i jemu spłacać długi? Oczywiście już samo postawienie takiego pytania wywołałoby niesamowity jazgot ekonomistów! Ale odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta: nie ma ŻADNEJ racjonalnej przeszkody! Są przeszkody jedynie natury IDEOLOGICZNEJ. Kto pamięta czasy PRL-u, przypomina sobie z pewnością podobne sytuacje, gdy coś nie miało sensu, ale było ideologicznie słuszne. Niech mi nikt nie mówi, że kapitalizm jest wolny od podobnych idiotyzmów, bo to jest właśnie jeden z nich! W dodatku najważniejszy, bo na nim opiera się istota całego systemu! Aby nikt nie miał co do tego wątpliwości, wpisano go nawet do konstytucji (Art. 220)!! Podobnie jak wpisano przewodnią rolę PZPR i przyjaźń z ZSRR do konstytucji PRL-u.
Ciekaw jestem o ilu rzeczach jeszcze nie wiemy. Czy na przykład słowa „narodowy” albo „polski” w nazwie Narodowy Bank Polski nie powinny być pisane właśnie w cudzysłowie? Albo z wyjaśnieniem, o jaki naród chodzi? Czy przypadkiem nie o naród wybrany? Ale żarty na bok.

Chyba pod koniec lat sześćdziesiątych, oglądałem film Kurosawy „Rudobrody”. Mimo, że minęło już tyle lat, do dziś pamiętam początkową scenę, gdy młody chłopak zgłasza się do mistrza-lekarza (Rudobrodego) na praktykę i przechodzi test przydatności do zawodu – musi siedzieć przy łóżku konającego człowieka. Sądzę, że podobny test należałoby przeprowadzać dla wszystkich profesorów ekonomii, polityków, podnoszących grzecznie łapkę parlamentarzystów a także dla biskupów. Zanim obejmą oni swoje stanowiska, powinni stanąć naprzeciw np. rodziców, którzy właśnie dowiedzieli się, że nie ma funduszy na leczenie ich ciężko chorego dziecka, i patrząc im w oczy powiedzieć: „zaprawdę słuszne to i sprawiedliwe!” …a sądząc po powszechnej, potulnej akceptacji przez nas wszystkich takiego systemu i braku jakiejkolwiek reakcji na jego wynaturzenia, rodzice powinni wtedy uczciwie odpowiedzieć: „my też tak uważamy”!!

Demonetyzacja

Pisałem już jakiś czas temu o elementach układanki o tytule „Przygotowania do kryzysu monetarnego”. Niestety, nie mamy pudełka od tej układanki, więc nie wiemy, jaki obrazek ona przedstawia. Na pewno nie znamy także wszystkich elementów tej układanki. Ale jest pewne, że kiedyś zobaczymy ten obrazek. Z pewnością nie będzie on przedstawiał nic wesołego. Już to, co zdołaliśmy ułożyć, nie wygląda optymistycznie. Widzimy żywego trupa, zombie, jakim jest nasz system monetarny, w którego pompuje się kolejne kroplówki, aby chociaż o rok, o miesiąc, o dzień odwlec to, co i tak jest nieuniknione. Nie wiemy także, czy po dołączeniu kolejnych elementów, zobaczymy cały obrazek, czy tylko jego kolejny fragment. Tym fragmentem będzie kolejny kryzys, cały obrazek będzie przedstawiał kolaps systemu monetarnego. Nie wiemy także, kiedy to nastąpi. Zarządzający systemem monetarnym: Bank for International Settlements (BIS), Międzynarodowy Fundusz Walutowy, banki centralne i rządy głównych światowych gospodarek, nie zużyły jeszcze wszystkich kroplówek. Ale niewiele ich już zostało. Nie wiemy też, jaka kroplówka zostanie użyta, jako następna. Co rusz, podchodzi do nieboszczyka jakiś konował z tytułem profesora ekonomii, czasem nawet z tak zwaną „nagrodą Nobla” w tej dziedzinie pseudonauki, i oznajmia, że opracował cudowną miksturę, która postawi na nogi nieboszczyka. Jedną z tych mikstur jest demonetyzacja – pozbawienie nas dostępu do gotówki. Jak z każdym nowym medykamentem, trzeba go przetestować. Zwykle robi się to na zwierzętach. Niestety, w tym wypadku nie wchodzą one w grę, więc robi się to na ich ekwiwalencie – społecznościach trzeciego świata, do których wbrew pozorom także się zaliczamy i też jesteśmy królikami doświadczalnymi. Przepraszam za cynizm tego określenia, ale obrazuje ono sposób myślenia ludzi, decydujących o losach systemu monetarnego, a co za tym idzie, o naszych losach! Obrazuje także nasze kompletne niezrozumienie i wynikający z tego brak zainteresowania tym, co się dzieje z naszymi danymi. W normalnej sytuacji nasz rząd MUSIAŁ powiedzieć: hola, hola! Już raz, w Auschwitz, byliśmy królikami doświadczalnymi, i o jeden raz za dużo! Chcemy najpierw wiedzieć, co tu będzie testowane, jakie dane będą zbierane o naszych obywatelach, a przede wszystkim, dane te będą się znajdować pod naszą kontrolą. Wy możecie je sobie, także pod naszą kontrolą, przeanalizować. Jeśli nie zrobił tego rząd, powinna się tego domagać opinia publiczna. Niestety nic takiego nie miało miejsca, gdyż nie ma u nas ani mądrego rządu, ani żadnej opinii publicznej! Skorumpowani hipokryci albo idioci i psychopaci, których na przemian sami wybieraliśmy na naszych przedstawicieli, umysłowo są jeszcze na etapie ubeckich teczek i kompletnie nie rozumieją, co się wokół nich dzieje. Nie lepiej jest niestety z ogółem naszego społeczeństwa! Jakie społeczeństwo, takich rządzących sobie wybiera.

Ale wróćmy do tematu, czyli do demonetyzacji. 8 listopada 2016 roku rząd indyjski niespodziewanie unieważnił dwa banknoty o nominałach 500 i 1000 rupii. Decyzja ta była kompletnym zaskoczeniem i, jako że były to najpopularniejsze banknoty – 80% wszystkich banknotów w obiegu, wywołała w całych Indiach niewyobrażalny chaos. Jedynie mniej niż połowa Hindusów miała konto w banku, więc ogromna ilość ludzi (ponad pół miliarda!) nie mogło nic kupić, ani za nic zapłacić. Nawet nasze media, które zwykle nie interesują się tym, co dzieje się w takich krajach, jak Indie, informowały o tym [1], [2], [3].
Co jeszcze ciekawsze, nawet trafnie określały, o co w całej tej historii chodzi: o walkę z gotówką! Niestety, bliższe wyjaśnienia były tylko częścią prawdy. Faktem jest, że rząd Indii starał się w ten sposób ograniczyć powszechną w Indiach tzw. „szarą strefę” i korupcję, ale to tylko część prawdy. Oczywiście nie mogło zabraknąć także typowego tłumaczenia o zagrożeniu terrorem. Niektórzy byli bliżsi prawdy, ale przy okazji wypisywali kompletne neoliberalne bzdury o tym, że „rządy mogłyby zapożyczać się po zerowym koszcie. Co stałoby zatem na przeszkodzie, aby politycy mogli dalej zadłużać obywateli i sponsorować za to coraz bardziej absurdalne wydatki? Można jedynie domyślać się, jakie obietnice wyborcze pojawiłyby się w programach poszczególnych partii.” Rządy już dziś mogą się zadłużać nie tylko na zerowy, ale nawet na ujemny procent! I co jest paradoksalne NIE ROBIĄ TEGO, chociaż mogłyby tanim kosztem spłacić stare, wysokooprocentowane długi!! Wolą dalej płacić wysokie odsetki od wcześniej wziętych kredytów!! A ich obietnice wyborcze, to żadne dobrodziejstwa dla wyborców, ale kolejne cięcia funduszy na cele socjalne, oświatę, emerytury i służbę zdrowia oraz wzrost wydatków na zbrojenia. Aha, oczywiście nie można zapominać o obniżkach podatków od wysokich dochodów! Wbrew neoliberalnej propagandzie, państwa nie zadłużają się, aby spełniać obietnice wyborcze, lecz aby zapewniać dochody kapitałowi w sytuacji, gdy w gospodarce brakuje chętnych do zadłużania się. Trochę już o tym pisałem w moim wstępie, ale muszę to kiedyś dokładniej wyjaśnić.

Ale przejdźmy do wyjaśnień. Jak zwykle najważniejsze są tu dwa pytania: po co się to robi i kto za tym stoi? Oczywiście nie można pominąć także pytania o to, czy operacja likwidacji gotówki w ogóle jest możliwa do przeprowadzenia!
Oczywiście nie można podważyć argumentów o walce rządów z pracą „na czarno” i niepłaceniem podatków. Ale ten problem można rozwiązać innymi, prostszymi i skuteczniejszymi, sposobami. Trzeba tylko chcieć. Z niewiadomego powodu, nie chce się… Jakimś argumentem jest także walka z terrorem i zorganizowaną przestępczością. Ale jest to także, głównie mydlenie oczu. Brak gotówki byłby utrudnieniem jedynie dla drobnych płotek. Sumy, jakimi operują mafie, są dziś tak ogromne, że tam także stosuje się operacje bezgotówkowe. Jest tajemnicą poliszynela, które banki  się tym zajmują, nie robi się jednak nic, aby ten proceder zahamować, gdyż zorganizowana przestępczość jest dziś „normalną” dziedziną gospodarki. Terroryzm zaś, jest sztucznie wywoływany w miejsce regularnych wojen i używany dla celów politycznych – do destabilizacji krajów. Finansowany jest przez państwa i jedynie w niewielkim stopniu przy użyciu gotówki. A rzekoma „walka” z nim jest doskonałym pretekstem dla ogłupiania obywateli oraz wmawiania im, że inwigilacja i odbieranie podstawowych praw obywatelskich, jest dla ich dobra!
Niepodważalnym argumentem jest obniżka kosztów. Gotówkę trzeba wydrukować na specjalnym, kosztownym papierze, specjalnymi, kosztownymi metodami i takimiż farbami, z całą masą kosztownych zabezpieczeń. Potem trzeba ją nakładem sporych kosztów transportować pod ochroną i magazynować w odpowiednio zabezpieczonych miejscach, których budowa i ochrona także sporo kosztuje. Ale to także jest kłamliwy argument, gdyż w końcu za to wszystko powinno się płacić właśnie częścią tych wydrukowanych banknotów! Z jakiegoś powodu nie robi się tego! Nie da się także zaprzeczyć, że także handel i usługi chętnie zrezygnowałyby z gotówki. My sami, zamiast nosić banknoty i monety, wolimy mieć w portfelu kartę płatniczą. Ale myśląc jedynie o wygodzie zapominamy, a najczęściej po prostu nie wiemy, jakie konsekwencje pociąga za sobą jej używanie!
Ale wszystkie te argumenty, za zlikwidowaniem obiegu gotówkowego, nie są warte tego, aby narażać się na gniew społeczeństwa. Bo na pewno, mimo wszystkich niedogodności z nią związanych, nie byłoby ono zachwycone likwidacją gotówki. Dlatego należy zadać sobie pytanie o faktyczne przyczyny tego procesu. Trochę pisałem już o tym we wspomnianym na początku wpisie. Teraz trochę to rozszerzę, zwłaszcza, że natknąłem się ostatnio na nowe fakty na ten temat.

Do niedawna w Indiach nie było czegoś takiego jak dowód osobisty. Hindusi odziedziczyli to po swoim dawnym kolonizatorze – Wielkiej Brytanii. Gdy Hindus miał się wylegitymować, wyciągał z kieszeni najczęściej prawo jazdy lub dowód, że zarejestrował się, jako wyborca. W lipcu 2016 roku postanowiono to zmienić. Stworzono urząd, który koordynował wprowadzenie sytemu rejestracji i identyfikacji obywateli. Jego powołanie do życia poprzedziła faza przygotowań, trwająca od stycznia 2009 do marca 2016 roku. W chwili obecnej (kwiecień 2017) ponad 99% wszystkich dorosłych Hindusów jest już zarejestrowanych w bazie danych i posiada 12-cyfrowy numer identyfikacyjny UID. Kto był w Indiach i widział wszechobecny tam chaos, nie może wyjść z podziwu dla tempa tego przedsięwzięcia! W wielu, dużo mniejszych, krajach rozwiniętych nie zrobiono by tego szybciej! Porażająca i zarazem przerażająca, jest natomiast ilość zbieranych danych o obywatelach! Poza imieniem i nazwiskiem, należy do nich nie tylko, znane nam także, biometryczne zdjęcie, ale odciski wszystkich palców i skan tęczówki!
Co ma to wszystko wspólnego z wycofaniem gotówki? 14 października 2016 roku, a więc niecałe cztery tygodnie przed decyzją indyjskiego rządu, ukazał się komunikat prasowy amerykańskiej organizacji rządowej United States Agency for International Development (USAID), oznajmiający powstanie nowej inicjatywy “Catalyst: Inclusive Cashless Payment Partnership”. Wyjaśnia się, że: „This launch marks the next phase of partnership between USAID and India’s Ministry of Finance to help catalyze the rapid adoption of digital payments in India as a step toward achieving Prime Minister Narendra Modi’s vision of universal financial inclusion to end “economic untouchability” in India.” – Powstanie [tej inicjatywy] wyznacza kolejny etap współpracy pomiędzy USAID a indyjskim ministerstwem finansów w celu pomocy dla szybkiego wprowadzenia w Indiach systemów płatności cyfrowej, jako kroku w kierunku urzeczywistnienia wizji indyjskiego premiera Narendry Modi – powszechnej dostępności usług finansowych (financial inclusion) i zakończenia „ekonomicznej niedotykalności” w Indiach (tłumaczenie moje). Na samym dole systemu kastowego w Indiach, jest kasta tzw. „niedotykalnych”, stąd określenie „ekonomiczna niedotykalność” – jako porównanie z tą kastą.
Ciekawostką tego komunikatu jest fakt, że nie da się go znaleźć na stronie USAID, jeżeli nie zna się podanego powyżej adresu lub przypadkiem nie natknie się na niego w wyszukiwarce! Kto nie wierzy, niech spróbuje. W dziale „Press Releases” można użyć różnych filtrów do wyszukiwania. Także przeglądanie całej listy nic nie da! 14 październik 2016 roku nie istnieje!
Popatrzmy na personalia wymienione w tym komunikacie. Pośród innych, natkniemy się tam na nazwisko „Alok Gupta, former Chief Operating Officer at the World Resources Institute’s Sustainable Cities program, who was a member of the original Unique Identification Authority of India (UIDAI) team that developed and implemented Aadhaar, has been appointed Director of Project Incubation.” Był on zatem związany z programem rejestracji obywateli. A World Resources Institute jest finansowany głównie przez USAID! Kółko się zamyka. Amerykanie zobowiązali się przez trzy lata finansować projekt.
Ale przygotowania do niego rozpoczęto dużo wcześniej. Informuje się o nich we wcześniejszym komunikacie USAID z 20 stycznia 2016 roku. Ten komunikat także nie istnieje! Dziwnie dużo tego bałaganu! Efektem tych przygotowań jest raport o wszystko mówiącym tytule „Beyond Cash”.
Warunkiem przejścia na system bezgotówkowy jest posiadanie konta w banku. Aby je otworzyć, wszyscy obywatele muszą mieć jakiś dokument tożsamości. Mamy coraz więcej elementów tej układanki…
Zajrzyjmy do wspominanego wyżej raportu. W jego pierwszym punkcie znajdziemy stwierdzenie: „Current users of digital payments are highly satisfied with their experience” – obecni użytkownicy systemu płatności bezgotówkowej, są z niego wysoce zadowoleni. Z ich strony nie można się więc spodziewać żadnego oporu.
W następnym punkcie czytamy: „Awareness of and interest in digital payments among current non-users is low” – wiedza o systemie płatności bezgotówkowej i zainteresowanie nim, jest niska wśród osób nieużywających go.
Bezpośrednio łączy się to z punktem następnym: „Low interest in digital payments is often driven by the lack of a digital store of value” – niskie zainteresowanie płatnością elektroniczną, powodowane jest brakiem możliwości przechowywania dochodów w formie elektronicznej. Nic dziwnego. Jak podaje raport, prawie 80% respondentów otrzymuje zarobki w gotówce, a jedynie 21% z nich wpłaca je na konto w banku.
Ale „Low penetration of merchant acceptance is a key barrier to adoption” – niski poziom przyjmowania [płatności elektronicznej] przez handel, jest tu kluczową barierą, czytamy w następnym punkcie.
Nic więc dziwnego, że konkluzją jest: „Merchants, like consumers, are trapped in cash ecosystems, which inhibits their interest” – zarówno handlowcy, jak i konsumenci są więźniami systemu gotówkowego, który hamuje ich zainteresowanie [systemem bezgotówkowym].
Gdy popatrzymy teraz na nazwę programu – „Catalyst” i na (na razie czasowe) zniknięcia gotówki z obiegu, zrozumiemy znaczenie, jakie się za tą nazwą ukrywa. Brak gotówki w obiegu miał być właśnie katalizatorem przyspieszającym wprowadzenie systemu bezgotówkowego. Jak w chemii, dwa pierwiastki – handel i klienci – nie „reagowali” ze sobą i nie byli zainteresowani zmianami. Handel nie inwestował w infrastrukturę do systemu bezgotówkowego, bo klienci płacili prawie wyłącznie gotówką, klienci płacili gotówką, bo handel nie akceptował kart płatniczych. Potrzebny był właśnie ów katalizator, jakim był brak gotówki, aby uruchomić reakcję i wprowadzenie odpowiedniej infrastruktury zarówno w handlu, jak i u klientów.

Uważny czytelnik zadaje sobie teraz pewnie pytanie: jaki interes mają w tym wszystkim Amerykanie? Czy są oni większymi altruistami, czy idiotami, że finansują miliardowymi sumami indyjski (i nie tylko) projekt? Ani jedno, ani drugie! Za wszystkim tym stoi kalkulacja polityczna i biznes. Kalkulacją polityczną jest stworzenie, jeżeli nie przyjaznego, to przynajmniej neutralnego partnera do rozgrywki z Chinami. Amerykanie dobrze wiedzą, że Chiny i Indie od dawna konkurują ze sobą i, delikatnie mówiąc, nie są do siebie przyjaźnie nastawione. Dobrze też wiedzą, że na dłuższą metę, jedynie Indie mogą być równorzędnym partnerem dla błyskawicznie rozwijających się Chin. Próbują więc „pomóc” im w rozwoju. Służyć temu ma strategiczne partnerstwo pomiędzy obydwoma krajami.
Ale to jeszcze nie wszystko. Gdy wpiszemy w wyszukiwarce słowa „financial inclusion”, na jednym z czołowych miejsc otworzy nam się link do strony „Alliance for Financial Inclusion”. Znajdziemy tam całą masę propagandy, której zadaniem jest wmówić nam, jakim to dobrodziejstwem jest ogólny dostęp do usług bankowych. A szczególnie dla osób o niskich dochodach, ma to być jak dostęp do bram raju! Akurat w naszym kraju, a także w innych krajach wschodniej Europy i krajach rozwijających się, można się przekonać jak jest naprawdę. Chyba każdy z nas, ma wśród rodziny lub znajomych, co najmniej jedną osobę o niskich dochodach, która jeszcze niedawno nie miała konta w banku, a odkąd je ma, ma jedynie kłopoty. Przede wszystkim ze spłatą długów! Odpowiednio wyszkoleni doradcy, łatwo wmawiają niedoświadczonym klientom, że wystarczy wziąć „niewielki kredyt” i mogą sobie pozwolić na rzeczy, które były dla nich do tej pory nieosiągalne. Podobnie jest z kartami kredytowymi i płatniczymi. Mając je w portfelu, łatwo traci się kontrolę nad wydatkami!
Bliższych i ciekawszych informacji o tej organizacji zasięgnąć możemy z Wikipedii. Nie jestem wielbicielem Wikipedii, ale dla porównanie warto i tam zerknąć. Zaraz na początku dowiedzieć się możemy, kto był założycielem tego „przymierza”. Nie jest to wprawdzie nasz dobrze znany „filantrop”, ale persona nie mniej znana i ciekawa – Bill Gates. Wiele osób zdziwi się w tym momencie, ale dla mnie nie jest to najmniejszym zaskoczeniem. Jest to typowy przykład na wykorzystanie pozornej „dobroczynności” do robienia interesów. Jeszcze do niedawna Microsoft był niekwestionowanym monopolistą na rynku oprogramowania. Gdy nastała era Internetu, okazało się, że inne firmy były szybsze. Linux, i oprogramowanie „open source”, także stawało się coraz większą konkurencją. Później okazało się, że przespano także rozwój telefonii komórkowej. Mimo wysiłków nie udało się odrobić strat na rynku. Smartfony i tablety z oprogramowaniem Microsoftu należą dziś do rzadkości. Komputerów osobistych sprzedaje się coraz mniej. Trzeba więc zadbać o kolejny rynek przyszłości! Likwidacja gotówki spowoduje konieczność stworzenia odpowiedniej infrastruktury komputerowej. Na pewno opierać się ona będzie na oprogramowaniu, a może także na urządzeniach Microsoftu!
Ale jest to także doskonały przykład na to, jak rząd USA wykorzystuje prywatne organizacje do celów politycznych! Nikt nie może powiedzieć, że rząd USA miesza się w wewnętrzne sprawy jakiegoś kraju. Jest to działalność „dobroczynna” prywatnej organizacji. Więcej ciekawych szczegółów dowiemy się, gdy posłuchamy przemówienia Gatesa w amerykańskim departamencie skarbu. Już samo miejsce tego wystąpienia potwierdza moje słowa. Przede wszystkim dowiemy się (ok. 17 minuta), czemu rozpoczyna się proces demonetyzacji od krajów rozwijających się:
Full digitalization of the economy may happen in developing countries faster than anywhere else. It is certainly our goal to make it happen in the next three years in the large developing countries. We have very significant efforts in Nigeria, Pakistan and India, and a dozen other countries” – Pełne przejście do gospodarki cyfrowej, może się dokonać w krajach rozwijających się, szybciej niż gdziekolwiek indziej. Celem, jaki chcemy osiągnąć, jest osiągnięcie tego w ciągu trzech lat w dużych krajach rozwijających się. Mamy bardzo znaczące wyniki w Nigerii, Pakistanie, Indiach oraz w wielu innych krajach (tłumaczenie moje). Czemu może się to dokonać szybciej? Przede wszystkim zaczyna się od zera. W krajach rozwijających się, najczęściej brak jest także regulacji prawnych, mogących hamować ten proces. Dochodzi do tego to, o czym pisałem na początku: brak oporu opinii publicznej, która bezkrytycznie traktuje to, jako postęp techniczny i cywilizacyjny. Nie do pominięcia jest też powszechna w tych krajach korupcja. Za drobną sumę, da się załatwić rzeczy niemożliwe w krajach rozwiniętych. Dokładnie z tych powodów, niemiecki Telekom wybrał nasz kraj do swoich testów, o których wspomniałem na początku. Gates widzi to podobnie, gdy, już w dyskusji, mówi (ok. 43 minuta):
in many countries people are more willing to give up privacy relative to their government in a way that is not true here, in the United States. And so in some ways, we are not the model of how things will look in other countries” – w wielu krajach ludzie są bardziej skłonni do oddania swej prywatności w relacjach z rządem, niż jest to w USA. Myślę, że nie jesteśmy tu przykładem na to, jak to będzie wyglądać w innych krajach (tłumaczenie moje). Dla wyjaśnienia – w USA także nie ma czegoś takiego jak dowód osobisty i tamtejsi obywatele nie życzą go sobie. Z drugiej jednak strony, ochrona danych osobowych, w europejskim pojęciu, praktycznie tam nie istnieje i są one takim samym towarem jak każdy inny. Żaden system ewidencji obywateli nie jest tam więc potrzebny, gdyż Amerykanie są bardziej inwigilowani niż my w czasach Peerelu, a rząd i prywatne firmy zbierają o swoich obywatelach więcej danych niż mogło się to pomieścić w wyobraźni naszych ubeków.
Właśnie system bezgotówkowy jest także doskonałym sposobem inwigilacji obywateli! Pisałem już o tym wcześniej. Potwierdza to także Bill Gates w swoim wystąpieniu (ok 21 minuty). Wprawdzie nie mówi dosłownie o inwigilacji, ale posłuchajmy tego:
It is a wonderful thing to go in and create a broad identification system. Again India is an interesting example of this, where the 12-digit identifier that is correlated to biometric measures, is becoming pervasive throughout the country and will be the foundation to how we bring this low-cost switch to every mobile phone user in India. […] We expect to be able to use these IDs, so that when you show up for any government service, say you walk into a primary health clinic, we will be able to take that bio-ID very quickly and bring up your health record and even if you move from one part of the country to another, you will be well tracked and served.” – Doskonałą rzeczą jest kreacja powszechnego systemu identyfikacji. Akurat Indie są tego świetnym przykładem, 12-cyfrowy numer, połączony z danymi biometrycznymi, dającymi szeroki obraz całego kraju, będzie podstawą taniego połączenia go z każdym posiadaczem telefonu komórkowego w Indiach. Zamierzamy korzystać z tego numeru przy korzystaniu z usług rządowych, powiedzmy, przy wizycie w ośrodku zdrowia, będziemy w stanie szybko dostarczyć danych o zdrowiu pacjenta i nawet, gdy ktoś przemieszcza się z jednej części kraju do drugiej, będzie namierzany i obsługiwany (tłumaczenie moje). Pisałem już wcześniej o nienasyconym wprost, amerykańskim głodzie informacji. Można być pewnym, że wszystkie te informacje wylądują w USA! Poza tym będzie to system amerykański, nie indyjski lub pakistański. Będzie zatem pod amerykańską kontrolą! W razie potrzeby, z pewnością będzie można przy jego pomocy, także zablokować przepływ niekorzystnych dla USA informacji, danych lub płatności!
Jest jeszcze jeden powód tego, że walkę z gotówką rozpoczyna się od krajów rozwijających się. Jest nim niska świadomość prawna tamtejszych społeczeństw. Nie wyobrażam sobie, że w Polsce można z powodu likwidacji gotówki zorganizować jakieś znaczące protesty. Nikt nie będzie rozumiał, że nie byłaby to walka z postępem – bo na pewno tak będzie to społeczeństwu przedstawiane. Podejrzewam, że także nasi prawnicy w ogóle nie zdają sobie sprawy z tego, że pozbawienie obywateli dostępu do jedynego legalnego środka płatniczego, byłoby niezgodne z konstytucją. Zresztą, co to ma za znaczenie w sytuacji, gdy nasz spacyfikowany trybunał konstytucyjny (świadomie piszę nazwę małymi literami), zatwierdzi wszystko, co prezes każe! Przeprowadziłem mały prywatny test wśród swoich znajomych. Spośród kilkunastu osób, wszystkie z wyższym wykształceniem, nikt nie był przeciwny likwidacji gotówki. Wszyscy uważali ją za relikt, którego likwidacja byłaby postępem! Gdy mówiłem im o zagrożeniach, jakie się wiążą z likwidacją gotówki, patrzyli na mnie jak na wariata. Ale wystarczy zajrzeć do Traktatu o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej, na który powołują się praktycznie wszyscy europejscy przeciwnicy likwidacji gotówki, gdzie w Artykule 128 przeczytamy: „Banknoty emitowane przez Europejski Bank Centralny i krajowe banki centralne są jedynym legalnym środkiem płatniczym w Unii”.

Można jednak śmiało powiedzieć, że, jeśli nie zaraz walka, to przynajmniej ograniczenia w dostępie do gotówki są dzisiaj na porządku dziennym. Przy odpowiedniej reklamie, rozbudowie systemów płatności elektronicznej, ich powszechnej dostępności, stopniowo „oducza” się społeczeństwo od korzystania z gotówki. Szwecja jest tego dobrym przykładem. Mimo, że nie zlikwidowano tam gotówki, ponad 80% społeczeństwa nie używa jej. Sądzę, że ta metoda będzie używana w wielu innych krajach – mnożyć się będzie możliwości wygodnego płacenia elektronicznego, ale (na razie) nie będzie się likwidować gotówki. Równocześnie ograniczać się będzie ilość miejsc, gdzie byłaby akceptowana lub wprowadzać utrudnienia w posługiwaniu się nią. Po jakimś czasie, po cichu, nastąpi jej likwidacja.
Zupełnie inaczej jest w Niemczech. Tamtejsza opinia publiczna jest dobrze poinformowana o zagrożeniach, jakie niesie ze sobą likwidacja gotówki, odwrotnie niż w Szwecji – 80% społeczeństwa posługuje się głównie gotówką. Nawet młodzi ludzie wolą płacić gotówką, a próby ograniczeń w jej używaniu, spotykają się z gwałtownymi protestami. Nawet, zwykle prorządowe, oficjalne media wypowiadają się krytycznie o planach niemieckiego ministra finansów, który proponuje wprowadzenie w całej Europie limitu 5.000 Euro dla płatności gotówkowych. Także Bundesbank, banki i handel są temu przeciwne.
Ale nawet Rosja planuje wprowadzenie ograniczeń w obrocie gotówkowym. Rozważa się tam nawet wprowadzenie podatku od transakcji gotówkowych. Ale, jak to w Rosji, nie bardzo wiadomo jak to przeprowadzić.
Zupełnie inną drogą zamierzają iść Chiny. Tamtejszy bank centralny zamierza emitować własną kryptowalutę. Chiny są obecnie „mistrzem świata” w posługiwaniu się najpopularniejszą obecnie kryptowalutą – Bitcoinem. Jako, że w Chinach obowiązuje zakaz transferu kapitału za granicę, właśnie Bitcoin używany jest do obejścia tego zakazu. Wiadomość o zamierzeniach władz chińskich, jest z kilku względów bardzo ciekawa. Zarówno Bitcoin, jak i inne kryptowaluty, opierają się na technologii „Blockchain”. W środowisku informatycznym jest to obecnie bardzo modne słowo. Na świecie powstaje obecnie cała masa firm, dla których stworzono nawet osobną nazwę i kolejne modne słowo: „Fintech”, od słów „Financial Technologies”. Jak nazwa wskazuje, firmy te zajmują się wszystkim, co dotyczy finansów – od takich „przyziemnych” spraw jak bezgotówkowe systemy płatnicze, po tzw. Robo-advisors, zajmujące się zautomatyzowanym zarządzaniem majątkiem – takie połączenie doradcy z guru giełdowym. Osobnym obiektem zainteresowania jest właśnie technologia Blockchain. Pokłada się w niej ogromne nadzieje. Teoretycznie może ona służyć nie tylko w finansach, ale także np. w niemożliwym do manipulacji (przy obecnej technice) przechowywaniu wszelakich danych, zawieraniu umów i właśnie do tworzenia kryptowalut i transakcji nimi. Na stronie „branżowej” można znaleźć wiele ciekawych informacji na ten temat. Jest także bardzo sympatyczny artykuł o jednej z polskich firm i przy okazji także o Polsce. Wspomina się między innymi, że to nie Anglicy, ale Polacy złamali kod niemieckiej Enigmy. To rzadkość w anglojęzycznych publikacjach. Jako, że temat jest popularny, wiele się o tym pisze. Niestety jest on trudny do zrozumienia i dlatego bardzo często widać wyraźnie, że autorzy tekstów nie bardzo wiedzą, o czym piszą. Wyjaśnijmy to sobie może w jak najprostszy sposób. Jak nazwa wskazuje, Blockchain jest łańcuchem bloków. Dokładniej bloków danych. Tymi danymi może być wszystko, co można przedstawić w formie binarnej i może być przetworzone komputerowo: tekst, dane osobowe, zdjęcie, muzyka i właśnie jednostka monetarna, a właściwie transakcje zawierane przy jej pomocy. Zawartość każdego bloku, zapisywana jest jako funkcja skrótu. Mówiąc zrozumiałym dla każdego językiem, każdy blok jest zaszyfrowany. Każdy blok posiada inną funkcję skrótu, czyli inny szyfr, przy czym szyfr ostatniego bloku, jest częścią składową szyfru następnego bloku. Tworzą więc, swego rodzaju łańcuch, połączonych ze sobą szyfrów. W ten sposób niemożliwa jest ani późniejsza manipulacja raz zapisanych danych, ani ich usunięcie – musielibyśmy zmienić po kolei szyfry wszystkich bloków całego łańcucha. Jest to praktycznie wykluczone z wielu względów: dane te, czyli cały łańcuch bloków zapisany jest na wielu komputerach- węzłach rozsianych na całym świecie (w wypadku Bitcoina na ok. 6700), poza tym ilość operacji potrzebnych do zaszyfrowania jednego bloku jest tak duża, że trzeba ją rozłożyć na wiele innych komputerów, dlatego niemożliwe jest dokonanie tego równocześnie na wszystkich węzłach. Po prostu, nie istnieje obecnie na świecie komputer, który mógłby tego dokonać.
Ale wróćmy do Chin. Wbrew temu, co możemy przeczytać na wspomnianej powyżej stronie „branżowej”, technologia ta jest jeszcze w powijakach. Wiadomość o tym, że tamtejszy bank centralny przetestował swoją kryptowalutę, jest sensacją! Jak na razie jest mowa o testach pomiędzy bankiem centralnym a bankami komercyjnymi, nie wiadomo, czy testowano już ją z klientami banków. Wiadomo jednak, że nie będzie to kopia Bitcoina. Nowa waluta kreowana będzie przez chiński bank centralny, a nie, jak w przypadku Bitcoina, przez tzw. „Miners”. Transakcje przy jej pomocy będą odbywały się za pośrednictwem banków komercyjnych, a nie bezpośrednio pomiędzy partnerami (Bitcoin). Nigdzie się o tym nie wspomina, ale można przypuszczać, że nie będzie to jakaś waluta „równoległa” do Yuana, ale coś w rodzaju „Kryptoyuana”. Bitcoin jest kreowany niejako przy okazji, jako forma wynagrodzenia dla prowadzących węzły – Miners, jego ilość jest ograniczona do 21 milionów. W chińskiej wersji z pewnością nie będzie tych ograniczeń – ilość będzie nieograniczona i w każdej chwili bank centralny będzie mógł wykreować dowolną sumę w tej walucie. Przede wszystkim jednak, celem Bitcoina jest maksymalna prywatność transakcji, w wypadku Chin, celem jest ich maksymalna otwartość. Waluta ta ma służyć do walki z oszustwami. Jak na razie nie mówi się jednak o chęci likwidacji gotówki.

Ale zastanówmy się teraz nad najważniejszym pytaniem: jaką korzyść, i komu, może przynieść likwidacja gotówki. Niewątpliwie będzie to wspomniana wyżej redukcja kosztów zarówno dla państw, jak i banków komercyjnych oraz handlu. Będzie to także doskonała forma jeszcze pełniejszej inwigilacji obywateli. Ale czy my wszyscy, chociaż trochę na tym skorzystamy? Na pewno nie. Gdybyśmy mieli na tym skorzystać, na pewno nie robiono by tego i nie propagowano z takim uporem! Przede wszystkim, gdy pozbawieni zostaniemy dostępu do prawdziwych pieniędzy, będziemy bezbronni i zdani na łaskę i niełaskę banków i rządzących (nie używam słowa „państwo”, gdyż państwo, to jesteśmy my wszyscy!). Wyjaśniałem już we wstępie w części PIENIĄDZE, że jedynie gotówkę i sumy na kontach banków komercyjnych w banku centralnym są prawdziwymi pieniędzmi. To, co widzimy na wyciągu z naszego konta, jest de facto i de jure jedynie długiem banku wobec nas! Wyjaśniałem także, że banki nie są w stanie spłacić tego długu, więc praktycznie już dziś, wszystkie są bankrutami! Likwidacja gotówki pozbawi nas możliwości przechowywania naszych oszczędności poza systemem bankowym. Będzie to szczególnie bolesne, jeśli zostanie zrealizowany następny, wysoce prawdopodobny scenariusz: wprowadzenie ujemnego oprocentowania naszych kont.

Zastanówmy się, jakie byłyby konsekwencje takiego kroku. Dla nas wszystkich jest to oczywiste – rabunek naszych pieniędzy. Cała reszta nie jest już taka oczywista. Przede wszystkim, ściągnięte z naszych kont pieniądze nie wyparują. Nie ma żadnych regulacji prawnych, które określałyby, co się z tymi pieniędzmi stanie. Czy przesunięte zostaną na konta banków, czy otrzyma je państwo, w formie swego rodzaju podatku, czy otrzyma je bank centralny i w ten sposób zostaną wycofane z obiegu? Jest to wielka niewiadoma. Najbardziej prawdopodobne jest, że zawłaszczą je sobie rządzący i obdarują nimi elity finansowe, w nadziei, że te zainwestują je i w ten sposób stworzą nowe miejsca pracy. Przynajmniej taka będzie oficjalna wersja. Oczywiście żadne miejsca pracy nie powstaną, bo powstać nie mogą. Co się zatem stanie? Przede wszystkim wszyscy będą się starali przenieść swoje oszczędności z przynoszących straty kont bankowych, w inne miejsca. Jakie? Nie ma ich wiele. Na pierwszym miejscu pewnie będzie giełda. Moim zdaniem nie jest to dobre miejsce, bo doświadczenie pokazuje, że w obecnej sytuacji, nieposiadający odpowiedniego doświadczenia, drobni ciułacze i inwestorzy w ogromnej większości szybko tracą, jeśli nie całość, to większość swoich pieniędzy. Napływ nowej fali pieniędzy, spowoduje oczywiście natychmiastowe powstanie bańki spekulacyjnej. Jak to jest w wypadku każdej takiej bańki, wygrywają ci, którzy w odpowiednim momencie ją opuszczą. Drobni ciułacze, zaślepieni początkowymi zyskami, prawie zawsze robią to wtedy, gdy jest już za późno.
Inną metodą jest inwestycja w metale szlachetne. To ma już większy sens, ale także na dłuższą metę przyniesie jedynie straty, gdyż kupować się będzie przy najwyższym poziomie cen. Poza tym niewykluczone jest, że rządy wprowadzą zakaz prywatnego posiadania złota. Były już takie przypadki w historii (np. New Deal).
Inną formą zabezpieczenia są nieruchomości. Ale już dziś mamy tu do czynienia z bańką spekulacyjną, a ich ceny także natychmiast zostaną jeszcze bardziej wywindowane w górę. Poza tym brak jest już na rynku sensownych obiektów, które w dłuższym okresie czasu dawałyby przynajmniej nadzieję „wyjścia na zero”.
Inwestycje w antyki, dzieła sztuki i temu podobne obiekty, są czymś dla znawców i już obecnie ich ceny są astronomiczne. Reasumując, wcześniej, czy później, prawie wszyscy stracą swoje oszczędności.

Paradoksalnie, ujemne oprocentowanie może mieć jednak pozytywne skutki! Wspominałem w moim wstępie o pomyśle Silvio Gesella, brakteatach i o eksperymencie z Wörgl. Ujemne oprocentowanie byłoby czymś podobnym. Większość ludzi nie będzie oszczędzać, lecz wydawać swoje dochody i oszczędności, napędzając w ten sposób koniunkturę. Samo w sobie, nie byłoby to takie złe, gdyby… No właśnie, gdybyśmy mieli funkcjonujący system emerytalny i system opieki zdrowotnej. Po zakończeniu aktywności zawodowej lub w wypadku choroby, większość ludzi zostanie bez oszczędności. Ale niestety praktycznie we wszystkich krajach świata niszczy się systemy emerytalne i ubezpieczenia socjalne! Czy robi się to świadomie? Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Ale wszystko wskazuje mi na to, że robi się to z pobudek doktrynerskich. Wystarczy popatrzeć na poczynania Donalda Trumpa z Obamacare.

Czy ujemne oprocentowanie oszczędności może uratować obecny system monetarny? Nie! Na krótki okres czasu może jedynie przedłużyć jego agonię. Nie zmniejszy ono także rozwarstwienia społecznego i rozpiętości dochodów, wręcz przeciwnie, powiększy je! W wypadku najbogatszej warstwy, tylko przysłowiowo mówi się o stanie konta w banku. Na kontach bankowych tych ludzi są, w porównaniu z całym majątkiem, jedynie niewielkie sumy na bieżące wydatki. Większość jest zainwestowana i pomnażana. Przede wszystkim jednak, nie zmieni się główna forma transferu majątku w kierunku najbogatszej warstwy – obecny system monetarny oparty na kredycie. Paradoksalnie, przez pewien czas, może nawet zwiększyć się zapotrzebowanie na kredyt, a więc i tempo tego transferu. W wypadku, gdy oszczędzanie stanie się nieopłacalne, na wszystkie większe wydatki będą brane kredyty. Konieczność spłaty kredytów spowoduje jednak zmniejszenie ilości pieniędzy na bieżącą konsumpcję, jej osłabienie i kryzys. Co gorsza byłby to samonapędzający się kryzys deflacyjny. Jedyną formą wyjścia z takiego kryzysu, jaką jestem sobie w stanie wyobrazić, byłyby „helicopter money”, o których także już wspominałem.

Demonetyzacja ma wielu zwolenników, i to zwolenników bardzo wpływowych. Na czele jest rząd USA, a właściwie rządząca tam oligarchia. W obecnym systemie, prawie wszystkie rozliczenia międzynarodowe odbywają się w dolarach i muszą przejść przez terytorium USA. Byłoby to więc jeszcze większe „uszczelnienie” tego systemu, które prowadziłoby to totalnej kontroli USA nad przepływem kapitałów. Dawałoby ono także możliwość blokowania niepożądanych, z punktu widzenia USA, przepływów, które w tej chwili obchodzi się posługując się gotówką (jest to ogromna rzadkość, ale zdarza się).
Inną bardzo wpływową grupą nacisku są banki, dla których gotówka powoduje jedynie koszty. Do grupy tej należą także firmy pośredniczące w rozliczeniach, jak np. PayPal oraz handel i usługi.
Nie można pominąć także służb specjalnych. Elektroniczne rozliczenia bezgotówkowe świetnie nadają się do inwigilacji.

Projekt ten, ma zatem duże szanse na realizację. W wielu krajach formuje się jednak opór. Tworzą się inicjatywy społeczne, obywatele informowani są o niebezpieczeństwach, jakie są z tym związane (mój skromny głos zalicza się do tej grupy). Dodatkowo system prawny większości krajów rozwiniętych nie pozwala na likwidacje gotówki, a zmiana tych przepisów nie jest sprawą prostą. Niełatwo jest także pokonać wielowiekowe przyzwyczajenia. Czy dojdzie do likwidacji gotówki? Osobiście wątpię, że to nastąpi. Bardziej prawdopodobny jest wspomniany wyżej scenariusz „odzwyczajania” społeczeństwa i ograniczania oraz utrudniania posługiwania się gotówką. Ale wszystko jest możliwe.

Jeśli ktoś uważa, że temat jest ważny i chce wyrazić swój sprzeciw (lub zgodę), ma możliwość zrobić to do końca maja 2017 roku. Na stronie internetowej Komisji Europejskiej dostępny jest formularz z pytaniami dotyczącymi tego tematu. Gorąco zachęcam do wyrażenia swojej opinii. Zachęcam także do poinformowania o tym swojej rodziny i znajomych. Nawet, jeśli to nic nie da, będziemy mieć czyste sumienie i nikt nie będzie mógł nam zarzucić, że byliśmy bezczynni.

Lewicowy neoliberalizm, czy neoliberalna lewica?

Obiecałem w moim poprzednim wpisie, że zajmę się szerzej problemami wokół wyboru Donalda Trumpa, na prezydenta USA. Niestety, ostrzegałem także, że nie jest to sprawa prosta, którą można wytłumaczyć w kilku zdaniach. Zapyta się pewnie ktoś: po jaką cholerę zawracać sobie tym głowę! To wszystko dzieje się daleko stąd, po drugiej stronie Atlantyku. Mamy dość własnych problemów! Nic bardziej błędnego! Po pierwsze – jako wasal USA, jesteśmy z nimi ściśle związani. Wszelkie zmiany w USA i w ich polityce, przekładają się na zmiany u nas. Po drugie – nawet, jeśli się ktoś obruszy i powie, że żadnym wasalem nie jesteśmy, to to, co się dzieje w kraju, który gospodarczo, politycznie i militarnie ma wpływ na cały świat, tak czy inaczej będzie miało wpływ na nasz kraj. I po trzecie wreszcie – jest zbyt wiele podobieństwa w wydarzeniach w USA, w wielu krajach europejskich i w wydarzeniach w naszym kraju, aby je ignorować. I jedne i drugie są wyrazem tego samego procesu – odrzucenia dotychczasowego porządku gospodarczego i społecznego. Wskazują także, w jakim kierunku idą przemiany w poszczególnych krajach i jaki jest ich ogólny trend.

Ale przejdźmy do konkretów. Przede wszystkim wyjaśnijmy sobie motywy wyborców. Są one, i w USA i u nas, wbrew pozorom prawie identyczne. W obydwu krajach zbuntowali się ludzie, o których zapomniano. Pariasi. Wystarczyło, że ktoś zaczął (bardzo niewiele, ale zawsze) mówić o ich problemach. Że obiecał zmianę w ich sytuacji. U nas było to 500 złotych, w USA miejsca pracy. I tu, i tam mówiono także o globalizacji, jako o przyczynie nieszczęścia. U nas obiecywano opodatkowanie (zagranicznych) banków i (zagranicznych) supermarketów. Na obietnicach się skończyło, co było do przewidzenia. Ale za pięć stów kupiono sobie wyborców. Że nic to nie zmieni w ich sytuacji? Kogo to obchodzi! Tych, co dostają te pieniądze, także nie! Wczoraj byli pariasami bez pieniędzy, dziś są pariasami z pieniędzmi (jak na nasze warunki, całkiem sporymi), więc przy następnych wyborach ochoczo pobiegną do urn. I o to chodziło! Jutro, gdy dzieci dorosną, znów będą pariasami bez pieniędzy! Nie chcę być źle zrozumiany! Pomoc dla rodzin z dziećmi, i nie tylko dla nich, już dawno była potrzebna!! Ale ta pomoc musi polegać na wyrwaniu z kasty pariasów!! Pod tym względem obietnice w USA są sensowniejsze – stworzenie nowych miejsc pracy i ściągnięcie z powrotem tych, które „wywędrowały” za granicę, głównie poprzez cła zaporowe na importowane towary. Wynika to z innej motywacji tych, którzy rwali się do władzy. Wydaje się, że Trump i ci, którzy go wspierali, chcą coś dla ludzi zrobić (nie łudźmy się – przy okazji także zarobić na tym). U nas chodziło jedynie o „dorwanie się do koryta”.

Podobieństwa są też innej natury. I nowy rząd w USA, i nasz, określa się powszechnie mianem faszystowskich. Owszem, można się zgodzić, co do określeń: „prawica”, „konserwatyści” (prawica zawsze jest konserwatywna), „populistyczna prawica”, a nawet „skrajna prawica”, ale zaraz faszyzm? Jako, że powszechnym jest dziś używanie, a co gorsze, wypowiadanie się na temat pojęć, których znaczenia nie znamy i nie rozumiemy, albo których znaczenie zostało wypaczone, zajmijmy się najpierw definicją tego pojęcia, aby w ogóle wiedzieć, o czym mówimy. U nas przyjęło się stawiać znak równości faszyzm = Auschwitz. Ale przecież przed Hitlerem był Mussolini, który nie zbudował żadnego obozu zagłady! Czym więc w ogóle jest faszyzm? Definicje encyklopedyczne są bardzo długie i skomplikowane. Zauważyłem, że na świecie najczęściej używa się skróconej definicji Matthew N. Lyonsa. Zawiera ona najistotniejsze elementy definicji encyklopedycznych. Mimo tego jest ona dosyć długa. Przypatrzmy się zatem bliżej jej głównym elementom.

“Fascism is a form of extreme right-wing ideology that celebrates the nation or the race as an organic community transcending all other loyalties. It emphasizes a myth of national or racial rebirth after a period of decline or destruction. To this end, fascism calls for a “spiritual revolution” against signs of moral decay such as individualism and materialism, and seeks to purge “alien” forces and groups that threaten the organic community. Fascism tends to celebrate masculinity, youth, mystical unity, and the regenerative power of violence. Often, but not always, it promotes racial superiority doctrines, ethnic persecution, imperialist expansion, and genocide. At the same time, fascists may embrace a form of internationalism based on either racial or ideological solidarity across national boundaries. Usually fascism espouses open male supremacy, though sometimes it may also promote female solidarity and new opportunities for women of the privileged nation or race.” – faszyzm jest formą ekstremalnie prawicowej ideologii, która gloryfikuje i zakłada wyższość narodu albo rasy, w ich czystej formie, nad innymi formami organizacji wspólnotowej. Uwypukla mit powtórnych narodzin narodu albo rasy, po okresie upadku albo zniszczenia. W tym celu, faszyzm wzywa do „rewolucji duchowej” przeciwko oznakom upadku moralnego, takich jak indywidualizm i materializm oraz dąży do oczyszczenia wspólnoty z zagrażających jej „obcych” sił i grup. Faszyzm wykazuje tendencje do gloryfikacji męskości, młodości, jedności duchowej i oczyszczenia poprzez przemoc. Często, ale nie zawsze, propaguje także wyższość rasową, czystki etniczne, imperialistyczną ekspansję i ludobójstwo. Równocześnie faszyzm może także przybrać formę internacjonalizmu, bazującego albo na wspólnocie rasowej, albo ideologicznej. Zazwyczaj faszyzm otwarcie opowiada się za męską dominacją, ale czasem wspiera także solidarność i możliwości awansu zawodowego dla kobiet uprzywilejowanego narodu lub rasy (tłumaczenie moje).
I dalej, jeśli chodzi o formy sprawowania władzy:
Fascism’s approach to politics is both populist–in that it seeks to activate “the people” as a whole against perceived oppressors or enemies–and elitist–in that it treats the people’s will as embodied in a select group, or often one supreme leader, from whom authority proceeds downward. Fascism seeks to organize a cadre-led mass movement in a drive to seize state power. It seeks to forcibly subordinate all spheres of society to its ideological vision of organic community, usually through a totalitarian state. Both as a movement and a regime, fascism uses mass organizations as a system of integration and control, and uses organized violence to suppress opposition, although the scale of violence varies widely.” – faszystowskie sprawowanie władzy jest zarówno populistyczne – poprzez pobudzanie całego “narodu” do walki ze wskazanym mu wrogiem, jak i elitarystyczne – gdyż uważa, że wolę ludu wyraża wybrana grupa, lub częściej, jednostka, odgórnie sprawująca władzę. Faszyzm dąży do organizacji kadrowych ruchów, dążących do przejęcia władzy w państwie. Przy pomocy siły, dąży do podporządkowania wszystkich sfer życia społecznego swoim wizjom jedności i czystości narodowej, zwykle w formie państwa totalitarnego. Zarówno, jako ruch społeczny, jak i reżim, faszyzm używa masowych organizacji i związków, jako sposobu integracji oraz kontroli nad społeczeństwem, używa także zorganizowanej przemocy do ucisku opozycji, chociaż skala tej przemocy może być bardzo szeroka (tłumaczenie moje).
Gdy zaś chodzi o fundamenty ideowe:
Fascism is hostile to Marxism, liberalism, and conservatism, yet it borrows concepts and practices from all three. Fascism rejects the principles of class struggle and workers’ internationalism as threats to national or racial unity, yet it often exploits real grievances against capitalists and landowners through ethnic scapegoating or radical-sounding conspiracy theories. Fascism rejects the liberal doctrines of individual autonomy and rights, political pluralism, and representative government, yet it advocates broad popular participation in politics and may use parliamentary channels in its drive to power. Its vision of a “new order” clashes with the conservative attachment to tradition-based institutions and hierarchies, yet fascism often romanticizes the past as inspiration for national rebirth.” – faszyzm jest wrogi wobec marksizmu, liberalizmu i konserwatyzmu, co nie przeszkadza mu w zapożyczaniu od wszystkich trzech, pasujących mu koncepcji i metod działania. Faszyzm odrzuca koncepcję walki klas i międzynarodową solidarność klas pracujących, jako zagrożenie dla jedności narodowej i rasowej, często jednak wykorzystuje kapitalistów i obszarników, jako kozły ofiarne lub używa radykalnie brzmiących teorii spiskowych. Faszyzm odrzuca liberalną doktrynę praw i wolności jednostki, pluralizmu politycznego i rządu przedstawicielskiego, chociaż wspiera szeroki udział społeczeństwa w sprawowaniu władzy i może używać metod parlamentarnych w dochodzeniu do władzy. Jego wizja „nowego porządku” zderza się z konserwatywną wizją opierających się na tradycji instytucji i hierarchii, chociaż często, w romantycznej formie, przedstawia przeszłość, jako inspirację do przebudzenia narodowego (tłumaczenie moje).
Jak odnosi się faszyzm do już istniejących elit:
Fascism has a complex relationship with established elites and the non-fascist right. It is never a mere puppet of the ruling class, but an autonomous movement with its own social base. In practice, fascism defends capitalism against instability and the left, but also pursues an agenda that sometimes clashes with capitalist interests in significant ways. There has been much cooperation, competition, and interaction between fascism and other sections of the right, producing various hybrid movements and regimes.” – faszyzm ma skomlikowany stosunek do powszechnie uznanych elit i niefaszystowskiej prawicy. Nigdy nie jest marionetką klas rządzących, ale samodzielnym ruchem, z własną bazą społeczną. W praktyce faszyzm broni kapitalizm przed niestabilnością polityczną i lewicą, ale także prowadzi działania, które w znaczący sposób kolidują z interesami kapitału. Było wiele form kooperacji, współzawodnictwa i współdziałania między faszyzmem i innymi odłamami prawicy, które zaowocowały powstaniem różnych związanych za sobą ruchów i rządów totalitarnych (tłumaczenie moje).

Rząd w USA nie bardzo podpada pod tę definicję. Społeczeństwo amerykańskie także. Owszem, szczególnie w południowych stanach, żywe są wciąż hasła rasistowskie, nietolerancja i kult męskości. W stosunku do ogółu społeczeństwa jest to jednak mało znaczący odsetek. Przede wszystkim jednak, w żadnym wypadku społeczeństwo amerykańskie nie można nazwać „narodem” i nie da się zjednoczyć go wokół takiego pojęcia! W wypadku USA, jest to zatem wyraźne dążenie do zdyskredytowania tego rządu, przy pomocy fałszywych zarzutów. Wprawdzie sam autor cytowanej powyżej definicji faszyzmu, ostrzega przed zagrożeniami, jakie niesie ze sobą obecny rząd. I są one jak najbardziej realne, ale nie sądzę, aby siły, które faktycznie sprawują w USA rządy, na to pozwoliły. Prędzej powstanie tam rząd ucisku, niż faszystowskiego zjednoczenia społeczeństwa. Bo faszyzm jest formą zwyrodniałego zjednoczenia społeczeństwa i nie da się go wprowadzić bez społecznej akceptacji. Owszem, faszyzm jest formą tyranii. Ale jest to tyrania, jeśli nie większości, to przynajmniej znaczącej części społeczeństwa, nad wyimaginowanymi „wrogami”. Sądzę, że bardziej prawdopodobne jest niebezpieczeństwo, przed którym już w 1975(!) roku ostrzegał senator Frank Church:
In the need to develop a capacity to know what potential enemies are doing, the United States government has perfected a technological capability that enables us to monitor the messages that go through the air. Now, that is necessary and important to the United States as we look abroad at enemies or potential enemies. We must know, at the same time, that capability at any time could be turned around on the American people, and no American would have any privacy left such is the capability to monitor everything—telephone conversations, telegrams, it doesn’t matter. There would be no place to hide.
If this government ever became a tyrant, if a dictator ever took charge in this country, the technological capacity that the intelligence community has given the government could enable it to impose total tyranny, and there would be no way to fight back because the most careful effort to combine together in resistance to the government, no matter how privately it was done, is within the reach of the government to know. Such is the capability of this technology.
I don’t want to see this country ever go across the bridge. I know the capacity that is there to make tyranny total in America, and we must see to it that this agency and all agencies that possess this technology operate within the law and under proper supervision so that we never cross over that abyss. That is the abyss from which there is no return.” – aby wiedzieć, co robi potencjalny przeciwnik, rząd Stanów Zjednoczonych doprowadził do perfekcji systemy podsłuchu informacji, nadawanych drogą radiową. Taka możliwość jest teraz niezbędna i ważna, aby mieć wgląd w działania wrogów i potencjalnych wrogów poza naszymi granicami. Ale musimy wiedzieć, że te możliwości w każdej chwili mogą być obrócone przeciwko amerykańskiemu społeczeństwu, i żaden Amerykanin nie będzie miał życia prywatnego, gdyż system ten może monitorować wszystko, bez znaczenia, czy są to rozmowy telefoniczne, czy telegramy. Nie będzie przed tym ucieczki. Jeśli taki rząd stanie się tyranią, jeśli jakiś dyktator przejmie kontrolę nad krajem, możliwości techniczne służb specjalnych, umożliwią takiemu rządowi stworzenie totalnej tyranii i nie będziemy mieć żadnych możliwości obrony i przeciwdziałania temu, gdyż każda próba stworzenia jakiejś opozycji wobec takiego rządu, nie odbędzie się bez jego wiedzy, obojętnie, jakich środków ostrożności i konspiracji byśmy używali. Takie są możliwości techniczne tego systemu. Nie chciałbym widzieć, jak nasz kraj kroczy tą drogą. Znam możliwości techniczne, jakie posiada USA dla stworzenia totalnej tyranii i musimy dopilnować, aby służby, w których posiadaniu są te technologie, działały zgodnie z prawem i pod odpowiednim nadzorem, abyśmy nigdy nie zbliżyli się do tej przepaści. Gdyż wtedy nie będzie odwrotu (tłumaczenie moje). Przypomnę jeszcze raz: te słowa zostały wypowiedziane w roku 1975! Wtedy nikt nie wyobrażał sobie nawet, istnienia takich rzeczy jak Internet i telefony komórkowe! O dzisiejszych możliwościach inwigilacji i manipulacji, pisałem już wcześniej.

Jak to jest u nas? Owszem, w wypadku rządu, jest wiele punktów odpowiadających definicji faszyzmu, ale także u nas, trudno ten rząd nazwać faszystowskim. Właściwie należałoby powiedzieć „JESZCZE trudno ten rząd nazwać faszystowskim”! Niestety, wszystko wskazuje na to, że obecna ekipa, skupiona wokół swego (schowanego za jej plecami) „führera”, opisanymi w powyższej definicji, metodami stara się wprowadzić czysto faszystowskie metody rządzenia!
I niestety przy znaczącym poparciu społecznym! Wstyd powiedzieć, ale spora część naszego społeczeństwa, pasuje prawie idealnie do definicji!! Można śmiało powiedzieć, że faszyzm rodzi się u nas oddolnie!! Nasza historia oraz struktura narodowościowa i wyznaniowa, także temu sprzyja. Mamy, jako naród, „odrodzić się” po okresie komunizmu i sowieckiego zniewolenia. Praktycznie nikt temu nie zaprzecza. Równocześnie jesteśmy jednym z najbardziej „jednolitych” społeczeństw w Europie. Mniejszości narodowościowe i wyznaniowe stanowią jedynie niewielki ułamek naszego społeczeństwa. Co jest jednak najbardziej perfidne i obrzydliwe w tej grze, to wykorzystywanie religii, jako elementu, wokół którego naród ma się zjednoczyć. Jednym z elementów jednoczących jest hasło „Polak-katolik”! Miejsce swastyki zajął u nas krzyż!!! Religię, której przesłanie zawiera się w dwóch słowach: „miłość bliźniego”, wykorzystuje się do szerzenia nienawiści i nietolerancji!!! I to przy całkowitej aprobacie, ba, wręcz poparciu większości kościoła!!! Łagodne potępienie słychać dopiero, gdy zostanie to nagłośnione. Gdy już nie można inaczej. Coraz bardziej widoczny jest sojusz kropidła z kijem bejsbolowym!!! Jak grzyby po deszczu wyrastają bojówki, które niedługo każde inne myślenie (i myślenie w ogóle), w rytm słów „Bóg, honor, ojczyzna”, skutecznie wybijać nam będą z głów. W dosłownym tego słowa znaczeniu! Gdy dołączy do tego jeszcze tworzona właśnie Obrona Terytorialna, to będziemy mieć (znów w dosłownym znaczeniu) „zbrojne ramię” tego ruchu. Przerażające jest, że rzekomo chrześcijańskie społeczeństwo, także nie ma nic przeciwko temu!!! Powszechna jest tęsknota do rządów „silnej ręki”. Kogoś, kto weźmie wszystko „za mordę” i wprowadzi „porządek”. I to po doświadczeniach z autorytarnymi rządami z okresu PRL-u!!! Opozycja ostrzega wprawdzie, że PiS idzie w kierunku faszyzmu, ale to nie on jest tutaj głównym zagrożeniem. Zagrożeniem jesteśmy MY WSZYSCY!!!! My wszyscy pozwalamy na to i wręcz chcemy tego!!! W ogromnej większości jesteśmy społeczeństwem nietolerancyjnym. Nie chcemy w kraju „innych” i „obcych”. Chcemy być społeczeństwem „czystym rasowo” i „czystym wyznaniowo”. Na razie muzułmanie i ateiści(!) mają być deportowani, jutro pewnie ktoś zaproponuje zamknięcie ich w nowym Auschwitz. Powszechnie słychać też u nas, typowe dla faszyzmu, hasła w rodzaju: „wprowadzić karę śmierci, to nie będzie przestępstw”! „Pedałów należy leczyć”! „Lezby, musi ktoś jedynie porządnie wyruchać”! „Ciapatych odesłać z powrotem na pustynię”. „Jak facet w niedzielę, po mszy, chce się napić, a tu mu baba kłapie, to ma prawo przypierd…”. Gdy ktoś tak myśli, a potem czyta takie, i temu podobne rzeczy w Internecie, w mniej, lub bardziej zawoalowanej formie słyszy to w radiu, z mównicy sejmowej i z ambony, to wybiera polityków, którzy głoszą to samo! Obecni jeszcze nie osiągnęli tego „ideału”, ale szybko do niego zdążają!!!
Niestety, obecnie nie mamy w kraju żadnej znaczącej opozycji. PiS ma tutaj rację, mówiąc, że ludzie, którzy się za tę opozycję uważają, są kompletnie niewiarygodni. Ci, którzy kiedyś „spali na styropianie” i siedzieli w „internacie”, dziś jedynie walczą o stołki i synekury, albo wzajemnie się opluwają. Najczęściej robią jedno i drugie. Kompletnie skompromitowali się, jako przedstawiciele narodu. Wygrywają ci, którzy stan wojenny przesiedzieli u mamusi pod spódnicą. Zaś rzekoma „inteligencja”, siedzi w przysłowiowej wieży z kości słoniowej i potrafi jedynie albo okazywać rozczarowanie, albo spierać się o nic nie znaczące szczegóły. Efektem tego jest kompletny brak w naszym kraju tego, co w innych krajach określa się, jako „opinia publiczna” i „środowiska opiniotwórcze”. Tworzenie ich, jest zawsze i wszędzie domeną inteligencji. Niestety, w naszym społeczeństwie istnieje głęboka pogarda dla inteligencji. Kiedyś przynajmniej wyśmiewano to, dziś zaprzestano nawet tego i nazwanie kogoś np. erudytą, graniczy już niemal z obrazą! Przyznanie się do ignorancji, należy obecnie nawet do dobrego tonu! Nie mamy też w kraju żadnych autorytetów; ich miejsce zajęli celebryci! Niestety, inteligencja także nie jest bez winy, gdyż ona także żywi głęboką pogardę dla mniej wykształconej części społeczeństwa! Jej zachowanie świadczy o tym, że zapomniała lub nie rozumie słów Lechosława Goździka: „nie wolno lekceważyć ludzi, którzy dbają jedynie o kiełbasę, nie o wolność słowa”. A to jest w każdym kraju większość społeczeństwa. Dochodzi do tego jeszcze katastrofalnie niski poziom nauczania. W międzynarodowych rankingach nasze wyższe uczelnie znajdują się na szarym końcu. Nawet za krajami trzeciego świata!

Zdaję sobie sprawę z tego, że te słowa wywołają powszechne oburzenie. Nie dziwi mnie to. Instynktownie nie przyjmujemy do wiadomości niewygodnych nam opinii i ocen. Mieszkając w kraju, nie jesteśmy też w stanie wielu rzeczy dostrzec. Nie widzimy wszechobecnego cwaniactwa, kombinatorstwa, oszustw i korupcji. Są dla nas codziennością, są zbyt oczywiste. Przywykliśmy do nich. Nie wyobrażamy sobie, że może być inaczej. Nie ma też żadnego lustra, które by nam to pokazało, jak plamę na czole. Takim lustrem może być jedynie czasowy pobyt z dala od kraju. „Króla Ubu” był w stanie napisać jedynie ktoś patrzący na nas z boku! Jeśli macie w gronie rodziny lub znajomych kogoś, kto dłuższy czas przebywał za granicą, najlepiej bez kontaktu z rodakami, to pokażcie mu ten tekst. Zobaczycie, co powie!

Ale wróćmy do porównań. I u rządu w USA, i u nas, jest jeszcze jeden element wspólny z faszyzmem. Natury bardziej humorystycznej, niż ideologicznej. Hitler, a szczególnie Mussolini także uważali się za obrońców klasy pracującej. Tutaj ciśnie się na usta cytat z Marksa:
„Hegel bemerkte irgendwo, dass alle großen weltgeschichtlichen Tatsachen und Personen sich sozusagen zweimal ereignen. Er hat vergessen, hinzuzufügen: das eine Mal als Tragödie, das andere Mal als Farce.“ – Hegel wspomniał gdzieś, że wszystkie wielkie wydarzenia i osoby, występują w światowej historii poniekąd dwa razy. Zapomniał jednak dodać: raz, jako tragedia, drugi raz, jako farsa (tłumaczenie moje). To, co się dzieje i u nas, i w USA, pasuje tu jak ulał.

Zarówno wyniki wyborów u nas, w USA oraz wydarzenia w wielu krajach europejskich, wpisują się w pewien ciąg wydarzeń. Wydarzeń, których wspólnym mianownikiem jest niezadowolenie i odrzucenie obecnej formy kapitalizmu. Jest to odrzucenie wyniszczających społeczeństwa programów „oszczędnościowych” (Austerity), globalizacji, wolnego handlu oraz form zatrudnienia i wynagrodzeń, które nie są w stanie zapewnić przeżycia, a także dominacji napędzanej kredytami „sfery finansowej” z przysłowiowymi bankami i Wall Street.

Ale wyniki wyborów w USA i u nas, mają więcej wspólnych elementów. W obydwu krajach wyborcy odrzucili coś, co z pozoru do siebie nie pasuje: neoliberalizm i idee lewicowe! Tutaj pora wyjaśnić wreszcie, zaskakujący tytuł tego wpisu. Zwróćmy uwagę na skojarzenia, jakie wywołuje dziś neoliberalizm. W pierwszym rzędzie są to oczywiście, wymienione wyżej i opisane przeze mnie wcześniej, negatywne skojarzenia gospodarcze oraz społeczne i kulturowe. Ale paradoksalnie dochodzą do nich skojarzenia, które do tej pory charakterystyczne były dla lewicy: (przynajmniej teoretyczna) możliwość awansu społecznego, (także teoretyczny) egalitaryzm, równouprawnienie kobiet, feminizm, tolerancja wobec mniejszości seksualnych i kulturowych, antyrasizm, wielokulturowość, nawet gotowość (aczkolwiek z różnych pobudek) do przyjmowania „uchodźców”! Gdy skojarzymy to wszystko z powszechnym na całym świecie paradoksem nieobecności lewicy, nieobecności zarówno politycznej, jak i ideowej, to jak najbardziej musimy postawić sobie to, z pozoru paradoksalne, pytanie: czy neoliberalizm stał się lewicowy, czy to lewica stała się neoliberalna?!
Tutaj znów mógłbym mieć powód do satysfakcji! W moim wstępie, w częściach „Przyszłość” i „Intelektualny zastój” próbuję, w pośredni sposób, wyjaśnić także powód nieobecności lewicy w życiu politycznym. Domeną lewicy był zawsze postęp społeczny. Pod określeniem tym rozumiem jedynie poprawę warunków życia społeczeństwa, a nie przemiany obyczajowe i nie zmiany w jego stylu życia (chyba, że wynikają samoistnie z poprawy warunków życia). Każdy postęp społeczny musi najpierw określić przyczyny niezadowolenia społeczeństwa, a potem przedstawić kierunki zmian. Nie jest to możliwe bez wiodącej ideologii. Ale wraz z upadkiem ZSRR, upadła także cała ideologia, która była motorem napędowym dla lewicy i wyznaczała kierunek jej działania. W jej miejsce nie pojawiła się żadna nowa. Gorzej! Nie pojawiła się nawet analiza obecnej sytuacji! Lewica, nie dość, że bez walki oddała gospodarkę i opiekę społeczną neoliberalizmowi, to jeszcze z gorliwością neofity, przewyższyła samych neoliberałów we wprowadzaniu „reform”. Zauważmy, że praktycznie wszystkie najbardziej radykalne i najbardziej asocjalne zmiany, zostały wprowadzone przez lewicę! Rząd Clintona (o ile amerykańską partię demokratyczną w ogóle można nazwać lewicą) zlikwidował zasiłki socjalne w USA. Zlikwidował także bariery hamujące rozwój „sektora finansowego” oraz postęp globalizacji gospodarki. Zaraz potem zrobiła to reszta świata. New Labour w Wielkiej Brytanii oraz koalicja Socjaldemokratów i Zielonych w Niemczech, nie dość, że zrobiły to samo, to jeszcze przeprowadziły radykalne cięcia w opiece socjalnej i wprowadziły wiele przepisów, które umożliwiły nowe formy zatrudnienia, ekstremalnie niekorzystne dla pracobiorców.
Można zatem śmiało powiedzieć, że to lewica, lub to, co od biedy można nią określić, staje się, lub już stała się neoliberalna. A przynajmniej nie ma żadnych oporów w pokazywaniu się w neoliberalnym, finansowanym przez Sorosa, otoczeniu.
Fenomeny Bernie Sandersa w USA i Jeremy Corbyna w Anglii, dowodzą jednak niezbicie, że praktycznie wszędzie, jest w tej chwili ogromne zapotrzebowanie na prospołeczną lewicę. W USA wszyscy komentatorzy byli stuprocentowo pewni, że Sanders wysoko wygrałby z Trumpem. Obydwa te fenomeny pokazują także, że wszelkie próby zaspokojenia tego zapotrzebowania, są z całą bezwzględnością niszczone.
Ale dla pewnych kręgów społecznych neoliberalizm miał pozytywne strony. Były to kręgi przez prawicę, zawsze i wszędzie, w takiej, czy innej formie, dyskryminowane. Paradoksalnie, ich obrona do tej pory była domeną lewicy! W globalnych koncernach, działających na całym świecie, liczą się tylko wydajność i kompetencje. Nie ma znaczenia, z jakiego kraju pochodzisz, jaki masz kolor skóry, jaką wyznajesz religię, czy jakie są twoje preferencje seksualne. Coraz mniejszą rolę odgrywa także płeć. Przestały to być hamulce na drodze awansu. To zostało przejęte przez mniejsze firmy. Zaczęło być także inaczej widziane przez społeczeństwo. Wielu ludzi, którzy osiągnęli sukces zawodowy, „wyszło z ukrycia”, zaczęło otwarcie o sobie mówić, nabrali pewności siebie, zaczęli organizować się i domagać równego traktowania. To przełożyło się na zmiany w prawodawstwie (np. możliwość małżeństw jednopłciowych). Doszło do paradoksalnego efektu, że takie przemiany, które były do tej pory domeną lewicy, zaczęły być teraz kojarzone z neoliberalizmem! Zwłaszcza, że zmiany te były nawet nagłaśniane przez neoliberałów, gdyż podkreślali w ten sposób swoją „postępowość”. Wystarczy popatrzeć, wobec jakich ludzi używa się dzisiaj, tak powszechnego u nas wyzwiska „lewak”. Prawie zawsze, nie mają oni kompletnie nic wspólnego z jakąkolwiek lewicą!! Wszystkie te zmiany nie spotykały się z aprobatą konserwatywnej części społeczeństwa. Ta część społeczeństwa, zarówno w USA, jak i u nas, skojarzyła je z neoliberalizmem i dała temu wyraz przy urnach wyborczych.
Swoją drogą, nie spotkałem się nigdzie z jakąś szerszą i pogłębioną analizą sytuacji obecnej lewicy. Przede wszystkim, kogo w ogóle tą lewicą można jeszcze określić? Jedynie niedobitki i sieroty po marksizmie? Czy lewica w ogóle dzisiaj istnieje? Wszechobecny zastój intelektualny jest przerażający!! Kompletnie nie zdajemy sobie sprawy z tego, jakie spustoszenie w naszych umysłach poczynił neoliberalizm!!

Ale natura nie znosi próżni. Przy braku alternatywy dla neoliberalizmu, społeczeństwa instynktownie wracają, lub raczej są kierowane, do starych, sprawdzonych wzorów. Takich jak państwo i nacjonalizm. I jedno i drugie jest zajadle tępione przez neoliberałów. O ile nacjonalizm jest przez nich całkowicie odrzucany, to rolę państwa widzą oni jedynie w obronie „praw rynku” przed społeczeństwem.
Proces ten, został także u nas dostrzeżony. Nowa Konfederacja, określająca się jako internetowy miesięcznik idei, zrobiła z niego nawet temat miesiąca 02.2017. Chociaż nie jest mi po drodze z większością głoszonych na tej stronie opinii, zaglądam tam czasem, bo zawsze warto poznać poglądy innych, zwłaszcza, gdy są na przyzwoitym poziomie intelektualnym.
Jak już wspomniałem, autorzy trafnie dostrzegli, powszechny w wielu krajach, trend powrotu do państwa narodowego. Nie do końca jednak wyjaśniają przyczyny tego procesu. W ich artykułach, jak w soczewce, widać także niezrozumienie tego, czym jest neoliberalizm.
Popatrzmy na pierwszy artykuł „Nacjonalizm w obronie welfare state”. Już pierwsze zdania mówią same za siebie:
Likwidacja państwa narodowego oznacza to samo, co zniszczenie państwa dobrobytu. Czy ktokolwiek jest w stanie wyobrazić sobie nasze życie bez powszechnej służby zdrowia, bez systemu ubezpieczeń socjalnych, bez rent i emerytur?
Neoliberałowie, walcząc z nacjonalizmem, nie wiedzą, co czynią. Ich zwycięstwo oznaczałoby bowiem zniszczenie fundamentów naszego społecznego życia. Społeczeństwa Zachodu, pozbawione państwa narodowego, z pewnością pogrążą się w niewyobrażalnym chaosie.”
Pomijam już fakt, że autor najwyraźniej pomylił państwo opiekuńcze z państwem dobrobytu. Dalej jest jeszcze gorzej:
Oświecony neoliberalny establishment, który do niedawna niepodzielnie władał w państwach Zachodu, wykreował nacjonalizm, jako głównego wroga. I dlatego wydał walkę jego dwóm najważniejszym wytworom – narodowi i państwu narodowemu. Argumenty, jakich używa, nie są szczególnie wysublimowane. Przybierają postać sylogizmów, których konstrukcja jest prostsza nawet niż budowa cepa. Kojarzą nacjonalizm z antysemityzmem.”
To jest już jakaś nasza narodowa paranoja! Jak nie Ruski, to Żyd! Zaczynam się już obawiać, że większość z nas należałoby zamknąć w psychiatryku!! Ale do rzeczy. Paradoksalnie, w dalszej części swojego artykułu, autor bardzo poprawnie opisał, czym jest państwo narodowe i, już trochę mniej poprawnie, czym jest neoliberalizm. Gdyby jedynie zechciał wyciągnąć wnioski z tego, co sam napisał! Spróbujmy to sobie wyjaśnić w kilku zdaniach. Kompletnie błędne jest twierdzenie, że „neoliberałowie, walcząc z nacjonalizmem, nie wiedzą, co czynią”. Oni to doskonale wiedzą!!! Autor sam wyjaśnia, że państwo narodowe daje poczucie wspólnoty. Jedynie z poczucia takiej wspólnoty może powstać państwo opiekuńcze (ale niekoniecznie państwo dobrobytu). Według neoliberałów tę wspólnotę należy rozbić! Takie rzeczy jak opieka zdrowotna, system emerytalny czy zasiłki dla bezrobotnych, w opinii neoliberałów, jedynie rozleniwiają i demoralizują społeczeństwo. A podatki, to już w ogóle szatański wynalazek. Aby to lepiej „smakowało”, rzeczy te przedstawia się społeczeństwu, jako ograniczenie jego wolności. Neoliberalizm zakłada, że każdy, jako wolna jednostka, jest w stanie, w ramach wolnego rynku, wszystko to sam sobie zapewnić. Państwo ma mu w tym jedynie nie przeszkadzać i dbać o to, aby reguły tego rynku nie były ograniczane. Jednym słowem obywatel ma być dla rynku, nie rynek dla obywatela. Różnice majątkowe nie mogą być niwelowane, gdyż stanowią one jedynie pozytywny przykład. Jak będziesz więcej pracować, to też będziesz tak żyć (proszę to powiedzieć np. zatrudnionym na śmieciówkach).
Z artykułu wynika także, że neoliberalizm, autor widzi na Zachodzie. Nic bardziej błędnego! Polska jest jednym z najbardziej neoliberalnych krajów na świecie! Jesteśmy nim (za wyjątkiem opisanych wyżej elementów obyczajowych) bardziej przesyceni niż zachodnia Europa, a nawet USA! Terapia szokowa lat dziewięćdziesiątych i ćwierć wieku prania mózgów, zrobiły swoje! Państwo narodowe nie jest u nas żadną przeszkodą dla neoliberalizmu. Państwo, a właściwie ojczyzna, kojarzy nam się jedynie z patriotyzmem (właściwie z szowinizmem). Identyfikujemy się z ojczyzną, nie z państwem. Jest ono dla nas czymś wrogim. Nie wiemy, czym jest państwo opiekuńcze. Nigdy czegoś takiego nie stworzyliśmy. Nawet PRL nim nie był. Jako naród, jesteśmy skłóceni, podzieleni i rozbici. Neoliberalizm nie ma u nas z czym walczyć. Jest bezkrytycznie przyjmowany! Wystarczy przeczytać ten artykuł. Szczerze mówiąc, jestem pełen podziwu dla jego autora/autorów! Napisanie tekstu, w którym praktycznie każde zdanie, delikatnie mówiąc, mija się z prawdą, jest naprawdę dużą sztuką! Najdziwniejsze jest jednak to, że ten portal, na którym on się ukazał, nie jest taki zły i można tam znaleźć ciekawe rzeczy. Porusza także czasem tematy, których próżno szukać gdzie indziej. Piszący tam, orientują się nawet trochę w systemie monetarnym i ostrzegają przed niektórymi jego niebezpieczeństwami. Ten artykuł wydaje się być albo pisany na zamówienie, albo być chęcią „wykazania się”. No cóż, każdy orze jak może. Portal jest komercyjny i z czegoś trzeba żyć. Ale włosy jeżą się, gdy popatrzy się na dyskusję pod artykułem. Praktycznie żadnego sprzeciwu! A dyskutanci zabierający tam głos, są najwyraźniej ludźmi inteligentnymi! Jest to dla mnie niepojęte, jak wszyscy dali się otumanić neoliberalnej propagandzie! Nikt nie dyskutuje np. nad sensem ubezpieczenia samochodu, mieszkania lub domu. Spowodowanie wypadku lub pożar, mogą nas zrujnować, więc trzeba się przed tym zabezpieczyć. Ale koszty byle operacji, są dla zwykłego obywatela także zupełnie niewyobrażalne. O emeryturach i problemach z ich samodzielnym zabezpieczeniem, także już pisałem. Niestety, powszechne ubezpieczenie chorobowe lub emerytalne jest już be, tylko dlatego, że jest powszechne, organizowane przez państwo i nie da naszym kosztem, zarobić pasożytom (czy się stoi, czy się leży, prowizja się należy!). Jak można być tak naiwnym, aby wierzyć, że OFE, czy jakakolwiek inna forma prywatnych ubezpieczeń, jest instytucją dobroczynną dbającą o nasze zdrowie i nasze emerytury!! Dba w pierwszym rzędzie o zysk udziałowców! G… ich obchodzi, czy będziemy głodować na starość i nie będziemy leczeni!!! Widać to dobrze na przykładzie Chile!!! Gdyby ktoś nam zaproponował, abyśmy na starość żyli z tego, co za młodu wygramy w kasynie gry, uznalibyśmy go za wariata. Ale dokładnie to, proponuje nam OFE i skorumpowani politycy!!! A my wierzymy w to!!! Trzeba to sobie jasno i wyraźnie powiedzieć: jak do tej pory nie wymyślono lepszego systemu ubezpieczeń zdrowotnych i emerytalnych, niż system redystrybucji. Trzeba jedynie walczyć o jego zachowanie i prawidłowe funkcjonowanie, bo w naszym kraju jest on nieefektywny i koszty jego funkcjonowania są wielokrotnie wyższe niż w krajach zachodnich. Nie jest to jednak wina systemu, ale jego partackiej organizacji i świadomego niszczenia go.
Autor artykułu w Nowej Konfederacji ma rację, że na Zachodzie sytuacja jest inna. Nie wyjaśnia jednak, dlaczego. Po prostu, obywatele nie dają tam sobie tak łatwo odebrać wywalczonych przez stulecia przywilejów. Są względnie dobrze zorganizowani w ich obronie. Jeszcze nie zostało zniszczone to, o czym pisałem powyżej: środowiska opiniotwórcze i opinia publiczna. Nie mają one złudzeń, co do intencji polityków i „ekspertów” wmawiających im, że prywatyzacja ubezpieczeń zdrowotnych i emerytalnych oraz innych świadczeń publicznych, jest dla ich dobra! Nie mają także złudzeń co do tego, czym jest neoliberalizm. Angielsko- lub niemieckojęzyczne strony internetowe pękają w szwach od wyjaśnień! Neoliberalizm analizują filozofowie, ekonomiści, socjologowie, politolodzy, psychologowie, psychiatrzy a nawet teologowie. A wnioski z tych analiz są przerażające! Gdy u nas pokaże się jakiś tekst na ten temat, widać od razu, że jego autor słyszał, że gdzieś dzwonią, ale nie wie, w którym kościele! Zaś w komentarzach pod tekstem pojawią się „lewacy” i Żydzi. Dlatego tam, państwo narodowe jest niszczone, gdyż w jego ramach powstają instytucje, związki i stowarzyszenia, w których jednoczą się obywatele w swojej walce z neoliberalizmem. Jednym ze sposobów na destrukcję takiego państwa, jest fala uchodźców. Nowi przybysze mają stworzyć konkurencję na rynku pracy, rozbić społeczną solidarność i utrwalone przez wieki tradycje i sposoby myślenia. Także więzi międzyludzkie oraz to, co autor słusznie wymienia: rodzinę i kulturę. Pisze o tym autor innego artykułu w Nowej Konfederacji. Uważa on nawet, że „Państwo narodowe daje wolność”. Odbiera więc to hasło neoliberałom. Pisze jednak także o sytuacji na Zachodzie. I niestety także nie rozumie, czym jest neoliberalizm! Pisze na początku artykułu: „Problem, którego często dzisiejsi neoliberałowie czy też globaliści nie dostrzegają, polega jednak na tym, że słabsze jednostki tworzą zbiorowości wcale nie po to, by opętane jakimś focaultowskim masochizmem nawzajem się gnębić, ale po to, by bronić swoich interesów przed możnymi”. Wyjaśniłem powyżej, że neoliberalizm bardzo dobrze to dostrzega. Rozumie także, że jest to dla niego zagrożenie! Dlatego stara się rozbić wszelką społeczną solidarność i samoorganizację! Dąży właśnie do wspomnianej przez autora „hobbesowskiej wojny wszystkich ze wszystkimi”. Słowo „wojna”, neoliberalizm zastępuje jednak lepiej brzmiącym słowem „konkurencja”. Polem bitwy zaś jest „rynek”.
Autor nie dostrzega także, tworzącej się oddolnie, tożsamości europejskiej. Jest to dla mnie oczywiste. Jesteśmy nadal „nowi” i „obcy” w Europie. My nie rozumiemy jej i ona nie rozumie nas. Jesteśmy też biedniejsi i z tego powodu zakompleksieni. Sposób postrzegania Europy przez Niemca, Francuza, Holendra czy Austriaka jest zupełnie inny. Brak granic, wspólna waluta, możliwość pracy, studiowania, kontakty prywatne, mieszane małżeństwa, kupno domu lub mieszkania letniskowego gdziekolwiek w Europie, jest dla nich oczywistością. W rozmowach prywatnych, czy w komentarzach na stronach i forach internetowych, wyczuwa się wyraźnie, tworzącą się, a właściwie istniejącą tam już, europejską tożsamość. Społeczeństwa tamtejsze nie są przeciwne zjednoczonej Europie, ale przeciwne są NIEDEMOKRATYCZNEMU SPOSOBOWI, w jaki to zjednoczenie jest narzucane! Podobnie, jak to jest u nas z państwem i ojczyzną, oni identyfikują się z Europą, ale nie identyfikują się z Unią. Niestety, wszystko wskazuje na to, że Unia Europejska w niedługim czasie się rozpadnie. Będzie wielką tragedią, jeśli ta, wątła na razie, tożsamość zostanie zniszczona!
Ale wróćmy do naszego artykułu. Rozbawił mnie fakt, że autor, najwyraźniej nieświadomie, jednym tchem wymienił socjaldemokratów, czyli lewicę, i neoliberałów. Potwierdził to, co pisałem powyżej o „lewicowym” neoliberalizmie! Całkiem trafnie, choć z dużą dozą zdziwienia, opisuje także obecną walkę neoliberałów z rosnącym oporem społecznym. Nie rozumie, że neoliberalizm przestał być już ideologią i stał się religią, co wyjaśniam w moim wstępie. Papież Franciszek to dostrzegł! W swojej encyklice Evangelii Gaudium pisze wyraźnie: „Stworzyliśmy nowych bożków. Kult starożytnego złotego cielca (por. Wj 32, 1-35) znalazł nową i okrutną wersję w bałwochwalstwie pieniądza i w dyktaturze ekonomii bez ludzkiej twarzy i bez naprawdę ludzkiego celu.” Autor najwyraźniej podziela także mój pogląd, że to właśnie zadaniem państwa, a nie rynku lub „sieci”, jest szeroko rozumiana polityka społeczna. W sumie jednak, mimo drobnych potknięć i zabawnego zdziwienia swoimi (trafnymi zresztą) wnioskami, artykuł jest ciekawy i wart polecenia.

W tym momencie, samorzutnie ciśnie się na usta pytanie: jakie skutki będzie miał proces powrotu do idei państw narodowych? Dla naszego kraju, dla Europy, dla świata? Czy w ogóle taki proces jest możliwy? Czy globalizacja nie zaszła już zbyt daleko? Czy ogólnoświatowa sieć powiązań gospodarczych, a przede wszystkim kapitałowych, nie stwarza tu przeszkody nie do pokonania. Osobiście uważam, że powrót do takich państw narodowych jak kiedyś, nie jest już możliwy, ale mogę się mylić. Nikt, poza zwolennikami teorii spiskowych, tego nie wie. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można jednak przewidzieć skutki takiego procesu.

W wypadku naszego kraju nie wygląda to różowo. Wyraźnie widać, że nie potrafimy zbudować swojego państwa, gdyż nie jesteśmy w stanie wyłonić na naszych przedstawicieli ludzi światłych i uczciwych. Wbrew pozorom, są tacy wśród nas! Mimo opisanych wyżej tendencji społecznych, nie sądzę, że zbudujemy państwo faszystowskie. Na przeszkodzie stoi nasza skłonność do partactwa, indywidualizm, brak dyscypliny i, koniecznej w faszyzmie, solidarności społecznej. Najprawdopodobniej gwałtownemu przyspieszeniu ulegnie, widoczny od wielu lat, inny proces – nasi „talibowie z pod znaku krzyża” przekształcać będą państwo wyznaniowe, którym już jesteśmy, w totalitarne państwo wyznaniowe. Taką „chrześcijańską” Arabię Saudyjską, albo przynajmniej, jak to genialnie określił Wojciech Młynarski, „demokrację policyjno-wyznaniową”. Oczywiście nie odbędzie się to bez oporu społecznego. „Rewolucja parasolek” to pokazała. Niestety, nie widać na horyzoncie żadnych sił, które mogłyby tym oporem pokierować. Jeśli dojdą do tego miliony, zmuszonych do powrotu do kraju, zdesperowanych i pozbawionych perspektyw emigrantów, którzy zdążyli już przywyknąć do innego życia, może być niewesoło. Niezależnie od tego, czy poleje się krew, czy nie, staniemy w obliczu politycznej pustki. Staniemy się, podobnie jak dziś Ukraina, państwem upadłym. Jeśli do tego rozpadnie się Unia Europejska, proces ten z pewnością ulegnie jeszcze większemu przyspieszeniu. Nie musi to jednak oznaczać, że jako państwo, znikniemy z mapy Europy, chociaż nie da się tego wykluczyć. Sądzę, że „otrzymamy” jakiś marionetkowy rząd i będziemy źródłem taniej siły roboczej dla reszty Europy oraz „strefą buforową” na wypadek konfliktu z Rosją. Strefą, którą w razie konieczności, na tysiące lat przekształci się w nuklearną pustynię. Pisałem o tym w poprzednim wpisie. Chyba staję się już zwolennikiem teorii spiskowych, ale czy to nie dziwne, że praktycznie równocześnie wyciekły informacje dyskredytujące przywódców dwóch największych ruchów opozycyjnych? Nagła cisza i brak protestów Unii, przeciw łamaniu prawa w Polsce, także jest zastanawiająca. Merkel po cichu spotyka się z Kaczorem… Coś mi tu śmierdzi. Czyżby ktoś także przewidywał, że pójdziemy w tym kierunku i ułatwiał nam to?

Na świecie, efektem umacniania państw narodowych, będzie z pewnością powszechny wzrost protekcjonizmu. Każde państwo będzie się starało chronić własną gospodarkę. Widać to wyraźnie w działaniach nowej administracji amerykańskiej. Ale nawet ona jest bezsilna wobec międzynarodowych koncernów. Trump może sobie na nie pokrzykiwać, ale jeśli koszty produkcji w USA będą wyższe niż w Bangladeszu, to i tak miejsca pracy wywędrują z USA. Chyba, że USA dostosuje się płacami i przepisami do Bangladeszu. Ale chyba nie o to chodzi nowej amerykańskiej administracji? Nie pomogą też żadne cła na np. chińskie produkty, bo Chińczycy wprowadzą cła na produkty amerykańskie! Wprowadzenie barier dla przepływu kapitału jest dzisiaj niewyobrażalne.

Nie bardzo też widzę, co zyskają gospodarki krajów np. Unii Europejskiej na jej rozpadzie. Owszem, jeśli rozpadnie się także wspólna waluta (na co wszystko wskazuje), to na fakcie tym na pewno początkowo stracą Niemcy, zyskają natomiast pozostałe państwa. Ale nawet to nie jest takie pewne, o czym już, przed prawie rokiem, pisałem.

Wiem, że ocieram się w tym momencie o teorię spiskową, ale wiele faktów wskazuje mi na to, że powrót do państw narodowych i odradzanie się nacjonalizmów, jest procesem chcianym i popieranym przez wiele sił. Sił, które wszelkimi możliwymi sposobami dążą do wojny. Wyraźnie widać, że neoliberalizm nie spełnił pokładanych w nim nadziei, więc trzeba wrócić do wypróbowanych metod. Wywołanie wojny wśród państw narodowych, jest dziecinnie proste. Wszyscy komentatorzy analizują do upadłego procesy polityczne i społeczne. Nie wiem, czy z niewiedzy, czy oszukują nas świadomie, ale przedstawiają nam oni te procesy, jako oddolne ruchy społeczne. Że niby, jak na Ukrainie, ludzie byli w takim stopniu zdeterminowani, że czara goryczy społecznego niezadowolenia przelała się i naród obalił rząd. Podobnie było rzekomo w wypadku innych „kolorowych rewolucji”. Tymczasem, zawsze i wszędzie, są to ruchy zorganizowane, sterowane i, przede wszystkim, przez kogoś finansowane! Przez jakieś wewnętrzne lub zewnętrzne siły! Faktycznie spontaniczne zrywy, jak np. „Ocuppy Wall Street”, szybko same wygasają. Chyba, że są komuś na rękę i przejmie nad nimi kontrolę. Owszem, nastroje społeczne mają wpływ na rządzących i ich decyzje. Ale tymi nastrojami można sterować. W zależności od potrzeb, można je wywoływać, przekierowywać, wyciszać lub tłumić siłą. I nie muszą to zaraz być rewolucje. Może to być utworzenie nowej partii lub dojście do władzy kogoś takiego jak Trump.

Ale wszyscy zapominają, lub świadomie przemilczają, najważniejszą siłę, która tym wszystkim steruje: pieniądz i ludzi, którzy za nim stoją. To jest kluczowy element łamigłówki! Jak na razie trudno jest cokolwiek przewidywać. W obecnych światowych wydarzeniach jest zbyt wiele znaków zapytania. Przede wszystkim jednak, o wielu rzeczach po prostu nie wiemy. Za kulisami tego teatru (a może cyrku), trwa ostra walka o to, kto ma wejść na scenę i jaką sztukę (lub sztuczkę) odegrać. Wyraźnie widać to obecnie w USA. Niestety, nie mamy wglądu za te kulisy i możemy obserwować jedynie ruchy kurtyny. Nie mamy innego wyjścia, jak czekać i obserwować to, co się wydarzy. I niestety, nie spodziewajmy się, że będzie to zajęcie nudne!!

Satysfakcja

Każdy z nas odczuwa satysfakcję, gdy sprawdzają się jego przewidywania, lub potwierdzają jego oceny. Akurat od jakiegoś czasu stykam się z potwierdzeniami moich ocen i przewidywań, ale nie odczuwam z tego powodu satysfakcji. Jedynie smutek i strach.

Zacznijmy od naszego podwórka. Akurat nasz minister od spraw za-granicznych (czytaj: od spraw za granicami rozsądku), ujawnił straszliwy dokument zdrady. Według tego dokumentu Rosja nie jest naszym odwiecznym wrogiem i na domiar złego wcale nie zamierza na nas napaść!! Więcej, współpraca z Rosją byłaby dla Polski korzystna!! Coś takiego należało więc natychmiast upublicznić i opatrzyć odpowiednim komentarzem, obnażającym nikczemną zdradę i niecne knowania poprzedniego rządu. Ujawnienie tego straszliwego dowodu zdrady, miało oczywiście na celu zdyskredytowanie opozycji. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że to podejście do naszego odwiecznego wroga, było przyczyną wszelkich możliwych nieszczęść – od „zamachu smoleńskiego” do Majdanu! Powstrzymam się tu od dalszych komentarzy, gdyż jest to przypadek podpadający po tzw. brzytwę Hanlona: „Nigdy nie przypisuj złej woli temu, co można wystarczająco wyjaśnić głupotą”.
Pochodzę z rodziny sybirackiej. Od dziecka nasłuchałem się opowieści o „nieludzkiej ziemi”. Członkowie mojej rodziny wracali jeszcze w latach 60. z kopalń Workuty. Pamiętam, że wtedy nie wolno mi było mówić o tym w szkole. Ostatni wrócił w połowie lat 90. Wtedy wolno już było mówić, ale nikogo to nie interesowało. Niektórzy na zawsze zostali w wiecznej zmarzlinie. Nie mam więc najmniejszych powodów aby kochać Rosję. Ale wszystkie te rodzinne opowieści dały mi jednak obraz Rosji i Rosjan. Obraz, który całkowicie potwierdził się w czasie pobytów w tym kraju. Ułatwił on także kontakty z ludźmi. Rozumiałem, a przynajmniej wydawało mi się, że rozumiem ich mentalność. Dość szybko zauważyłem, że w tych rodzinnych opowieściach była masa nienawiści do systemu, ale w stosunku do ludzi przeważało współczucie. W końcu to głównie Rosjanie byli więźniami Gułagów i towarzyszami niedoli. Dłuższy czas nie miałem kontaktu z językiem rosyjskim, dlatego teraz czytanie tamtejszych stron internetowych nie idzie mi tak szybko jak bym chciał. Nie mam z tym jednak większych problemów. Rosja nie jest głównym obiektem moich zainteresowań, dlatego mile zaskoczyła mnie zbieżność moich ocen i poglądów na Rosję, z ocenami wspomnianych wyżej „Tez o polityce wobec Rosji”, opracowanych przez ludzi zajmujących się tym krajem zawodowo. Aby było śmieszniej, o całej sprawie z tym dokumentem dowiedziałem się ze strony rosyjskiego Kommersanta! Dawno już, wspominałem na moim blogu, że optymalną dla Polski, byłaby rola pomostu między Rosją a Zachodem. Jest o tym mowa także w Tezach. Co ciekawe, autorka rosyjskiego komentarza przetłumaczyła, i dużymi „bukwami” podkreśliła właśnie ten punkt! Widocznie Rosjanie także chętnie widzieliby nas w tej roli. Smutne jest to, że nikt nie dostrzega i nie rozumie tego, że rola taka byłaby lepszym gwarantem naszego bezpieczeństwa niż amerykańskie wojska stacjonujące w naszym kraju. W dodatku stacjonujące wbrew umowom NATO i Rosji! Jako pośrednik bylibyśmy potrzebni obydwu stronom. Przy okazji moglibyśmy na tym świetnie zarobić. Zdaję sobie sprawę z tego, że taka gra wymagałaby doskonałej polityki zagranicznej, której nie mamy. Wymagałaby także niezależności w tej polityce, której obecnie także nie mamy. Oczywiście nie byłoby to rozwiązanie optymalne. Ale z pewnością lepsze, niż bycie żywą tarczą dla jednej ze stron potencjalnego konfliktu, jaką jesteśmy obecnie! Nie jesteśmy żadną potęgą, która byłaby w stanie sama się obronić. Nie mamy ani niezbędnego potencjału gospodarczego, ani ludzkiego. Na sojusze także bym nie liczył. Wydatki na zbrojenia, są zatem wyrzuconymi pieniędzmi! Tych parę F-16, które tyle kosztowały, w razie wojny będzie zniszczone w ciągu kilku godzin! Zaś  „Volkssturm”, tworzony obecnie w miejsce regularnej armii, jest wymysłem kogoś, kto już dawno powinien trafić na oddział zamknięty psychiatrii!
W „Tezach” rozbawił mnie punkt IV. Autorzy wspominają w nim o swoistym kompleksie Rosji wobec Polski, który „ociera się o poczucie swoistego respektu i nawet obawy”. Wyrazem tego, ma być wprowadzone w 2004 roku nowe święto – „Dzień jedności narodowej”. Mogę to całkowicie potwierdzić! Także wielokrotnie odniosłem wrażenie, że Rosjanie odczuwają wobec Polski respekt i swoisty szacunek. Obawa, to już przesada! Jest to właściwie cecha wszystkich nacji wschodnich. Szanują one tych, od których dostały w d…. Pewnie między innymi także z tego powodu, Turcja nie uznała rozbiorów Polski. Moim zdaniem, najlepszym dowodem na respekt Rosji wobec Polski, jest jej podejście do wydarzeń w naszym kraju w okresie Solidarności – w latach 1980/81. Z żadnym innym krajem nie cackaliby się! Pamiętam dokładnie ten okres. Wydaje mi się, że było to wczoraj. Dziwiłem się wtedy, że jeszcze nie weszli, i nie było to tylko moje odczucie! Zrobili wszystko, aby tego uniknąć. Przy pomocy Kuklińskiego zadbali nawet o to, aby upewnić Zachód, że ze stanem wojennym nie mają nic wspólnego.
Ciekawe też, że takiej antyrosyjskiej fobii nie mają Czesi, którzy w roku 1968 doświadczyli z jej strony „bratniej pomocy”. Także Węgrzy, których wolnościowe aspiracje zostały w 1956 roku krwawo stłumione przez Armię Czerwoną, nie obawiają się rosyjskiej napaści. Obydwa kraje nie obawiają się głośno mówić o swoim niezadowoleniu z powodu antyrosyjskich sankcji! Nasza rusofobia jest właściwie przypadkiem dla psychiatrii.
Mało kto o tym wie i nic się o tym nie mówi, ale bez Polski nie byłoby w obecnej Rosji wielu dziedzin nauki! Psychologia, socjologia i wiele innych nauk społecznych, były w ZSRR ze względów ideologicznych kompletnie odizolowane od świata. Nie miały dostępu do zagranicznych źródeł i tamtejszych wyników badań. Ratunkiem była Polska. U nas takiego zakazu nie było. Radzieccy naukowcy uczyli się więc polskiego, aby korzystać z polskich źródeł, które nie były w ZSRR zakazane. Często były to tłumaczenia publikacji zachodnich. Mogli też przyjeżdżać na kongresy do Polski, na które przyjeżdżali także naukowcy z Zachodu. Wielu z tych ludzi jest z pewnością jeszcze aktywnych zawodowo. Na pewno opowiadali też o tym swoim rodzinom, uczniom i współpracownikom. Prowadząc mądrą politykę, moglibyśmy więc mieć w Rosji całkiem sporą grupę światłych i często wpływowych, życzliwych nam ludzi.

O ile dokument MSZ wywołał u mnie smutek z powodu niewykorzystania szans na korzystną dla naszego kraju politykę, to inne dokumenty i informacje, na które się niedawno natknąłem, napawają mnie lękiem.

Lękiem, gdyż inni też powoli zaczynają dostrzegać rzeczy, przed którymi już dawno ostrzegałem.

Odbiciem nie tylko moich lęków, są nastroje panujące na całym świecie. W ich badaniu specjalizuje się Agencja Edelman. Od wielu lat publikuje ona analizy badań globalnych nastrojów społecznych. Tegoroczna analiza nie daje powodów do radości! Szef i założyciel agencji określił sytuację jednoznacznie – jako implozję zaufania społecznego! Jedynie 15% z badanych społeczeństw uważa, że nasz system (społeczny, prawny i gospodarczy) prawidłowo funkcjonuje! Aż 53% uważa, że nie, a 32% nie ma na ten temat zdania. Ciekawostką są dobre oceny w Chinach (jedynie 23% źle ocenia) i całkiem niezłe w Rosji (mimo sankcji 48% złych ocen). Katastrofalnie oceniono media! Aż 59% zapytanych, bardziej wierzy wyszukiwarce internetowej niż „normalnym” mediom głównego nurtu! Co by o nim nie mówić, ale Donald Trump miał całkowitą rację, mówiąc do CNN, jako do przedstawiciela mediów: „You are fake news!” Właściwie poza datą, trudno dziś znaleźć w codziennych doniesieniach jakąś prawdziwą wiadomość. To wprost niewiarygodne, ale jestem przekonany, że w czasach PRL-u mniej było kłamstwa, a przede wszystkim było ono o wiele inteligentniejsze!
Gdy popatrzy się na inne dane zawarte w powyższym raporcie, można dojść do wniosku, że taki poziom niezadowolenia występuje jedynie w okresach przedrewolucyjnych! Nic więc dziwnego, że ci, którzy mają najwięcej do stracenia, czynią już odpowiednie przygotowania. Jedni zbroją się, inni gromadzą zapasy, jeszcze inni budują bunkry, są tacy, którzy wolą bezludne wyspy na Pacyfiku. Steven Seagal uważa, że najbezpieczniej będzie mu w Rosji. Ma już nawet jej obywatelstwo!
Nie inaczej widzą obecną sytuację sami politycy. Michaił Gorbaczow określił to bez owijania w bawełnę: „wygląda na to, że świat przygotowuje się do wojny”. Dennis Kucinich, były członek Izby Reprezentantów Kongresu USA, wyjaśnia nawet, jaka jest przyczyna tych przygotowań: biznes. A najbliższy doradca Donalda Trumpa, Steve Bannon, przewiduje, z kim USA będą wojować w najbliższych latach. Faktycznie, początkowe buńczuczne pokrzykiwania nowego prezydenta USA i jego administracji wskazywały, że możliwymi obiektami militarnego zaangażowania USA będą Chiny i Iran. Wszystko jednak może się jeszcze zmienić. Wprawdzie na razie nic na to nie wskazuje, ale jeszcze mogą ziścić się marzenia naszych podżegaczy wojennych i dojdzie do konfliktu z Rosją. Ze swojej funkcji zrezygnował właśnie, uznawany za „przyjaznego” Rosji, Michael Flynn – doradca do spraw bezpieczeństwa. W Departamencie Stanu także przeprowadzana jest obecnie czystka, jakiej USA nigdy nie widziały. Odchodzi wielu doświadczonych ludzi i nie bardzo wiadomo, kto przyjdzie na ich miejsce. Trump także inaczej zaczyna mówić o Chinach. Jego ostatnią rozmowę z Xi Jinpingiem, określono jako „extremely cordial”. Wygląda na to, że ktoś wytłumaczył Trumpowi, że Chińczycy trzymają go za jaja i wystarczy, że ścisną, a inaczej będzie śpiewać!
Trudno jest w tej chwili przewidywać dalsze kroki amerykańskiego prezydenta i jego administracji. Są one zbyt niespójne. Na razie nie widać w nich jakiejś myśli przewodniej. W lawinie dekretów, wydawanych przez Trumpa, jest wiele takich, które można śmiało nazwać idiotycznymi (nie muszę ich wymieniać – robią to media), jest także wiele sensownych (o nich media nie piszą). Do tych sensownych należy między innymi „osuszenie bagna lobbingu”. Sądzę, że likwidacja tzw. „Dodd-Frank Act”  – ustawy nadzorującej banki i mającej zapobiec ich bankructwom, także należy do tych sensownych posunięć; zwłaszcza, że w tle przewidziane jest przywrócenie zlikwidowanej w 1999 roku przez Billa Clintona ustawy „Glass-Steagall Act”, która zabraniała bankom spekulowania na giełdzie oszczędnościami swoich klientów. Na uwagę zasługuje także fakt spotkania Trumpa z Tulsi Gabbard, która także popiera powtórne wprowadzenie tej ustawy. Fakt tego spotkania jest z wielu względów bardzo interesujący! Gabbard zasiada w Kongresie z ramienia Demokratów. W ostatnich wyborach zwalczała Hillary Clinton i popierała Bernie Sandersa. Wielu obserwatorów widzi w niej kandydatkę demokratów w następnych wyborach. Jest autorką projektu ustawy zabraniającej używania pieniędzy podatników do finansowania terrorystów – „Stop Arming Terrorists Act”, która utrudniłaby finansowanie Państwa Islamskiego przez USA. Tuż przed spotkaniem z Trumpem wróciła z Syrii, gdzie spotkała się (o zgrozo!) między innymi z Assadem. Sytuacja w tym kraju była także tematem rozmowy z Trumpem. Fakt, że zasięga on opinii takich osób, daje wiele do myślenia.

Ale najciekawsze będą obiecane, prospołeczne działania nowego prezydenta, głównie miejsca pracy. Jak na razie dominuje „ręczne sterowanie” – pokrzykiwanie na koncerny produkujące za granicą. Pojawiają się jednak pierwsze oznaki kierunku przyszłych posunięć. Obniżka cen za deregulację. Jednak kluczowe jest pytanie: skąd weźmie pieniądze na obiecaną modernizację infrastruktury USA, będącej w opłakanym stanie. Ma to być główne źródło obiecanych, nowych miejsc pracy. Przedwyborcze hasła Trumpa, były typowe dla konserwatystów: deregulacje i obniżki podatków. Czyli dalszy wzrost astronomicznego już zadłużenia kraju. Jeśli będzie się tego trzymać, można od razu przejść do następnego pytania: co zrobi, gdy zorientuje się, że to nie funkcjonuje. Bo na pewno nie będzie funkcjonować! Jedyne rozsądne działanie – obniżka, lub nawet likwidacja podatków od niskich wynagrodzeń i drastyczna podwyżka od wysokich – jest nierealne. Nierealna będzie więc także reelekcja w następnych wyborach. Tego nie lubi żaden rządzący! A ten rządzący i ludzie, którzy za nim stoją, nie należą do elity władzy w USA. Trump startował wprawdzie z ramienia republikanów, ale tak naprawdę ani on, ani jego środowisko nie wydają się być trzonem tej partii. Owszem, jeśli wygrali wybory, muszą mieć ogromne wpływy i dysponować ogromnymi pieniędzmi. Ale coś „jest z nimi nie tak” i w dodatku nikt nie chce wyraźnie powiedzieć co! Komuś musieli nadepnąć na odcisk! Wydaje mi się, że zaczynam rozumieć o co chodzi, ale to zbyt obszerny temat. Postaram się wkrótce o tym napisać.
Zauważyliście Państwo, co się dzieje w mediach wokół nowego amerykańskiego prezydenta? Tę nagonkę na niego? W naszych mediach nie jest to może aż tak widoczne, ale w innych krajach przybiera to już formę swoistej fobii! A zastanowiliście się Państwo, jakie są tego przyczyny? Co on takiego złego zrobił? Przecież większość zarzutów, jakie mu się stawia, jest po prostu śmieszna!! Owszem, nie świadczą o nim dobrze, ale kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem. A co robią media? Rozdmuchują jego opowiastki, jak wsadzał dziewczynom rękę pod spódnice, a przemilczają fakt, że jego rywalka do fotela prezydenckiego, miała tajemnice państwowe, na kompletnie niezabezpieczonym prywatnym serwerze w piwnicy swego domu! Fakt, że w końcu wykradziono te tajemnice (podobno serwer był kompletnie niezabezpieczony i mógł to zrobić nawet początkujący haker), wykorzystano do zrobienia z Trumpa agenta Rosji. Całą masę sensacji, dowodów oszustw i manipulacji wyborczych, afer i brudów, które były w wykradzionych danych, po prostu przemilczano!!

Zarówno Trump, jak i ludzie, którzy go popierają, to skrajna prawica. To środowisko, gdy raz dorwie się do władzy, tak łatwo jej nie odda i nie cofnie się przed niczym dla jej utrzymania. Widać to na przykładzie naszego kraju. Wprawdzie USA nie są demokracją, ale tamtejsze społeczeństwo, a przynajmniej jego elity intelektualne, są lepiej zorganizowane i tak łatwo nie dopuszczą do łamania prawa, jak to się dzieje u nas. Nie bardzo widzę także możliwość „przekupienia” społeczeństwa amerykańskiego jakimś programem 500+. De facto władzę w USA sprawuje tamtejsza oligarchia. Większość jej przedstawicieli nie zalicza się do skrajnej prawicy, więc jeśli sprawy zajdą za daleko, z pewnością obali ten rząd. Co jednak będzie, jeśli uznają, że ta skrajna prawica jest bardzo użyteczna dla ich interesów i zechcą wykorzystać ją do „brudnej roboty”? Już raz tak było z niejakim Adolfem Hitlerem….

Zastanawiam się nad tym wszystkim już od dawna, jeszcze od czasu kampanii wyborczej. I nie mogę dojść do żadnych konkretnych wniosków. Ktoś wyraźnie stara się zrobić z Trumpa wariata. A ja nie lubię, jak przy tej okazji ktoś robi wariata ze mnie!!
Już na początku kampanii zauważyłem, że to, co wypisuje się o nim w mediach, nijak nie pasuje do tego, co mówili o nim ludzie, którym zdarzyło się z nim zetknąć. Wszyscy opisywali go, jako kogoś, kto najpierw wysłuchuje wielu opinii, a potem podejmuje decyzje. Owszem, wspominali o różnych dziwactwach, ale kto ich nie ma! Z pewnością jest to egoman i człowiek trudny we współżyciu, ale daleko mu do wariata!
W odróżnieniu od swoich poprzedników, sam napisał swoje przemówienie inauguracyjne! Proszę je sobie przeczytać. Nie napisał je głupek, jakim przedstawiają go media! Wprawdzie daleko mu do klasy przemówień Kennedy`ego, ale jest w nim trochę podobieństwa do nich. Oby nie skończył jak Kennedy! Jeszcze przed inauguracją brano to pod uwagę!
W tym przemówieniu cały czas przewija się motyw oddania władzy społeczeństwu. Czyżby jej do tej pory nie miało!? Pojawia się także coś, co daje nadzieję:
We will seek friendship and goodwill with the nations of the world, but we do so with the understanding that it is the right of all nations to put their own interests first.
We do not seek to impose our way of life on anyone, but rather to let it shine as an example. We will shine for everyone to follow.” – Będziemy się kierować przyjaźnią i dobrą wolą wobec innych krajów, ale przy zrozumieniu, że każdy kraj ma prawo na pierwszym miejscu stawiać swój własny interes. Nie będziemy narzucać naszego sposobu życia komukolwiek, chcemy raczej by świecił on przykładem. Tak, aby inni chcieli podążać naszą drogą.
To całkowicie odbiega od tego, co USA robiły do tej pory i w dodatku jest przyznaniem się do tego!

Mamy przed sobą elementy układanki. Niestety nie mamy pudełka od niej i nie wiemy, jaki obrazek ona przedstawia. Wiemy, że brakuje wielu elementów tej układanki. Jest też wiele elementów z innych pudełek. To, co już możemy zobaczyć przedstawia albo piękny widok, albo ruiny. Nie wiemy, czy są to zasadnicze elementy naszego obrazka, czy pochodzą one może z innych pudełek. Za jakiś czas, gdy znajdziemy więcej elementów naszej układanki, może zobaczymy coś ciekawszego.

 

Sieć władzy

Jeden z czytelników mojego bloga napisał, że w moich tekstach kłuje w oczy zbytnia poprawność polityczna… A ja czytałem gdzieś, że z wiekiem człek nabiera dystansu do wszystkiego, staje się bardziej wyrozumiały, tolerancyjny. Zaczyna dostrzegać, że świat nie jest czarno-biały, ale ma całą gamę szarości. Nie jestem starcem, ale sądziłem, że osiągnąłem już to właśnie stadium. Ale może się mylę? Siebie samego nie da się obiektywnie ocenić. A może jest to faktycznie poprawność polityczna? Swoją drogą, co to w ogóle jest ta poprawność polityczna? Mam się nad czym zastanawiać!

 

Ale nie o tym tu chciałem. Ten sam czytelnik napisał w komentarzu do mojego wpisu:

Sam napisał Pan o współdziałaniu grup najbogatszych ludzi, ale nie wyciąga Pan konsekwentnie wniosków! Z jednej strony niby uwzględnia Pan realne oddziaływanie multimiliarderów na prostytutki naukowe (np. profesorów ekonomii) a z drugiej stawia tezę że to te prostytutki tworzą system, którego nie są głównymi beneficjentami… Jest to zupełnie oderwane od rzeczywistości! Zacytuję klasyka: „przytomności!”. Skoro nawet zwykły śmiertelnik jest czasem w stanie zorganizować wokół siebie mini think tank, to co dopiero np. Gates albo Buffet? Kto wtedy płaci za wyszukiwanie i promocję optymalizowanych na daną chwilę rozwiązań?

Pomyślałem, że inni czytelnicy mogą mieć takie i podobne wątpliwości, więc postanowiłem rzecz całą trochę szerzej wyjaśnić.

Przede wszystkim muszę od razu ostrzec przed uproszczeniami. Klasa miliarderów nie tworzy czegoś w rodzaju zakulisowego rządu światowego. Popatrzmy najpierw na liczby. Według listy Forbes z końca 2016 roku, było na świecie ok. 1800 miliarderów z łącznym majątkiem ok. 6,5 biliona dolarów. Aby czymś sterować, trzeba działać wspólnie. Musi być także ktoś, kto koordynuje działania takiej struktury. Jakaś jednostka nadrzędna, której decyzje wszyscy, a przynajmniej większość, respektuje. Ci ludzie rozsiani są po całym świecie. Pochodzą często ze skonfliktowanych między sobą państw. Reprezentują różne, zwalczające się między sobą, branże i dziedziny gospodarki. Mają diametralnie różne poglądy. Krótko mówiąc – mają ze sobą niewiele wspólnego. Więcej ich różni niż łączy. Jedyne, co ich naprawdę łączy, to niedopuszczenie do obalenia systemu, który umożliwia im bezproduktywne czerpanie korzyści z pracy całych społeczeństw. Każdy rozsądny człowiek od razu przyzna, że z taką zbieraniną nie da się utworzyć żadnej stabilnej struktury władzy! Wspólnie działać, będą oni jedynie w obliczu śmiertelnego zagrożenia!
A jednak już w latach 50. Charles Wright Mills, jako jeden z pierwszych, dostrzegł, że ci ludzie tworzą elitę, która jest praktycznie poza jakąkolwiek demokratyczną kontrolą. Elitę, która jest w stanie wpływać na decyzje rządów. W pewnym sensie możemy powiedzieć, że jest w stanie wpływać na dzieje świata. Jak zatem pogodzić to z tezą o nieistnieniu jakiegoś światowego rządu, albo przynajmniej tajnych organizacji działających w ukryciu? Na przeszkodzie stoi nasz sposób pojmowania struktur władzy. Przyzwyczajeni jesteśmy do w miarę przejrzystych hierarchii. Od rodziny, poprzez szkołę, miejsce pracy aż po państwo. Zawsze ktoś nad kimś stoi! Ale nasz w miarę przejrzysty obraz, zaczyna się coraz bardziej zacierać, gdy zaczniemy analizować najwyższe szczeble hierarchii władzy. Gdy dochodzimy do szefa koncernu, premiera, prezydenta. Pytamy się: kto stoi nad nimi? Kościół mówi nam, że Bóg. I w pewnym sensie ma rację. Politycy mówią nam, że nad nimi jest jedynie bezosobowa wola społeczeństwa, które ich wybiera. Czemu zatem zawsze i wszędzie działają na szkodę tego społeczeństwa? My raczej skłonni jesteśmy widzieć konkretne osoby. Członków jakiejś tajnej organizacji, np. masonów, a jeszcze lepiej Żydów! I paradoksalnie jesteśmy czasem bliscy prawdy! Wystarczy popatrzeć, na protokół z wizyty dobrze nam wszystkim znanego „filantropa” na Ukrainie. Mamy w nim wszystko, co pasuje do tego schematu! W marcu 2014 roku, zaraz po sławetnym „Majdanie”, odwiedził on Ukrainę i spotkał się z jej marionetkowym rządem. 49-stronicowy dokument pokazuje go jako kogoś, kto ustawia „do pionu” nie tylko ukraińskie marionetki, ale także amerykańskiego ambasadora! Jest to jednak sytuacja wyjątkowa. Mamy tu do czynienia z ludźmi, którzy trafili na swoje stanowiska w drodze przewrotu, zorganizowanego przez obce państwo. Nasz „filantrop” częściowo to finansował. Była to więc sytuacja szczególna i nie możemy jej uogólniać i przenosić na wszystkie kraje.
Rzeczywistość jest dużo bardziej skomplikowana. Nie mamy tu do czynienia z jakąś hierarchią, ale z siecią. Można ją porównać do sieci neuronowej. Taką siecią jest nasz mózg. Tak samo jak nie wiemy i nie potrafimy sobie wyobrazić jak on działa, tak samo przeciętny śmiertelnik nie jest w stanie wyobrazić sobie i zrozumieć mechanizm działania takiej sieci. Potrafimy już wprawdzie budować proste, sztuczne sieci neuronowe. Ale w takiej sieci, każdy z neuronów jest w stanie wykonać tylko jedną operację. Dopiero wypadkowa tych operacji daje efekt działania takiej sieci. W „sieci władzy” neuronami są ludzkie mózgi. I każdy z nich jest w stanie wykonywać nieskończenie wiele operacji. Każdy jest osobną siecią neuronową! To jeszcze bardziej komplikuje obraz.
Innym elementem każdej sieci neuronowej są połączenia między neuronami – synapsy. W wypadku naszej sieci, rolę tę pełnią miejsca spotkań. One także owiane są często tajemniczością i legendami. Prawie każdy słyszał o Grupie Bilderberg. Innym, mniej nam znanym, ale nie mniej tajemniczym miejscem spotkań jest Bohemian Grove. Ale wiele spotkań odbywa się w obecności kamer i mikrofonów. Należy do nich chociażby coroczne światowe Forum Ekonomiczne w Davos.
Istnieje też cała masa formalnych i nieformalnych organizacji i stowarzyszeń, których członkowie spotykają się i omawiają wspólne interesy. A te interesy kolidują najczęściej z interesami innych grup. Dlatego spotkania i kontakty członków tych grup są niejawne. Słowo „spisek” jest w ich wypadku całkowicie uzasadnione Często nawet nic nie wiemy o istnieniu takiej grupy!
Piszę ten tekst na początku stycznia 2017 roku. Cały świat jest ciągle jeszcze w szoku po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta USA. Wszyscy analizują sytuację społeczną, polityczną i gospodarczą, która to, według analityków, doprowadziła do tego wyboru. Trump jest przedstawiany jako stuknięty (przy jego stanie konta używa się określenia „ekscentryczny”) milioner, któremu zachciało się zostać prezydentem, więc sfinansował sobie kampanię wyborczą. Prawie nic nie mówi się o tym, że Trump nigdy nie wygrałby wyborów bez poparcia wpływowych grup. Gdy przypomnimy sobie kampanię, która tym razem odbywała się praktycznie na całym świecie, nie jesteśmy w stanie zrozumieć, jak mogło dojść do takiego wyniku wyborów. Żadna dotychczasowa amerykańska kampania wyborcza nie była tak jednostronna! Stronniczość mediów była wprost niewyobrażalna! Chyba jedynie w Korei Północnej jest porównywalna. Nawet wielu członków partii republikańskiej popierało Clinton! Trump był praktycznie bez szans! Jego zwycięstwo tylko częściowo da się wytłumaczyć nowymi metodami prowadzenia walki o wyborców, które opisałem w moim poprzednim wpisie. Moim zdaniem, jego zwycięstwo jest elementem procesu, który obserwujemy w tej chwili na całym świecie, także w naszym kraju. Procesu dochodzenia do władzy skrajnej prawicy. Tak samo jak Hitler doszedł do władzy na fali społecznego niezadowolenia, tak samo obecna skrajna prawica ubiera się w piórka obrońców coraz szybciej ubożejących warstw społecznych (program 500+). O ile jednak Hitler poprawił sytuację materialną społeczeństwa, należy wątpić, czy uda się to rządowi Trumpa. Wprawdzie obiecuje on użycie podobnych narzędzi – inwestycji w infrastrukturę kraju (autostrady), ale jestem pewien, że amerykańskie społeczeństwo będzie jeszcze szybciej ubożało. Hitlera wspierała amerykańska i angielska finansjera. Przede wszystkim jednak miał do pomocy niezwykłą osobę – Hjalmara Schachta, będącego w doskonałych kontaktach z tą finansjerą i swoimi niestandardowymi metodami (m. in. Mefo-Wechsel) zapewniał finansowanie zarówno projektów socjalnych, jak i zbrojeń. Pisałem o tym trochę w moim wstępie, w części NOWY SYSTEM MONETARNY. Gdy popatrzy się na to, co proponują kręgi, które umożliwiły Trumpowi dojście do władzy, widzimy, że są to „sprawdzone metody”, w rodzaju obniżki podatków dla bogatych, cięcia socjalne i zmniejszenie roli państwa. Są to zatem sprawdzone metody dalszego zubożania społeczeństwa! A dochodzenie do władzy skrajnej prawicy jest dzisiaj popierane z tych samych przyczyn co zawsze. Jej dojście do władzy zawsze i wszędzie było niezawodną drogą do wybuchu wojny. Pokój kosztuje już zbyt wiele! Wprawdzie niektórzy komentatorzy twierdzili, że Trump jest mniejszym złem niż podżegaczka wojenna „Killary”, ale nie byłbym takim optymistą. Wszystko wskazuje mi na to, że środowiska popierające Trumpa odkładają na razie do lamusa doktrynę Mackindera, o które szerzej już pisałem. Uznają, że Europa, wraz ze swoją walutą, jest w stanie rozkładu. Dodatkowo będzie niedługo miała coraz większe problemy z milionami „uchodźców”, których skierowano tam w celu destabilizacji kontynentu i rozbicia państw narodowych, będących solą w oku liberałów. Taka Europa nie utworzy z Rosją żadnej zagrażającej USA struktury. Co innego Chiny. Wszystko wskazuje na to, że USA będą starały się zahamować ich dalszy rozwój. Jeśli trzeba także siłą. Będą starały się przy tym pozyskać jeśli nie przychylność, to przynajmniej neutralność Rosji. To jest przyczyna pojednawczych wypowiedzi Trumpa, które do białej gorączki doprowadzają naszych podżegaczy wojennych, marzących o wyprawie z szabelką w ręku na atomowe mocarstwo. Takie, czy inne dogadanie się z Rosją może nie być trudne. Rosja doskonale wie, że Europa i USA nie są w stanie jej zagrozić. Chiny natomiast niedługo będą dla niej śmiertelnym niebezpieczeństwem. Ale z drugiej strony, nie mniejszym niebezpieczeństwem byłaby destabilizacja sąsiada z miliardem mieszkańców. Zobaczymy jak Rosja wybrnie z tego dylematu. Znając klasę jej dyplomacji, będzie to z pewnością bardzo ciekawe (obyś żył w ciekawych czasach…).

Ale wróćmy do naszych sieci. Powyższy przykład uświadomił nam istnienie wielu „podsieci”, mających diametralnie różne cele i skonfliktowanych ze sobą. Taka sytuacja także nie ułatwia stworzenia jakiejś stabilnej, a przede wszystkim przewidywalnej elity władzy.

Każda struktura władzy ma swoje odbicie w strukturze własności. Popatrzmy jak to wygląda obecnie. Chyba najlepszą analizę przeprowadzono na ETH w Zurichu. Jeśli ktoś jest wzrokowcem, może sobie obejrzeć film, wprowadzający do tematu, świetnie poprowadzony przez jednego z badaczy. Jest nawet wersja z polskimi napisami. Naukowcy przeanalizowali dane 37 milionów przedsiębiorstw i inwestorów na całym niemal świecie. Wyłowili z tego 43.060 ponadnarodowe koncerny i ich właścicieli. Skonstruowali dla nich model, pokazujący powiązania własnościowe pomiędzy nimi (mówiąc w uproszczeniu: koncern A posiada x-procent akcji koncernu B, koncern B posiada y-procent akcji koncernów A und C itd. itp.). Dodatkowo model ten uzupełnili danymi o zyskach tych firm i w ten sposób byli w stanie uzyskać obraz światowej władzy ekonomicznej. Oczywiście musiał te dane przeanalizować komputer. Po tej analizie okazało się, że w 2011 roku było na świecie 1.318 firm, z których każda była współwłaścicielem co najmniej dwóch innych. Tworzą one niejako jądro światowego systemu gospodarczego. Są to w ogromnej większości firmy określane jako „blue chip”. Ok 20% zysków osiąganych w gospodarce światowej należy do nich. Są to w większości firmy produkujące realne wyroby i świadczące realne usługi. Gdy badacze zaczęli te powiązania jeszcze bardziej „zagęszczać”, wyłoniła się z tej analizy liczba 147 jeszcze bardziej powiązanych ze sobą firm. Należy do nich ok. 40% wartości tego „jądra” złożonego z 1.318 firm. Krótko mówiąc mniej niż jeden procent firm kontroluje 40% najważniejszych firm światowych. Większość z nich niczego nie wytwarza! Są to instytucje finansowe, takie jak Barclays Bank, JPMorgan Chase & Co, The Goldman Sachs Group.

Renomowany New Scientist, w artykule na temat tych badań, napisał:

John Driffill of the University of London, a macroeconomics expert, says the value of the analysis is not just to see if a small number of people controls the global economy, but rather its insights into economic stability.
Concentration of power is not good or bad in itself, says the Zurich team, but the core’s tight interconnections could be. As the world learned in 2008, such networks are unstable. `If one [company] suffers distress,` says Glattfelder, `this propagates.`” – John Driffill, ekspert makroekonomii z Uniwersytetu londyńskiego, mówi, że wartość tej analizy leży nie tyle w wiedzy o tym, że mała liczba ludzi kontroluje światową ekonomię, ile w obrazie jej ekonomicznej niestabilności. Koncentracja władzy, sama w sobie, nie jest ani zła ani dobra, mówią badacze z Zurichu, ale wzajemne ścisłe powiązania mogą być problemem. Jeśli jedna firma ma kłopoty – mówi Glattfelder – jest to zaraźliwe (tłumaczenie moje).

Moim zdaniem, James Glattfelder także bardzo trafnie określił wyniki badań:

Reality is so complex, we must move away from dogma, whether it’s conspiracy theories or free-market. Our analysis is reality-based.” – rzeczywistość jest tak skomplikowana, że musimy odżegnywać się od każdej dogmatycznej interpretacji, czy to przy pomocy teorii spiskowych, czy wolnego rynku. Nasza analiza opiera się na rzeczywistości. (tłumaczenie moje).

Mam nadzieję, że czytelnicy rozumieją teraz, dlaczego śmieję się ze wszystkich teoryjek o spiskach i ukrytych siłach, sterujących losami świata!
Wyniki tej analizy pokrywają się całkowicie z tym, co pisałem we wstępie, gdy zadawałem pytanie „co to jest kapitalizm?”  – potwierdzają podrzędną rolę realnej gospodarki wobec kapitału.

Autorzy analizy zatrzymali się na powiązaniach własnościowych pomiędzy firmami. Ale te firmy mają przecież swoich właścicieli! Dawno już minęły czasy, gdy firma miała jednego właściciela. W przypadku tak ogromnych instytucji, są to dzisiaj już nawet nie tysiące, ale dziesiątki tysięcy współwłaścicieli, rozsianych po całym świecie. Wielu nawet nie da się określić! Co na przykład można powiedzieć o udziałach funduszy emerytalnych lub ubezpieczeniowych, które inwestują składki setek tysięcy, a nawet milionów, ludzi? Są one jednymi z największych inwestorów! Inwestorami są także państwa! Norwegia na przykład, nie „przejada” całych dochodów z wydobycia ropy i gazu, ale inwestuje je i w ten sposób odkłada na „czarną godzinę”. Mówienie o własności prywatnej, jest w tym miejscu czystym doktrynerstwem! Bardziej tu można mówić o własności wspólnej, kolektywie właścicieli, niż o własności prywatnej sensu stricto! Tak więc, te miliony współwłaścicieli, rozsiane po całym świecie i kompletnie niezorganizowane, najczęściej niemające bladego pojęcia o swoim statusie współwłaściciela np. banku lub koncernu, także nie mogą być uważane za jakiś światowy rząd.

Ale mamy w obecnym świecie do czynienia z jeszcze innym zjawiskiem – zjawiskiem koncentracji bogactwa. Oznacza ono, że coraz większa część światowego bogactwa, znajduje się w rękach coraz mniejszej ilości ludzi. Thomas Piketty narobił wokół tego sporo hałasu. Wprawdzie trafnie zauważył on w swojej książce Capital in the Twenty-First Century, że przyczyną są coraz szybsze dochody kapitałowe, przekraczające tempo wzrostu gospodarczego, ale niestety nic nie napisał o przyczynach tego zjawiska i nie powiązał go z obecnym systemem monetarnym. Swoją drogą ciekaw jestem, czy nie rozumie on tego, czy po prostu bał się o tym napisać. Jeśli ktoś chce to zrozumieć, a nie czytał całego mojego wstępu, niech przeczyta chociaż część OPROCENTOWANIE. To powinno wystarczyć dla zrozumienia.
W międzyczasie powstało sporo źródeł, gdzie w sposób obrazowy przedstawia się temat nierówności i koncentracji bogactwa np. [1], [2], [3], [4]
Jakie skutki pociąga za sobą ta koncentracja bogactwa? Wielorakie. Zarówno ekonomiczne, jak i socjalne lub polityczne. Chciałbym tu poruszyć jedynie jeden aspekt tego zjawiska: posiadając w ręku coraz więcej udziałów, ludzie ci są w stanie wpływać na decyzje poszczególnych firm. Ich głos ma po prostu większą moc oddziaływania, niż głosy tysięcy rozproszonych i niezorganizowanych współwłaścicieli. Są w stanie przeforsować decyzje, które są korzystne dla nich, ale niekoniecznie dla innych współwłaścicieli, a już na pewno nie dla pracowników tych firm! Wraz z coraz szybszą koncentracją bogactwa, zdobywają realną możliwość zarządzania tymi firmami. Gdy są to firmy z „wewnętrznego kręgu”, przekłada się to dodatkowo na możliwość zarządzania powiązanymi z nimi i zależnymi od nich firmami.
Na tym etapie koncentracji bogactwa, możemy już posługiwać się imionami i nazwiskami. Czy coś nam to da? Na pierwszy rzut oka, dużo. Z poziomu setek tysięcy lub milionów, zejdziemy do kilkunastu, góra kilkudziesięciu tysięcy osób. Te z listy Forbes będą oczywiście na czele. Ciągle jeszcze jest to zbyt duża liczba, aby móc mówić o jakiejś przejrzystości.

Przejdźmy teraz do szalenie ważnego pytania: czy ci ludzie o wszystkim decydują sami? Za książką Ayn Rand „Atlas Shrugged” próbuje się nam przedstawiać tych ludzi jako tytanów, na których opiera się świat. Jeżeli są faktycznie jakimiś tytanami, to są to tytani hipokryzji. Nie są to żadni tytani intelektu. Zresztą, przy obecnym zalewie informacji, nawet tytan intelektu nie jest w stanie podjąć na ich podstawie jakąkolwiek decyzję – tych informacji jest po prostu zbyt wiele. Dlatego każdy z tych ludzi korzysta z usług mniejszej, lub większej liczby doradców i analityków. Zadaniem ich jest zbieranie i analiza danych, a następnie prezentowanie pryncypałowi analiz, wniosków i możliwych decyzji. Konia z rzędem temu, kto odpowie teraz na pytanie: kto kim tutaj steruje?! Jest to kolejna sieć ze swoimi współzależnościami – pracownicy zależni są od pieniędzy pracodawcy, pracodawca od wiedzy i informacji dostarczanych przez pracowników. Musimy także uwzględnić fakt, że każdy z tych ludzi korzysta z dwóch rodzajów pomocników: doradców osobistych i niezależnych ekspertów. Ci osobiści pracują wyłącznie dla niego i troszczą się o jego interesy, czyli pomnażanie jego majątku. Obowiązuje ich lojalność wobec swego pracodawcy, działają zatem we współzawodnictwie i konkurencji z innymi grupami doradców. Eksperci i doradcy wspólni dzielą się na dwie kategorie. Jedna to naukowcy. Ci ludzie sprzedają swój intelekt (prostytuują się), tworząc teorie ekonomiczne i społeczne oraz systemy prawne, które są w taki czy inny sposób korzystne dla warstwy najbogatszych. Mają one uzasadniać status quo, czyli obowiązujący system polityczny, ekonomiczny, prawny, a przede wszystkim monetarny oraz nie dopuścić do jego zmiany. Druga kategoria to agencje informacyjne takie jak Bloomberg, Thomson Reuters, SIX Financial Information, Morningstar czy Stratfor. Troszczą się o wspólne interesy całej warstwy najbogatszych, dostarczając im za opłatą informacje i analizy. Zatrudniają one różnych ekspertów. Są to zarówno pojedyncze osoby, jak też firmy doradcze. Jest to też cała paleta zawodów: ekonomiści, prawnicy, politolodzy, dziennikarze ale także socjologowie, psychologowie i wojskowi a nawet duchowni wszelkich możliwych wyznań. Analizują oni krajową i międzynarodową politykę, wydarzenia gospodarcze i społeczne. Nigdzie nie spotkałem się z jakąś analizą, lub przynajmniej jej próbą, która szukałaby odpowiedzi na pytanie, co kieruje tymi ludźmi. Już Spinoza zastanawiał się nad tym fenomenem i nie doszedł do żadnych wniosków. Pewny jestem, że wszyscy ci ludzie zupełnie nie zdają sobie sprawy ze swojej roli. Są święcie przekonani, że działają w dobrej sprawie. Dla dobra ogółu! Zresztą, gdy tak dokładnie się wszystkiemu przypatrzeć, do tej grupy można zaliczyć prawie każdego z nas! System monetarny, w połączeniu z neoliberalną ideologią, spowodował powstanie swoistego perpetuum mobile. Samoistnie działającego mechanizmu, w którym każdy trybik pracuje dla utrzymania go w ruchu. Od najbogatszych z listy Forbes, poprzez polityków, zarządy ogromnych banków lub koncernów, po najniższego rangą pracownika małego banku w zapadłej dziurze na końcu świata. I wszyscy kompletnie nie zdają sobie sprawy z tego, że pracują na swoją zgubę!
Ludzie ci są jedynie w drobnej części opłacani przez warstwę najbogatszych. Pośrednio odbywa się to w drodze promocji „najzdolniejszych”. Kreowanie ich na nowe gwiazdy. Potem zaś, bezpośrednio, w formie stypendiów, grantów, zleceń, opłat za wykłady, odczyty itp. Główny ciężar utrzymania tych ludzi ponosi jednak społeczeństwo w formie np. pensji dla rządów i parlamentów, policji i wojska, pensji za stanowiska na uczelniach i w szkołach, kupno książek i prasy oraz rzucania na tacę! Widzimy tu cały paradoks, a właściwie należałoby powiedzieć, paranoję tej sytuacji! Kompletnie nie zdając sobie z tego sprawy, ponosimy koszty utrzymania czegoś, co pracuje przeciwko nam!!! System ten nie został też bezpośrednio stworzony przez warstwę najbogatszych. Neoliberalizm także nie został stworzony przez milionerów! Serwilizm tylko częściowo może tu być wytłumaczeniem. Po prostu wszyscy nie dostrzegamy wpajanych nam przez dziesiątki lat dogmatów. Są one dla nas naturalne, jak przyciąganie ziemskie!

Warstwa najbogatszych odgrywa bezsprzecznie dużą rolę w sterowaniu decyzjami polityków. Na niej też skupia się uwaga mediów, gdyż szczegóły z ich życia dobrze się sprzedają. W ringu są jednak zawodnicy o wiele wyższej kategorii wagowej! Wszyscy na pewno pomyślą o bankach. Nic bardziej błędnego! Tymi zawodnikami są firmy zarządzające majątkami. Największą jest BlackRock. Innymi są Vanguard Group, Allianz Group, State Street Global Advisors, Fidelity Investments, JP Morgan Chase i inne. Według listy Forbes najbogatszy człowiek świata – Bill Gates – dysponuje majątkiem w wysokości 75 miliardów dolarów. Nie są to jednak aktywa, czyli suma, która leży na jakimś koncie, i którą można dowolnie dysponować. Jest to po prostu aktualna wartość rynkowa akcji, nieruchomości i innego, posiadanego przez niego majątku. Wielkość aktywów, czyli pieniędzy, jaką ma on do dyspozycji na „bieżące wydatki”, którą może obracać, jest dużo, dużo mniejsza. Dla porównania, tylko BlackRock obraca aktywami w wysokości 5 BILIONÓW dolarów! Niewiele mniejszą sumą obraca każda z pozostałych firm! Więc tylko BlackRock obraca aktywami osiągającymi prawie wartość majątku całej listy Forbes (6,5 biliona dolarów)! Prawie 1/4 PKB Stanów Zjednoczonych (18,56 bilionów)! W tej sumie są na pewno także pieniądze Billa Gatesa i całej reszty z listy Forbes. BlackRock i inne firmy, zarządzają po prostu pieniędzmi bogatych ludzi. Wyręczają ich w inwestowaniu. Ci bogacze to tak zwani High Net Worth Individuals (do kategorii tej zalicza się ludzi z aktywami o wysokości co najmniej pięciu milionów dolarów): przedsiębiorcy i ich rodziny, arystokracja, bossowie mafii, skorumpowani politycy. Oprócz nich, klientami są także instytucje jak np. fundacje, kasy emerytalne i… banki!! Ktoś może się zdziwić, że banki korzystają z pomocy takich firm. Przyczyna jest prosta. Działalność banków podlega ścisłej kontroli. Regulowana jest wieloma przepisami. Zarządzanie aktywami nie podlega praktycznie żadnym ograniczeniom. Firmy te mogą po prostu robić to, czego nie wolno robić bankom! Na przykład prawie bez ograniczeń korzystać z rajów podatkowych. Nie bez powodu główna siedziba BlackRock znajduje się w Nowym Jorku, ale dział prawny w Wilmington, w największej oazie podatkowej świata – amerykańskim stanie Delaware! Aby było jeszcze śmieszniej i groźniej – BlackRock jest największym udziałowcem wielu banków, takich jak Deutsche Bank, ING Bank, HSBC, Banco Bilbao, BNP Paribas, Unicredit i wielu pomniejszych. Jest największym udziałowcem głównych agencji ratingowych: Standard&Poor’s i Moody’s. Od oceny tych agencji zależny jest los wielu firm, a także wielu krajów! Jest także największym udziałowcem głównych światowych giełd. Ma zatem możliwości manipulowania nimi. To wszystko mówi wiele o złożoności całego systemu.
Jak perfidne są metody działalności takich instytucji można się było dowiedzieć obserwując głośną fuzję dwóch gigantów agrochemii – Bayeru i Monsanto, do której doszło w 2016 roku. Odbyła się ona pod dyktando i praktycznie na polecenie BlackRock. Sfingowano całe przedstawienie wokół tego wydarzenia. Dla podwyższenia ceny przejęcia, poszczuto nawet na siebie zarządy obydwu firm, po to, aby móc więcej zarobić na pośrednictwie w 59 miliardowym kredycie (w bankach z własnymi udziałami!). Wyjaśnić przy tym należy, że BlackRock był największym udziałowcem w obydwu firmach. Teraz jest największym udziałowcem nowego giganta.
Zaraz po wybuchu kryzysu w 2008 roku, BlackRock kupił za grosze udziały w wielu zagrożonych upadkiem bankach. Dobrze wiedząc, że będą one ratowane za pieniądze podatników! Na zlecenie Baracka Obamy nadzorował w tym czasie także ratunek dużych i kierował upadłością małych banków amerykańskich.

Przejdźmy teraz do pytania o metody, jakich używają te firmy do nacisku i sterowania rządami niezależnych (właściwie należałoby to słowo wziąć w cudzysłów!) krajów. Czy odbywa się to podobnie jak w przypadku Sorosa na Ukrainie? Oczywiście nie! Coraz rzadziej stosuje się metodę „łagodnej perswazji” przy pomocy wszelakiej maści lobbystów. Wystarczy, że przedstawią oni rządowi jakiegoś kraju scenariusz tego, co się stanie, gdy agencje ratingowe (będące pod kontrolą tych firm) obniżą jego notowania. Albo gdy koncern (będący pod kontrolą tych firm), zatrudniający tysiące ludzi, przeniesie miejsca pracy gdzie indziej. Tak samo jak pies instynktownie wyczuwa intencje swojego pana, tak politykom nie trzeba dziś mówić co mają robić. Wiedzą, czego oczekuje od nich ich pan – kapitał. Doszło nawet do tego, że dotyczy to nawet związków zawodowych!
W czasie kryzysu w 2008 roku, rządy postawione zostały praktycznie pod ścianą. Miały do wyboru albo za pieniądze podatników ratować banki, a co za tym idzie cały system monetarny, albo niewyobrażalny chaos świata bez pieniędzy! Ci, którzy wypisują brednie, że trzeba było doprowadzić do plajt banków, nie mają pojęcia jak funkcjonuje obecny system monetarny! Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie wyciągnięto z tego kryzysu żadnych wniosków i dalej nie mamy dla tego systemu żadnej alternatywy!! Doprowadziła do tego pseudonauka, jaką jest ekonomia.

Wróćmy jednak do naszej klasy najbogatszych. Do tego przysłowiowego 1% lub jak kto woli 0,1%. Mam nadzieję, że udało mi się wyjaśnić chociaż trochę jej rolę w obecnym świecie. Rola tej klasy nie jest wprawdzie mała, ale nie jest najważniejsza. Klasa ta nie stworzyła tego systemu, nie odgrywa roli jego motoru napędowego, także nie kieruje nim. Nie dysponuje konieczną siłą przebicia. Można powiedzieć, że ludzie ci odgrywają w tym systemie raczej rolę celebrytów. Mówi się o ich fundacjach, inicjatywach w rodzaju Giving Pledge, przede wszystkim jednak, swoimi spektakularnymi zakupami, dostarczają oni tematów dla prasy bulwarowej. Niektórzy z nich, jak na przykład nasz „filantrop”, angażują się aktywniej i potrafią sporo „namieszać”, należą oni jednak do wyjątków i najczęściej ich działalność jest uzupełnieniem, przykrywką lub odwróceniem uwagi od działalności państw albo silniejszych organizacji.
Z pewnością wielu czytelników zdziwi się teraz. Szczególnie ci, którzy czytali trochę o Rothschildach i ich roli w bankowości, o historii powstawania banku centralnego w USA, systemu z Bretton Woods i innych temu podobnych wydarzeniach opisanych w popularnej w Polsce książce Hongbinga „Wojna o pieniądz” lub w innych źródłach. Niech przeczytają tę książkę dokładniej. Ostatnim wydarzeniem na skalę światową, za którym stali konkretni ludzie, była konferencja w Bretton Woods. I nie byli to wcale ludzie najbogatsi! Świat był wtedy dużo mniej skomplikowany. Politycy byli w stanie o czymś decydować. Rooseweltowski New Deal jest dzisiaj nie do wyobrażenia! Mężowie stanu należą dziś do historii! Ostatnim, którego ewentualnie można by tak określić, jest Putin. A i co do tego nie byłbym taki pewny. Reszta to marionetki. Jeżeli dziś operujemy jakimiś nazwiskami, to są to nazwiska ludzi, którzy kierują takimi czy innymi firmami i instytucjami. Mają oni wprawdzie bajecznie wysokie apanaże, ale są to jedynie okruchy spadające z pańskiego stołu. Ludzie, którzy dziś są na tych stanowiskach, ale jutro można ich odwołać, bo nie byli wystarczająco efektywni dla całego systemu!

Kiedyś każdy statek miał na dziobie figurę – galion. Była ona dla niego ozdobą i patronem. Można żartobliwie powiedzieć, że najbogatsi ludzie z listy Forbes, są galionem statku o nazwie kapitalizm. Nie jest to jednak piękna fregata, ale parszywa, zardzewiała, coraz szybciej przeciekająca galera, na której rytm na bębnach wybijają szefowie banków i firm w rodzaju BlackRock, z pejczami biegają politycy i szefowie koncernów, zaś my wszyscy siedzimy w smrodzie i ciemności pod pokładem, przykuci łańcuchami do wioseł. Nawigatorami tej łajby, coraz szybciej zbliżającej się do rafy o nazwie kolaps systemu monetarnego, są ekonomiści.

 

Ale to jeszcze nie wszystko. Jest jedna instytucja, przy której wszyscy, opisani do tej pory, aktorzy wypadają dość blado. Instytucja, którą możemy podejrzewać, że może mieć większy wpływ na to, co się dzieje na świecie, niż wszystkie inne instytucje, organizacje i osoby. Nie bez powodu użyłem słowa „podejrzewać” i trybu przypuszczającego. Mimo, że powstała w 1930 roku, o instytucji tej wiemy bardzo niewiele. Jej nazwa pojawia się rzadko, jedynie w artykułach bardziej fachowych. Instytucja ta posiada własny status i osobowość prawną. Nie podlega żadnej jurysdykcji! Jej siedziba jest eksterytorialna. Jest nietykalna! Jej dochody nie podlegają opodatkowaniu. Nazwiska ludzi z jej kierownictwa są wymieniane bardzo rzadko. A są to ludzie, których dożywotnio chroni immunitet praktycznie we wszystkich krajach świata! Siedziba tej organizacji, mimo tego, że znajduje się w samym centrum miasta, chroniona jest lepiej niż jakiekolwiek budynki rządowe lub siedziby tajnych służb. Jedynie kilku dziennikarzy miało okazję być w tym budynku. Poruszali się z obstawą po pustych korytarzach, nie zajrzeli do żadnego pomieszczenia, nie widzieli żadnego pracownika!
Ta instytucja to Bank for International Settlements (BIS) – Bank Rozrachunków Międzynarodowych. Powstał on w 1930 roku, w celu umożliwienia rozliczeń niemieckich reparacji wojennych, nałożonych na nie po I wojnie światowej. Gdy wybuchła II wojna światowa, jego działalność i istnienie stały się zbędne. Pod naciskiem światowej finansjery, nie został on jednak rozwiązany i umożliwił nazistowskim Niemcom rozliczanie zagranicznych zakupów (głównie przy pomocy zrabowanego złota, także z zębów zagazowanych ludzi). Niemieccy i angielscy bankierzy pracowali w pełnej zgodzie i przyjaznej atmosferze, podczas gdy ich krewni i znajomi ginęli na frontach lub w bombardowanych miastach! To mówi wiele o mentalności ludzi z tej branży…
Po zakończeniu wojny został on przekształcony w spółkę akcyjną, której właścicielami jest (obecnie) 60 głównych banków centralnych z całego świata. Bank posiada swoją stronę internetową. Jeśli ktoś chciałby się z niej dowiedzieć więcej o celach i metodach działalności tego banku, znajdzie jedynie ogólnikowe bla, bla. Bank pełni oficjalnie jedynie usługi dla banków centralnych będących jego członkami. Jest swego rodzaju bankiem centralnym dla banków centralnych oraz dostarcza im analiz potrzebnych w ich pracy. Z tego powodu ma on możliwości wglądu w ich działalność. Nie wiemy czy ten wgląd jest w jakiś sposób ograniczony. Czy jest dla nich jednostką nadrzędną, czy ma możliwość wpływania na ich pracę, lub wręcz sterowania nimi? Trudno powiedzieć. Wygląda na to, że oficjalnie nie ma. Nie ma na to bezpośrednich dowodów, ale poszlaką może być na przykład raport z roku 2006. Na stronie 140 i dalszych, znajdziemy w nim listę prawie wszystkich czynników, które doprowadziły do kryzysu w roku 2008 i wyraźne ostrzeżenie przed nadchodzącą katastrofą. Wygląda więc na to, że analitycy BIS mogli jedynie ostrzegać, ale nie mogli przeciwdziałać. Z drugiej jednak strony, z pewnością istnieją metody pośrednie takiego wpływu. Ze względu na wspomnianą wyżej tajemniczość wokół działalności banku, nie można nic powiedzieć ani o nich, ani o ich skuteczności.
Pewne natomiast jest, że bank ma wpływ na działalność banków komercyjnych. Zasady ich działalności regulują osobne, stopniowo zaostrzane, dyrektywy, potocznie określane jako Basel I – III. Mogą być one postrzegane jako jeden z pośrednich sposobów wpływania na banki centralne.
Najlepszym i najpełniejszym (bo opartym na archiwach banku) opracowaniem historii tej instytucji jest książka Adama LeBora „Tower of Basel: The Shadowy History of the Secret Bank that Runs the World”. Już sam jej tytuł sugeruje, że bank ten steruje światem. Czy steruje? W jakiś stopniu z pewnością. Nie możemy jednak prawie nic na ten temat powiedzieć. Pozostawmy to więc w sferze domysłów.

 

Na świecie jest wiele instytucji i organizacji, które, według takiej czy innej teorii, pretendują do roli, jeśli nie światowego rządu, to przynajmniej jakiejś funkcji wiodącej. Chodzi mi tu jedynie o te istniejące, nie te wymyślone przez różnych nawiedzonych zwolenników teorii spiskowych. Czy tak jest w rzeczywistości? Nie wiadomo. Osobiście nie wierzę w to. Jest ich na to za dużo. Zbyt wiele jest współzależności pomiędzy nimi. Zbyt wiele mają wzajemnie wykluczających się interesów. Zbyt wiele jest też na świecie procesów, które wymknęły się z pod kontroli swych twórców. Jednak wiele z tych instytucji odgrywa w świecie bardzo ważną rolę i może, czy to przez podjęcie ostatecznej decyzji, czy to uruchomienie jakiegoś procesu, odegrać w pewnej sytuacji jakąś rolę decydującą nawet dla dziejów świata. Rolę motyla z teorii chaosu, którego uderzenie skrzydeł uruchamia ciąg wydarzeń, doprowadzający do huraganu na drugim końcu świata.