Myśli trzeciomajowe

I znów mamy kolejną rocznicę uchwalenia Konstytucji 3-Maja – nieudanej próby ratowania upadającego państwa. Jej twórcy nie wiedzieli jeszcze, że próba ta skazana jest na niepowodzenie. To wiemy teraz. Oni byli wtedy pełni zapału i nadziei. Podobny nastrój panował prawdopodobnie po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku. Także wtedy nikt nie przypuszczał, że nasza niepodległość potrwa jedynie 21 lat. Po zakończeniu II wojny światowej też panowała radość. Ta radość nie była jednak powszechna i całkowita. Cieszono się oczywiście z zakończenia wojny, ale nie cieszono się z nowego, powojennego porządku. Wyczuwano, że nie będzie można mówić o pełnej niepodległości kraju. Kolejny okres radości i nadziei przeżywaliśmy w roku 1989. Dzisiaj nie ma zgodności, czy było to odzyskanie niepodległości, czy nie. Co sprawia, że nie potrafimy wybić się na pełną niepodległość? Czy są to jedynie siły zewnętrzne, nasze położenie geograficzne, albo jakieś fatum, które ciąży nad naszym krajem? Czy też mamy w sobie jakąś skazę, jakieś cechy, które uniemożliwiają nam osiągnięcie prawdziwej niepodległości? Moim zdaniem, właśnie to jest przyczyną.
W porównaniu z poprzednimi rocznicami, w czasie tegorocznego święta, mniej mówi się o samej konstytucji i okolicznościach jej uchwalenia. W tle ciągle tli się jeszcze awantura, którą wywołała ustawa o IPN. Wydobyła ona na wierzch głębokie podziały w społeczeństwie, dotyczące naszej postawy w stosunku do Żydów, a zwłaszcza do naszej postawy w czasie okupacji. Paradoksalnie zjednoczyła ona, na co dzień skłócone ze sobą, rząd i opozycję. Ich dzisiejsza postawa przypomina stary kawał/zagadkę – pytanie: co się dzisiaj nosi w Warszawie? Odpowiedź: Żydów na rękach. Prawdziwa dyskusja toczy się jednak poza mediami głównego nurtu. Obie strony bombardują się wygodnymi dla siebie argumentami (pomijam tu oczywiste kłamstwa). Sytuacja jest dość zabawna, gdyż często są to wyrwane z kontekstu fragmenty pochodzące z tego samego źródła – najczęściej jest to „Kronika getta warszawskiego” Emanuela Ringelbluma. Już sam ten fakt pokazuje, że żadna ze stron nie może mieć racji! Zwolennicy dawnej, półoficjalnej wersji, mówiącej, że wszyscy pomagali Żydom, zorientowali się już, że w obliczu miażdżących faktów, są na straconej pozycji, więc próbują jedynie zmarginalizować zjawisko biernego lub czynnego współudziału naszych rodaków w Zagładzie. Ale nie tylko my musimy przełknąć gorzką pigułkę przyznania się do haniebnych czynów, jakie popełnili niektórzy przedstawiciele naszego narodu. Paradoksalnie dużo dłuższa lista jest po stronie żydowskiej! Oni także mają uproszczoną, żeby nie powiedzieć zakłamaną, historię Zagłady. Widzą siebie jedynie, jako ofiary. Całkowicie negują kolaborację swoich rodaków. Rola judenratów i żydowskiej policji jest tematem tabu. Przemilczane są też sympatie prokomunistyczne i współpraca z Sowietami. A już całkowitym tematem tabu jest postawa zachodnich aliantów i wpływowego lobby żydowskiego, szczególnie amerykańskiego. Zupełny brak reakcji z ich strony graniczy ze współudziałem w zbrodni! Tłumaczenie się niewiedzą jest bezczelnym kłamstwem! Jeśli nie wierzyli w raporty polskiego podziemia, to po co, ogromnym nakładem środków, robiono szalenie niebezpieczne loty zwiadowcze nad obozy zagłady? Na tych zdjęciach [1], [2] zaznaczone są wyraźnie komory gazowe i krematoria, a opisy zdjęć mówią same za siebie: extermination camp a nie np. scout camp! Znali wszystkie szczegóły! Jakimś dziwnym trafem, ani nasz rząd, ani opozycja nie korzysta z takich argumentów.

Paradoksalnie „kwestia żydowska” i sprawa naszej niepodległości są ściśle ze sobą związane. Przez wieki Żydzi stanowili nieodłączną część naszego społeczeństwa. Wpłynęli na nasze obyczaje, na nasz światopogląd, na nasz język, na naszą kuchnię, nawet na nasze poczucie humoru. Wzbogacili naszą naukę, kulturę, sztukę i literaturę. Polska, a właściwie Rzeczpospolita, była największym skupiskiem Żydów w Europie. To także nie był przypadek! Mimo tego, że i u nas zdarzały się pogromy i prześladowania, były to jednak prawie zawsze działania oddolne i na skalę lokalną. W ogólnym rozrachunku, fakt ten jest dowodem tolerancji, jaka cechowała naszych przodków (celowo nie napisałem np. „jaka nas cechuje”, gdyż tolerancja ta należy niestety do przeszłości). W codziennych rozmowach, a szczególnie w Internecie, widać jednak wyraźnie, że nasz obraz Żydów, różni się diametralnie od obrazu, jaki mają oni w pozostałych społeczeństwach europejskich. Praktycznie nikt tego nie zauważa, nikt też nie analizuje przyczyn tego zjawiska.

Parę dni temu, trafiłem przypadkiem na pewien wpis, który jest przykładem tego zjawiska. Wpis miał odpowiedzieć na pytanie, czy rosyjski bank centralny jest kontrolowany/jest własnością Rothschildów. Właściwie nie zamierzałem nim sobie zawracać głowy, gdyż były to, typowe dla naszego kraju, idiotyzmy dotyczące Żydów i ich rzekomo wszechwładnego wpływu na politykę i światowy system monetarny. W odróżnieniu jednak od innych, temu podobnych „rewelacji”, wpis zawierał wiele faktów, które świadczyły o całkiem niezłym przygotowaniu autora. Dużo bardziej niż sam wpis, zastanowił mnie jednak komentarz jednego z czytelników – mniej więcej tej samej długości, co sam wpis. Komentator także wykazał się sporą wiedzą! Bodajże czy nie większą nawet, niż autor wpisu! Komentarz jest wprawdzie nieco chaotyczny, miesza fakty z religią, podaje też argumenty, świadczące o niepełnej wiedzy autora. Właściwie mógłbym się podpisać pod niektórymi tezami jego tekstu, gdyż wiele razy pisałem to samo na moim blogu, gdyby nie pewne różnice… Właśnie te różnice są charakterystyczne dla naszego kraju! Moim zdaniem, nie pozwalają nam one zrozumieć tego, co dzieje się na świecie. Wypaczają nam obraz. Pośrednio różnice te doprowadziły najpierw do utraty niepodległości, a dziś znów nie pozwalają nam wybić się na niepodległość polityczną. Przede wszystkim jednak, sprawiają, że nie potrafimy rozwinąć się ani społecznie, ani gospodarczo, co de facto doprowadziło nas już do statusu neokolonialnego.
Popatrzmy na zdania z komentarza:

Bank centralny wcale nie musi „należeć” do Rotszyldów, aby cały system finansowy konkretnego państwa był całkowicie podporządkowany międzynarodowym żydom.”

Kontrola Rotszyldów nad pieniądzem to narzucenie konkretnej idei pieniądza. Wcale nie chodzi o „własność” banku centralnego i w dzisiejszym świecie „własność” bank centralnego nie jest do tej kontroli potrzebna. Chodzi o samą ideę pieniądza, zupełnie odmienną od idei wypracowanej w nauce chrześcijańskiej czy islamskiej (dla uproszczenia pomijam Daleki Wschód).”

Gdyby w miejsce Żydów/Rotszyldów, wstawić „bezosobowy system monetarny” lub „bezosobowy kapitał”, to podobne zdania można znaleźć na moim blogu. Cały czas dręczy mnie myśl, czemu w naszym kraju tak powszechnie stawia się znak równości między słowami pieniądze=Żydzi, bankierzy=Żydzi! Gdyby to nie było tragiczne, to można by powiedzieć żartobliwie, że jako naród jesteśmy „chorzy na Żydów”! Ten znak równości spotykany jest dużo rzadziej w krajach zachodnich. Powszechne jest u nas także doszukiwanie się zakulisowych działań Żydów za wszystkimi prawie wydarzeniami, co także jest dość rzadkie w krajach zachodnich (co nie znaczy, że nieobecne). Autor komentarza pośrednio też to zauważa, gdyż pisze:

Ostatni obrazek, na którym widnieje informacja, że „bank centralny Iranu nie należy do rodziny Rotszyldów” najprawdopodobniej jest błędna, poza tym jest skażona intelektualnym prymitywizmem właściwym dla społeczeństw anglosaskich czy generalnie zachodnich.”
oraz:
Błędem jest używanie języka anglosaskich ćwierćgłówków dopatrujących się kontroli właścicielskiej nad bankiem centralnym, choćby dlatego że prowadzi do sprowadzenia na ich (niski) poziom percepcji rzeczywistości.”

Brakuje jedynie zawołania Wieszcza: „Polska mesjaszem narodów!” A w dalszym ciągu można by powiedzieć Żydom: to nie wy, parchy, ale my jesteśmy narodem wybranym! Gdyby nie fakt, że niemała część naszego społeczeństwa w to wierzy, można by to potraktować jako niezły ubaw.

Ale żarty na bok! Ciekawe jest, że pod tym względem różnimy się nie tylko od krajów zachodnich, ale także od Rosji! Tam także niezmiernie rzadko spotyka się ten znak równości.

Spróbujmy zatem wyjaśnić sobie genezę tego zjawiska. Mało wiemy o tym, jak rozwijały się społeczeństwa zachodnie. Na lekcjach historii uczono nas tego „po łebkach”. Ale także społeczeństwa zachodnie nie wiedzą wiele więcej od nas. Skupiają się głównie na przemianach społecznych i politycznych, kompletnie zaniedbując zmiany w systemie monetarnym i wywołane nimi zmiany w systemie gospodarczym. Już parę razy wspominałem na tym blogu, że moim skromnym zdaniem, tutaj leży klucz do zrozumienia wielu głównych wydarzeń historycznych! Wyjaśnijmy sobie zatem parę kwestii. Przede wszystkim spróbujmy odpowiedzieć na pytanie, czy to Żydzi stworzyli obecny system monetarny? Odpowiedź jest prosta: i tak, i nie. Nie zrozumiemy tego bez wyjaśnienia sobie statusu Żydów w całej Europie. Tworzyli oni wszędzie społeczeństwo niejako „równoległe”, żyjące obok, rządzące się swoimi prawami, mające swoją religię i swoje obyczaje. Praktycznie w całej Europie nie mogli posiadać ziemi, która była wtedy źródłem bogactwa. Zajmowali się jedynymi dostępnymi zajęciami – handlem i lichwą. Wbrew pozorom zajęcia te pozwalały im osiągnąć dobrobyt a także faktycznie umożliwiały zakulisową działalność polityczną i gospodarczą. Żydzi byli także bacznie obserwowani. Prawdopodobnie w wyniku tych obserwacji, Włosi, którzy także zajmowali się tymi samymi zajęciami, wpadli na pomysł stworzenia instytucji, które były podwalinami współczesnej bankowości. Jako posiadający doświadczenie w obrocie pieniędzmi, Żydzi byli chętnie zatrudniani w owych bankach, stąd ich powszechna obecność w bankowości. Włoski pomysł udoskonalili najpierw Holendrzy a potem Szwedzi i Anglicy, którzy stworzyli podstawy bankowości centralnej. Obecny system monetarny nie był więc pomysłem żydowskim, ale z dużą dozą prawdopodobieństwa można powiedzieć, że Żydzi mogli być jego nieświadomymi inspiratorami. Od samego początku, Żydzi musieli także konkurować z bankierami i kupcami włoskimi, holenderskimi, angielskimi, francuskimi czy niemieckimi. Najczęściej nie byli też traktowani, jako równoprawni partnerzy! Spotykali się z wieloma formami dyskryminacji.

A jak było w Polsce? U nas Żydzi także prowadzili podobne zajęcia jak w Europie zachodniej. Była jednak zasadnicza różnica. W Polsce nie mieli konkurencji!! Dla „szlachetnie urodzonych” zajęcia takie jak handel czy lichwa były poniżej ich godności. Mieszczanie byli wprawdzie ludźmi wolnymi, ale nie mieli prawie żadnych praw i ograniczali się jedynie do drobnego rzemiosła. Ponad 70% społeczeństwa – chłopi – było praktycznie niewolnikami bez żadnych praw, bez wykształcenia i bez żadnych możliwości zmiany swego statusu. Krajem niepodzielnie rządziła więc klasa, stanowiąca ok 10% społeczeństwa. Reszta była albo jej niewolnikami, albo nie miała żadnych praw, a zatem także i wpływów na losy kraju. Mam nadzieję, że wszyscy już rozumiemy, skąd wziął się u nas ten znak równości! Przez wiele pokoleń nie znano u nas bankiera i handlarza nie-Żyda! Poza rolnictwem i częścią rzemiosła, pozostałe działy gospodarki oddaliśmy Żydom niejako walkowerem! Także u nas Żydzi nie mogli posiadać ziemi, ale nie było im to do niczego potrzebne, bo spora część szlachty była u nich zadłużona, więc w ten sposób kontrolowali ich majątki. Posiadając monopol w handlu, dyktowali ceny na produkty rolne. Zarobione pieniądze, szlachta wydawała u innych handlarzy-Żydów, przepijała w żydowskich karczmach, w których wódka pochodziła z żydowskich gorzelni. Spora część młynarzy także była Żydami. Nasz archaiczny system społeczny po prostu uniemożliwiał stworzenie konkurencji dla Żydów!! Nie było praktycznie żadnych dróg awansu społecznego! Szlachcicem można było zostać jedynie przez wykazanie się dzielnością na polu walki.

W całej Europie (także wschodniej!!) Żydzi musieli konkurować z miejscową ludnością, co często przychodziło im z najwyższym trudem. U nas mieli wolną rękę, na co sami im pozwoliliśmy!! Kto tu zatem jest ćwierćgłówkiem i ma niski poziom percepcji rzeczywistości??!!

Jesteśmy za to mistrzami świata w tworzeniu teorii spiskowych z Żydami w roli głównej. Co kliknięcie myszą, to mamy nową teorię, ujawniającą istnienie tajnych spisków. Gdyby podliczyć ilość wszystkich stron i ujawnianych tam spisków, to byłoby ich już chyba więcej niż Żydów! Nikt nie zadaje sobie jednak automatycznie cisnącego się na usta pytania, skąd autorzy tych „wiadomości” to wiedzą? Przecież są to najpilniej strzeżone tajemnice, do których nie ma dostępu żaden goj?! Jakim cudem mieli więc do nich dostęp?! Może trzeba byłoby wziąć paru takich najbardziej aktywnych i powiedzieć każdemu: wyjmij bratku i pokaż, czyś ty aby nie „scyzorykiem chrzczony”! Ale żarty na bok!

Czy zmieniło się coś, gdy utraciliśmy niepodległość? Nic. Było jeszcze gorzej! W poprzednim wpisie podałem link do strony z wyjaśnieniem genezy powiedzonka „wasze ulice, nasze kamienice” . Cytowany tam jest obszernie Bolesław Prus. Cała jego twórczość jest kopalnią wiedzy o ówczesnym świecie i o panujących wówczas stosunkach społecznych. Także o relacjach polsko-żydowskich. Przypomnijmy sobie, z jaką pogardą traktowany był (szlachcic!) Wokulski przez prawie całą szlachtę. Jedynie za to, że zajmował się handlem! Bardzo chętnie korzystano z jego pieniędzy, ale dopuścić go do „towarzystwa” – co to, to nie! A jakie było oburzenie, że sprzedał swój sklep Żydom!

A komuż go sprzedam?… – spytał.
– Czy tym, którzy nie kupią sklepu, gdyż mają pieniądze, czy tym, którzy by go dlatego tylko kupili, że nie mają pieniędzy? Sklep wart ze sto dwadzieścia tysięcy rubli, mam je rzucić w błoto?
– Strasznie ci Żydzi wypierają nas…
– Skąd?… Z tych pozycyj, których nie zajmujemy albo do zajmowania których sami ich zmuszamy, pchamy ich, błagamy, aby je zajęli. Mego sklepu nie kupi żaden z naszych panów, ale każdy da pieniądze Żydowi, aby on go kupił i… płacił dobre procenta od wziętego kapitału.

– Będzie kiedyś awantura z tymi Żydami – mruknąłem.
– Bywały już, trwały przez osiemnaście wieków i jaki rezultat?… W antyżydowskich prześladowaniach zginęły najszlachetniejsze jednostki, a zostały tylko takie, które mogły uchronić się od zagłady. I oto jakich mamy dziś Żydów: wytrwałych, cierpliwych, podstępnych, solidarnych, sprytnych i po mistrzowsku władających jedyną bronią, jaka im pozostała – pieniędzmi. Tępiąc wszystko, co lepsze, zrobiliśmy dobór sztuczny i wypielęgnowaliśmy najgorszych.
– Czy jednak pomyślałeś, że gdy twój sklep przejdzie w ich ręce, kilkudziesięciu Żydów zyska popłatną pracę, a kilkudziesięciu naszych ludzi straci ją?
– To nie moja wina – odparł zirytowany Wokulski. – Nie moja wina, że ci, z którymi łączą mnie stosunki, domagają się, ażebym sklep sprzedał. Prawda, że społeczność straci, ale też i społeczność chce tego.
– A obowiązki?…
– Jakie obowiązki?!… – wykrzyknął. – Czy względem tych, którzy nazywają mnie wyzyskiwaczem, czy tych, którzy mnie okradają? Spełniony obowiązek powinien coś przynosić człowiekowi, gdyż inaczej byłby ofiarą, której nikt od nikogo nie ma prawa wymagać. A ja co mam w zysku? Nienawiść i oszczerstwa z jednej strony, lekceważenie z drugiej. Sam powiedz: czy jest występek, którego by mi nie zarzucano i za co?… Za to, żem zrobił majątek i dałem byt setkom ludzi.
– Oszczercy są wszędzie.
– Ale nigdzie w tym stopniu co u nas. Gdzie indziej taki jak ja uczciwy dorobkiewicz miałby wrogów, ale miałby też uznanie, które wynagradza krzywdy… A tu…

W „Lalce” znajdziemy całą masę podobnych dialogów. Prus był doskonałym obserwatorem. Jestem pewien, że wszystkie opisywane w jego powieściach postacie i sceny miały swój pierwowzór. Że nie zostały wymyślone, że były odbiciem otaczającego go świata. Najlepszym dowodem jest, że to wszystko, co opisuje w „Lalce”, można znaleźć w jego „Kronikach”.
Zarówno w „Kronikach” Prusa, jak i w „Lalce”, znajdziemy też opisy i porównania społeczności żydowskiej ze społecznością Polską. Powszechny u nas analfabetyzm, zestawia Prus z jego prawie całkowitym brakiem wśród społeczności żydowskiej. Pisze wyraźnie, że Żydzi sami organizują i finansują swoje szkolnictwo. Że wszystkie dzieci mają do niego dostęp! Przypomnijmy też sobie fragment z „Lalki”, w którym opisuje, jakie są różnice w zabawach młodzieży żydowskiej i polskiej: „U nas, panie, niby u Żydów, jak się młodzi zejdą, to oni nie zajmują się, jak u państwo, tańcami, komplementami, ubiorami, głupstwami, ale oni albo robią rachunki, albo oglądają uczone książki, jeden przed drugim zdaje egzamin albo rozwiązują sobie szarady, rebusy, szachowe zadanie. U nas ciągle jest zajęty rozum i dlatego Żydzi mają rozum, i dlatego, niech się pan nie obrazi, oni cały świat zawojują”.
I nie miał racji?… Charakterystyczne dla Żydów jest także wspieranie najzdolniejszych spośród siebie. Jakie są tego skutki? Oni mają swoich Einsteinów, Rubinsteinów, a my? Naszych Janków muzykantów!

Okres opisywany przez Prusa, był okresem rewolucji przemysłowej. W całej Europie rozwijał się przemysł. A u nas? Trochę działo się w zaborze pruskim, gdzie polska społeczność myślała nieco inaczej, niż w pozostałych częściach kraju. Jedyną wyspą industrializacji była Łódź. Ale Polacy byli tam jedynie najgorzej płatnymi pracownikami najemnymi. Fabryki należały wyłącznie do Niemców, Rosjan i Żydów.

– Szanowny pan Wokulski – zabrał głos adwokat – z właściwą mu gruntownością raczy nas objaśnić: czy sprowadzanie owych tkanin aż z tak daleka nie przyniesie uszczerbku naszym fabrykom?
– Przede wszystkim – rzekł Wokulski – owe nasze fabryki nie są naszymi, lecz niemieckimi…
– Oho!… – zawołał oponent z grupy kupców.
– Jestem gotów – mówił Wokulski – natychmiast wyliczyć fabryki, w których cała administracja i wszyscy lepiej płatni robotnicy są Niemcami, których kapitał jest niemiecki, a rada zarządzająca rezyduje w Niemczech; gdzie nareszcie robotnik nasz nie ma możności ukształcić się wyżej w swoim fachu, ale jest parobkiem źle płatnym, źle traktowanym i na dobitkę germanizowanym

…Czy po z górą stu latach, słowa te nie są znów aktualne!?

Gdy odzyskaliśmy niepodległość, nie mogliśmy już zwalać winy na zaborców. Ale czy nauczyliśmy się czegoś na własnych błędach? Praktycznie nic!! O ile żydowska dominacja w handlu i finansach nieco się zmniejszyła, szybko rosła dominacja w dobrze płatnych wolnych zawodach, szczególnie wśród prawników, lekarzy i aptekarzy. Zwracano na to uwagę, ale jak starano się temu zaradzić? Zamiast stworzyć system pomocy dla zdolnej, ale biednej polskiej młodzieży, której nie było stać na studia, a która mogłaby zmienić ten stan rzeczy, wprowadzono numerus clausus i getta ławkowe!! Pod względem społecznym, II Rzeczpospolita w dużej mierze była kontynuacją tej pierwszej. Wprawdzie ogromna większość społeczeństwa, chłopi, nie byli już niewolnikami, ale tylko formalnie. Ich status społeczny i materialny niewiele się zmienił. Wieś była biedna i potwornie zacofana. Jej mieszkańcy w większości byli analfabetami.
Nie wyciągnęliśmy wniosków z proroczych słów Prusa: W takim stanie rzeczy mamy dwie perspektywy. Ponieważ Żydzi rosną i wzmacniają się na naszych błędach, więc – albo ulepszymy siebie samych i nasze wewnętrzne stosunki, albo – w emigracji zmarnujemy najdzielniejsze siły, a reszta -stanie się lennikami Żydów

Druga wojna światowa i Zagłada były końcem starego świata.

Okres PRL-u postawił zaś wszystko na głowie. Żydzi przestali być konkurencją dla naszego społeczeństwa. Przepraszam, był jeden wyjątek! Praktycznie całe kierownictwo powojennego UB, oraz duża część prokuratury i sądownictwa były w rękach żydowskich. Zdarzało się, że wsadzali do więzień tych, którzy uratowali im życie. To także jest temat tabu.
Ale brak Żydów był także hamulcem w odbudowie kraju. Przed wojną stanowili oni dużą część inteligencji – klasy, bez której żaden kraj nie jest w stanie się rozwinąć. Nieliczna polska inteligencja została wymordowana, gniła w więzieniach i sowieckich łagrach, pozostała na emigracji lub, jako politycznie niepewna, nie była dopuszczana do żadnych stanowisk. Wystarczyła więc chęć szczera, i nawet półanalfabeta mógł zostać nie tylko oficerem, ale także dyrektorem fabryki, naczelnikiem gminy lub powiatu czy komendantem milicji. Jakie były tego skutki – łatwo zgadnąć.
Trzeba jednak przyznać, że nowa władza starała się w szybkim tempie wykształcić własną klasę, która byłaby w stanie pokierować krajem. Kierowała się leninowską maksymą: учиться, учиться, учиться! Uczyć się! Zresztą maksymą całkowicie słuszną!! Niestety nie uwzględniała ona specyfiki naszego kraju, jego historii i mentalności jego społeczeństwa. Jakie więc były rezultaty? Nowy inteligent potrafił rozwiązać równanie różniczkowe, ale nie potrafił zawiązać krawata, sprawniej posługiwał się widłami do gnoju, niż widelcem. Proszę mnie źle nie zrozumieć!! Za ich pęd do wiedzy, okupiony wieloma wyrzeczeniami, należy się tym ludziom ogromny szacunek!! Ale nie mogli oni, i nadal nie mogą, przeskoczyć własnego cienia. A tym cieniem jest wielowiekowe zacofanie i ukształtowana przez warunki życia, specyficzna mentalność, sposób myślenia i postrzegania świata. Byt określa świadomość… I nie chodzi tu o drobny ułamek społeczeństwa! To jest jego 70 – 80%! To, jakimi są, nie jest ich winą! To wina klasy, która ich takimi uczyniła! Klasy, która dziś domaga się zwrotu majątków, a gloryfikując się – fałszuje historię kraju, uniemożliwiając rzetelną analizę niepowodzeń i upadków wszystkich Rzeczpospolitych, co doprowadzić może do kolejnego upadku! Nie znam drugiego kraju, który zmarnowałby tyle historycznych szans. Jako jedyni pokonaliśmy Rosję i mogliśmy osadzić na jej tronie swojego cara! Bezsensowną rzezią, a potem prześladowaniami, poniżeniem i wyzyskiem zraziliśmy garnących się do nas Ukraińców. Bo przecież w powstaniu Chmielnickiego Ukraińcy nie walczyli o odłączenie od Rzeczpospolitej, ale o równe prawa, jako jej obywatele! Można wymieniać dalej i zawsze prywata szlachty była ważniejsza od dobra kraju! Kalam własne gniazdo, bo sam z tej klasy pochodzę…
Niestety, przyszłości naszego kraju nie widzę optymistycznie. Aby przetrwać, jako społeczeństwo, potrzebujemy pozytywistycznej pracy u podstaw. Niestety nie zanosi się na to, że to sobie uświadomimy.
Chociaż pojęcie eugeniki powstało za życia Prusa, nie jestem pewien, czy je znał. Nie przeszkadzało mu to, słowami Wokulskiego, trafnie powiedzieć, że Żydzi zostali ukształtowani poprzez wielowiekowe prześladowania. My sami, przez bezsensowne powstania, sami zniszczyliśmy najwartościowszych przedstawicieli naszego narodu! Dzisiaj nie rozumiemy, że patologie, takie jak brak wzajemnego zaufania, nieumiejętność myślenia kategoriami państwa, prawa i społeczeństwa, powszechny brak uczciwości, korupcja i nepotyzm, które są tak wszechobecne, że na co dzień niezauważalne, są w dużej mierze pochodną braku wśród nas tych ludzi!
W każdym, powiedzmy to sobie szczerze, trochę normalniejszym kraju, istnieje warstwa społeczna, która z racji swej pozycji – ściśle związanej z wykształceniem – posiada autorytet, na który zapracowała sobie przez pokolenia. Jest to warstwa, która kształtuje kulturę i obyczaje kraju. Przynależność do tej warstwy wiąże się oczywiście z większymi dochodami, ale nie mniej ważna jest dla tych ludzi dbałość o zachowanie swego statusu. Osiągają to poprzez dobór nowych członków i wzajemną kontrolę. Wszelkie zachowania odbiegające od normy jak np. nieuczciwość, korupcja czy protekcja, mogą prowadzić do wykluczenia z jej szeregów. Ludzie ci wyróżniają się także wyglądem, ubiorem, zachowaniem, kulturą osobistą, językiem i sposobem mówienia. Także pod tym względem są elementem kształtującym społeczeństwo. Wprawdzie w ostatnich latach wszędzie obserwuje się erozję i zanik tych klas, ale nadal są one obecne i dla wnikliwych obserwatorów zauważalne. U nas taka klasa nie była w stanie się wykształcić. Co by nie mówić o epoce PRL-u, ale obiektywnie trzeba przyznać, że zauważano wtedy potrzebę powstania pewnych wzorców zachowania. Promowano i wspierano, rozumianą w szerokim zakresie, kulturę. O nakładach książek z tego okresu, obecni wydawcy mogą jedynie pomarzyć! Do dobrego tonu należało bycie na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami w kulturze. Nasza kultura i sztuka była w światowej czołówce. Wszędzie – w prasie, radiu i telewizji (także w polityce!) miało się do czynienia jedynie z poprawną polszczyzną.
Szambo wybiło po roku 1989! Język, jakim się dziś posługujemy, coraz mniej przypomina literacką polszczyznę. To jakiś bełkot! W mediach widać, że nie potrafimy już wyrazić swoich myśli. Przyznanie się do nieczytania książek jest dziś w dobrym tonie. Nie potrafimy też ze sobą rozmawiać. Wyzwiska zastępują argumenty. Przykład idzie z góry. W PRL-u, powszechnie wyśmiewanym przykładem prostaka, był Albin Siwak. Dzisiaj, gdy porównać go z niektórymi politykami z tytułami profesorskimi (link zbędny), jest on wzorem kultury! Ktoś na pewno wyskoczy z argumentem: dziś nie ma cenzury! Wszyscy, którzy mieli z nimi do czynienia, przyznają, że cenzorzy byli ludźmi inteligentnymi. Że można było z nimi rozmawiać, pójść na kompromis, przemycić coś niewinnego, co publiczność w lot wyłapywała. Ale jak dziś dyskutować ze stojącym przed teatrem tłumem rozhisteryzowanych fanatyków?!

Nie potrafimy także zrozumieć świata, który nas otacza i naszego miejsca w nim. W stosunku do Zachodu jesteśmy w dużej mierze bezbronni, gdyż mamy archaiczne sposoby pojmowania metod sprawowania władzy i archaiczny światopogląd. Większość społeczeństwa nie zna i nie rozumie złożoności systemów społecznych. Bo skąd ma znać! Przez stulecia znała jedynie pana, wójta i plebana. Jako społeczeństwo „przeskoczyliśmy” szalenie ważny okres – Oświecenie. Nie rozumiemy obecnego świata. Analizujemy go przestarzałymi metodami, przy pomocy przestarzałych pojęć. Zrozumienie obecnego świata, nie oznacza jego akceptacji, ale bez tego nie jesteśmy w stanie zrozumieć światopoglądu, mentalności, sposobu myślenia i postępowania społeczeństw innych krajów. A przede wszystkim klas, które tymi społeczeństwami kierują. Nie mamy naukowców, którzy mogliby nam to przystępnie objaśnić. Ale nawet gdybyśmy takich mieli, nie słuchalibyśmy ich! Nie rozumiemy, jakimi wyrafinowanymi metodami jesteśmy sterowani [1], [2], [3], [4]. Przyjmujemy je za dobrą monetę, a najczęściej nie zdajemy sobie z nich sprawy. Dotyczy to zarówno społeczeństwa, jak i polityków. Nasz sposób widzenia i odbierania świata jest w dużej mierze kształtowany przez religię: wierz, nie zastanawiaj się, tak ma być. Gdy połączymy to wszystko z bardzo niskim poziomem nauczania, śmiało możemy już mówić o moralnym i umysłowym wyniszczeniu narodu!
Przykładem takiego niezrozumienia, jest powszechna wiara w bajeczkę, że wywalczyliśmy sobie niepodległość. G… prawda! Po prostu na pewnym etapie, kraj nasz był pewnym siłom potrzebny na mapie Europy. Niektórzy nasi ówcześni przywódcy albo zrozumieli to, albo byli nieświadomymi marionetkami. Sądzę, że Piłsudski to rozumiał i wiedział, że musimy zapłacić za to pewną cenę. Tutaj wrócę z powrotem do wspomnianego na początku komentarza. Wielkim zaskoczeniem była dla mnie znajomość faktu zmiany zasad funkcjonowania naszego banku centralnego po przewrocie majowym. Jest to fakt mało znany, a jeszcze mniej rozumiany. Wbrew temu, co twierdzi komentator, Piłsudski nie sprzedał żadnych udziałów w banku centralnym. A już na pewno nie Żydom. Paradoksalnie sam komentator napisał, o co chodziło. Kto przeczytał mój niedawny wpis o japońskim banku centralnym, ten zrozumie, że przed przewrotem nasz bank centralny funkcjonował, jak powojenny bank japoński – pożyczał rządowi pieniądze. Po przewrocie już tego nie mógł robić. Wszystko jest wyjaśnione w części II Rozporządzeniu Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 13 października 1927 r. Gdy dodamy do tego jeszcze zagraniczny (Amerykanin, nie Żyd) nadzór nad naszym bankiem centralnym i zaciągniętą równocześnie ze zmianami pożyczkę na zagranicznych rynkach kapitałowych, to już chyba nie trzeba wyjaśniać, o co tak naprawdę chodziło w przewrocie majowym.

Teraz może parę słów o „własności” banku centralnego. Nie jestem prawnikiem i mało się znam na prawie, ale z tego, co wiem, nasz system prawny opiera się w dużej mierze na prawie niemieckim. Tak było także w II Rzeczpospolitej, tak jest i w obecnej (straciłem już rachubę, w której). W prawie niemieckim istnieje rozróżnienie własności społecznej i własności państwowej. Własność państwowa traktowana jest prawnie jak własność prywatna. Tu zatem leży przyczyna statusu banku, jako osoby prawnej lub spółki akcyjnej w II RP. Gdy o tym usłyszałem, zainteresowało mnie to. Chciałem poznać szczegóły, ale przyznam się szczerze, że nie byłem w stanie przebrnąć przez zawiłe wywody prawnicze i dałem sobie spokój. Swoją drogą, przy tej okazji dowiedziałem się, że Niemcy sami tego nie rozumieją i istnieje tam wiele teorii spiskowych na ten temat. Jedną z nich jest teoria wokół Bundesrepublik Deutschland – Finanzagentur GmbH , mówiąca, że państwo niemieckie jest prywatną spółką z ograniczoną odpowiedzialnością (GmbH = Sp. z o.o.).
Nie ulega jednak wątpliwości, że istnieją na świecie prywatne banki centralne. Amerykański Fed jest i nie jest bankiem prywatnym. Sama instytucja Federal Reserve jest tylko przykrywką dla 12 prywatnych banków regionalnych.

Autor wpisu podał, jako argument niezależności rosyjskiego banku centralnego, dekret Putina, nakazujący przekazywanie 75% dochodów banku Rosji do budżetu federalnego (poprzednio było 50%). Ani autor, ani komentator nie wyjaśniają jednak, co dzieje się z resztą. Trafia na konto Rothschildów? Wyjaśnia to rozdział V artykuł 26 rosyjskiej ustawy o banku centralnym. Pieniądze te pozostają w banku, jako rezerwa, i są przez bank odpowiednio inwestowane.

 

Ale wylałem z siebie żółci! Najgorsze, że nic mi to nie ulżyło. Notabene, „żółć” jest chyba najbardziej polskim słowem. Nie ma w nim żadnej niepolskiej litery. Zabawny przypadek!

Reklamy

Zobaczymy, czy się sprawdzi

Już raz przyznałem się do tego, że patrzę na coś i nie widzę, co to jest. Chyba się starzeję, bo znów złapałem się na podobnym odczuciu. Ciągle męczyło mnie pytanie, dlaczego Prezes Polski zmienił premiera. Wiem, to już musztarda po obiedzie, obiedzie, który wszyscy zdążyli już przetrawić, a niektórzy wyrzygać, ale mnie to męczyło. Przyznam nawet, że miałem pewien sentyment do byłej premierzycy. Przypominała mi koleżankę z podstawówki. Koleżanka była strasznie tępa, ale ambitna, więc uczyła się wszystkiego na pamięć. Gdy słyszałem wygłaszane beznamiętnym i bezmyślnym głosem, przemówienie naszej premierzycy, to zamykałem oczy i cofałem się o pół wieku w czasie. Znów siedziałem w ławce takiej jak ta, i słyszałem koleżankę stojącą przed tablicą. Podobieństwo mówienia było uderzające!

Faktycznie się starzeję, bo zaczynam ględzić nie na temat…

Wróćmy do motywów Prezesa. Motyw jest jeden: utrzymanie się przy władzy. Nic więcej! A z tym jest coraz gorzej. Żelazny elektorat jest już nieco znudzony kolejnymi „rewelacjami” z katastrofy smoleńskiej. 500+ już spowszedniało i co gorsza jego odbiorcy przestają się bać, że jakiś nowy rząd odważy się zakończyć ten program. Trzeba więc jakoś kupić wyborców. Ale czym? Co ma Morawiecki, czego nie miała Szydło? W dodatku premierzyca była nawet dość popularna i sporo wyborców miało do niej zaufanie. Bardzo wątpię, że to właśnie przestraszyło Prezesa. Nie chce mi się także wierzyć w to, że Morawiecki przekonał Prezesa jakąś prezentacją PowerPointa. Chyba, że była o kotach. Z tabel i wykresów politycy nic nie rozumieją.

Następnym elementem układanki, który nie dawał mi spokoju, była obietnica sprowadzenia do Polski jednego z największych banków inwestycyjnych świata – JP Morgan. Cały czas zastanawiałem się, na jaką przynętę się skusili? To nie jest drobnica, którą łowi się na pszenicę. Na robaka, nawet tłustego, też się nie skuszą. To jest drapieżnik, a te łowi się na błysk. Pytanie, co nim było? Nasz kraj nie ma nic, co by skusiło taką rybę. Gospodarka jest zbyt słaba, a w dodatku w większości nie jest naszą własnością. Nasze spółki skarbu państwa można co najwyżej sklasyfikować jako robaka (ale nie tłustego). Sławetny plan „odpowiedzialnego” rozwoju, z bredniami o polskim samochodzie elektrycznym, jest niczym innym, niż dalszym ciągiem Króla Ubu. Więc co? I długo bym się zastanawiał, gdyby nie wpadła mi w ucho informacja o specustawie mieszkaniowej. Natychmiast sobie skojarzyłem. Co jeszcze obiecywał Prezes? Program Mieszkanie Plus! I nic z tego nie wyszło. Na obietnicach się skończyło. Okazało się, że koszty przerosły możliwości państwa, a w dodatku większość terenów budowlanych już „rozdrapano”. Krótko mówiąc naobiecywali i napalili się jak szczerbaty na suchary.

Na świecie brakuje obecnie obiektów dla zyskownych inwestycji. Taki program, jeśli go odpowiednio przygotować, mógłby być przynętą dla ryby, takiej jak JP Morgan! Wątpię, aby zamierzano „nadmuchać” w naszym kraju nieruchomościową bańkę spekulacyjną, ale wykluczyć się tego nie da. Jak to się robi, pisałem w poprzednim poście. Poza tym, taka bańka mogłaby być „dodatkiem” do programu budowy mieszkań na wynajem. Możliwe są różne scenariusze.
Wbrew pozorom inwestorzy, i reprezentujące ich banki, chętniej szukają inwestycji długoterminowych, więc program budowy mieszkań na wynajem, może być dla nich bardziej atrakcyjny, niż budowy mieszkań na sprzedaż. Zapewnia właśnie długotrwałe, względnie pewne dochody z „dojenia” najemców, a kapitał ma zabezpieczenie w nieruchomościach. A jeśli jeszcze państwo da jakieś gwarancje (a na pewno da) i dołoży się do interesu (a na pewno się dołoży), to jeszcze lepiej. I nagle wyjaśnia się także, dla kogo były te prezentacje. Miały pokazać, że stać nas udzielenie takich gwarancji.

Takimi obietnicami Morawiecki mógł oczarować Prezesa. Gdyby udało się uruchomić taki program, to PiS może spokojnie myśleć o większości konstytucyjnej, wprowadzeniu jednopartyjnej dyktatury i zamknięciu całej opozycji w nowej Berezie Kartuskiej! Nikt nie podniesie głosu sprzeciwu, bo nieposłuszni dziennikarze zostaną wysłani na przymusowe szkolenia do Wyższej Szkoły Kultury Medialnej i Społecznej w Toruniu (ja bym już wolał do Berezy!).
Większość społeczeństwa naszego kraju nie stać na 30-letni (lub dłuższy) kredyt. Wielu z tych, których stać, nie chce się wiązać na tak długi okres czasu. Od pracobiorców wymaga się dziś mobilności, a własny dom lub mieszkanie, obciążone kredytem, to tylko kula u nogi. Równocześnie rynek mieszkań do wynajęcia jest bardzo rachityczny. Budownictwo komunalne praktycznie nie istnieje. Nie ma więc mieszkań, do których mogłyby się wprowadzać młode rodziny „na dorobku”. Niewidzialna ręka rynku, która miała ten problem rozwiązać, dalej jest niewidzialna. Rząd, który wyszedłby z umysłowej ciasnoty ideologicznych dogmatów i zacząłby coś z tym robić, byłby noszony na rękach. W dodatku w początkowej fazie projektu, budżet nie ucierpiałby za bardzo – pieniądze na budowę pochodziłyby z funduszy inwestycyjnych JP Morgana, jedynie trzeba by dopłacać do czynszów.

Czy taki program byłby powodem do radości dla naszego społeczeństwa? Dla osób niemających pojęcia o wędkarstwie muszę tu wyjaśnić, że jest jeszcze jedna metoda połowu ryb drapieżnych: na tak zwanego żywca. Bierze się małą rybkę, w mniej lub bardziej brutalny sposób, doczepia się do niej kotwiczkę i wrzuca do wody. Nietrudno się domyślić, że tą rybką byłoby polskie społeczeństwo. My wszyscy. Banki nie są instytucjami charytatywnymi. W szczególności dotyczy to banków inwestycyjnych. Żaden kraj, który wszedł z nimi w jakiekolwiek interesy, dobrze na tym nie wyszedł. Zawsze i wszędzie kończyło się twardym lądowaniem. Polska nie byłaby tu żadnym wyjątkiem! Nazwy typu Goldman Sachs, czy właśnie JP Morgan bardziej nadają się do straszenia, niż do obiecywania dobrobytu. Ale jakie to ma znaczenie przy możliwości utrzymania się przy władzy! Przez tych kilka lat prosperity, będzie można tak ukształtować prawo, że nawet nieuchronny krach nie będzie w stanie tę władzę odebrać. A gdy ten krach nadejdzie, to Ojciec Dyrektor przedstawi go, jako karę za grzechy. Tak czy inaczej, w efekcie końcowym, nasze będą ulice, ich będą kamienice. A nie jest wykluczone, że za jeżdżenie, a nawet chodzenie tymi ulicami, też będziemy musieli płacić.

    1. P.S.

Przy okazji różnych wydarzeń, często słyszałem od rodziny i znajomych: „mówiłeś, że tak będzie!”. Najczęściej nie pamiętałem już, że tak mówiłem. Przyznam się, że był to jeden z powodów, które skłoniły mnie do pisania tego bloga. Ten wpis traktuję trochę, jako żart. To, co napisałem, jest wróżeniem z fusów albo patrzeniem w kryształową kulę. Postanowiłem tym razem zanotować te „proroctwa”, aby w przyszłości zobaczyć, czy się sprawdziły. Mam nadzieję, że NIE!!!

 

Książęta pieniądza

Wspominałem w moim poprzednim wpisie, że jestem w trakcie dorabiania polskich napisów do szalenie interesującego filmu. Napisy są już gotowe, ale nie wiedziałem, że muszą jeszcze przejść kontrolę „community” (cokolwiek to oznacza). Minęły już prawie trzy tygodnie, a wyników tej kontroli ani widu, ani słychu. Ale może niedługo napisy będą już dostępne. (od 23.05.2018 są już dostępne!)
Film nazywa się „Princes of the Yen”, obejrzeć go można na Youtube. Kto zna angielski, nie potrzebuje polskich napisów. Słownictwo w filmie nie jest szczególnie trudne. Jest sporo napisów w innych językach, więc może znajdą Państwo coś pasującego (trzeba kliknąć „koło zębate” w prawym dolnym rogu i wybrać jeden spośród 10 języków).

Kto nie chce czekać, może ściągnąć film i obejrzeć go w swoim komputerze lub tablecie. Moje polskie napisy może ściągnąć tutaj. Przed obejrzeniem trzeba jednak zmienić rozszerzenie pliku z Princes_of_the_Yen_Polski.odt   na Princes_of_the_Yen_Polski.srt. Do odtworzenia najlepiej nadaje się VLC media player, który można ściągnąć tutaj.

Film mówi o roli banków centralnych i ich zakulisowej władzy. Od Oświecenia mówimy o trójpodziale władzy w państwie. Nic nie mówi się jednak o tym, że jest jeszcze czwarta władza – monetarna. Moim zdaniem stoi ona ponad pozostałymi trzema! Jest to władza niewidoczna, nie pochodzi z wyborów, nikt jej z niczego nie rozlicza! Znane powiedzonko mówi wprawdzie, że pieniądz rządzi światem. Ale kto rządzi pieniądzem? To pytanie zadają jedynie zwolennicy teorii spiskowych i dają na nie – mniej lub bardziej idiotyczne – odpowiedzi. Wszyscy na co dzień korzystamy z pieniędzy, ale praktycznie nic o nich nie wiemy! Nie wiemy skąd się biorą, kto i jak je tworzy, jak trafiają do obiegu, jak reguluje się ich dopływ i odpływ, dlaczego kredyty są oprocentowane, dlaczego państwo w ogóle musi się zadłużać, dlaczego, mimo oszczędności i cięć socjalnych, długi te coraz szybciej rosną, dlaczego równocześnie coraz szybciej rosną majątki najbogatszej warstwy… Nie wiemy też o całej masie innych rzeczy. Określenie „system monetarny” kojarzy nam się jedynie z wyglądem monet i banknotów. Pseudonauka, jaką w obecnej postaci jest ekonomia, też się tym nie zajmuje. Traktuje pieniądz jak coś neutralnego, jak jednostkę miary. Na przykładzie wydarzeń w Japonii i innych krajach azjatyckich, możemy zobaczyć, że system monetarny ma możliwości kształtowania systemów gospodarczych, politycznych, a także stosunków społecznych. Aktywnie korzysta też z tych możliwości! Można powiedzieć, że w dużej mierze są one pochodną systemu monetarnego! Oglądając film, proszę zwrócić uwagę na jedną rzecz. Przy analizach sukcesów i kryzysów w Japonii i innych krajach, nikt nie zajmował się bankami centralnymi i ich decyzjami! Nikt nie rozumiał ich roli! To najlepszy dowód naszej niewiedzy!
Film powstał na podstawie książki o tym samym tytule. Autorem jej jest niemiecki ekonomista Richard Werner, który przez wiele lat mieszkał i pracował w Japonii. Jako visiting researcher prowadził badania naukowe w japońskim banku centralnym. Miał więc dostęp do wielu dokumentów i rozmawiał ze świadkami wydarzeń. Później był głównym ekonomistą Jardine Fleming Securities w Tokio. Zna doskonale język i realia tego kraju, był także świadkiem wielu opisywanych wydarzeń. Wprawdzie nie czytałem tej książki, ale z osobą jej autora zetknąłem się już dość dawno. Przeczytałem całą masę jego artykułów i publikacji, wysłuchałem wielu wypowiedzi zarówno na temat Japonii, banków centralnych i systemów monetarnych. Film trwa ok. 1,5 godziny, więc dla tych, którzy nie mają cierpliwości, krótkie streszczenie (albo zachęta do obejrzenia).

Autor zaczyna swą opowieść od powojennej Japonii. Kraj był kompletnie zrujnowany, przemysł zniszczony. Amerykański okupant sądził (niektórych) przestępców wojennych. Banki były praktycznie bankrutami. Zabezpieczeniem udzielonych przez nie kredytów były obligacje japońskiego przemysłu – kompletnie bezwartościowe, gdyż przemysł ten uległ zniszczeniu. Co w tej sytuacji zrobił Bank of Japan (BoJ), czyli japoński bank centralny? Skupił od banków bezwartościowe obligacje płacąc świeżo wyemitowanymi pieniędzmi. Za jednym zamachem, bez żadnych kosztów, banki zostały oddłużone i stały się najsolidniejszymi bankami na świecie.
Najważniejszym ministerstwem w ówczesnej Japonii, było Ministerstwo Finansów. BoJ, jako podległa jednostka, musiał mu składać sprawozdania. Ministerstwo nie miało jednak wpływu na ilość udzielanych kredytów i ich przydział. Była to domena BoJ. Kierownictwo banku twierdziło cały czas, że jego polityka opiera się na stopach procentowych, których wysokość ustalana była przez Ministerstwo Finansów. Faktyczną władzą była jednak ilość emitowanych pieniędzy i kierunek ich przydziału. Utrzymywał więc zarówno społeczeństwo, jak i samo ministerstwo w nieświadomości. Metoda, jaką stosowano, nazywa się Window Guidance. BoJ dawał bankom komercyjnym pewną ilość pieniędzy i narzucał, jak (w formie kredytów) mają one być rozdzielone na poszczególne działy gospodarki, a nawet poszczególne firmy. Film nie zagłębia się w szczegóły tego procesu, ale na pewno BoJ musiał śledzić i dostosowywać się do polityki gospodarczej Ministerstwa Finansów a także legendarnego Ministerstwa Międzynarodowego Handlu i Przemysłu MITI, które wytyczały wtedy kierunki rozwoju japońskiej gospodarki. Taka metoda finansowania gospodarki była bardzo niekorzystna dla kapitału, ale gwarantowała wysoki wzrost gospodarczy, a dla społeczeństwa oznaczała dobrobyt, wyrównane dochody i podział majątku. Metoda miała także swoje ciemne strony. Wiele sektorów gospodarczych, zamiast na osiąganiu dochodów, skupiało się na umocnieniu swej pozycji na rynku. Rozwiązaniem było tworzenie jawnych i ukrytych karteli. Proces ten, poprzez przydział kredytów, był także sterowany przez BoJ. Kartele kontrolowały konkurencję na terenie Japonii, w handlu międzynarodowym nie odgrywały one żadnej roli. Gdy deficyty wielu krajów w handlu z Japonią, stały się zauważalne i kłopotliwe, świat zaczął mówić o japońskim cudzie gospodarczym. Nawet w amerykańskim kongresie organizowano odczyty na temat japońskich metod organizacji pracy i zarządzania. W ciągu niecałych trzech dekad, japońska gospodarka stała się drugą, co do wielkości gospodarką na świecie i to wbrew wszystkim teoriom ekonomicznym gloryfikującym „niewidzialną rękę rynku”! Nikt nie zauważał i nie rozumiał, jaką rolę w tym procesie odegrał japoński bank centralny. On sam także nie afiszował się z tym, a nawet ukrywał to, zabraniając swoim urzędnikom mówić o Window Guidance.
Pierwsze obligacje rządowe wyemitowano w Japonii dopiero w listopadzie 1965 roku. Od tej pory rząd nie wywierał już nacisku na BoJ, gdy potrzebował pieniędzy. Naciskano na Ministerstwo Finansów, i to ono musiało sobie radzić z coraz wyższym deficytem budżetowym. BoJ pozostał w cieniu.
Zaczął z niego wychodzić w latach 80. Do głosu zaczynał wtedy dochodzić neoliberalizm i związane z nim teorie ekonomiczne – neoklasyka i monetaryzm. Był to okres liberalizacji w strefie finansów i znoszenia ograniczeń w transferze kapitału. W kierownictwie BoJ pojawili się nowi ludzie, wykształceni według nowych idei, często bezpośrednio w USA. W 1986 roku, „Komisja dla restrukturyzacji japońskiej gospodarki” pod kierownictwem byłego prezesa BoJ zaproponowała 10-letni plan restrukturyzacji japońskiej gospodarki oraz systemów politycznych i socjalnych, który miał je dostosować do zachodnich standardów. Plan zakładał wprowadzenie gospodarki rynkowej według modelu amerykańskiego oraz ograniczenie władzy biurokracji i aparatu państwowego. Nie wspomniano ani słowem, jak zamierza się tego dokonać. Jedno zdanie w tym raporcie pozwalało się tego domyślać: „przy wprowadzaniu tych zaleceń, dużą rolę odgrywają strategie z zakresu polityki finansowej i monetarnej”. Opór wobec tego planu, zarówno ze strony rządu, społeczeństwa, jak i gospodarki, był bardzo duży. Komentarze prasowe były bardzo krytyczne. Jednakże nie doceniono determinacji osób chcących wprowadzić te zmiany i perfidii ich działania. Nie bez znaczenia był też fakt, że plan ten pokrywał się z listą życzeń amerykańskich negocjatorów w sprawie redukcji ujemnego bilansu handlowego. W pierwszym etapie wszyscy członkowie komisji, którzy byli odmiennego zdania, zostali z niej usunięci.
Ale jak wprowadzić zmiany, których nikt nie chce? Doświadczenia historyczne uczą, że wszystkie systemy zmieniały się w okresie kryzysów. Komisja zaproponowała wywołanie kryzysu o historycznych rozmiarach, który pozwoliłby pokonać opór polityków, przemysłu i społeczeństwa. Do wywołania tego kryzysu postanowiono użyć metod monetarnych. Najprostszą, najbardziej skuteczną i najmniej zrozumiałą metodą jest wywołanie bańki spekulacyjnej. Najlepiej nadają się do tego nieruchomości i akcje. Jak się to robi? Także przy pomocy Window Guidance. W drugiej połowie lat 80 wielkość udzielanych kredytów wzrastała o 15% rocznie. Banki komercyjne dostawały od BoJ fundusze, które miały być przeznaczone na kredyty. Fundusze te przewyższały zapotrzebowanie rynku, więc bankierzy dosłownie na siłę „wciskali” je potencjalnym klientom. Ale w miarę jak rozkręcała się ta spirala szaleństwa, nie musieli już tego robić. W latach 1985 – 1989 ceny gruntów w Japonii wzrosły o 245%, ceny akcji o 240%!
Jak to wszystko oceniali ekonomiści inni eksperci? Pisano tysiące artykułów o japońskim cudzie gospodarczym, w których wyjaśniano, że wysoka i dalej rosnąca wydajność pracy w Japonii, połączona z brakiem gruntów pod budowę, jest wyjaśnieniem tego fenomenu. Książki o japońskich metodach zarządzania były światowymi bestselerami. Zachodni biznesmeni czytali 17-wieczne traktaty o strategii samurajów. Nikt nie widział prawdziwych źródeł tego „sukcesu”!! Przyczyniało się do tego także kierownictwo BoJ, które na pytania o swoją politykę kredytową i ilość udzielanych kredytów udzielało mglistych i niejasnych odpowiedzi.
Wkrótce Japonia stała się zbyt mała dla takiej masy pieniędzy, więc inwestorzy wybierali się na spektakularne zakupy. Zmienił się zatem kierunek przepływu kapitału. W roku 1980 do Japonii wpłynęły netto 2 miliardy dolarów. W 1986 wypłynęły z niej 132 miliardy dolarów!! Wydawano je na wszystko, co miało jakąkolwiek wartość: nieruchomości, dzieła sztuki, biżuterię. Japoński kapitał kupił też 75% wszystkich amerykańskich obligacji rządowych wyemitowanych w 1986 roku!! Najciekawsze w tym wszystkim jest jednak to, że tak duży zalew kapitału nie spowodował dewaluacji japońskiej waluty! „Rynki” uważały, że zabezpieczeniem jena jest japońska nadwyżka handlowa.
W 1990 roku BoJ zakręcił kurek z pieniędzmi. Nagle ceny nieruchomości i akcji przestały rosnąć. Potem zaczęły spadać. Tylko w roku 1991 ceny akcji spadły o 32%. W lipcu 1991 roku zlikwidowano Window Guidance. To był gwóźdź do trumny okresu prosperity. Banki przestały udzielać kredytów nie tylko spekulantom, ale także wszystkim innym klientom. Nastąpiła seria bankructw notowanych na giełdzie firm. Ponad 5 milionów Japończyków straciło pracę i nie mogło znaleźć innej. Samobójstwo stało się główną przyczyną śmierci wśród mężczyzn pomiędzy 20 a 44 rokiem życia. W latach 1990 – 2003 zbankrutowało 212 tysięcy firm. Indeks giełdowy spadł w tym czasie o 80%, ceny gruntów nawet o 84%. Prezes Bank of Japan powiedział natomiast: „dzięki tej recesji każdy dostrzegł konieczność zmian gospodarczych”. Ministerstwo Finansów podejmowało szereg działań dla pobudzenia koniunktury. Wywierało nacisk na BoJ, aby obniżył stopę procentową. BoJ stosował się do tego, aż do momentu, gdy osiągnęła ona 0,1% – bez żadnego efektu. Zarówno ekonomiści, jak i banki centralne powtarzają jak mantrę, że niskie stopy procentowe pobudzają wzrost gospodarczy, a wysokie hamują go. Nie istnieją jednak żadne empiryczne potwierdzenia tej zależności. Inną metodą miała być obniżka kursu jena. W nadziei na obniżkę jego kursu i pobudzenie eksportu, Ministerstwo Finansów wezwało BoJ do sprzedaży dużej ilości jenów i zakupu amerykańskich dolarów. BoJ zastosował się do tego, ale zamiast wyemitować potrzebną sumę, ściągnął ją z obrotu gospodarczego i w ten sposób jeszcze bardziej zmniejszył potrzebną gospodarce ilość pieniędzy w obiegu! Identycznie postąpił z innym wezwaniem Ministerstwa Finansów do zakupu amerykańskich obligacji na sumę 20 miliardów dolarów. Znów kupił je za ściągnięte z obrotu gospodarczego pieniądze! Kurs jena nie uległ zmianie.
Część ekspertów proponowała „rozruszanie” gospodarki poprzez wzrost wydatków państwowych. W latach 1992 – 2001 państwo stosowało się do tej rady, powołując do życia kolejne programy o łącznej wartości 146 bilionów jenów. Rząd prawą ręką wydawał pieniądze i wprowadzał je do gospodarki, ale pieniądze te uzyskiwał poprzez emisję obligacji państwowych i w ten sposób lewą ręką ściągał je z obrotu gospodarczego! Nie generowało to żadnego wzrostu siły nabywczej społeczeństwa i żadnej poprawy koniunktury. Doprowadziło jedynie do rekordowego w skali światowej zadłużenia. W 2011 roku zadłużenie Japonii osiągnęło 230% PKB!
Co należało zrobić w tej sytuacji? Dokładnie to samo, co BoJ zrobił po wojnie. Wykupić od banków po cenie nominalnej wszystkie niespłacalne kredyty, płacąc im świeżo wyemitowanymi pieniędzmi. Nic by to nie kosztowało. Ale po wojnie BoJ ratował kraj, a teraz świadomie doprowadzał do tej katastrofy! Argumentował, że to podatnicy powinni pokryć koszty ratowania banków. Powtarzał także przy każdej okazji, że wina leży w japońskiej strukturze gospodarczej. Że istnieje tylko jeden system gospodarczy – nieograniczony wolny rynek, na którym akcjonariusze rządzą do spółki z niezależnymi bankami centralnymi. Dołączył się do tego rząd USA, który zagroził Japonii sankcjami gospodarczymi, jeśli nie zastosuje się ona do tych zaleceń.
Postawiony pod murem japoński rząd nie miał innego wyjścia, jak zastosować się do tych żądań. Wszechwładne niegdyś Ministerstwo Finansów pozbawione zostało większości swoich prerogatyw, w tym nadzoru nad bankiem centralnym. Nie było to trudne, gdyż powszechnie to właśnie ono było obarczane winą za recesję. Wiele skandali, jakie przy tej okazji ujawniono, podkopało do reszty obraz ministerstwa. Podobnie było w wielu innych urzędach. Wielu urzędników, nawet bardzo wysokiego szczebla, zostało aresztowanych lub popełniło samobójstwo. We wszystkich środkach masowego przekazu, codziennie powtarzano jak mantrę: „nie ma wzrostu gospodarczego bez reform strukturalnych”.
Japonia przekształcała więc swój system gospodarczy na obraz i podobieństwo systemu USA. Oznaczało to między innymi przeniesienie gospodarczego punktu ciężkości z banków na giełdę. Należało zachęcić miliony ciułaczy do przeniesienia swych oszczędności z kont bankowych na rynek papierów wartościowych. Zlikwidowano więc gwarancję dla wkładów oszczędnościowych i wprowadzono ulgi podatkowe dla inwestycji giełdowych. W 2002 roku BoJ wprowadził przepisy pogarszające bilanse banków komercyjnych, po to, aby wymusiły one od swoich kredytobiorców wcześniejszą spłatę kredytów. Posunięcia te spowodowały gwałtowny wzrost bezrobocia, samobójstw i przestępczości. Drastycznie zwiększyły się też różnice majątkowe i dochodowe.
Inną propozycją banku centralnego było wykorzystanie pieniędzy podatników do upaństwowienia banków komercyjnych, objęcia ich kierownictwa i wypowiedzenia kredytów wielu dużym firmom i co za tym idzie – do wywołania fali bankructw. Minister finansów, który był przeciwnikiem takiego planu, został zdymisjonowany i zastąpiony przez jego zwolennika. Japońscy ekonomiści wskazywali na to, że propozycja ta byłaby korzystna głównie dla amerykańskich funduszy-sępów vulture funds, specjalizujących się w kupnie zbankrutowanych firm. Ale spośród ponad 200 tysięcy zbankrutowanych firm, nie wyłowiły one wiele łakomych kąsków – większość łupu była zbyt mała.
Gdy z perspektywy czasu patrzy się na listę celów Bank of Japan, to wszystkie cele, jakie sobie stawiał, zostały osiągnięte: niezależność banku centralnego, demontaż Ministerstwa Finansów i innych ważnych ministerstw, głębokie zmiany w gospodarce polegające głównie na przejściu od produkcji do usług, zniesienie ograniczających przepisów, „uelastycznienie” rynku pracy, liberalizacja, prywatyzacja. Wszystko. Przed wojną japońska gospodarka była podobna do gospodarki amerykańskiej. Cechowała się twardą walką konkurencyjną pomiędzy wielkimi firmami, bezwzględnym rynkiem pracy, niewielkim nadzorem biurokratycznym, akcjonariuszami żądającymi wysokich dywidend, finansowaniem firm przez rynek, nie przez banki. Gospodarka powojenna była kompletnym przeciwieństwem. Kartele kontrolowały konkurencję, biurokracja regulowała zasady funkcjonowania gospodarki, firmy finansowały się poprzez banki, zredukowano wpływy akcjonariuszy, posiadano akcje konkurencyjnych firm, rynek pracy był sztywny – z gwarancją dożywotniego zatrudnienia i emerytury. Bank centralny twierdził, że aby przezwyciężyć recesję, Japonia musi porzucić ten model i powrócić do starego. Nie odpowiedziano jednak na podstawowe pytanie: z jakiego powodu, nieustająco rozwijający się kraj, ze stałą i dużą nadwyżką w bilansie handlowym, miałby zmieniać swój model gospodarczy?

W latach 90 Japonia nie była jedynym azjatyckim państwem dotkniętym kryzysem. W dalszej części, film mówi o kryzysie w Południowej Korei, Tajlandii i Indonezji. W 1993 roku, kraje te zniosły ograniczenia w przepływie kapitału i umożliwiły swoim firmom i bankom branie kredytów na międzynarodowych rynkach finansowych. W krajach posiadających własne banki centralne, nie jest to w ogóle potrzebne, ale dokonano tego pod naciskiem USA i Światowej Organizacji Handlu. Według neoklasycznych teorii ekonomicznych, miało to rzekomo przyspieszyć wzrost gospodarczy. Gdy uwolniony został przepływ kapitałów, lokalne banki centralne obrzydziły własnym firmom branie kredytów w lokalnych walutach. Kredyty w dolarach były tańsze, gdyż ich oprocentowanie było niższe. Rządy i banki centralne zadeklarowały gotowość utrzymania stałych kursów wymiany wobec dolara, aby kredytobiorcy nie musieli się martwić, że w wyniku wahań kursów, będą musieli spłacać wyższe raty od zaciągniętych kredytów (patrz: nasi „frankowicze”). W wyniku tego posunięcia zmniejszył się import i eksport towarów, gospodarki tych krajów stały się mniej konkurencyjne. Paradoksalnie bilans płatniczy był wyrównany, gdyż zagraniczne kredyty figurowały w statystykach, jako eksport. Lokalne banki komercyjne stały w obliczu mniejszego zapotrzebowania na kredyty. Ale otrzymywały z banków centralnych fundusze, które musiały przeznaczyć na kredyty (patrz: Window Guidance). Nietrudno zgadnąć, że przy braku dostatecznej ilości wypłacalnych klientów, udzielano kredytów jednostkom o mniejszej zdolności kredytowej.
Wszystko funkcjonowało do momentu, gdy spekulanci giełdowi poczuli świeżą krew i zaczęli masowo sprzedawać tajlandzkiego bahta, koreańskiego wona i indonezyjską rupię. Banki centralne tych krajów starały się bezskutecznie utrzymywać kurs swoich walut. Robiły to do momentu, aż wyczerpały się ich rezerwy walutowe. Spekulanci znów zwyciężyli.
Ale banki centralne dobrze wiedziały, jaki będzie następny akt tego dramatu! Zagrożone niewypłacalnością kraje, zmuszone będą zwrócić się o pomoc do Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Banki wiedziały także, jakie będą żądania Funduszu, gdyż zawsze były one identyczne – niezależność banków centralnych.
Zagrożone bankructwem kraje, zwróciły się o pomoc najpierw do Japonii. Miała ona w tym czasie 213 miliardów dolarów rezerw – więcej niż możliwości finansowe MFW! Japonia była gotowa pomóc, ale amerykański rząd nie pozwolił na to. Kryzys musiał być rozwiązany przez MFW.
„Pomoc” MFW polegała na żądaniu deregulacji gospodarki i rynku pracy, podwyżki stóp procentowych, ograniczenia ilości udzielanych kredytów i… niezależności banków centralnych. Oczywiście doprowadziło to do fali bankructw, banki, obciążone niespłacalnymi kredytami, także stanęły na krawędzi bankructwa. Nie potrzeba wysokiego ilorazu inteligencji, aby dostrzec, że nie chodziło tu o żadną pomoc, ale o umożliwienie zagranicznym inwestorom taniego zakupu majątku tych krajów – od banków poprzez zakłady przemysłowe, do nieruchomości! Nie była to żadna tajemnica, gdyż w porozumieniach wyraźnie narzucano, że banki mogły być dokapitalizowane wyłącznie zagranicznym kapitałem lub sprzedane zagranicznym inwestorom, podobnie było z firmami. Później wyszło na jaw, że MFW miał w szufladzie analizy, mówiące, ile firm koreańskich splajtuje, gdy oprocentowanie wzrośnie o 5 punktów procentowych. Dokładnie takiej podwyżki zażądano od Korei w pierwszym porozumieniu!

Film pokazuje na przykładach Japonii i innych krajów azjatyckich, jak przy pomocy metod monetarnych, można sztucznie wywoływać kryzysy gospodarcze, aby przy ich pomocy osiągnąć pożądane zmiany polityczne, gospodarcze, socjalne lub prawne. W końcówce filmu krótko pokazano, jak odbywa się to obecnie w strefie Euro.
Wspólna europejska waluta zakłada rezygnację krajów członkowskich z własnej polityki monetarnej i przekazanie jej na rzecz Europejskiego Banku Centralnego (EBC). Jakie było tło jej powstania i jakie są tego skutki, pisałem już wcześniej [1], [2], [3], [4].
W filmie jest niewiele na ten temat, ale podano w nim fakty, o których nie wiedziałem. W 2002 roku EBC zażądał od niemieckiego Bundesbanku redukcji udzielanych kredytów do najniższego w historii poziomu i równocześnie zażądał od irlandzkiego banku centralnego ogromnego zwiększenia ilości kredytów (w filmie nie wyjaśniono, czy znów użyto Window Guidance, ale trudno wyobrazić sobie inną metodę). W całej strefie Euro obowiązuje ta sama stopa procentowa. Czy oznacza to ten sam wzrost gospodarczy? Nie. Efektem tej decyzji była więc recesja w Niemczech i wzrost gospodarczy w Irlandii. W roku 2004 program ten rozszerzono i zażądano tego samego od banków Grecji, Portugalii i Hiszpanii. Ilość udzielanych kredytów wzrastała tam o 20% rocznie! Ceny nieruchomości we wszystkich tych krajach dosłownie eksplodowały. Gdy EBC zakręcił kurek z pieniędzmi ceny nieruchomości poleciały na łeb na szyję. Deweloperzy masowo bankrutowali, banki wszystkich krajów stanęły przed wizją bankructwa. I znów historia się powtarza. EBC w prosty sposób mógłby zakończyć ten kryzys, ale nie zrobił tego. Aby otrzymać pomoc, kraje najpierw musiały zaakceptować warunki, czyli „reformy” polegające na przekazaniu Unii Europejskiej władzy fiskalnej i gospodarczej. W najbardziej drastycznej formie odbyło się to w Grecji. Trudno jest dziś nazwać ją niepodległym państwem.
Film wyjaśnia, że, podobnie jak Bank Rozrachunków Międzynarodowych, Europejski Bank Centralny także jest instytucją stojącą ponad prawem. Jego niezależność określa i gwarantuje traktat z Maastricht. Argumentem na konieczność niezależności EBC, jaką wpisano do traktatu, było opracowanie p.t. „One Market, One Money” – Jeden rynek, jedna waluta, której autorem jest Komisja Europejska. James Forder z Balliol College uniwersytetu w Oxfordzie, wykazał, że opracowanie to zostało zmanipulowane dla osiągnięcia zamierzonych wyników, czyli – nie używając eufemizmów – sfałszowane [1], [2], [3].
Jednym z celów Komisji Europejskiej jest stworzenie czegoś w rodzaju Stanów Zjednoczonych Europy ze wszystkimi cechami osobnego państwa. W jej interesie leży zatem jak największe osłabienie wpływów rządów (i parlamentów) poszczególnych państw Unii. Tak wygląda tło prawne niezależności EBC.

I to jest w skrócie treść filmu. W opisie tym skoncentrowałem się jedynie na, moim zdaniem, najważniejszych punktach. Wiele podanych w nim faktów pominąłem, gdyż uznałem je za mniej ważne lub interesujące. Jest to moje subiektywne odczucie i ktoś może to widzieć inaczej, dlatego zachęcam do obejrzenia filmu.

W moim odczuciu, największym mankamentem filmu, jest brak wyjaśnienia motywów działania banków centralnych. Jakie było tło podejmowanych przez nie decyzji. Owszem, uzyskanie niezależności jest tu argumentem, ale nie jest to argument na tyle silny, żeby wyjaśniał także powody, dla jakich banki centralne forsowały inne przemiany w swoich krajach! Przemiany, które prowadziły najczęściej do mniejszej lub większej katastrofy gospodarczej, zubożenia społeczeństw, nierzadko śmierci wielu ludzi! Sama chęć niezależności to moim zdaniem trochę za mało. W filmie jest mowa o zmianach pokoleniowych w japońskim banku centralnym i o teoriach ekonomicznych, na jakich to nowe pokolenie zostało wychowane (53 minuta). Parę razy wspomina się o naciskach ze strony USA i MFW (właściwie to to samo). To właściwie wszystko, na co zwróciłem uwagę. Wygląda na to, że zarówno autor książki, jak i autorzy filmu albo nie znają odpowiedzi na to pytanie, albo świadomie nie chcą poruszać tego tematu. Odpowiedzi na to pytanie (a nawet samego pytania!) nie znalazłem także we wspomnianych przeze mnie na początku innych wypowiedziach prof. Wernera. Dlaczego nikt nie poruszył takiego ważnego tematu?

Przychodzą mi do głowy jeszcze inne, godne zastanowienia pytania.

Pierwszym, które zapewne każdemu ciśnie się na usta, jest pytanie o obecny kryzys. Czy nie został on celowo wywołany, aby przeprowadzić zmiany, tym razem na skalę globalną? Moim zdaniem nie. Przede wszystkim obecnie nie mamy do czynienia z kryzysem! Jest to, sztucznie odwlekany w czasie, kolaps systemu monetarnego. Gdyby miał on być sposobem na przeforsowanie jakichś zmian, to ich propozycje byłyby już artykułowane. Nic takiego nie ma obecnie miejsca. Wszystkie propozycje zmian, jak np. rezygnacja z gotówki, dochód obowiązkowy itp., to jedynie kolejne sztuczki mające odwlec w czasie agonię systemu. Przede wszystkim nie został on też celowo wywołany. Jest immanentną cechą naszego systemu monetarnego, w którym co jakiś czas konieczne jest „wyzerowanie licznika” – reset. System ten funkcjonuje jak swego rodzaju „monetarne sprzężenie zwrotne”. Jeśli w porę go nie wyłączymy, dźwięk z głośnika, trafiający do mikrofonu, może rozwalić cały system nagłaśniający. Identycznie jest z pieniędzmi. Zyski, które są inwestowane tylko po to, aby generować nowe zyski, działają identycznie jak dźwięk z głośnika trafiający do mikrofonu – muszą rozwalić cały system monetarny. Czy decydenci w bankach centralnych zdają sobie z tego sprawę? Nie wiem. Nawet gdyby ich o to zapytać, to na pewno nie udzieliliby szczerej odpowiedzi.

Drugim pytaniem są frapujące podobieństwa pomiędzy państwami, które wywołały II wojnę światową: Niemcami i Japonią. W obu państwach za wybuch wojny obarczano odpowiedzialnością kapitalistyczne elity. W filmie (7 minuta) wspomina się o japońskiej elicie zwanej Zaibatsu, którą po wojnie odsunięto od władzy. A co znajdziemy, gdy popatrzymy na historyczne dokumenty niemieckie? W programie tamtejszej (prawicowej!) CDU z roku 1947 (partii rządzącej w powojennych Niemczech), na samym początku znajdziemy zdanie: „Das kapitalistische Wirtschaftssystem ist den staatlichen und sozialen Lebensinteressen des deutschen Volkes nicht gerecht geworden. Nach dem furchtbaren politischen, wirtschaftlichen und sozialen Zusammenbruch kann nur eine Neuordnung von Grund auf erfolgen.” – Kapitalistyczny system gospodarczy nie odpowiada państwowym i socjalnym interesom życiowym narodu niemieckiego. Po straszliwym załamaniu politycznym, gospodarczym i socjalnym, może nastąpić jedynie przebudowa od podstaw (tłumaczenie moje).
W filmie także mówi się wyraźnie, że powojenna gospodarka Japonii była niekorzystna dla kapitału, a korzystna dla społeczeństwa (13 minuta), wspominałem też o tym w moim streszczeniu. A co znajdziemy czytając dalej niemiecki program? „Inhalt und Ziel dieser sozialen und wirtschaftlichen Neuordnung kann nicht mehr das kapitalistische Gewinn- und Machtstreben, sondern nur das Wohlergehen unseres Volkes sein.” – treścią i celem tej socjalnej i gospodarczej przebudowy nie może być kapitalistyczna żądza zysku i władzy, ale dobro naszego społeczeństwa (tłumaczenie moje)!
Pierwsi dwaj prezesi japońskiego banku centralnego zostali mianowani przez amerykańskich okupantów (5 minuta filmu), W okupowanych Niemczech także nic nie odbywało się bez wiedzy i zgody Amerykanów. W obydwu krajach, mniej więcej w tym samym czasie, nastąpiły „cuda” gospodarcze, a standardy życiowe obu społeczeństw były bardzo wysokie. Musiał to być zatem, wspólny dla obydwu krajów, amerykański program! Najwyraźniej Amerykanie przeczytali dzieło Keynesa „The Economic Consequences of the Peace”, w którym (już w 1919 roku) przewidział, że kontrybucje wojenne i drenaż ekonomiczny Niemiec, będące efektem pokoju wersalskiego, zawartego po I wojnie światowej, staną się przyczyną następnej wojny.
To jeszcze nie koniec podobieństw. Równolegle z przemianami w Japonii, w latach 90 nastąpiły w Niemczech podobne zmiany gospodarcze i socjalne. W odróżnieniu od Japonii, przebiegły one jednak nie w tak drastycznej formie. Podobnie jak w Japonii, źródłem finansowania firm niemieckich były (niemieckie) banki. One były też głównymi udziałowcami wielu niemieckich firm. W latach 90. wyszły w Niemczech przepisy, zabraniające bankom takich udziałów. Akcje, będące w posiadaniu banków, trafiły na giełdę, i podobnie jak w Japonii, tam przeniósł się ciężar gospodarki. Rynek pracy w powojennych Niemczech (znów identycznie jak w Japonii) także był rynkiem z dużą liczbą zabezpieczeń socjalnych i bardzo dużą liczbą biurokratycznych regulacji, korzystnych dla pracobiorców. Wszystko skończyło się w latach 90 – znów równocześnie z Japonią!
Nie oszukujmy się! Można spokojnie napisać KAPITALIZM = WOJNA. Wygląda na to, że po raz kolejny, pokój kosztuje już zbyt wiele.

Trzecią „rzeczą”, która mnie zastanawia, jest osoba nowego szefa chińskiego banku centralnego. Yi Gang przez osiem lat studiował, doktoryzował się, a potem pracował w USA. Do niedawna obowiązywała w Chinach reguła, że takie osoby (chociaż bardzo cenione i mile widziane) nie zajmowały najwyższych stanowisk w państwie. W połączeniu z uchwaloną niedawno, dożywotnią prezydenturą Xi Jinpinga wskazuje to na zmianę sposobu myślenia.
Co jakiś czas zachodnie media wyciągają, jak królika z kapelusza, a to bańkę spekulacyjną na rynku chińskich nieruchomości, a to rosnące zadłużenie państwa i firm [1], [2]. Obydwa tematy stylizowane są do rozmiarów katastrofy stojącej przed Chinami. Ale wbrew tym czarnym prognozom, żadna z tych katastrof jakoś nie chce nadejść Szczególnie chińskie zadłużenie zdaje się spędzać sen z oczu zachodnim analitykom. Agencje ratingowe są tym na tyle zaniepokojone, że co jakiś czas karzą Chiny obniżką ocen. Gdy popatrzymy na szalony rozwój Chin, na ich wzrost gospodarczy, o którym zachodnie gospodarki mogą jedynie pomarzyć, na związany z tym deficyt handlowy tych gospodarek i porównamy to z ich czarnowidztwem, to natychmiast postawimy sobie pytanie: co im się tu nie podoba! Pewnie po prostu zazdroszczą! Ale nie o zazdrość tu chodzi. Albo może – nie tylko o zazdrość. Trochę pomóc w odpowiedzi na to pytanie może analiza agencji Moody`s z 24. Maja 2017 roku. Obszernie wyjaśnia obniżkę ocen Chin. Powołuje się przy tym na opinię Institute of International Finance – instytucji określanej dowcipnie jako very “visible hand” of financial markets – bardzo „widzialnej ręki” rynków finansowych. Oprócz innych powodów narzeka ona, because economic activity is largely financed by debt in the absence of a sizeable equity market and sufficiently large surpluses in the corporate and government sectors – ponieważ pod nieobecność znaczącego rynku kapitałowego i nadwyżek w budżetach rządu i firm, gospodarka finansowana jest głównie przez dług. A gdzie zadłużone są Chiny i chińskie firmy? Na światowych rynkach finansowych? Nie, wtedy miałyby najwyższe możliwe oceny! Zadłużone są we własnej walucie, we własnym banku centralnym. I z tego powodu szlag ich trafia! Przecież identycznie było z Japonią, południową Koreą i innymi państwami azjatyckimi. Teraz rozumiecie Państwo, czemu niepokoi mnie osoba nowego szefa chińskiego banku centralnego! Chiny rozwijają się w oszałamiającym tempie głównie dlatego, że NIE STOSUJĄ SIĘ do obowiązujących obecnie na Zachodzie doktryn ekonomicznych i gospodarczych. Tak, jak to było z powojenną Japonią i Koreą. Czy ktoś, kto przeszedł pranie mózgu na amerykańskich uczelniach, będzie w stanie to zrozumieć? Nie sądzę, że chińskie kierownictwo było tak głupie i wprowadziło konia trojańskiego na tak ważne stanowisko! Z pewnością, w najbliższych latach czeka Chiny okres wojen monetarnych i gospodarczych. Z tego powodu sądzę raczej, że wybrany został ktoś, kto dobrze zna przeciwnika. Jakiś podskórny niepokój jednak pozostaje…
A może Chiny wykorzystają tę nadchodzącą wojnę do czegoś jeszcze innego? Od jakiegoś już czasu, krążą po świecie pogłoski o przygotowaniach do wprowadzenia w Rosji i w Chinach walut opartych na złocie. To byłaby niezła okazja do takiego kroku! Obyś żył w ciekawych czasach! To przecież chińskie przekleństwo.

Przychodzi mi też do głowy pytanie, czy przypadkiem nasz kraj także nie był (i jest do tej pory) ofiarą manipulacji finansowej. Czy te wszystkie kredyty, jakie otrzymywaliśmy lekką rączką w latach 70., nie służyły do wpędzenia nas w pułapkę zadłużenia? Czy ktoś nie wpadł na szatański pomysł, że jest to prostszy, i dla przeciętnego człowieka kompletnie niedostrzegalny i niezrozumiały, sposób na rozwalenie Układu Warszawskiego? Skuteczniejszy niż czołgi i rakiety? Może kiedyś przyjdzie komuś do głowy myśl, aby „przekopać” odpowiednie archiwa. Wspominałem już, że przy lekturze książki „The Lost Science of Money” skojarzyłem, że praktycznie każde ważniejsze wydarzenie w historii świata, było bezpośrednio związane z jakimś wydarzeniem monetarnym. Jestem przekonany, że badania pod tym kątem mogłyby postawić na głowie nasze rozumienie historii!

Film kończy się pytaniem o to, jak długo będziemy pozwalać na te manipulacje i nadużycia władzy? Spotkałem się gdzieś z badaniami, które mówiły, że większość każdego społeczeństwa nie jest w stanie przebrnąć przez tekst dłuższy niż pół strony A4. Jeśli podwyższymy poprzeczkę i dodamy warunek zrozumienia tego, co się czyta, to zostanie nam może 10 – 20% populacji. Jeszcze mniejsza grupa jest w stanie zrozumieć jak działa system monetarny. Jeśli uwzględnimy, że większość z tej grupy nigdy nie zetknie się tym tematem, albo uzna go za mało interesujący, to pozostanie nam parę promili populacji. To jest odpowiedź na pytanie autorów filmu.

Ktoś może zapytać – na cholerę ja to piszę, skoro jestem takim pesymistą! Nie do końca nim jestem. Po prostu kieruję się mottem Wojciecha Młynarskiego: „róbmy swoje, może to coś da. Kto wie!”.

Niepokój

Miałem cichą nadzieję, że początek 2018 roku okaże się spokojny. Niestety jeszcze raz potwierdziło się stare przysłowie o nadziei. Tym, co zburzyło mój spokój, był amerykański dokument. Już sam jego tytuł może doprowadzić do szkodliwego dla zdrowia skoku ciśnienia: „National Defense Strategy of The United States of America” – strategia obronna Stanów Zjednoczonych. Nazywanie „obronną” strategii największego agresora zakrawa na kpinę i jest szczytem bezczelności! Ale nie czepiajmy się drobiazgów. W epoce postprawdy nie z takimi rzeczami mamy na co dzień do czynienia.
Autorzy już we wprowadzeniu zaczynają z „grubej rury” i stwierdzają otwarcie: „Inter-state strategic competition, not terrorism, is now the primary concern in U.S. national security” – międzynarodowa rywalizacja, nie terroryzm, jest obecnie głównym zagrożeniem bezpieczeństwa USA. Nie owijając w bawełnę od razu wymieniają także przeciwników: Chiny, Rosję, Północną Koreę i Iran.
Aby zrozumieć ten raport musimy sobie odpowiedzieć na parę pytań. Przede wszystkim: czy wymienione kraje stanowią jakieś poważne zagrożenie dla USA? Czy mogą im zagrozić? Zaatakować je? Zacznijmy od końca listy. Iran w żaden sposób nie może zagrozić Stanom Zjednoczonym. Nie stanowi dla nich bezpośrednio ŻADNEGO zagrożenia. Wbrew pozorom podobnie jest z Północną Koreą. Cała wrzawa medialna wokół gróźb użycia (przez obie strony) broni atomowej, przesłania fakt, że dla Korei jest to desperacka próba zapewnienia sobie bezpieczeństwa. Nic więcej. Mówi po prostu światu: zostawcie nas w spokoju, bo jesteśmy w stanie dać po łapach. Czy faktycznie są w stanie to zrobić, to już inne pytanie. Jeśli chodzi o Rosję, to wbrew pozorom wcale nie jest inaczej. Ten kraj także nie jest w stanie bezpośrednio zagrozić USA. Rosja nie graniczy z USA, nie posiada też możliwości technicznych zaatakowania ich. Nie trzeba być ekspertem od wojskowości i dysponować masą danych, aby powiedzieć, że armia rosyjska, wprawdzie silna, jest armią obronną. Poza jedną bazą w Syrii, nie posiada żadnych baz wojskowych poza swymi granicami. Dysponuje jednym, kompletnie przestarzałym lotniskowcem, będącym w samej Rosji obiektem kpin [1],[2],[3], a nie dumy. Nie posiada żadnych możliwości przetransportowania armii, zdolnej bezpośrednio zaatakować terytorium USA. Nie inaczej jest z Chinami. Tak, tak, wiem i nie zapomniałem o tym, że obydwa kraje dysponują bronią nuklearną i rakietami balistycznymi, przy pomocy których, mogą zaatakować terytorium USA. Ale wszystkie kraje dysponujące tą bronią wiedzą, że jej użycie może przynieść jedynie wynik remisowy – wzajemne zniszczenie. Właściwie należałoby powiedzieć: zniszczenie całego świata. Strategia użycia tej broni zakłada jednoczesne odpalenie wszystkiego, co się posiada, bo „dobitka” nie będzie już możliwa. Rosja i Chiny wiedzą, że amerykańskie rakiety znajdują się nie tylko na terytorium USA, ale także innych krajów. Walną także w nie (także w nasz kraj, „dzięki” amerykańskiemu systemowi antyrakietowemu). Francuzi i Brytyjczycy nie pozostaną dłużni. Dlatego świadomie pominąłem tę alternatywę, bo nie przynosi ona żadnych szans na wygraną dla żadnej ze stron. Ale wygląda na to, że alternatywa ta jest rozważana przez amerykańskich polityków i kręgi wojskowe. Jeszcze przed rozpoczęciem kadencji Donalda Trumpa, kongres amerykański zlecił opracowanie analizy możliwości przeżycia rosyjskiego i chińskiego kierownictwa, w wypadku ataku nuklearnego. Ale wygląda na to, że Rosjanie są całkiem nieźle przygotowani.
Czemu zatem, wszystkie te kraje wylądowały na tej czarnej liście? Odpowiedź jest jedna: nie chcą podporządkować się amerykańskiemu dyktatowi i nie ukrywają tego.
Tutaj znów musimy poruszyć temat roli USA w dzisiejszym świecie. Trochę wyjaśniałem to już na końcu mego wpisu o uchodźcach, ale wyjaśnień nigdy za wiele. Musimy uświadomić sobie ścisłą zależność pomiędzy kapitałem a USA. Kapitał nie może funkcjonować bez „zaplecza siłowego”. Zdany jest na nie, aby wymusić korzystne dla siebie reguły gry: system polityczny, gospodarczy i monetarny. Kapitał to ludzie. A ludzie, jak wiemy, mają dwie ręce. W wypadku kapitału jedną ręką jest niewidzialna ręka rynku, która zgarnia do kieszeni. Druga zwinięta jest w pięść, która daje w mordę, gdy ktoś przeszkadza tej pierwszej. Ta druga ręka, to armia USA i ich sprzymierzeńców, głownie z NATO. Majakowski pisał: „Mówimy – Lenin, a w domyśle – partia, mówimy – partia, a w domyśle – Lenin”. Identycznie jest z parą kapitał – USA. Można ją wstawić w miejsce Lenina i partii.
Na usta ciśnie się także pytanie: co spowodowało, że USA (mówimy USA, a w domyśle…) nagle stawiają na bezpośrednią konfrontację, zamiast nadal kontynuować strategię prowadzenia wojen zastępczych – bo to, co dzieje się w Syrii, na Ukrainie, w krajach byłej Jugosławii i w wielu innych, mniej nagłaśnianych przez media miejscach, to są wojny zastępcze, skierowane głównie przeciwko krajom z tej listy. Przyczyn jest kilka. Przede wszystkim, jak do tej pory, wojny te nie przyniosły spodziewanych efektów. Rosja, bo o nią głównie tu chodziło, nie powtórzyła błędu z Afganistanu i nie dała się sprowokować. Jedynym wyjątkiem była bezpośrednia interwencja w Syrii, która jak na razie przynosi Rosji i jej sojusznikom (Chiny, Iran) jedynie korzyści. Pomogła armii syryjskiej pokonać bojowników tzw. Państwa Islamskiego, wspieranych przez USA, Turcję i państwa Europy Zachodniej (tak, tak, nie pomyliłem się!! Wspieranych!!). Rosja z powodzeniem mogła wypróbować swoje uzbrojenie w warunkach bojowych. Jej systemy obrony przeciwlotniczej zgodnie uznawane są teraz za najlepsze na świecie i nawet państwa NATO (Turcja) oraz wiele innych krajów, które do tej pory kupowały takie zabawki w USA, zamawia je teraz w Rosji. Rosja odniosła także ogromne sukcesy na arenie dyplomatycznej. Potrafiła zaprezentować się w roli państwa niosącego pokój (u nas nie porusza się tego tematu). Przy współudziale Turcji, zorganizowała konferencję narodowego porozumienia, w której uczestniczyli przedstawiciele wszystkich sił politycznych oraz przedstawiciele mniejszości religijnych zamieszkujących Syrię. Na bliskim wschodzie zaczyna więc być postrzegana, jako element stabilizujący, a nie, jak USA i ich sojusznicy, jako wywołujący konflikty. Zaczyna się nawet przebąkiwać, że to właśnie Rosja mogłaby ustabilizować sytuację w Libii. Potrafiła także skutecznie grać na sojuszach USA. Nie tylko skłócała jej sojuszników, ale potrafiła nawet doprowadzić do tego, że druga po USA armia w NATO – Turcja, atakuje sprzymierzonych z amerykanami Kurdów. W ogóle Turcja zaczyna być postrzegana w NATO, jako element bardzo niepewny i nieobliczalny (Rosja także w tym maczała palce). Nawet Izrael nie tylko siedzi cicho, ale sprawia wrażenie, że zaczyna siedzieć okrakiem na barykadzie i patrzy tylko, z której strony wiatr zawieje. Współpracuje np. z rosyjskim Euroazjatyckim Bankiem Rozwoju. Wprawdzie nie jest jego formalnym członkiem, ale aktywnie się w nim angażuje.
Przede wszystkim jednak Rosja zakończyła proces rozkradania swoich bogactw naturalnych. A jest co rozkradać!! W epoce Jelcyna omal nie doszło do ich zawłaszczenia przez międzynarodowy kapitał. Niedopuszczenie do tego jest niewątpliwie zasługą Putina! Putin wyrzucił z kraju także całą masę „doradców”, których „rady” jedynie przyspieszały rozpad gospodarki, armii i państwa. Nie zważając na jazgot międzynarodowej finansjery, drastycznie zmniejszył także zadłużenie Rosji do jednego z najniższych na świecie. Jak widzimy, w pełni zasłużył sobie na nienawiść pary USA-kapitał!
I wreszcie Chiny! W ich wypadku więcej jest pytań niż odpowiedzi. Nixon, który rozpoczął proces normalizacji stosunków z Chinami, miał przeczucie, że „We may have created a Frankenstein” – być może stworzyliśmy Frankensteina. Czy faktycznie? Jeszcze nie wiemy. W każdym razie wszystko, co tylko mogło, nie poszło po myśli Amerykanów. Proces wprowadzania Chin na arenę międzynarodową miał doprowadzić do skłócenia ZSRR i Chin. Faktycznie, na początku stosunki między tymi państwami były napięte, ale w końcu się poprawiły. Na domiar złego, obecna polityka USA doprowadziła do zacieśnienia współpracy pomiędzy Rosją a Chinami – obydwa kraje czują się zagrożone imperialną polityką USA (mówimy USA, a w domyśle…). Przede wszystkim jednak, Amerykanie najwyraźniej nie przypuszczali, że Chiny są w stanie rozwinąć się gospodarczo. Święcie przekonani o wyższości wolnorynkowej gospodarki kapitalistycznej, byli pewni, że komunistyczne Chiny, pozbawione opieki ZSRR oraz zrujnowane najpierw Wielkim Skokiem, a potem Rewolucją Kulturalną Mao, przyjdą na kolanach po pomoc i będą łatwym łupem. Jak to się skończyło, wszyscy wiemy.
Pod pewnymi względami historia naszego kraju i Chin, są do siebie podobne. Też byliśmy kiedyś mocarstwem. Wprawdzie Chiny nie zniknęły z mapy świata, ale także przeżyły okres poniżenia. Na tym kończą się podobieństwa. My grzęźniemy w kompleksach i śnimy sny o potędze, Chiny są znowu potęgą i coraz śmielej podnoszą głowę. Jeszcze nie wiadomo, w jakie mocarstwo przekształcą się Chiny. Podejrzewam, że nie wiedzą tego sami Chińczycy, chociaż mówią, że planują na sto lat do przodu. Trzeba sobie szczerze powiedzieć, że poza powierzchownymi informacjami i stereotypami, nie wiemy wiele na temat tego kraju. Zupełnie go nie rozumiemy. Nie rozumiemy mentalności ludzi, ich sposobu myślenia, obyczajów, poglądów na świat, stosunków społecznych. Chiny zawsze uważały się za pępek świata – „państwo środka”. Teraz mają wszelkie podstawy do odzyskania tego statusu, i to na skalę światową! Pytanie, co z tym zrobią? Czy sami to wiedzą?
Istnieje też cała masa zagrożeń, które mogą unicestwić plany dalszego rozwoju. Jest wiele analiz i opracowań na ten temat, więc nie będę ich tu powtarzać. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na trzy niebezpieczeństwa, o których się w ogóle nie mówi. Pierwszym jest zapóźnienie regionów wiejskich. Różnice w dochodach w miastach i na wsi, obserwuje się na całym świecie. Ale nie przekraczają one zwykle kilku procent. W Chinach jest to ponad 60%! Na wsi mieszka 43% społeczeństwa chińskiego, czyli ponad pół miliarda ludzi! Wprawdzie nie jest to jakaś zorganizowana siła, ale w epoce Internetu i telefonii komórkowej, może dojść do błyskawicznej wymiany informacji i lokalne rozruchy mogą się łatwo rozszerzyć na cały kraj. Zwłaszcza, że ludzie ci masowo wypierani są ze swoich siedzib, które zapewniały im, wprawdzie nędzną, ale zawsze jakąś egzystencję. Likwidacja biedy i wzrost dobrobytu są jednym z priorytetów chińskiego rządu. Ale jeżeli nie będzie to w miarę równomierny wzrost, to zbyt duże różnice w dochodach mogą okazać się czynnikiem destabilizującym dla całego kraju.
Drugim zagrożeniem jest możliwa korupcja kierownictwa chińskiej partii. I w tej chwili korupcja kwitnie w Chinach, jednak nie powstała tam jeszcze zorganizowana oligarchia, która byłaby w stanie skorumpować rząd i przejąć kontrolę nad nim. Na razie mamy tam do czynienia z korupcją gospodarczą, a nie polityczną, ale granica pomiędzy jedną a drugą jest bardzo płynna i w każdej chwili może zostać przekroczona. Jak już wspomniałem, wzrost dobrobytu społeczeństwa i walka z biedą są obecnie jednym z głównych priorytetów chińskiego rządu, który na dodatek osiągnął na tym polu ogromne sukcesy. Płace w Chinach osiągają powoli poziom krajów Europy wschodniej. Ciekawe dane podaje strona-informator dla niemieckiego biznesu, mająca wiele użytecznych informacji dla potencjalnych inwestorów. W zawodach takich jak frezer, tokarz czy spawacz, miesięczna płaca w Chinach osiąga już poziom 2.000 US$. Ale akurat takie rzeczy jak dobrobyt społeczeństwa, nie są w interesie żadnej klasy posiadającej! Jeśli dojdzie ona do faktycznej władzy w Chinach, to wzrost rozwarstwienia społecznego, połączony ze spadkiem dochodów klasy pracującej, w sytuacji, gdy rozbudzono już jej apetyty i dano nadzieję na lepsze życie, może doprowadzić do rozruchów społecznych, które w kraju o takich rozmiarach, byłyby praktycznie nie do opanowania. Przede wszystkim jednak (i to jest główne zagrożenie), korupcja polityczna może także doprowadzić do większego otwarcia Chin dla międzynarodowego kapitału, przed czym ostrzega (bardzo słusznie!!) w swoich książkach Song Hongbing. Takie otwarcie oznacza przede wszystkim utratę kontroli rządu nad bankiem centralnym (tego Hongbing nie wyjaśnia!!). Do czego to prowadzi, pokazuje przykład Japonii. Jest to ciekawy, ale bardzo obszerny temat, więc nie będę go teraz szerzej omawiać. Jestem w trakcie dorabiania polskich napisów (parszywa robota!) do szalenie interesującego filmu, który porusza akurat ten temat, więc niedługo jak czas pozwoli z pewnością o tym napiszę.
Jednak moim zdaniem największym zagrożeniem jest coś zupełnie innego, coś, o czym się w ogóle nie mówi. Zagrożeniem jest dalszy rozwój kraju. Nie chodzi mi tu wcale o tzw. pułapkę średniego dochodu! Z tym Chiny na pewno sobie poradzą! Musimy zdać sobie sprawę z tego, że ludność USA albo Rosji, to mniej więcej tyle, ile w Chinach jest „po przecinku”! Dalszy rozwój takiego kolosa i dalsze rozbudzanie konsumpcji, już dziś niewyobrażalnej!, może po prostu rozsadzić możliwości środowiska naturalnego i to nie tylko samych Chin! Wprawdzie osiągnięto ogromne postępy w walce z zanieczyszczeniem powietrza w największych miastach, ale na pewno pojawią się inne problemy. Po prostu nie można rosnąć w nieskończoność! Obecnie nie istnieje jednak żaden system polityczny, gospodarczy, a przede wszystkim monetarny, który stabilnie funkcjonowałby przy zerowym wzroście gospodarczym. Wcześniej, czy później może (a właściwie MUSI!!) powstać w Chinach alternatywna albo prawdziwa nauka o gospodarce, a to byłby koniec obecnej intelektualnej prostytucji, zwanej ekonomią. Coraz częściej, coraz otwarciej i w coraz większej ilości mediów mówi się o nieskuteczności tej pseudonauki w rozwiązywaniu problemów gospodarczych i społecznych. Coraz częściej mówi się też otwarcie, że to właśnie ekonomia w obecnej postaci, jest źródłem wszelkich kłopotów. To, co teraz w oficjalnych dokumentach potwierdzają banki centralne, jeszcze parę lat temu było wyśmiewane, jako teorie spiskowe. Przy lekturze paru dokumentów Międzynarodowego Funduszu Walutowego naszła mnie już myśl: jakim cudem cenzura to przepuściła! Coraz częściej natykam się także na (jeszcze łagodną) krytykę obecnego systemu monetarnego, czego do tej pory wszyscy unikali jak ognia! Odnoszę wrażenie, że powoli zaczyna się kruszyć zmowa milczenia wobec niektórych tematów. Że niezależnie myślący ludzie, powoli odważają się zabierać głos. Na razie trudno jest przewidzieć, czy jest to początek zmian, czy zorganizowana akcja, która według starej metody: „należy wiele zmienić, aby wszystko zostało po staremu”, ma jedynie ogłupić społeczeństwo.
Ktoś może powiedzieć, że – jak już raz było – powstaje właśnie nowa „druga ręka” kapitału. Gdy USA prześcignęły gospodarczo i militarnie Wielką Brytanię – ojczyznę kapitalizmu – stały się nową „drugą ręką”. Nie ulega wątpliwości, że Chiny już prześcignęły USA gospodarczo, a w bardzo niedalekiej przyszłości prześcigną je także militarnie. Wydają się więc być idealnym kandydatem. Moim zdaniem tak nie jest. Przede wszystkim kapitał brytyjski i amerykański należą do tego samego kręgu kulturowego, po części byli to ci sami ludzie albo członkowie tych samych rodzin. Istniało, i nadal istnieje, wiele wewnętrznych powiązań i grup interesu. Rodzący się właśnie kapitał chiński to zupełnie inny świat, kompletnie bez powiązań z tym starym! Całkowicie słusznie postrzegany jest przez kapitał anglosaski, jako śmiertelne zagrożenie. Zresztą już raz mieliśmy do czynienia z podobnym przypadkiem. Gdy kajzerowskie Niemcy zaczynały być zbyt groźną konkurencją dla Wielkiej Brytanii, wmanipulowano je w pierwszą wojnę światową. Nie inaczej będzie dzisiaj – szybko rosnąca chińska konkurencja będzie musiała zostać wyeliminowana. Pytanie tylko: jak się to odbędzie. Nie wyobrażam sobie jakiegoś ataku na Chiny. To nierealne! Najprawdopodobniej będzie się podsycać wewnętrzne niesnaski w Chinach. Podburzać się będzie uciśnione grupy społeczne (np. wspomniana już ludność wiejska) lub wyznaniowe (Ujgurzy). Nieco więcej informacji na temat możliwego konfliktu, podaje raport amerykańskiej RAND Corporation. Wprawdzie pierwsze zdanie komentarza do raportu stara się uspokoić słowami, że: „Premeditated war between the United States and China is very unlikely” – umyślnie wywołana wojna z Chinami jest bardzo mało prawdopodobna, ale nie byłbym tego taki pewien! Bo wojna z Chinami już trwa! Wystarczy jedynie skojarzyć fakty. Od starożytności do dzisiaj, życiową kwestią dla każdego mocarstwa jest kontrola szlaków handlowych. Dla Chin jest to także być, albo nie być. Ale dziś, wszystkie główne szlaki morskie kontrolowane są przez USA. Wszyscy słyszeli na pewno o konflikcie na Morzu Południowochińskim. To właśnie próba Chin otwarcia sobie okna na świat. Wszyscy trąbią także o nowym jedwabnym szlaku. Wystarczy popatrzeć sobie na jego dawny przebieg, aby zrozumieć przyczyny tego, co dzieje się w Syrii. To był kluczowy kraj na tym szlaku. Nawet w słynnym meczecie Umajjadów jest mozaika z chińską pagodą. Irak i Afganistan też są elementami tej układanki. Alternatywą dla starego, jest nowy szlak jedwabny, który mógłby przebiegać przez Rosję. USA nie może wpłynąć na Rosję, aby temu przeszkodzić. Ale już Ukraina, to co innego. A co się tam dzieje? Dobrze wiemy! Wasali w Warszawie nie trzeba przekonywać do porzucenia głupich pomysłów przepuszczania przez nasz kraj chińskich pociągów. Nie łudźmy się też, że jakakolwiek zmiana ministra, a nawet partii rządzącej cokolwiek tu zmieni! Nic więc dziwnego, że Chińczycy chcą skorzystać z ocieplenia klimatu i przesunąć szlak jeszcze bardziej na północ – do Arktyki. Nie chcą być także narażeni na „niegościnność”, więc dodatkowo wykupują europejskie porty. Chińczycy wyraźnie mają gdzieś opór USA wobec swego jedwabnego szlaku i mówią im wyraźnie: możecie nam naskoczyć, my i tak zrobimy swoje! A to jest już wypowiedzenie wojny dla USA (mówimy USA, a w domyśle…).
Mogą tak zrobić, bo równolegle z rozwojem gospodarczym, postępuje także wzrost militarnej potęgi Chin. I to w tak szybkim tempie, że niedługo USA nie będą w stanie niczym zagrozić chińskiej potędze. W 2012 roku wszedł do służby pierwszy chiński lotniskowiec, ale już rozpoczyna się budowę własnych jednostek, a w planach na najbliższą przyszłość są atomowe lotniskowce dorównujące amerykańskim!
Ale tym, co wydaje się być największym postrachem Amerykanów jest przewaga rosyjskiej, a być może także chińskiej techniki rakietowej w zakresie rakiet osiągających prędkość hipersoniczną. Amerykańscy analitycy ostrzegają, że przewaga jednej ze stron, może wywołać wojnę! Musimy zrozumieć, czym są takie rakiety. Ich prędkość powoduje, że są one bardzo trudne do wykrycia a obrona przed nimi jest praktycznie niemożliwa! Wygląda na to, że czarny sen amerykańskiej marynarki wojennej staje się rzeczywistością. Rosja akurat zaczyna montować takie rakiety na swoich okrętach. Amerykańskie lotniskowce byłyby wtedy łatwym i bezbronnym celem dla okrętów rosyjskich.
Ale bądźmy niegrzecznymi dziećmi i postawmy sobie teraz pytanie, którego nikt nie stawia. Jak to możliwe, że najlepszy z możliwych i najefektywniejszy amerykański system gospodarczy, stoi na skraju bankructwa, czego, mimo sankcji, nie można powiedzieć o Rosji ani o komunistycznych (o zgrozo!!) Chinach? Paradoksalnie, w odpowiedzi na to pytanie zawiera się także odpowiedź na całą masę innych pytań. Zacznijmy najpierw od tego, skąd amerykański rząd bierze pieniądze na swoje wydatki (czyli głównie na zbrojenia). Wyjaśniałem to już jakiś czas temu. Krótko mówiąc – musi je pożyczyć, emitując obligacje. Obligacje te kupowane są przez banki i sprzedawane dalej. Jeśli nie ma dostatecznej ilości kupców – obligacje te, banki wymieniają na pieniądze w banku centralnym. Banki amerykańskie są (efektywnymi) bankami prywatnymi. Kupcy obligacji to głównie fundusze inwestycyjne, firmy ubezpieczeniowe, arabscy szejkowie, którzy akurat nie mają pomysłu, na jakie fanaberie wydać uzyskane za sprzedaną ropę dolary, czyli (efektywne) osoby prywatne – bo za wszystkimi (efektywnymi) firmami, funduszami itd. kryją się konkretne osoby. Amerykański bank centralny, Federal Reserve, wprawdzie nie jest prywatny (ojej, nieefektywny!), ale musimy zdać sobie sprawę, że jest to tylko fasada, za którą kryje się 12 prywatnych (uff, efektywnych!) banków, reprezentujących poszczególne dystrykty. Krótko mówiąc, gdy rząd USA potrzebuje pieniędzy np. na nowy lotniskowiec, musi zadłużyć się albo bezpośrednio u osób prywatnych, albo w prywatnym banku centralnym. Jak nie kijem, to pałką, ale zawsze u osób prywatnych! A jak to jest w Chinach? Gdy rząd chiński potrzebuje pieniędzy na nowy lotniskowiec, to otrzymuje je z (nieefektywnego) państwowego banku centralnego. Szczerze mówiąc nie znalazłem nigdzie pewnych i jednoznacznych informacji dotyczących szczegółów takiej operacji. Z tego, z czym się zetknąłem, wynikałoby, że państwo zamawia taki przykładowy lotniskowiec w (nieefektywnej) państwowej stoczni, która wylicza koszty i zaciąga kredyt w (nieefektywnych) państwowych bankach komercyjnych, które otrzymują potrzebne pieniądze z (nieefektywnego) państwowego banku centralnego. Jest to najbardziej prawdopodobne, bo pokrywałoby się z podobnymi procedurami np. w Japonii i Korei Południowej. Mówiąc obrazowo: rząd amerykański nie posiada ani drukarni pieniędzy, ani papieru, ani farby drukarskiej. Wszystko to jest w posiadaniu rządu chińskiego.
Nie wiadomo, czy Amschel albo Nathan Rothschild faktycznie powiedzieli słynne zdanie: „Give me control of a nation’s money supply, and I care not who makes its laws” – dajcie mi kontrolę nad emisją pieniądza w kraju, a będzie mi obojętne, kto stanowi w nim prawo (kto w nim rządzi). Ale nie ulega wątpliwości, że wyraża ono prawdę!! Mam nadzieję, że teraz nikt nie ma wątpliwości, jakie znaczenie ma Artykuł 220 naszej konstytucji.

WSZYSTKO, o co toczy się gra, to wprowadzenie takiego systemu w Chinach i Rosji!!!! Punkt.

TO jest także odpowiedź na pytanie, czemu te kraje znalazły się na amerykańskiej „czarnej liście”.

Niech teraz każdy odpowie sobie na pytanie, czy warto dla tego szczytnego celu narażać nasz kraj na potencjalne konflikty? Ryzykować, że zostanie on zamieniony w nuklearną pustynię?

P.S.
Wszystkich naszych polityków łączy jedna mania: dążenie do stacjonowania w Polsce armii amerykańskiej. Mimo usilnych starań jeszcze do tego nie doszło. Dyletanci nie wiedzą jak to zrobić!! Wystarczy odzyskać kontrolę rządu nad emisją pieniędzy. Gwarantuję, że w kilka miesięcy po ogłoszeniu tego, będą u nas stacjonować amerykańskie wojska!!!

Wyjść z siebie i stanąć obok.

W zakończeniu mojego poprzedniego wpisu wspomniałem, że do zrozumienia tego, co się wokół nas dzieje konieczne jest zadawanie pytań oraz przełamanie stereotypów i sposobów myślenia. Akurat natknąłem się na przypadek, który uświadomił mi, że to nie wystarczy. Zaglądam czasami na tę stronę, i chociaż najczęściej nie zgadzam się z tym, co się tam wypisuje, jest ona godna polecenia, gdyż porusza tematy, których gdzie indziej ze świecą szukać. Wiele analiz społecznych, politycznych i gospodarczych, które nie dotyczą inwestowania, jest niestety bardzo powierzchownych, wyraźnie amatorskich, sporo jest także stronniczych. Nawet wyznawcy na forum wytknęli to autorowi. Warto także przejrzeć komentarze, gdyż zdarzają się bardzo ciekawe. W ogóle, jestem zdania, że zawsze warto jest zapoznać się z poglądami i sposobem myślenia innych osób, nawet wtedy, jeśli są one odmienne od naszych.
Ale wróćmy do tematu. Autor straszliwie oburza się na wypowiedź prezydenta nowojorskiego Banku Systemu Rezerwy Federalnej – Wiliama Dundley’a [1] [2], który twierdzi, że w ogólnym rozrachunku, zniszczenia spowodowane przez huragan Harvey, są korzystne dla gospodarki. Tekst pełen jest inwektyw pod adresem Dundley’a i wyraźnie widać, że napisany został w stanie najwyższego wzburzenia. Całkowicie je podzielam! W obliczu śmierci i ogromnych zniszczeń trudno o bardziej cyniczną wypowiedź! O ile jednak takie oburzenie jest chwalebne od strony moralnej, to jest ono naganne od strony poznawczej. Kierując się emocjami nie jesteśmy w stanie dostrzec szerszego kontekstu, jaki kryje się za tymi okrutnymi słowami. Emocje te nie pozwalają nam dostrzec faktu, że Dundley miał rację! Najwyraźniej zupełnie nieświadomie przyznaje to sam autor, gdy pisze, że „według chorej logiki” zniszczenia te spowodują wzrost popytu na materiały budowlane, paliwo, drewno i samochody. Wzrośnie więc zarówno produkcja, jak i konsumpcja. Wzrośnie aktywność ekonomiczna i liczba miejsc pracy. Niech mi ktoś powie, gdzie tu jest ta chora logika, i że jest to szkodliwe dla gospodarki!! W swoich kontrargumentach, autor podkreśla szkody, jakie poniosło społeczeństwo. Całkowicie się z jego argumentacją zgadzam! Utrata życia, zdrowia lub dorobku całego życia jest ogromna tragedią. Dodatkowo, na „naukowe” poparcie swoich argumentów autor przytacza „teorię zbitej szyby”. Czemu użyłem cudzysłowu przy słowie „naukowe”? Bo teoryjka ta jest tyle warta, co większość podobnych teoryjek pseudonauki, jaką jest ekonomia: nic. Według tej teoryjki, piekarz, któremu chuligan stłukł szybę, wydał pieniądze na nową szybę, a nie wydał, jak rzekomo planował, u krawca. Krawiec stracił wiec zarobek, zyskał szklarz i zniszczone zostało dobro materialne (szyba). Poza szklarzem, wszyscy więc stracili. Nieodżałowany Jan Kaczmarek śpiewał kiedyś: „życiowy bilans szczęść i nieszczęść, musi w efekcie wyjść na zero”. Nie był ekonomistą, więc pewnie dlatego trafnie to zauważył. W teoryjce o zbitej szybie brakuje dalszego ciągu! Niewątpliwie stracił piekarz, zarobił szklarz, ale niekoniecznie stracił krawiec, bo być może to szklarz wyda u niego zarobione pieniądze. A jeśli nie u niego, to gdzieś indziej. Zresztą z punktu widzenia gospodarki, jako całości, jest całkowicie obojętne, u kogo piekarz wydał swoje pieniądze – u szklarza, czy u krawca. Liczy się fakt uruchomienia obiegu pieniądza. Teoryjka nie uwzględnia także ewentualności, że być może piekarz w ogóle nie zamierzał wydawać pieniędzy! Że bezczynnie leżałyby u niego, więc chuligan (tak jak huragan) faktycznie niechcący uruchomił korzystny dla gospodarki ciąg wydarzeń i przyspieszył prędkość obiegu pieniądza! Autor artykułu zajmuje się inwestowaniem pieniędzy, więc bez wątpienia to potwierdzi. Możliwe jest także, że pieniądze „utkną” u szklarza, który ich nie wyda. Będzie to zatem niekorzystny dla gospodarki efekt (chuligan powinien więc także u niego coś zniszczyć). Ilość opcji można dowolnie rozszerzać. Tak to jest z teoryjkami, które na siłę dopasowuje się do dużo bardziej skomplikowanej rzeczywistości i sprzedaje się je następnie, jako „naukę”!
W dalszym ciągu tekstu dostaje się bankierom. I tutaj powoli przechodzimy do sedna sprawy. Według autora kierują się oni teoriami Keynesa. Ręce opadają! Jedyne, czym się kierują bankierzy, to zasady systemu monetarnego!! Jeszcze raz powtórzę: w naszym systemie monetarnym pieniądz jest długiem podniesionym do rangi środka płatniczego. Każdy pieniądz na świecie (chyba z wyjątkiem północnokoreańskiego Wona) musi zostać pożyczony, aby trafić do obiegu. Dług ten jest oprocentowany. Jako, że w obiegu jest jedynie tyle pieniędzy, ile zostało pożyczone, jedyną możliwością spłaty tego oprocentowania jest wzięcie kolejnego, większego, długu albo oddanie czegoś ze swego majątku!! Problem zaczyna się, gdy zaczyna brakować kolejnych kredytobiorców. W obiegu zaczyna brakować pieniędzy. Dochodzi do deflacji i recesji. W jakiś sposób, trzeba więc zachęcić ludzi do brania kolejnych kredytów. Robi się to na wiele sposobów. U nas na razie w formie reklam, którymi ogłupia nas telewizja. Gdzie indziej stosuje się bardziej wyrafinowane metody. Jedną z nich są bańki spekulacyjne. Wartość obiektów spekulacji (najczęściej nieruchomości lub akcji) jest sztucznie napędzana, więc wielu ludzi bierze kredyty, aby je kupić, w nadziei, że po wzroście cen, spłacą kredyt i jeszcze na tym zarobią. Ukuto nawet na to specjalne określenie „leverage”. Najczęściej jednak tym pożyczkobiorcą jest państwo. Wbrew temu, co wmawiają nam ideologicznie zaślepieni dogmatycy, państwa nie zadłużają się, aby rozbudowywać świadczenia socjalne!! Aż do połowy lat 70., gdy świadczenia socjalne były najwyższe, państwa (zachodnie) nie miały prawie żadnych długów!! Wzrost zadłużenia państw jest zawsze i wszędzie połączony z cięciami(!!), a nie rozbudową świadczeń socjalnych!! Jeszcze raz powtórzę: państwa zadłużają się, aby zapewnić dochody kapitałowe w okresie, gdy gospodarka nie może ich zapewnić!! Szerzej zasady całego systemu próbowałem wyjaśnić we wstępie [1] [2].
Ale najbardziej perfidną metodą na wzrost zapotrzebowania na kredyt, są zniszczenia. Pisałem już o tym szerzej. Ktoś może powiedzieć, że w tym wypadku był to przypadek. Katastrofa naturalna. Ale nie do końca jest to prawdą! Sam huragan to przypadek, ale na pewno każdy widział zdjęcia pokazywane przez media po przejściu takich huraganów przez południe USA. Całe połacie zniszczonych domów! Ale widział ktoś tam gruzy? Na pewno nie! Jedynie same kawałki drewna i sprzęty domowe! Zadał ktoś sobie pytanie: co za idioci budują takie domy na terenach, przez które co roku przechodzą huragany?! Przecież takie huragany zdarzają się także w innych częściach świata i po ich przejściu naprawia się tam jedynie względnie niewielkie szkody! Konstrukcja budynków jest po prostu na to przygotowana. Przeciętny Amerykanin nie grzeszy inteligencją, ale nie tu leży przyczyna. Autor omawianego tekstu wspomina, że mieszkał w USA. Wie zatem, jak wygląda tamtejsze budownictwo domów jednorodzinnych – drewniane listwy i sklejka. Taki „dom” amerykański Jones spłaca mniej więcej tak samo długo, jak nasz Kowalski swój dom. Tyle, że gdy nasz Kowalski spłaci dług, zostaje mu dom, w którym może mieszkać kilka generacji. Dom Jones’a jest już tak spróchniały i przeżarty przez termity, że nadaje się jedynie do rozbiórki. Jones musi więc wziąć następny kredyt, na następną budę z dykty! I o to w tej zabawie chodzi!! A jeśli przy okazji napatoczy się jakiś huragan? To jeszcze lepiej! Typowy amerykański Jones nie ma oszczędności, więc jeszcze szybciej będzie musiał wziąć kolejny kredyt! Powie ktoś, że koszty „porządnego” domu są dużo wyższe! G… prawda! Istnieją dziesiątki technologii, pozwalających zbudować domy mogące wytrzymać huragan, i nie kosztujące więcej niż tandeta z dykty. Jestem jednak pewny, że firma, która chciałaby to robić w demokratycznych i przyjaznych biznesowi Stanach, zostałaby natychmiast zniszczona!! Niech ktoś zgadnie dlaczego?
Często słyszymy także, że huragany są coraz silniejsze. Że kiedyś takich nie było, albo zdarzały się niesłychanie rzadko. Tutaj przechodzimy do „śliskiego” tematu zmian klimatycznych. Mimo tego, że wzrasta liczba ofiar i szkody, wywołane tymi zmianami, są coraz wyższe, konsekwentnie zaprzecza się faktom i zajadle zwalcza ludzi, którzy o tym informują i ostrzegają! W USA, szkody te szacuje się na 360 miliardów dolarów w roku [1] [2]! Na usunięcie tych szkód trzeba wziąć nowe kredyty! Muszę dalej wyjaśniać?
Ale najbardziej parszywą, niestety najskuteczniejszą, metodą na ogromne zniszczenia była, i nadal jest, wojna. Jako grzeczne dzieci wierzymy w bajeczkę, że wojny są rodzajem katastrof naturalnych (od powietrza, głodu, ognia i wojny wybaw nas Panie!). Tymczasem wojny zawsze i wszędzie wywoływane były i nadal są wywoływane przez ludzi! Kiedyś były to ambicje psychopatycznych władców, w których imieniu umierały tysiące na polach bitewnych, dzisiaj jest to biznes. Biznes, którego głównym celem wcale nie jest dostęp do surowców lub do ziemi! To można sobie zapewnić instalując w rządach posłuszne marionetki. Prawdziwym celem tego biznesu są zniszczenia! Zniszczenia to kolejne kredyty. Kredyty na broń i na odbudowę zniszczeń. Jeszcze raz podam link do mojego wcześniejszego, obszerniejszego wpisu na ten temat. Niech także autor omawianego tu tekstu przejrzy swoje archiwum. Sam także o tym pisał.
Autor pisze, że już dawno przekroczyliśmy rozsądną wielkość zadłużenia. Całkowicie się z tym zgadzam!!! Powołuje się na opracowanie Banku Rozrachunków Międzynarodowych (BIS). Nie podaje źródła, ale widziałem już chyba dziesiątki opracowań i raportów zwracających na to uwagę, więc z pewnością widziałem także i ten. Pisali je eksperci BIS, Międzynarodowego Funduszu Walutowego, OECD, głównych banków centralnych, zespoły doradzające rządom, znani ekonomiści… Wszystkie te opracowania są całkowicie słuszne. Ale nic poza tym! Wszystkie, już od wielu lat, postulują obniżkę zadłużenia. Z jakim skutkiem? Rośnie ono w coraz szybszym tempie!! Szczerze mówiąc ludzie, którzy piszą te opracowania są dla mnie zagadką. Albo robią idiotów z siebie, albo z czytelników tych raportów! A ja bardzo nie lubię, jak robi się ze mnie durnia!! Czy ci ludzie naprawdę nie rozumieją jak działa nasz system monetarny??!! Że nie uczy się tego studentów ekonomii, to już jest skandal, ale że BANKIERZY(!!!) najwyraźniej także tego nie wiedzą albo nie rozumieją?! Chyba, że po prostu „rżną głupa”!! To też metoda. Później wszelakiej maści „eksperci” wypisują brednie, że politycy lekkomyślnie zwiększają zadłużenie, aby dla zdobycia głosów wyborców, zwiększać świadczenia socjalne dla różnych nierobów. Równocześnie ci sami „eksperci” piszą o postępującym rozwarstwieniu społecznym i o zubożeniu coraz to wyższych warstw społecznych, które to zubożenie w coraz większym stopniu dotyczy już klasy średniej. Tak mają wyglądać świadczenia socjalne i inne „dobrodziejstwa” dla wyborców?
Tymczasem zadłużenie rośnie, bo musi rosnąć!! Wymusza to sama konstrukcja naszego systemu monetarnego. Wyjaśniam to między innymi w moim wstępie w punktach „Pieniądze” i „Oprocentowanie” oraz jeszcze raz we wpisie „Bajeczki dla grzecznych dzieci”.
Jeszcze raz powtórzę: KAŻDY DŁUG JEST CZYIMŚ MAJĄTKIEM. Chociaż prosta, jak konstrukcja cepa, reguła ta wydaje się być kompletnie nierozumiana! Majątki najbogatszych ludzi z listy Forbes to nie sterty banknotów albo stosy monet. W części są to środki trwałe jak np. nieruchomości, ale w większości to długi miliardów ludzi na całym świecie! Są jedynie dwie metody na redukcję tego zadłużenia. Pierwszą jest ogłoszenie niewypłacalności; wtedy redukuje się zarówno dług, jak i majątek (to baaardzo nie podobałoby się ludziom z listy Forbes!). Drugą jest transfer majątku prywatnego i społecznego do wierzycieli. Z tym procesem mamy do czynienia i to on jest przyczyną rosnącej nędzy coraz to wyższych warstw społecznych i coraz większego rozwarstwienia majątkowego. To on jest przyczyną cięć świadczeń socjalnych, płac, emerytur, prywatyzacji majątku społecznego. Jak tak dalej pójdzie, wrócimy do realiów rodem z książek Dickensa. Końcowym etapem będzie wprowadzenie targów niewolników.
Autor omawianego tekstu pisze, że większość bankierów nie ma pojęcia o gospodarce. Nie muszą go mieć. To nie jest ich działka. Ich zadaniem jest utrzymanie stabilności systemu monetarnego. Jak wiemy, mają z tym ogromne problemy. Ale ten zarzut można także odwrócić! I tu leży główny problem! Większość z nas nie ma zielonego pojęcia, czym są pieniądze i jak funkcjonuje nasz system monetarny. Gorzej! Cała pseudonauka, jaką jest ekonomia, postrzega pieniądz jedynie, jako jednostkę miary. Bezduszna wypowiedź pana Dundley’a pokazuje, jak pieniądz, a właściwie jak system monetarny wpływa na gospodarkę. Jak na dłoni widzimy tu trafność starego powiedzenia, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Uniesiony (jak najbardziej słusznym!) oburzeniem na cyniczną wypowiedź pana Dundley’a, autor spłodził swój tekst w stanie wyraźnego zdenerwowania. Na pewno skoczyło mu ciśnienie – krótko mówiąc wyszedł z siebie! Ale nie spróbował spojrzeć na problem oczami drugiej strony – bankiera. Aby to zrobić nie wystarczy wyjść z siebie! Trzeba wyjść z siebie i stanąć obok.

Że nie jest to takie proste, uświadomiłem sobie niedawno, obserwując małe trzęsienie ziemi, które w środowisku niemieckojęzycznych ekonomistów wywołał Bundesbank – niemiecki bank centralny. Zwrócił na nie uwagę jeden z krytyków systemu monetarnego (nawiasem mówiąc niezbyt radykalny). Bundesbank, w swoim raporcie z kwietnia 2017 roku, zrywa z bajeczką dla grzecznych dzieci, według której banki komercyjne używają oszczędności swoich klientów, do udzielania kredytów (ile razy każdy z nas to słyszał?). W 2014 roku zrobił to już najstarszy bank centralny na świecie – Bank of England, ale jakoś przeszło to bez większego echa. Aby mieć dostęp do wpisów, specjalnie zarejestrowałem się na kilku forach dyskusyjnych oraz straciłem kilka dni na ich przeglądanie. Ale warto było! Były setki głosów! Zaskoczony byłem rozmiarami reakcji na, w sumie niewiele znaczące, wydarzenie. Dało mi to niesłychanie ciekawy obraz tego, jak reagują ludzie na obalenie mitu, w który przez wiele lat wierzyli, albo jedynie głosili. Zaskakująco wielu z nich w ogóle nie chciało przyjąć tego do wiadomości, potwierdzając genialność bajki „Nowe szaty cesarza”, a w szczególności jej zakończenia, które najczęściej się pomija i kończy na okrzyku dziecka. Z jednej strony odczuwałem satysfakcję z oficjalnego potwierdzenia tego, o czym już dawno pisałem, z drugiej, było mi trochę żal tych ludzi. Przypominali mi połączenie dzieci, którym powiedziano, że nie ma Świętego Mikołaja i dziennikarzy po zlikwidowaniu cenzury. Byli rozżaleni, że odebrano im złudzenia i źli na siebie, że tak długo dawali się nabierać. Najmocniej wyczuwało się jednak niepewność. Można już o tym głośno mówić, czy jest to tylko chwilowa odwilż? Jeśli powiem to, to jak zareaguje środowisko, przełożeni, podwładni, studenci? U wielu, z tytułami profesorskimi, wyczuwało się strach przed utratą autorytetu: wczoraj mówiłem tak, dzisiaj inaczej. Mam pójść w zaparte i dalej głosić to samo, czy wszystko odszczekać? Z pewnością dochodziły do tego dylematy natury personalnej i towarzyskiej – w stosunku do osób, które mówiły to, co teraz potwierdził Bundesbank, i były za to szykanowane przez środowisko: mam go przeprosić, podawać mu teraz rękę, odnowić dawną znajomość? Byłby to doskonały temat na kilka doktoratów z psychologii i socjologii! Niestety przypomniałem sobie także gorzkie stwierdzenia Maxa Plancka: „Die Wahrheit triumphiert nie, ihre Gegner sterben nur aus” – prawda nigdy nie triumfuje, jedynie jej przeciwnicy wymierają.

Bajeczki dla grzecznych dzieci

Zastanawialiście się Państwo kiedyś nad pytaniem: czym objawia się dojrzewanie? Nie, nie chodzi mi tu o to, co dzieje się między nogami i zainteresowanie płcią przeciwną. Chodzi mi o dojrzewanie umysłowe i duchowe. Może być wiele odpowiedzi na to pytanie, ale wydaje mi się, że najbardziej trafną jest: dojrzewanie objawia się utratą potrzeby zadawania pytań. Jedynie dzieci potrafią pytać aż do momentu, kiedy nie usłyszą: „siedź prosto!”, „nie garb się!”, „jeszcze nie zjadłeś tej zupy!”, albo czegoś w tym rodzaju. Jest to moment, kiedy osoba dorosła usłyszy pytanie, i nie wie, co ma odpowiedzieć. Najczęściej odpowiada wtedy „bo tak jest!”. I jest to najgłupsza odpowiedź z możliwych!

Na co dzień nie zadajemy sobie wielu pytań o rzeczy, które z pozoru są oczywiste i dlatego nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, iloma bajeczkami dla grzecznych dzieci jesteśmy oszukiwani i ogłupiani. Pobawmy się zatem w niegrzeczne dzieci i postawmy sobie parę pytań, których nie stawiamy sobie na co dzień, a potem spróbujmy odpowiedzieć na nie.

Każde niegrzeczne dziecko powinna zastanowić medialna nagonka na amerykańskiego prezydenta. Jakie są jej przyczyny? Cokolwiek nie zrobi, zaraz jest krytykowane. Jest chwalony jedynie, gdy każe coś bombardować! Faktem jest, że robi masę idiotyzmów, ale nie większych niż jego poprzednicy, a przede wszystkim nie tak niebezpiecznych dla pokoju światowego. Wszędzie przedstawiany on jest, jako kompletny idiota. Ale od kiedy inteligencja jest warunkiem zostania prezydentem USA (i nie tylko)? Trump z pewnością nie jest głupszy niż „Ronnie” Reagan albo kompletny matoł „Dżordż Dablju” Bush. Że to bufon, że jest niemoralny? Nie tacy już byli na tym stołku i nikomu to nie przeszkadzało! Zarzut, że jest agentem Rosji, jest większym idiotyzmem niż „zamach smoleński”, ale już Goebbels zauważył, że ludzie uwierzą w każde kłamstwo, byle je często powtarzać! Niestety miał rację! W dwóch moich poprzednich wpisach zadawałem już sobie to pytanie  [1] [2] i jeszcze nie znam odpowiedzi. Jedno jest pewne, że między bajki włożyć można opowiastki o jakimś ukrytym globalnym rządzie, który zza kulis pociąga za sznurki! Wyraźnie widać, że muszą być co najmniej dwie takie grupy. A może rację mają Rosjanie, że Trump wyniesiony został do władzy przez Rothschildów ? Nie bardzo chce mi się w to wierzyć, bo Trump i nowy francuski prezydent, który jest jednoznacznie marionetką, między innymi Rothschildów [1] [2] [3], nijak nie pasują do siebie! Ale na tym zwariowanym świecie niczego nie da się całkowicie wykluczyć. Tak na marginesie, jeszcze raz polecam tę stronę internetową . Korzystam z niej już od wielu lat i zaskakująco wiele podanych tam informacji sprawdziło się. Niestety nie znam francuskiego i zdany jestem jedynie na angielskie, niemieckie i rosyjskie tłumaczenia. Polskich jest niestety niewiele. Ale wróćmy do naszego Donalda… Zadajmy sobie inne pytanie: jakie jego posunięcia, lub ich zapowiedzi, tak bardzo nie podobają się jego przeciwnikom? Wymieńmy najpierw kilka z nich. Wyeliminowanie terroryzmu islamskiego. Zamiast konfrontacji – współpraca z Rosją w walce z tym terroryzmem oraz partnerska współpraca w zachowaniu pokoju światowego. Zakończenie polityki „regime change” i związane z nią zakończenie polityki militarnej dominacji USA. Generuje ona jedynie ogromne koszty i nie daje prawie żadnych zysków, gdyż nie da się walczyć z całym światem. Zmniejszenie militarnego zaangażowania USA w strukturach NATO w Europie i związane z nią praktyczne wycofanie się z wpływów na wewnętrzne sprawy tego kontynentu. To równa się pogodzeniu się z faktem rozpadu Unii Europejskiej! W polityce wewnętrznej będzie to: zahamowanie nielegalnej imigracji, inwestycje w infrastrukturę kraju, zmniejszenie deficytu handlowego poprzez zwalczanie dumpingu i chęć zwiększenia ilości miejsc pracy w USA. Od razu można powiedzieć, że pierwsza część tej listy nie podoba się kompleksowi militarno-przemysłowemu. A to oznacza, że jeżeli nie uda się formalnie usunąć Trumpa ze stanowiska, albo nie zrezygnuje on ze swoich „głupich” pomysłów, to niedługo pozostanie przy życiu. Ciekawe jak go załatwią. Amerykanie zwykli tego typu sprawy załatwiać przy pomocy broni palnej, ale tym razem stawiam na truciznę. Potem sekcja wykaże, że przedawkował niebieskie tabletki i zaj…ał się na śmierć. Wystarczy popatrzeć, jak Bill „Blowjob” Clinton (inny „moralny” prezydent) gapił się na Melanię , aby uwierzyć w taką przyczynę śmierci.

Inne pytanie dla niegrzecznych dzieci postawiłem już w moim wstępie. Było to pytanie: „co to są pieniądze” . Nie spotkałem się do tej pory z zadowalającą odpowiedzią na to pytanie, nie potrafiłem także podać własnej odpowiedzi. Już od paru lat „wgryzam” się w ten temat i w tematy z nim związane, i szczerze mówiąc, mam wrażenie, że coraz mniej wiem i rozumiem. Na każdym kroku spotykam się z taką masą niedomówień, sprzecznych informacji i bezczelnych kłamstw, że wyjaśnieniem takiego stanu rzeczy staje się jedynie teoria spiskowa. Nie da się ukryć faktu istnienia pieniędzy, więc należy tak wokół nich „namącić”, aby nikt nie wiedział, o co w tym wszystkim chodzi. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że nie wiedzą już tego nawet ci, co mącą! Że uruchomili proces, nad którym stracili kontrolę.

Ale wróćmy do naszych pytań. Innym pytaniem, którego sobie na co dzień nie zadajemy, jest pytanie „co to jest gospodarka?”. Zarówno pytanie o pieniądze, jak i pytanie o gospodarkę, należą do pytań tak oczywistych, że (poza niegrzecznymi dziećmi) nikt ich nie zadaje.

Pamiętacie Państwo program „Duże dzieci”, genialnie prowadzony przez Wojtusia Manna? Gdyby zadać te pytania dzieciakom a potem politykom i profesorom ekonomii, byłby niezły ubaw. Nie jestem pewien, kto opowiadałby większe bzdury! Ale niestety, nie mam tu zamiaru rozśmieszać czytelników, więc spróbujmy wszystko, a raczej ile się da, sobie wyjaśnić.

Wbrew pozorom, odpowiedź na pytanie: „co to jest gospodarka?”, jest bardzo prosta. Gospodarka, to tworzenie i wymiana wartości. Punkt. Nie inaczej widział to nawet Adam Smith w swoim dziele „Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów”. Zgadzam się także ze Smithem, że „wartość” jest tu najlepiej pasującym słowem. Tak samo „tworzenie”, jest lepszym słowem niż „wytwarzanie”, czy „produkowanie”. Zaraz postaram się wyjaśnić, dlaczego. Owe wartości mogą być natury materialnej (konkretne produkty, które się produkuje lub wytwarza, ale można je też tworzyć) i niematerialnej (które się, tak czy inaczej, tworzy). „Tworzenie” jest zatem wspólnym określeniem. Wartości niematerialne można podzielić na usługi, wartości intelektualne i duchowe. Czym są usługi, wie każdy, kto jechał taksówką, odwiedził restaurację, hotel lub dom publiczny. Do wartości intelektualnych zaliczyć można np. wszelkie odkrycia naukowe. Wartościami duchowymi jest wszystko to, co określamy jako kulturę i sztukę (może należałoby dodać do tego także religię?). W gospodarce, wszystko to jest tworzone dla innych, więc aby byli oni skłonni, w jakiś sposób nas za to wynagrodzić, musi to dla nich przedstawiać jakąś wartość. Właśnie „wartość”! Na czym polega „wynagradzanie”? Na daniu nam czegoś, co z kolei dla nas przedstawia wartość, a co jest tworzone przez owych „innych”. Czyli właśnie na wymianie wartości! Gdy nie było jeszcze pieniędzy, wymieniano bezpośrednio wartość za wartość. Zboże za mięso, nóż za garnek, danie dupy za ozdobę z kła mamuta, odegranie sztuczki za posiłek. Nie było to zbyt praktyczne, ale i gospodarka była wtedy inna – nie tak złożona. Zauważmy także, że każda wartość nie powstaje sama z siebie. Do jej powstania potrzebny jest jakiś wkład pracy. Nieważne, czy jest to praca umysłu, rąk czy innej części ciała. Bez jej wkładu, nie powstanie żadna wartość. Tak na marginesie, Laborystyczna teoria wartości to nie jest marksizm, jak nam stara się zasugerować polska Vikipedia! Wystarczy porównać angielską i polską wersję tego hasła!

Potem pojawiły się pieniądze. Skąd się wzięły? Nie wiadomo. Powszechnie przyjmuje się, że powstały dla wygody przy wymianie wartości. Ale najprawdopodobniej jest to kolejna bajeczka dla grzecznych dzieci. Antropolodzy są przekonani, że ten rodzaj pieniądza, jaki używamy, nie mógł powstać w ten sposób. Sugerują raczej, że pierwotnie powstał on w świątyniach, jako rodzaj daniny. Mają na to wiele argumentów. Jeden z nich jest natury etymologicznej. Gdy starożytny Rzym przeszedł na system monetarny oparty na złocie, co nota bene zapoczątkowało upadek imperium, pieniądze bito w świątyni bogini Junony. Miała ona przydomek Moneta – ostrzegająca. Praktycznie w każdym języku europejskim słowo to oznacza pieniądz. Ja chciałbym tu wspomnieć o czymś innym. Antropolodzy podają także wiele przykładów, swego rodzaju „systemów monetarnych”, stworzonych przez różne, odizolowane od świata, plemiona w dżungli lub na wyspach. Wszystkie te systemy zostały stworzone przez te społeczności dla wygody, właśnie przy wymianie wartości. Systemy te różnią się jednak diametralnie od naszego. Powstały one samoistnie i nigdy nie były przez nikogo zarządzane i sterowane. Powstały DLA DOBRA SPOŁECZNOŚCI!! Nasz system monetarny od samego początku NIGDY nie był pod społeczną kontrolą i NIGDY nie służył dla dobra społeczeństwa. Musiał więc powstać z myślą o sterowaniu i wykorzystywaniu społeczności. Powie ktoś, że owe prymitywne, odizolowane od świata społeczności nie mają rozbudowanej, hierarchii potrzebnej do zarządzania takim systemem, dlatego były w stanie stworzyć jedynie takie systemy monetarne. Ale identyczne „systemy monetarne” powstają także i dziś w więzieniach i w obozach pracy, gdzie zawsze istnieje hierarchia, która decyduje często o życiu i śmierci swoich członków. Zawsze powstają i funkcjonują one jednak samoistnie, bez wpływu ze strony owej hierarchii. Te, wprawdzie proste, systemy monetarne, które powstały w dżungli, gdzieś na wyspach Pacyfiku, ale także na wyspach brytyjskich, są także zadziwiająco stabilne! W odróżnieniu od naszego, funkcjonują, często w niezmienionej postaci, przez wiele stuleci.

We wszystkich bajeczkach dla grzecznych dzieci, sugeruje się także, że wprowadzenie pieniądza jest dobrodziejstwem i równoznaczne jest z postępem. Przemilcza się jednak ciemne strony. Wiele lat temu oglądałem program popularnonaukowy (bodajże BBC), w którym szwajcarski socjolog Jean Ziegler opowiadał o badaniach antropologicznych nad społecznościami, które nie znały pieniądza. Społeczności te żyły we względnej harmonii i zgodzie. Życiem prawie każdej z tych społeczności kierowała rada, złożona z najbardziej szanowanych osobistości – zwykle najstarszych i najbardziej doświadczonych oraz np. najlepszych myśliwych. Ona też rozstrzygała wszelkie spory. Chaty ustawione były najczęściej w formie okręgu wokół centralnego placu, wejściami do niego. Na placu tym toczyło się codzienne życie społeczności. Gdy badacze przyjeżdżali po latach i po pierwszych kontaktach takiej społeczności z pieniądzem, trafiali do innego świata! Spory były na porządku dziennym i rozstrzygano je najczęściej siłą. Społecznością nie rządzili najbardziej szanowani, ale najbogatsi jej członkowie. Sama osada także wyglądała inaczej. Centralny plac był pusty, albo w ogóle znikał, a chaty były odwrócone do siebie „plecami”. Pieniądz zmieniał zatem całkowicie życie takiej społeczności i mentalność jej członków! Jeśli już jesteśmy przy mentalności… Powszechnie przemilcza się także jeszcze jeden aspekt pieniądza, o którym nawet nie pomyślimy! Społeczności nieznające pieniądza wymieniały pomiędzy sobą tylko to i tylko tyle, ile potrzebowały. Reguła ta nie dotyczy pieniądza! Nikt nie powie, że ma ich wystarczającą ilość i że ich więcej nie potrzebuje!

W tym momencie, każde niegrzeczne dziecko musi sobie także zadawać pytanie o to, co uzasadnia takie ogromne dochody i majątki ludzi z listy Forbes i innych, o mniejszych, ale wciąż niewyobrażalnych dla nas, dochodach. Czy ludzie ci dokonali jakiś epokowych odkryć i wynalazków, dzięki którym ludzkość żyje w szczęściu i dobrobycie? Czy opracowali metody leczenia chorób, które od tysiącleci są zmorą całej ludzkości? Nic z tych rzeczy!! Ci ludzie po prostu zawłaszczyli owoce pracy miliardów ludzi na całym świecie!! NIC WIĘCEJ!!! Dla zapewnienia ich dochodów, wywołuje się wojny z milionami ofiar. Oni mają na sumieniu pracę dzieci w wielu krajach, i to nie tylko trzeciego świata, miliony niedożywionych i zmarłych z głodu, samobójstwa zaszczutych i pracujących ponad siły pracowników, śmierć pracujących w nieludzkich warunkach, niszczenie środowiska naturalnego. A już szczytem cynizmu i bezczelności jest stawianie nam tych ludzi za wzór do naśladowania!!

Nie bez powodu wymieniłem te wszystkie zjawiska. Pieniądz pozwala bowiem także na „zmierzenie” wyzysku. Pozwala także na „zmierzenie” ile warta jest ludzka praca. To, czego za swoją pracę, nie otrzymały miliardy ludzi na całym świecie, jest właśnie majątkiem tych ludzi! Jeśli zatem zostaniecie w ramach zwolnień grupowych wywaleni na bruk, to nie martwcie się! „Rynki” zareagują na to pozytywnie – wzrostem indeksów giełdowych! Jeśli będziecie musieli wziąć kredyt na leczenie chorego dziecka (o ile w ogóle go dostaniecie), to tylko powód do radości, gdyż spowoduje to wzrost kursu akcji waszego banku! Jeśli potem usłyszycie nieludzki krzyk waszego dziecka, bo oszczędza się na środkach przeciwbólowych – to tylko dla dobra „rynków”! Jeśli pierwsze przerzuty pojawią się przed wyznaczonym wam, odległym terminem operacji, to głowa do góry! Dłużej będziecie faszerowani chemią i zarobią na tym koncerny farmaceutyczne! Jeśli zmuszeni będziecie dorabiać na emeryturze, to świetnie! Wasz fundusz emerytalny z pewnością wypłaci wyższe dywidendy swoim udziałowcom! Jeśli… Ale już z pewnością chcecie mnie wyzwać od lewaków, socjalistów, komunistów, czy innych takich!

Nasz system monetarny cechuje się także tajemniczością. Wspomniałem o tym już na początku. Wiedza o jego funkcjonowaniu jest, nie tylko wśród społeczeństwa, ale także wśród specjalistów, prawie żadna!! Wszędzie znajdziemy informacje o teorii względności, uczymy się o niej w szkole, chociaż nie jest to nam do niczego potrzebne, ale nigdzie nie znajdziemy rzetelnej i pełnej informacji o naszym systemie monetarnym, z którym spotykamy się codziennie! Ta strona jest tego dowodem. Chociaż sporo czytałem na ten temat, jak do tej pory nie spotkałem się z żadnym źródłem, w którym zwrócono by uwagę na te aspekty naszego systemu monetarnego,.

Tajemniczość, brak kontroli ze strony społeczności oraz wykorzystanie takiego systemu do kontroli i sterowania tą społecznością – takie cechy zawsze kojarzą się z kapłanami takiej, czy innej religii. Tych kapłanów z czasem zastąpili kapłani innego boga. Kapłani pieniądza – bankierzy.

Ale wróćmy do naszej gospodarki, tym razem już z pieniądzem. Teraz nie wymieniamy już wartości na wartość! Wbrew naszym przekonaniom, pieniądze nie są żadną wartością! Są jedynie ekwiwalentem owej wartości. Asygnatą na wartość. Można zatem powiedzieć, że pieniądze pełnią rolę z jednej strony miernika, z drugiej strony akumulatora wartości.

Nie można zaprzeczyć, że w porównaniu z wymianą wartości na wartość, uzyskujemy tu masę korzyści! Przede wszystkim, jak już wspomniałem, mamy jakiś miernik wartości. Nie jest to wprawdzie miernik idealny. W przeciwieństwie do jednostek układu SI, nie można go jednoznacznie zdefiniować. Ale zawsze lepsze to, niż nic. Możemy teraz ujednolicić cenę (można już użyć tego słowa) za identyczne wartości. Tak na marginesie, bardzo często mylimy te dwa pojęcia – wartość to nie jest to samo, co cena! Tak jak długość, to nie to samo, co metr. Cena, to wartość wyrażona jakąś jednostką miary. W jaki sposób jest ona ustalana? Nie ma na to metody. Jedynym sposobem jest dogadanie się partnerów transakcji. Nie wymyślono niczego lepszego.

Pieniądzem możemy także dowolnie manipulować – sumować go, jedynie częściowo wykorzystać, lub odłożyć jego wykorzystanie na później. Stworzoną przez nas wartość możemy przekazać teraz każdemu – odpada konieczność znalezienia kogoś, kto jej potrzebuje i równocześnie oferuje w zamian wartość, której akurat my potrzebujemy.

Ale pieniądz nie jest ekwiwalentem towaru! Moim zdaniem, to właśnie pieniądz w obecnej postaci, umożliwił powstanie kapitalizmu. Wspominam o tym w moim wstępie.

Napisałem, że pieniądz, sam w sobie, nie jest żadną wartością. Od samego ich drukowania nie przybędzie bogactwa. Ktoś może teraz powiedzieć, że początkowo pieniądze były z metali szlachetnych – złota lub srebra, więc była to jak najbardziej wymiana wartości na wartość.

Kto zastanawia się teraz, co oznacza głuchy odgłos, który właśnie usłyszał, to wyjaśniam: uderzyłem się w piersi! Muszę się przyznać do pewnego uproszczenia we wszystkich moich dotychczasowych tekstach. Prawie w każdym miejscu, gdzie piszę „pieniądze” powinienem był pisać „waluta”. Zastanawiałem się nad wyjaśnieniem tej różnicy już wtedy, gdy we wstępie zadawałem pytanie „co to są pieniądze”. Ale wtedy nie chciałem dodatkowo mącić w głowach czytelnikom. Pomyślałem, że i tak praktycznie nikt tego nie wie i nie rozumie, więc dałem sobie spokój. Wspomniałem teraz o złocie, więc będzie to dobra okazja do zapoznania się z różnicą między tymi dwoma pojęciami. Słysząc słowo „waluta” każdy myśli automatycznie o dewizach, i to tych twardych. Tymczasem jest to coś nieco innego. W Wikipedii nie znajdziemy dokładnego wyjaśnienia. Waluta i pieniądz opisane są tam długo, a zawile i nie bardzo wiadomo jaka jest między nimi różnica. Znalazłem jedynie trzy strony polskojęzyczne, które robią to w przystępny sposób [1], [2], [3]. Krótko mówiąc, pieniądz spełnia wszystkie funkcje waluty, czyli służy do rozliczeń, ale dodatkowo umożliwia przechowywanie wartości w dłuższym okresie czasu. Jak wszyscy wiemy, to, co obecnie potocznie nazywamy pieniądzem, funkcji tej nie spełnia – jest więc de facto walutą! Ale zapytajcie jakiegoś profesora ekonomii – najprawdopodobniej też nie będzie tego wiedział!

Ale wróćmy do złotego pieniądza… Faktem jest, że złoto może pełnić funkcję pieniądza (i waluty). Prawdą jest także, że w wypadku takiej waluty, jest to faktycznie wymiana wartości na wartość. Wielu „reformatorów” systemu monetarnego wyciąga z tego faktu bezkrytyczny wniosek, że wystarczy wprowadzić walutę opartą na złocie i wszystko będzie super. Niestety nie jest to takie proste. Już od wielu lat nie ma pieniędzy ze złota, od 15 sierpnia 1971 roku   nie ma także pieniędzy z parytetem w złocie, jednak przez cały czas złoty pieniądz krąży w głowach reformatorów systemu monetarnego. Równocześnie jest to największa kość niezgody pomiędzy nimi. Jedni uważają, że pieniądz musi opierać się na złocie, inni, za Keynesem, uważają je za barbarzyński relikt. U części z tych, którzy widzą w złocie idealny pieniądz, myślenie takie wynika z niezrozumienia tego, czym właściwie jest pieniądz, a także z podświadomego przekonania, że pieniądz sam w sobie musi mieć wartość. Inni argumentują, że jest to jedyna możliwość zachowania stabilnej w czasie wartości pieniądza. Jeszcze innym, złoto nie jest w systemie monetarnym do niczego potrzebne. Zastanówmy się, kto w tym sporze ma rację.

Złoto zawsze było obiektem pożądania. Zawsze miało wartość. Nigdy nie było tak, że było bez wartości! Nie przychodzi mi do głowy lepszy sposób „przechowywania” wartości niż przy pomocy złota. Jedyną alternatywą dla niego mogłaby być ziemia, ale jest to alternatywa bardzo niepraktyczna. Złoto bije ją na głowę. Tutaj trzeba przyznać rację zwolennikom użycia go jako pieniądza, powtarzam, pieniądza. Jak do tej pory nie wymyślono nic lepszego. Ale wartość złota nie jest niezmienna! W czasach pokoju, za złotą sztabkę lub monetę można przez dość długi czas dobrze żyć. W czasie wojny nierzadko można było za nią kupić jedynie bochenek chleba. Jeśli miało się ich więcej – życie. Ale także w czasie pokoju wartość (cena) złota nie jest stała. W okresach prosperity, gdy nie brakuje obiektów dla zyskownych inwestycji, jego wartość spada. W „normalnych” czasach wahania jego wartości są niewielkie, więc nie nadaje się ono na obiekt spekulacji. Ale w okresach kryzysów i niepewności wszyscy szukają bezpiecznej przystani i najczęściej wybierają złoto. Argumentacja jest w tym wypadku prosta: nawet, jeśli sytuacja się poprawi i cena złota spadnie, to sprzedam ze stratą, ale w przypadku krachu, nie stracę wszystkiego. Ale wartość złota jest także obiektem manipulacji. Sztucznie zawyża, lub zaniża się jego cenę.

Wydawałoby się zatem, że najlepszym rozwiązaniem byłoby powrócić do „starego, dobrego” złota jako pieniądza. Powtarzam jeszcze raz: pieniądza (nie waluty). Tutaj mógłbym się zgodzić ze zwolennikami takiego rozwiązania. Ale sprawa nie jest tak prosta, jak by to się mogło na pierwszy rzut oka wydawać! Patrząc wstecz, widzimy, że nie jest to wcale takie dobre rozwiązanie. Cała historia pieniądza ze złota, lub opartego na złocie, jest historią jego psucia. W początkowym okresie jego istnienia, pieniądze takie emitowali władcy. Gdy zaczynało im brakować złota na następne monety, albo zmniejszali ich wielkość, albo dodawali do monet w miejsce złota, coraz więcej innych, mało wartościowych metali. Gdyby dzisiaj znowu wprowadzono pieniądze ze złota, na pewno po jakimś czasie historia powtórzyłaby się.

Nie inaczej było z pieniędzmi z parytetem w złocie. Manipulowano tym parytetem w zależności od potrzeb, nie mówiąc już o tym, że właściwie nikt nie ma możliwości skontrolowania tego, czy emitent ma wystarczająco duże zapasy złota i czy w obiegu jest odpowiadająca parytetowi ilość pieniędzy.

Widzimy więc, że złoto faktycznie może spełniać funkcję pieniądza, ale jedynie w czystej formie – jako sztabki o gwarantowanej czystości lub takie same monety.

Moglibyśmy zatem dojść do błędnego wniosku, że obojętnie z czego jest pieniądz (oprócz pieniądza z czystego złota), jego wartość i stabilność zależna jest jedynie od uczciwości emitenta. To także nie jest jednak takie proste. Decydującym czynnikiem jest konstrukcja systemu monetarnego i wynikający z niej system gospodarczy i polityczny. Próbuję to wyjaśnić w moim wstępie w częściach „System gospodarczy” i „Kapitalizm” . Nasz system monetarny ze swojej natury nie jest stabilny i nawet, jeśli emitent będzie aniołem, konstrukcja tego systemu spowoduje, że emitowany pieniądz wcześniej, czy później wezmą diabli wykładniczo rosnącego obciążenia odsetkami!

Szczerze mówiąc, nie jestem przekonany, czy w ogóle możliwe jest stworzenie systemu monetarnego, w którym pieniądz (nie waluta!), spełniałby swoją rolę „przechowalni” wartości w dłuższym okresie czasu. Niestety, nikt się tym problemem nie zajmuje. Ale równocześnie sugeruje nam się, że powinniśmy sami oszczędzać na naszą emeryturę!!

Właśnie przyszła mi do głowy pewna myśl! Gdyby, obok sumy wpłacanych do banku i przeznaczanych do oszczędzania przez dłuższy czas pieniędzy, księgować także, jaką ilość złota za tę sumę można w chwili wpłaty kupić, to przy wypłacie (po dłuższym okresie czasu), można by przeliczyć po kursie w dniu wypłaty, tę hipotetyczną ilość złota na wypłacaną ilość pieniędzy. To mogłoby być powiązanie pieniądza ze złotem, bez potrzeby jego posiadania przez bank centralny! Muszę to jeszcze przemyśleć i skonsultować z reformatorami z International Movement for Monetary Reform.

Ale zamieńmy się znowu w niegrzeczne dzieci! Każde niegrzeczne dziecko powinno zadać także pytanie: co powoduje, że pieniądze mają dla nas jakąś wartość? Przecież same w sobie, nie mają one żadnej wartości! Są to albo kolorowe papierki albo w ogóle całkowita abstrakcja – niewidzialne sumy na koncie! Odpowiedź jest krótka: jest to po prostu kwestia umowy. Nic więcej. Czy będą to nacięcia na kiju, muszelki nanizane na sznurek, kreski na tablicy, kawałki metalu czy zadrukowane papierki – to wszystko jest kwestią umowy, czy będziemy to traktować jako pieniądze, czy nie. Ale skąd wiemy, ile taka jednostka monetarna jest warta? Co, w zamian za nią, możemy otrzymać? Jest to po prostu stosunek ilości takich, czy innych, pieniędzy w obiegu, do ilości towarów i usług na rynku. Mieliśmy okazję przekonać się o tym na przełomie lat 80 i 90. Rząd drukował papierki, za które nie było co kupić. W końcu praktycznie każdy z nas był milionerem. Był to książkowy przykład inflacji, który przeżyliśmy na własnej skórze. Jeśli ilość pieniędzy rośnie szybciej niż ilość towarów i usług, to dochodzi do inflacji. Jeśli jest odwrotnie – do deflacji. Tak mówią monetaryści. I częściowo mają rację. Za chwilę wyjaśnię, czemu tylko częściowo.

Powiedziałem już, że gospodarka to nic innego, jak wymiana wartości za wartość. Pomijając przypadek rabunku lub dobrowolnego podarowania, zasada ta obowiązywała w gospodarce wymiennej. Obowiązywała także w wypadku pieniądza ze złota. Gdy pieniądz przestał być, w taki, czy inny sposób, związany ze złotem, zasada ta przestała bezwzględnie obowiązywać. Emitent pieniądza zyskał możliwość otrzymywania stworzonej przez innych wartości, bez konieczności tworzenia przez siebie jakichkolwiek wartości! Zamiast niej, może dawać wydrukowane przez siebie kolorowe papierki, lub po prostu dopisywać sumy na koncie odbiorcy. Szczerze mówiąc jest to możliwość w dużej mierze teoretyczna. Spotkałem się jedynie z jednym przykładem jej wykorzystania – w wypadku banków, i dotyczył on jedynie niewielkich sum, wiec nie będę tu o tym wspominać. Ale nasz system monetarny ma jeszcze inne „nieprzyjemne” właściwości. Jak już wielokrotnie wspominałem, obieg pieniędzy w naszej gospodarce jest obiegiem zamkniętym. Wyjaśniałem także, że bank centralny tworzy pieniądze, które trafiają do obiegu w formie kredytu. Po wykonaniu swojej „pracy” w gospodarce, kredyt zostaje spłacony i pieniądze te „znikają” z obiegu. Aby więc w obiegu była dostateczna ilość pieniędzy, konieczne jest zaciąganie coraz to nowych kredytów. Wyjaśniałem także, że pieniądze „stworzone” przez bank centralny egzystują w formie gotówki i sum na kontach banków komercyjnych w banku centralnym, i że są to jedyne „prawdziwe” pieniądze w obiegu (de facto o obiegu można mówić jedynie w wypadku gotówki). Wyjaśniałem także, że kolejną bajeczką dla grzecznych dzieci, jest opowiastka, że banki potrzebują naszych oszczędności, aby móc udzielać kredytów. W rzeczywistości banki tworzą same, potrzebne im sumy – po prostu wpisując je po obu stronach konta kredytobiorcy, a większość naszych oszczędności „ląduje” na kontach banków w banku centralnym i używana jest jedynie do rozliczeń pomiędzy bankami. Udzielone w ten sposób kredyty są oprocentowane i to oprocentowanie banki pobierają praktycznie za nic! Przyznać jednak należy, że łupem tym dzielą się z nami, dając nam ochłapy w formie oprocentowania naszych kont oszczędnościowych. Jak długo jest zapotrzebowanie na kredyty, i są one spłacane, wszystko funkcjonuje. Wyjaśniłem także, że w tym systemie banki nie są w stanie wypłacić wszystkich sum, znajdujących się na ich kontach, wiec de facto już dziś są bankrutami. Nasze oszczędności nie są w tym systemie większym problemem. Wszyscy oszczędzamy na jakiś cel, lub na „czarną godzinę”, która wcześniej, czy później, nadchodzi. Pieniądze te, trafiają więc z powrotem do obiegu i nabywane są za nie towary i usługi. Inaczej dzieje się z dużymi dochodami. Z dochodami tak dużymi, że ci, którzy je osiągają nie wiedzą już, co zrobić z taką masą pieniędzy. Jak już wcześniej wspomniałem, cechą pieniędzy jest między innymi to, że nigdy nie mamy ich za dużo. Pieniądze te są wyłączone z obiegu gospodarczego. Nie są za nie kupowane żadne towary albo usługi. Trafiają one do obiegu finansowego, funkcjonującego „obok” obiegu gospodarczego. Co się tam z nimi dzieje? Część jest inwestowana – czyli albo pożyczana, albo kupuje się za te pieniądze udziały w firmach i otrzymuje od nich dywidendy. Pieniądze te inwestowane są bezpośrednio przez posiadaczy, lub przez specjalizujące się w tym firmy. Trochę pisałem już o tym. Jednak wielkość kapitału, z którym jego posiadacze nie wiedzą co zrobić, wielokrotnie przewyższa możliwości jego inwestycji. Kapitał, którego faktycznie nikt nie potrzebuje, ląduje w globalnym kasynie gry – na giełdach. I tu przechodzimy do kolejnego pytania, które każde niegrzeczne dziecko powinno zadać: na cholerę nam te giełdy są potrzebne i jak zarabia się tam pieniądze? Odpowiedź na pierwsze pytanie jest prosta: giełdy są to miejsca, w którym sprzedawane i, co za tym idzie, kupowane są wszelakiego rodzaju papiery wartościowe, mają więc podobne znaczenie jak place targowe. Ich istnienie ma zatem sens. Natomiast odpowiedź na drugie pytanie nie jest już taka prosta. Ma też ona niewiele wspólnego ze zdrowym rozsądkiem.

Ale najpierw spróbujmy sobie wyobrazić obydwa obiegi i mechanizm ich wzajemnego oddziaływania na siebie. Można je obrazowo przedstawić, jako dwa połączone ze sobą zbiorniki. Połączone są ze sobą przy pomocy dwóch pomp. Schematycznie pokazałem to na poniższym obrazku.

Obydwie pompy są o RÓŻNEJ wydajności! Pierwsza pompa, pompuje KREDYTY z obiegu finansowego do obiegu gospodarczego. Jako, że kredyty trzeba spłacać wraz z oprocentowaniem, więc druga pompa ma większą wydajność i pompuje KREDYTY PLUS ODSETKI(!!) z obiegu gospodarczego z powrotem do obiegu finansowego. Teraz musimy sobie wyobrazić, że wydajność tych pomp zwiększa się z biegiem czasu. Gdy druga pompa wpompowała kredyty plus odsetki do obiegu finansowego, wzrosła w nim ilość pieniędzy i teraz pierwsza pompa musi wpompować tę zwiększoną wielkość, jako większy kredyt, do obrotu gospodarczego, co z kolei znów wymusza wzrost wydajności drugiej pompy, gdyż musi ona wpompować odpowiednią ilość odsetek. I tak w kółko. Jest to właściwie sprzężenie zwrotne. Wyjaśniałem już w części „Oprocentowanie”, że dochody kapitałowe rosną wykładniczo – tak rośnie zatem wydajność tych pomp. Obieg gospodarczy „zasilany” jest wprawdzie przez pompę wzrostu gospodarczego i jej wydajność także może wzrosnąć i skompensować ubytek, ale po pierwsze jest to wzrost, w najlepszym wypadku, liniowy, więc po pewnym czasie nie jest on w stanie nadążyć za wzrostem wykładniczym. W pewnym momencie musi dojść do coraz szybszego transferu kapitału z obiegu gospodarczego, do obiegu finansowego I JEST TO JUŻ PROCES CORAZ SZYBSZY I NIEOWRACALNY! Dla osób mniej obeznanych z matematyką, pokazałem obydwa wzrosty na wykresie poniżej.

Tutaj muszę wrócić do definicji inflacji i deflacji. Monetaryści mówią, że wzrost ilości pieniędzy powoduje inflację. Niestety ta teoryjka nie ma nic wspólnego z rzeczywistością! Popatrzmy, jakimi sumami się dziś operuje, a zamiast inflacji mamy deflację!! Po prostu wszyscy ci panowie profesorowie nie potrafią, a może nie chcą, zrozumieć prostego faktu, że mamy tu do czynienia z dwoma odrębnymi światami. Pieniądze z obiegu gospodarczego są w coraz szybszym tempie „pompowane” do obiegu finansowego. Efektem tego jest deflacja w obiegu gospodarczym i, właściwie już, hiperinflacja w obiegu finansowym! Osoby starsze, które pamiętają lata 80 i 90 przypominają sobie na pewno, że kupowało się wtedy wszystko, co było do kupienia. Nieważne, czy było nam to potrzebne, czy nie. Aby tylko wydać pieniądze, które były coraz mniej warte. Podobnie jest dzisiaj w obiegu finansowym. Możliwości inwestycji, a w szczególności zyskownych inwestycji, mają dzisiaj jedynie najwięksi gracze w rodzaju BlackRock. Reszta musi szukać innych możliwości. I tu wracamy do giełdy. Ona jest właśnie modelowym przykładem inflacji na rynku kapitałowym. Ilość papierów wartościowych jest ograniczona, a ilość chętnych do ich kupna, których pieniądze parzą w palce, jest coraz większa. Windują oni zatem ceny, do niebotycznych i równocześnie idiotycznych wysokości! Gdy nie można zwiększyć ilości akcji, zwiększa się ilość wszelkiego typu „wynalazków finansowych”, które najczęściej są formą zakładu o coś. Nazywanie giełdy globalnym kasynem gry, nie jest wcale przesadą! Jest faktem! Zwykłe kasyna nie mają praktycznie żadnego wpływu na gospodarkę. Niestety nie można powiedzieć tego o giełdzie! Wymusza ona na podmiotach gospodarczych takie działania, które powodują wzrost cen papierów „wartościowych”. Najchętniej widziane są cięcia kosztów poprzez masowe zwolnienia, obniżki płac i temu podobne posunięcia. Wszystko to już dawno przestało mieć jakikolwiek sens gospodarczy, niewiele ma też wspólnego ze zdrowym rozsądkiem, więc coraz bardziej zaczęły się liczyć działania pozorne, plotki i szum medialny. Zadziwiające w tym wszystkim jest jednak to, że tak niewielu ludzi, nawet po tylu krachach na giełdach, dostrzega przerażającą prawdę zawartą w stwierdzeniu Keynesa z jego „Ogólnej teorii zatrudnienia, procentu i pieniądza”:
Speculators may do no harm as bubbles on a steady stream of enterprise. But the position is serious when enterprise becomes the bubble on a whirlpool of speculation.” – spekulanci są nie bardziej szkodliwi niż bańki na spokojnym strumieniu działalności gospodarczej. Ale sytuacja staje się poważna, gdy działalność gospodarcza staje się bańką w wirze spekulacji (tłumaczenie moje). Obecnie mamy do czynienia właśnie z taką sytuacją! Można śmiało powiedzieć, że giełda symuluje dzisiaj obieg gospodarczy. Ale ma także wpływ na realną gospodarkę! Niestety z negatywnymi, wspomnianymi wcześniej, konsekwencjami dla nas – zwykłych śmiertelników. Zyski, jakie (ewentualnie) się na giełdzie osiąga, pochodzą z mechanizmów inflacyjnych spowodowanych coraz szybszym napływem pieniędzy z realnego obiegu gospodarczego. Osoby starsze pamiętają „staczy” kolejkowych. Gracze giełdowi, to właśnie tacy „stacze”. Sprzedają drożej to, co kupili taniej, bo przez ten czas przybyło pieniędzy w obiegu finansowym i wzrosła ilość ludzi, których te pieniądze parzą w ręce. Fakt, zanim nastąpi krach, na procederze tym można nawet bardzo dobrze zarobić (lub stracić), ale z gospodarczego punktu widzenia jest to czysty idiotyzm!

Niegrzeczne dzieci z pewnością wiercą się, aby zadać pytanie: czemu o tym wszystkim nie mówi się w oficjalnych mediach, nie uczy w szkołach, a przede wszystkim nic się nie zmienia! Częściowo próbowałem już odpowiedzieć na to pytanie w moim wstępie, głównie w częściach PRZYSZŁOŚĆ i INTELEKTUALNY ZASTÓJ. Odpowiem jeszcze raz krótko: za dużo słuchamy bajeczek dla grzecznych dzieci i za mało zadajemy pytań. Zbyt mało zastanawiamy się jak skonstruowany jest nasz świat. Oglądamy teatrzyk, jakim jest polityka. Emocjonujemy się występującymi tam kukiełkami. Już jedynie bardzo łatwowierne, albo bardzo tępe dzieci nie dostrzegają faktu, że kukiełki te poruszane są przy pomocy sznurków, które pociągają aktorzy ukryci za kulisami. To, co się za tymi kulisami dzieje, próbują nam wyjaśniać wszelkiej maści teorie spiskowe, z których większość, jest moim zdaniem kompletną bzdurą! Oprócz tego przywołuje się także, jak np. w książkach Song Hongbinga, wydarzenia z historii. Postacie Rothschildów, Rockefellerów, czy wydarzenia wokół powstania amerykańskiej Rezerwy Federalnej. Podobnie jest z mało znaną w Polsce, książką „Tragedy and Hope” Carrolla Quigley. W jej wypadku mamy już bardziej wiarygodne źródło – pisała ją osoba z „wewnętrznego kręgu”. Mają one za zadanie ujawnić osoby pociągające za sznurki. Wszystko to, ma moim zdaniem znaczenie jedynie historyczne. Jeszcze w latach 60, ilość tych osób i organizacji była w jakiś sposób do ogarnięcia. Od tego czasu wszystko się zmieniło. Ich ilość wzrosła. Tłoczą się więc za kulisami, trącają się i przeszkadzają sobie wzajemnie. Rezultatem tego są nieskoordynowane ruchy ich kukiełek. Dodatkowo wiele sznurków splątało się i to, co odgrywają kukiełki bardziej przypomina taniec św. Wita niż przedstawienie! A my wszyscy patrzymy na to, nic nie rozumiemy i doszukujemy się w tym jakiegoś sensu i drugiego dna! W jednym z moich poprzednich wpisów porównałem obecną sytuację z siecią neuronową, ale jedynie niewiele osób wie, i jest w stanie zrozumieć, co to takiego. Porównanie z teatrzykiem jest zrozumiałe dla wszystkich dzieci. Niestety nie mamy wglądu za kulisy. Nikt z pociągających za sznurki nie powie nam też o swoim scenariuszu. „Wir können sie nicht zwingen, die Wahrheit zu sagen. Aber wir können sie zwingen, immer dreister zu lügen” – nie możemy ich zmusić do mówienia prawdy. Ale możemy ich zmusić do coraz bezczelniejszych kłamstw, miała rzekomo powiedzieć niemiecka terrorystka Ulrike Meinhof. Nie namawiam nikogo do terroryzmu, ale do zadawania pytań. One będą miały ten sam skutek – odpowiadający będą zmuszeni coraz bezczelniej kłamać. Może tą droga dowiemy się więcej.

Jestem przekonany, że albo ludzkość zrozumie, czym jest obecny system monetarny i zreformuje go, albo czeka ją samozagłada lub cofnięcie do epoki barbarzyństwa. Niestety taka reforma może być dla wielu bardzo bolesna. Konieczne będzie przełamanie wielu, istniejących nawet od tysiącleci, tabu, stereotypów i sposobów myślenia. Gotowego systemu monetarnego nie wymyśli się także siedząc przy biurku! Z pewnością konieczne będą eksperymenty najpierw na małą skalę, potem na skalę krajów. Nie uniknie się także błędów. Nie osiągnie się tego także bez zadawania pytań. Prawie wszystkie największe odkrycia w dziejach ludzkości były dokonywane przez niegrzeczne dzieci – ludzi, którzy zadawali pytania, które innym nie przyszły do głowy. Ludzi, którzy nie chcieli słuchać bajeczek dla grzecznych dzieci.

Staniemy się towarem

Pisałem już nieco o Internecie [1] [2]. Szczerze mówiąc nie spodziewam się po nim niczego dobrego. Niczego dobrego dla nas. Niestety obawy moje coraz szybciej się potwierdzają! Ostatnio natknąłem się na informację, której, szczerze mówiąc, już od jakiegoś czasu się spodziewałem. Nie sądziłem jednak, że nastąpi to tak szybko. Informacja ta dotyczy każdego z nas. Niestety, jedynie niewielu zdaje sobie sprawę z jej wagi i z tego, co ona oznacza. A oznacza ona, ni mniej, ni więcej, że staniemy się towarem! Oczywiście nie my, jako fizyczne osoby! Tak daleko jeszcze nie zaszło (jeszcze nie…)! Tym towarem będzie wiedza o nas, a konkretnie wszystkie możliwe nasze dane i dotyczące nas informacje. Właściwie nie jest to nic nowego. Nie jest żadną tajemnicą, że już od dawna zbiera się o nas wszelkie możliwe dane, także handel nimi jest także na porządku dziennym. Na razie handel ten odbywa się jednak na względnie małą skalę i „na dziko” – bez regulacji prawnych. Teraz odbywać się będzie w majestacie prawa. Ramy prawne opracowuje organizacja do tego powołana: Światowa Organizacja Handlu. Nazwa wszystko mówi. Nie jest żadnym zaskoczeniem, że motorem napędowym negocjacji są USA. Amerykanie są praktycznie monopolistami w zbieraniu danych. Wszystkie główne firmy informatyczne i internetowe są firmami amerykańskimi. Do tego dochodzą agencje wywiadowcze. Internet jest tak skonstruowany, że prawie wszystkie światowe dane, przechodzą przez terytorium USA. Nawet email do kogoś oddalonego o kilka ulic.

Główne żądania amerykańskich negocjatorów to:

  • Zakaz pobierania opłat celnych od danych.
  • Nieograniczone możliwości przepływu i przekazywania danych.
  • Brak ograniczeń dotyczących lokalizacji usługodawcy. Wszystkie dotychczasowe ograniczenia mówiące, że firma musi posiadać swoją filię w danym kraju, mają zostać zniesione.
  • Swoboda tworzenia własnych sieci. Usługodawcy muszą mieć całkowitą swobodę w tworzeniu własnych sieci i w dostępie do sieci innych usługodawców.

Prawdziwym skandalem jest jednak postawa Unii Europejskiej. Krótko mówiąc włazi ona Amerykanom bez wazeliny i akceptuje wszystkie te żądania! Europa dbała dotychczas przynajmniej o pozory ochrony naszych danych, teraz zrezygnowała nawet z tego.

Co to wszystko oznacza. A to, że teraz nasz pracodawca, firma ubezpieczeniowa, czy bank będą o nas wszystko (dosłownie wszystko!!!) wiedzieć. Z naszych rozmów telefonicznych, smsów, maili, wpisów na naszym portalu, nasz pracodawca dowie się za niewielką opłatą, co myślimy o nim i o firmie, w której pracujemy. Pozna nasze poglądy polityczne, naszą sytuację rodzinną, czy jesteśmy zadłużeni i czy spłacamy kredyty, pozna nasz stan zdrowia, a nawet nasze preferencje seksualne. To samo dotyczy naszego ubezpieczyciela. Jego także z pewnością bardzo zainteresuje stan naszego zdrowia. Tajemnica lekarska? Lekarz nic nie powie! Ale zapisze diagnozę w komputerze, przepisze zabiegi i terapie, wystawi recepty… Jeździmy samochodem? Nasz ubezpieczyciel dowie się, jaką drogę nim odbywamy, więcej, dowie się wszystkiego o naszym stylu jazdy. Czy stanowimy zagrożenie w ruchu drogowym. Ktoś nie wierzy? Od 2018 roku każdy nowy samochód musi być wyposażony w urządzenie, które to (a także wiele innych rzeczy!) umożliwi. Skarżymy się rodzinie i znajomym, że jesteśmy przemęczeni, że nie „wyrabiamy” już psychicznie… Nasz bank dowie się o tym i podniesie oprocentowanie naszego kredytu albo odmówi nam nowego, bo jesteśmy psychicznie labilni, zagrożeni depresją i możemy być kłopotliwym klientem, który nie będzie w stanie spłacić kredytów.

To tylko pierwsze przykłady, jakie przyszły mi do głowy w czasie pisania. Można je mnożyć praktycznie w nieskończoność. A przyszłość zgotuje nam na pewno niejedną niemiłą niespodziankę!

Powie ktoś, że przesadzam. Że mam manię prześladowczą. Że głoszę teorie spiskowe. Że to wszystko nieprawda. Całkowicie rozumiem takie podejście. To wszystko dotyczy techniki, której przeciętny zjadacz chleba kompletnie nie rozumie. Graniczy ona dla niego z czarną magią. Tak się złożyło, że pracuję w branży informatycznej i komputerowej. Proszę mi wierzyć, wiem o czym piszę. Wprawdzie nie mam nic wspólnego z inwigilacją, ale mam wiedzę, pozwalającą zrozumieć technikę, która za tym stoi. Zdaję sobie sprawę z jej możliwości i zagrożeń, jakie za sobą niesie. W tej branży trzeba stale się dokształcać, wiedzieć, co nowego się dzieje. Obok informacji bezpośrednio dotyczących mojej pracy, spotykam się także z innymi informacjami. Spotykam się także z opiniami i analizami, które piszą ludzie bezpośrednio pracujący przy tworzeniu technik zbierania i przetwarzania danych. Większość z nich jest przerażona! A są to jeszcze lepsi fachowcy ode mnie, którzy wiedzą rzeczy, o których ja nie wiem!

Najgorsze, że jesteśmy kompletnie bezbronni wobec tego, co nastąpi. Nie możemy wyjechać na bezludną wyspę, odciąć się od świata. Mamy także wiele fałszywych przekonań dotyczących techniki, którą się posługujemy. Sądzimy, że jesteśmy anonimowi w Internecie. Że wystarczy zameldować się pod jakimś pseudonimem i nikt nas nie znajdzie. Nic bardziej błędnego! Istnieją dziesiątki metod tzw. „trackingu”, pozwalające rozpoznać osobę siedzącą przed komputerem np. po ruchach myszy lub sposobie uderzania w klawiaturę, czy jest to akurat mąż, żona, czy któreś z dzieci. Można także później stwierdzić, że ta sama osoba obsługuje komputer w biurze. Na razie wykorzystuje się to głównie do tropienia przestępców, ale gdy da się na tym zarobić, stanie się to powszechne. Także jedynie ktoś niemający pojęcia o programowaniu, może być przekonanym, że wyłączył swojego smartfona. Dziecinnie prosta jest taka jego manipulacja, aby wyglądał na wyłączony, ale mikrofon i kamera pozostały aktywne. Jedyną pewną metodą jest wyjęcie akumulatora. Kiedyś wystarczył do tego ruch kciukiem, dziś akumulator jest najczęściej przylutowany na stałe.

O naszej ignorancji świadczy najlepiej powszechny brak zainteresowania tym, co ujawnił Edward Snowden. Wprawdzie sporo o tym mówiono, ale był to kompletny szum informacyjny. To także jestem w stanie zrozumieć. Dla przeciętnego Kowalskiego są to podobne informacje, jak wieść o odkryciu fal grawitacyjnych albo bosonu Higgsa. Także wszędzie o tym pisano. Przeczyta nagłówek, posłucha w telewizji, pokiwa głową i nic z tego nie zrozumie. A dokumenty, które ujawnił Snowden, potwierdzają całkowicie to, o czym tutaj piszę. Oczywiście żaden dziennikarz tego nie powie, a co dopiero polityk! Dokumenty te nie były właściwie żadną niespodzianką. Od dawna się tego domyślano, brakowało jedynie dowodów. On je dostarczył. Wszyscy są zresztą przekonani, że zobaczyliśmy jedynie wierzchołek góry lodowej.

Wiedza o nas pozwala na opracowanie coraz skuteczniejszych i perfidniejszych, bo działających na podświadomość, technik sterowania nami. Trochę już o tym pisałem. Internet pozwala robić to na niewyobrażalna skalę. Prasa, radio i telewizja, to przy tym jedynie dziecinne zabawki! Zresztą, z czasem zleją się one w jedno medium. Coraz szybciej rozwija się też technika sztucznej inteligencji, której możliwości są praktycznie nieograniczone. To, do czego już jest wykorzystywana, jeży włosy na głowie! A to dopiero początki!

Internet zmusza nas także do innego spojrzenia na kwestię suwerenności krajów [1] [2]. Także dominacja oprogramowania jednej firmy, może dziś doprowadzić do wręcz kolonialnej zależności [1] [2]. Jakoś nie słyszałem, aby ktokolwiek zastanawiał się u nas nad tymi problemami. Inaczej jest w Rosji [1] [2]. Rosjanie zdają sobie sprawę z tego, że są obiektem wojny propagandowej. Zdają sobie także sprawę z tego, że są w tej wojnie stroną przegraną. Każdy słyszał o „trollach Putina”. Już samo używanie takiego pojęcia świadczy o kompletnej ignorancji. Nikt nie zastanawia się także nad zarzutem rosyjskich manipulacji przy wyborach w USA. Każdy bezkrytycznie przyjmuje za pewnik ten kompletny idiotyzm. W kółko się to powtarza, ale nigdzie nie spotkałem się z wyjaśnieniem, jak niby miałyby owe manipulacje wyglądać? Przy amerykańskim monopolu na kontrolę przepływu danych i manipulację światową opinią publiczną, jest to czymś niemożliwym!

Wspomniałem na początku, że nie spodziewałem się takiego tempa w opracowaniu porozumień handlowych. Sądziłem, że najpierw uregulowana zostanie sprawa własności danych. Wbrew pozorom nie jest prawnie uregulowane, kto jest właścicielem naszych danych. Myli się ten, kto sądzi, że my jesteśmy ich właścicielami. Gdy piszemy coś na naszym portalu lub umieszczamy tam nasze zdjęcia, możemy to w każdej chwili skasować. Oznacza to jednak jedynie to, że nie będzie to widoczne w sieci. My sami, nie będziemy już mieć dostępu do tych danych. Nie zostanie to jednak skasowane na serwerach właściciela portalu, gdyż uważa on, że jest właścicielem tych danych! Nawet to, co pisaliśmy „na brudno” i wszystkie zmiany w tekście, pozostają tam! Jeżeli całkowicie zlikwidujemy swój profil, oznacza to jedynie zlikwidowanie profilu, ale nie skasowanie naszych danych oraz naszych wpisów i zdjęć! Kompletnie niejasne jest, co stanie się z naszymi danymi po naszej śmierci. Spadkobiercy?! Akurat niedawno niemiecki sąd rozstrzygnął, że rodzice, którzy są prawnymi spadkobiercami (!), nie mają prawa dostępu do profilu swojej zmarłej córki!! Mieli oni nadzieję znaleźć tam wyjaśnienie przyczyny jej samobójstwa. Wspomniałem o samochodach… Już dzisiaj rejestrują one masę danych. Także nie wiadomo, kto jest ich właścicielem. Producenci samochodów uważają, że oni, gdyż są to jedynie dane techniczne, potrzebne im do statystyki awaryjności, oceny stanu technicznego pojazdu, tempa jego zużycia itp. Poza numerem seryjnym samochodu, nie ma tam danych właściciela. Ale ten numer jest w dowodzie rejestracyjnym wraz ze wszystkimi danymi właściciela i nie ma najmniejszego problemu z dopasowaniem tych, a potem innych, danych.

Coraz bardziej zaczynam tęsknić za UB i jej teczkami! Tak naprawdę, nic oni wtedy o nas nie wiedzieli.