Informacyjny waterboarding

Żyjemy w okresie zalewu informacji. Z jednej strony spowodowane jest to chęcią zysku – każdy odbiorca oznacza zarobek. Z drugiej strony jest to działanie zamierzone, skierowane na ogłupienie społeczeństwa nadmiarem wrażeń i impulsów docierających do naszych mózgów. Nie są one już w stanie tego przerobić. Gdy jeszcze dodamy do tego modne obecnie „fake news”, czy postprawdę oraz szeroko rozpowszechnione, ale nierozumiane i przez to niezauważalne, psychologiczne metody manipulacji, to określenie „informacyjny waterboarding” będzie jak najbardziej na miejscu. Nie da się nawet od tego uciec! Od lat nie oglądam telewizji, krajowe media i strony internetowe prawie dla mnie nie istnieją, ale i tak, rykoszetem, dowiaduję się o najważniejszych wydarzeniach w naszym kraju, czyli kogo (poza kotem) Prezes akurat darzy łaskami i czy tak straszne przestępstwo, jak namalowanie tęczy nad głową Matki Boskiej należy ukarać spaleniem na stosie, czy jedynie ekskomuniką. Ja mam już z górki, przestało mnie już to wszystko podniecać, żal mi jedynie mego kraju i młodego pokolenia, które ma jeszcze jakieś plany i nadzieje.

Ale nie inaczej jest w innych częściach świata. Jest to wszechobecny trend. Dlatego staram się ograniczyć zakres moich zainteresowań do spraw najważniejszych. Pomijam tu informacje konieczne dla pracy zawodowej i dla życia codziennego. Nie wiem, mam nadzieję, że się mylę, ale uważam, że w chwili obecnej najważniejszym tematem jest kryzys, a właściwie kolaps naszego systemu monetarnego. Wszystkie inne wydarzenia w polityce i gospodarce są pochodną tego właśnie tematu. Kolaps ten w każdej chwili uruchomić może lawinę, która zniszczy cały nasz świat. Jest to pierwszy klocek domina, którego upadek uruchomi upadek dalszych. Ostatnim będzie odpalenie rakiet z głowicami jądrowymi.

Niestety, nie odnoszę wrażenia, że ludzie odpowiedzialni za kształt naszego systemu monetarnego zdają sobie w pełni sprawę z grożącego niebezpieczeństwa. Co gorsza brak jest rzetelnej analizy obecnej sytuacji, a przede wszystkim jej przyczyn. Wprawdzie robi się o wiele więcej niż w czasie Wielkiego Kryzysu z lat trzydziestych, ale dominuje łatanie dziur i podpieranie walącej się konstrukcji. Brak też badań nad alternatywami dla obecnego systemu. Wiedza o systemie monetarnym jest wśród społeczeństw całego świata na poziomie zerowym, dlatego też kompletnie nie istnieje oddolny nacisk na zmiany. Dominuje szwejkowskie podejście do problemu: „jak było, tak było, ale jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było”.

Nie oznacza to jednak, że w temacie tym panuje nuda. Dzieją się rzeczy naprawdę ciekawe. Oto parę z nich.

Zacznijmy może od CBDC – Central Bank Digital Currencies czyli walut cyfrowych banku centralnego. Pisałem już o nich [1], [2]. Dla niezorientowanych wyjaśnię w skrócie, że nie jest to nic nowego. Istnieją od dawna. Każdy bank centralny je emituje i są to jedyne, legalne środki płatnicze. W formie cyfrowej znajdują się one jedynie na kontach, jakie banki komercyjne mają w banku centralnym i używane są do rozliczeń międzybankowych. Może dla niektórych to już nudne, ale wyjaśnień nigdy za wiele: to, co znajduje się na naszych kontach bankowych, NIE JEST PIENIĘDZMI!! Jedynymi legalnymi pieniędzmi w każdym kraju są jedynie CBDC i ich „analogowa” forma, czyli gotówka! Na naszych kontach w banku jest jedynie zapis księgowy, mówiący ile tych prawdziwych pieniędzy bank jest nam WINIEN! Ale żaden bank na świecie nie posiada tyle CBDC i gotówki, ile znajduje się na naszych kontach. Zobowiązany jest posiadać jedynie rezerwę obowiązkową CBDC na swoim koncie w banku centralnym. Gdy wszyscy zechcemy podjąć gotówkę ze swoich kont (bank run) – banki nie będą w stanie nam jej wypłacić i zbankrutują. Najłatwiej jest zrozumieć, do czego służą CBDC, gdy dowiemy się jak wyglądają przelewy międzybankowe. Gdy zlecamy naszemu bankowi A przelanie 100 zł z naszego konta na czyjeś konto w banku B, to bank A zmniejsza stan naszego konta o żądaną sumę i zleca bankowi centralnemu przelanie tej sumy w CBDC ze swojego konta w banku centralnym, na konto banku B. Krótko przed północą następuje rozliczenie na kontach obu banków w banku centralnym. Z konta banku A, bank centralny przelewa 100 zł (czyli CBDC) na konto w banku B. W praktyce bilansuje się wszystkie operacje, czyli, gdy np. równocześnie ktoś w banku B zleca przelew 80 zł do banku A, to przelewa się jedynie 20 zł z banku A do B.

W całej tej wrzawie wokół CBDC chodzi o coś innego. Wszechobecny obecnie trend do rozliczeń bezgotówkowych i związana z nim demonetyzacja, czyli likwidacja gotówki, doprowadzi w końcu do paradoksalnej sytuacji, że będziemy pozbawieni dostępu do jedynego legalnego środka płatniczego! Aby temu zapobiec, wiele banków centralnych proponuje udostępnienie kont z CBDC dla wszystkich obywateli.

Nie jest to sprawa prosta, dlatego trwa ożywiona dyskusja, jak ma to wyglądać. Organizowane są międzynarodowe konferencje. Jedna, w Sztokholmie, zakończyła się parę dni temu. Nawet zastanawiałem się, czy się na nią nie wybrać (jedynie skok przez Bałtyk), bo lista prelegentów była bardzo ciekawa. Niestety, względy rodzinne nie pozwoliły. Mam zostać poinformowany, kiedy gotowe będzie opracowanie z wynikami końcowymi. Podobną konferencję organizuje kanadyjski bank centralny (tam nie pojadę, za daleko). Także RPA zainteresowana jest udostępnieniem CBDC. Poszukuje nawet doradców, którzy pomogliby w przeprowadzeniu tej operacji (nie zgłosiłem się, niech sobie sami radzą). Żarty mnie się trzymają!

Druga, bardzo ciekawa informacja, dotyczy Włoch. Włosi są zawsze na czele wszystkich sondaży dotyczących najbardziej lubianych nacji. Może dlatego, że kraju tego nikt nie traktuje poważnie. Jedyne, co w nim funkcjonuje, to mafia. Pewnie dlatego, w naszym kraju jedynie blogi i media „drugiego nurtu” doniosły o planach wprowadzenia przez Włochy „waluty równoległej” do Euro – czyli tzw. Mini-Bots. Cóż to takiego i o co w tym wszystkim chodzi. Nie jest tajemnicą, że Włochy są zadłużone po uszy. Dodatkowo, podobnie jak prawie wszystkie kraje strefy Euro, zmagają się z recesją, która coraz bardziej utrudnia obsługę tego zadłużenia. Dochodzą do tego zagrożone bankructwem banki i ogromne bezrobocie, szczególnie wśród młodzieży. Jedynym ratunkiem dla Włoch jest „ucieczka do przodu”, czyli rozkręcenie gospodarki. Zrobić to można jedynie poprzez wzrost wydatków rządowych. A to z kolei oznacza dalszy wzrost zadłużenia. Sprzeciwia się temu Komisja Europejska, która tańczy pod dyktando Niemiec, nakazujących wychodzenie z kryzysu przy pomocy oszczędzania. Że tak się robi, wie przecież każda szwabska gospodyni domowa. Co jest skuteczne w mikroekonomii, jest zabójcze w makroekonomii. Obowiązuje w niej inne prawo, mówiące, że moje wydatki są twoimi dochodami. Jeśli ja nie wydam pieniędzy, ty nie zarobisz. Jeśli oszczędza jedna gospodyni domowa, to nie ma problemu, ale jeśli oszczędza największy klient – państwo, to jest to nie tylko prosta droga, ale wręcz czteropasmowa autostrada do recesji i katastrofy gospodarczej! To niestety przekracza horyzonty myślowe szwabskiej gospodyni domowej. Pisałem już jakiś czas temu, co, moim zdaniem, może się kryć za tą perfidną metodą.

Tak na marginesie; nasze pogardliwe określenie Szwab jest dla Niemca pochlebstwem! Szwab (niem. Schwab), mieszkaniec Szwabii, jest dla każdego Niemca synonimem gospodarności i oszczędności. Dlatego szwabska gospodyni domowa ma tu być autorytetem i bezdyskusyjnym argumentem słuszności takiego postępowania.

Krótko mówiąc, Włochy nie mają innego wyjścia, jak zwiększyć swoje zadłużenie, zwiększyć wydatki rządu i próbować rozkręcić koniunkturę. Czy to pomoże? Oczywiście nie, najwyżej na krótko, ale to już inny temat.

Ale Włosi chcą dodatkowo wypróbować jeszcze coś innego! Chcą wykorzystać swoje długi, jako środek płatniczy! Muszę przyznać, idea całkiem sprytna! W końcu obecny pieniądz to także nic innego jak dług podniesiony do rangi legalnego środka płatniczego! Ojcem tego pomysłu jest rzekomo Claudio Borghi, enfant terrible włoskich ekonomistów. Czym zatem miałyby być owe Mini-Bots? Nazwa pochodzi od „Buono ordinario del Tesoro” i oznacza włoskie obligacje rządowe z terminem wykupu krótszym niż jeden rok. Pomysł polega na emisji specjalnych banknotów o nominałach od 5 do 500 Euro, których „pokryciem” byłyby wszystkie zaległe rachunki włoskiego rządu. Ich okres ważności byłby nieograniczony, gwarantem byłoby państwo i byłyby nieoprocentowane. W odróżnieniu od oficjalnych środków płatniczych nie istniałby przymus ich przyjęcia, ale (uwaga!) byłyby one akceptowane przez państwo przy płaceniu podatków. To jest głównym argumentem wobec krytyków tego pomysłu. Mini-Bots nie byłyby zatem żadnymi kolejnymi rządowymi papierami dłużnymi, ale podatkową notą uznaniową! Gdy połączymy to z wysiłkami włoskiego rządu, starającego się podnieść dyscyplinę podatkową, to coś takiego ma już konkretną wartość i może być chętnie akceptowane, jako zapłata! Oprócz tego lepszy wróbel (Mini-Bot) w garści, niż gołąbek (obietnica zapłacenia rachunku przez państwo) na dachu.

Oczywiście, natychmiast po ogłoszeniu tego pomysłu, podniósł się straszliwy jazgot! Że jest to ukryty sposób podniesienia zadłużenia, i że w ogóle jest to nielegalne. Zarzut podniesienia zadłużenia jest wierutnym kłamstwem, gdyż chodzi w tym wypadku nie o kolejny dług, ale o prosty geszeft – wy nam darujecie długi, my wam darujemy podatki i będziemy kwita. Licznik się wyzeruje. Najprawdopodobniej ta prosta logika nie będzie akceptowana zarówno przez Komisję Europejską, jak i przez Europejski Bank Centralny. Mario Draghi dał już temu wyraz twierdząc, że albo jest to dług, albo emisja pieniędzy. I jedno i drugie jest nielegalne. Oczywiście pomysł nie podoba się także „rynkom”, gdyż, jak już wspomniałem, Mini-Bots są nieoprocentowane. Nic na nich nie zarobią.

Czy ten pomysł jest zatem nielegalny? Odpowiedź na to pytanie nie jest taka prosta i prawdopodobnie rozstrzygnąć to będzie musiał Europejski Trybunał Sprawiedliwości. Ale z pewnością potwierdzi on nielegalność. Wyrok nie może być po prostu inny, gdyż pomysł jest zbyt niebezpieczny i trzeba mu koniecznie ukręcić łeb.

Oczywiście suwerenne państwo ma prawo coś takiego zrobić! Problem w tym, że przystępując do Unii Europejskiej, każde państwo przekazuje część tej suwerenności na rzecz Unii. Wstępując do strefy Euro, zrzeka się także suwerenności monetarnej. EBC twierdzi, że jedynie on ma monopol na emisję pieniędzy, ale ktoś mógłby zadać pytanie: a kto mu ten monopol nadał? Oprócz tego Włochy nie zamierzają likwidować Euro! Mini-Bots mają być nawet denominowane w Euro!! Przede wszystkim jednak, EBC nie ma żadnego prawa narzucać państwom strefy Euro, jak mają się rozliczać. O co więc tu chodzi? Chodzi o metodę finansowania wydatków państwowych. Oprócz wpływów podatkowych, wszystkie państwa pozyskują pieniądze na swoje wydatki emitując obligacje i dając je w zastaw rynkom finansowym, w zamian za pieniądze. Oczywiście na odpowiedni procent!! Krótko mówiąc – zadłużają się. Mini-Bots pomijają owe rynki finansowe i ktoś mógłby w tym momencie zadać głupie pytanie: dlaczego legalna ma być metoda niekorzystna dla państwa/społeczeństwa, a nielegalna – prawie identyczna – ale korzystna dla niego? Przede wszystkim jednak: kto ma prawo narzucać coś takiego społeczeństwu?! Takie pytania to już populizm czystej wody i nie można dopuścić do tego, aby ktoś je publicznie zadał.

Przewiduję, że jeśli Włosi pozostaną uparci, to Unia po prostu po cichu zaakceptuje wzrost ich zadłużenia, w zamian za wycofanie się ze swego „głupiego” pomysłu.

Ale wiadomością największego kalibru była niedawna zapowiedź Facebooka o planach wprowadzenia własnej waluty. Nie było to zaskoczenie. Informacje na ten temat kursują już od jakiegoś czasu [1], [2], [3]. Jak na razie niewiele jest jeszcze konkretów ze strony Facebooka. Dominuje ogólnikowe bla, bla. W międzyczasie Facebook puścił już więcej farby. Białej. Trochę więcej szczegółów dostarcza Biała Księga. Z jej lektury wynika, że ma to być cyfrowa kryptowaluta z użyciem techniki blockchain i ma nazywać się Libra. Brak konkretów nie przeszkadza jednak mediom w wypisywaniu najbardziej fantastycznych scenariuszy. Niektórzy uznali to za atak na wszystkie waluty światowe z dolarem włącznie. Inni widzą tu już zapowiedź waluty światowej. Traderzy i wszelakiej maści guru giełdy, bredzą coś o przewidywanym kursie i możliwościach inwestycyjnych. Inni przewidują już jak wysoko oprocentowane będą konta w tej walucie. Pomijam tu brednie wynikające z nieznajomości technologii, według których sam blockchain to już kryptowaluta. Takie brednie głoszą nie tylko dziennikarze, ale także politycy, bankierzy i przedstawiciele gospodarki.

Zbierzmy zatem do kupy to, co już wiemy.

Kto za tym stoi: Przede wszystkim trzeba zaznaczyć, że nie jest to waluta tylko Facebooka, ale całego konsorcjum z siedzibą w Szwajcarii. Członkami tego konsorcjum (oprócz oczywiście Facebooka) są m. in. takie firmy jak Visa, Mastercard, PayPal, Uber i Lyft. Co ciekawe, jest to konsorcjum not-for-profit, czyli, którego głównym celem nie jest zarabianie pieniędzy!

Nowa waluta: „The unit of currency is called Libra. The aim is to make Libra as widely accepted and as easy to use as possible to create a currency that people can use with confidence and convenience in their everyday lives” – Jednostka walutowa nazywa się Libra. Celem jest uczynienie Libry powszechnie akceptowaną i łatwą w użyciu, jak to tylko możliwe, czyli stworzenie waluty, cieszącej się zaufaniem i wygodnej w codziennym życiu (tłumaczenie moje).

Zabezpieczenie nowej waluty: „Unlike the majority of cryptocurrencies, Libra is fully backed by a reserve of real assets. A basket of currencies and assets will be held in the Libra Reserve for every Libra that is created, building trust in its intrinsic value” – W przeciwieństwie do większości kryptowalut, Libra jest w pełni zabezpieczona rezerwą rzeczywistych aktywów. Każda Libra będzie miała zabezpieczenie w koszyku walut i aktywów przechowywanym w Rezerwie Libry, tworząc w ten sposób zaufanie do jej wartości (tłumaczenie moje). Każdy z członków konsorcjum ma wpłacić po 10 milionów dolarów do Rezerwy.

Blockchain: Podobnie jak wszystkie inne kryptowaluty, sercem Libry jest rozproszona baza danych, oparta na technologii blockchain. Do przeprowadzania transakcji stworzono specjalny język programowania Move. Całość jest projektem open source.

Co o tym wszystkim można powiedzieć? Szczerze mówiąc nie wiem. Po lekturze tych dokumentów jestem tak samo głupi jak i przed nią. Już pierwsze zdanie z Białej Księgi daje wiele do myślenia „Libra’s mission is to enable a simple global currency and financial infrastructure that empowers billions of people.” – misją Libry jest stworzenie prostej, globalnej waluty i sieci finansowej, która upodmiotowi miliardy ludzi (tłumaczenie moje). W tym miejscu należy sobie wyjaśnić, że pod upodmiotowieniem (empower) rozumiana jest tzw. financial inclusion, czyli dostęp do usług bankowych, takich jak przelewy i kredyty. Jest to zatem napędzanie masy nowych klientów bankom, które powinny pchać się drzwiami i oknami do tego konsorcjum i być jego głównymi członkami. Ale nie ma w nim ANI JEDNEGO banku!! Co najmniej dziwne, prawda? Dlaczego? Czapa wszystkich banków – Bank Rozliczeń Międzynarodowych BIS, w opublikowanym niedawno raporcie, obszernie analizuje proces wchodzenia internetowych gigantów do strefy finansów. Konkretnie o planach Facebooka jest tam jedynie jedno zdanie. Według autorów opracowania, wchodzenie firm internetowych do tej strefy finansowej, to proces naturalny, nie da się go więc uniknąć. Autorzy analizują możliwe konsekwencje tego procesu zarówno dla banków, jak i ich klientów. Konsekwencje wcale nie muszą być dla banków wyłącznie negatywne. Taka współpraca przynieść może wiele korzyści. Trochę inaczej wygląda to z klientami banków. Firmy internetowe już dziś dysponują ogromną masą danych. O naszej sferze prywatnej wiedzą prawie wszystko. Także o naszych finansach. Gdy uzyskają dostęp do posiadanych przez banki danych o naszych operacjach finansowych, to możliwe będzie opracowanie szalenie dokładnych danych dotyczących np. ryzyka niespłacenia kredytu czy podsuwania korzystnych (oczywiście nie dla nas!) sposobów lokaty oszczędności oraz reklam. Główną troską BIS jest zatem ochrona naszych danych. Nawet w takim kraju jak USA, gdzie nikt nie przejmuje się ochroną danych osobowych, senacka komisja finansów i bankowości wystąpiła do Facebooka z szeregiem pytań dotyczącej właśnie tej sfery.

Jednym z pierwszych pytań, jakie sobie zadałem po przeczytaniu informacji o planach Facebooka, było pytanie o identyfikację użytkownika. Do banku idziemy z dokumentami. Projekt Facebooka skierowany jest głównie do krajów trzeciego świata, głównie Afryki, których obywatele często żadnych dokumentów nie posiadają. Pisałem już, że głównym elementem financial inclusion jest stworzenie w każdym kraju systemu rejestracji obywateli i wydanie im dokumentów potwierdzających ich tożsamość. W planach Facebooka element ten nie istnieje! Dokumenty te są niezbędne przy każdej operacji bankowej. Procedura jest jeszcze bardziej skomplikowana, gdy operacje dokonywane są przez Internet lub sieć komórkową – tak, jak to planuje Facebook. Wtedy Bwana Kubwa Zuckerberg musi wiedzieć, że Kali to naprawdę Kali, a Mea to Mea. Nie istnieje obecnie żaden oficjalny sposób identyfikacji online. Nie oszukujmy się, firmy internetowe dobrze wiedzą, kto akurat siedzi przed komputerem. Istnieje cała masa sposobów, które pozwalają zidentyfikować użytkownika i stwierdzić, czy przed domowym komputerem siedzi akurat ojciec, matka, syn czy córka. Najprostszą metodą identyfikacji jest sposób poruszania myszą lub uderzania w klawiaturę. Istnieje cała masa bardziej wyrafinowanych technicznie sposobów. Już dawno zorientowałem się, że jestem rozpoznawany, czy akurat siedzę przed komputerem domowym, czy w pracy. Służbowego komputera nigdy nie używam do celów prywatnych. Mam swojego laptopa z własnym połączeniem z Internetem. Tak na marginesie, nie stwierdziłem tego, gdy używam drugiego służbowego komputera z Linuxem. Ale wszystkie te metody nie mają mocy prawnej. Żaden sąd na świecie ich nie zaakceptuje. Okazuje się, że nie ja jeden zwróciłem uwagę na ten problem. Niejako „branżowa” strona zwróciła uwagę na dwa zdania w białej księdze LibryAn additional goal of the association is to develop and promote an open identity standard. We believe that decentralized and portable digital identity is a prerequisite to financial inclusion and competition” – Dodatkowym celem konsorcjum jest rozwój i promowanie otwartego standardu potwierdzania tożsamości. Uważamy, że zdecentralizowana i przenośna metoda cyfrowego potwierdzania tożsamości jest warunkiem wstępnym finansowej integracji i stworzenia konkurencyjności (tłumaczenie moje). W drodze oddolnych inicjatyw powstało już parę takich standardów. Jednak żadna wielka firma internetowa nie chce ich ani zaakceptować ani brać udział w ich tworzeniu! W tym miejscu musimy sobie zdać sprawę, z czym mamy do czynienia. Facebook to nie byle jaka firma. To państwo. Najliczniejsze państwo na świecie z prawie 2,5 miliardami „obywateli”! Tyle co Chiny i Indie razem wzięte! To są tylko ci z kontem Facebooka. Razem z użytkownikami WhatsAppa to będzie prawie cały świat! Jeżeli taka firma opracuje własny standard identyfikacji, to automatycznie będzie to standard światowy i wszyscy będą zmuszeni go zaakceptować. Z wolnym rynkiem i demokracją nie ma to nic wspólnego! A jak wygląda państwo-Facebook? Jego „obywatele” mogą jedynie pomarzyć o prywatności, jaką cieszą się obywatele Korei Północnej! W państwie-Facebook ona kompletnie nie istnieje! I zostało to potwierdzone pod przysięgą przed sądem!! Łatwo więc sobie wyobrazić, jak będzie wyglądać taki standard! Jako, że Facebook ściśle współpracuje z głównymi zachodnimi wywiadami (i jednym bliskowschodnim), z pewnością tam lądować będą wszystkie dane (i tak już lądują).

Następną wielką niewiadomą jest sama „waluta” – czyli Libra. Z dokumentów nie bardzo wynika, co to ma w ogóle być. Z jednej strony mówi się o emisji (chociaż nigdzie nie pada bezpośrednio to słowo!). Z drugiej strony wspomina się, że nowa „waluta” połączona będzie z głównymi walutami świata (zachodniego), czyli bardziej przypominałoby toto wirtualny pieniądz Międzynarodowego Funduszu Walutowego – SDR. Byłby to więc bardziej rodzaj przelicznika, niż faktyczny pieniądz.
Kompletnie niejasna jest też strona prawna całego przedsięwzięcia! Banku nie zakłada się od tak sobie! A banku centralnego w szczególności! Potrzebne są licencje, które nie tak łatwo uzyskać. Działalność banków jest ściśle regulowana i kontrolowana. Konsorcjum stojące za Librą nie wystąpiło o żadną licencję. O licencję, jedynie na usługi finansowe (przelewy), wystąpiła firma-córka Libry – Calibra, która ma być rodzajem wirtualnego portfela. W Białej Księdze z kolei, pisze się wyraźnie o prowadzeniu kont, więc byłaby to jednoznacznie działalność bankowa… Przede wszystkim jednak: do przelewów nie jest konieczna osobna waluta! Chaos totalny!

Innym, co najmniej dziwnym tworem jest rezerwa. „Libra is designed to be a stable digital cryptocurrency that will be fully backed by a reserve of real assets — the Libra Reserve — and supported by a competitive network of exchanges buying and selling Libra” – Libra ma być stabilną cyfrową kryptowalutą, będącą w pełni zabezpieczoną przez rezerwę opartą na rzeczywistych aktywach – Libra Reserve – i wspieraną przez konkurencyjną sieć giełd handlujących Librą. Trochę dalej: “Instead of backing Libra with gold, though, it will be backed by a collection of low-volatility assets, such as bank deposits and short-term government securities in currencies from stable and reputable central banks” – Zamiast pokrycia w złocie, zabezpieczeniem Libry będzie zbiór stabilnych aktywów, takich jak depozyty bankowe i krótkoterminowe rządowe papiery wartościowe w stabilnych walutach renomowanych banków centralnych (tłumaczenie moje). Jest to totalna fikcja! W chwili obecnej nie istnieją ŻADNE pewne zabezpieczenia finansowe! Członkowie konsorcjum wpłacają po 10 milionów dolarów do Rezerwy. W chwili obecnej jest ich około 30. Całość daje śmiesznie małą sumę, całkowicie nieporównywalną z wielkością projektu!

Kolejnym dziwolągiem, tym razem natury technicznej, jest sam blockchain. Czemu przy tak ogromnym projekcie, zdecydowano się na tak niedopracowaną, a przede wszystkim kompletnie nienadającą się do tego celu technologię? Technologią blockchain interesowałem się trochę ze względów zawodowych. Nadaje się ona świetnie do sytuacji, gdzie potrzebne jest zabezpieczenie przed sfałszowaniem dokumentu. Idealnym miejscem są więc dla niej np. księgi wieczyste, urząd stanu cywilnego czy biura notarialne. Świetnie nadaje się też do rozproszonych baz danych – takich jak np. Bitcoin, gdzie nie istnieje żadna centralna jednostka nadzorcza. Wadą jest brak elastyczności. Raz przeprowadzonej operacji nie da się wycofać. Omyłkowo przelane pieniądze pozostaną stracone! Coś takiego jak storno, nie istnieje. Byle jakie zbiorcze zestawienie danych, nie mówiąc już o bilansie, są niewyobrażalnie trudne. W wypadku Bitcoina nie jest to nikomu potrzebne. W normalnej działalności gospodarczej nie da się tego uniknąć. Jestem przekonany, że mamy tu do czynienia jedynie z mydleniem oczu. Przeciętny Kali, Kowalski czy Jones i tak nic nie rozumie, gdy słyszy „cryptocurrency” czy „blockchain”. Ale jak to dla niego brzmi! W tle z pewnością prowadzona będzie normalna księgowość i normalny bank danych. Jak już wspomniałem nie jestem specjalistą od techniki blockchain, ale to, co przeczytałem w dokumentach Libry, nijak mi nie pasuje do opisów tej techniki w innych źródłach. Ale nie chcę się tu autorytatywnie na ten temat wypowiadać. Poczekam na opinię ekspertów.

Reasumując, całość wygląda na totalną amatorszczyznę. A może właśnie chodzi o to, żeby tak wyglądało? Pytanie tylko, po co? Co się za tym kryje? Na pewno za całym tym projektem nie kryje się banda amatorów. Mało inteligentna facjata szefa Facebooka może tu jedynie mylić. Na pewno opracowywali to fachowcy. Już raz dziwiliśmy się kompletnie nielogicznej i nieskładnej kampanii wyborczej Trumpa. Dopiero potem okazało się, że w tym szaleństwie była metoda. Podobnie może być w tym wypadku. Nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych, ale tutaj naprawdę wszystko jest możliwe. Nawet próba stworzenia waluty światowej. Sama ilość jej użytkowników, już by to uczyniła. Ktoś powie: ale wtedy Facebook nadepnąłby na odcisk siłom, które potrafiły usunąć niewygodnych prezydentów! A co, jeśli to właśnie te siły stoją za tym projektem! Strach się bać!

Wszyscy prześcigają się w wysuwaniu najbardziej fantastycznych przypuszczeń, ale nigdzie nie spotkałem się z myślą, że przyczyną tego chaosu może być zwykły pośpiech. Wygląda na to, że głównym celem projektu ma być Afryka. Na kontynencie tym coraz bardziej panoszą się Chiny. Kraj ten jest obecnie liderem w metodach płatności online. Kraje zachodnie są daleko w tyle, są (jak widać na przykładzie Libry) na etapie planowania. Chińczycy mają już metody, które stosują w praktyce. Jeśli wejdą z nimi do Afryki, to Zachód ma kompletnie przejeb… Może zapomnieć nie tylko o tym kontynencie, ale o całym światowym rynku płatności online! A do tego nie może dopuścić. Pasowałoby to jak ulał do obecnej wojny, jaką USA prowadzą z chińską firmą Huawei. Mało kto rozumie o co w tej wojnie chodzi. Huawei jest prawie monopolistą, jeśli chodzi o najnowszą technologię sieci komórkowych tzw. 5G. Jest producentem kluczowych urządzeń. I nie chodzi tu o smartfony, ale o urządzenia dla całych sieci. Wywiady USA i innych państw, straciłyby możliwość podłączenia się do sieci krajów, które wyposażyłyby swoje sieci w urządzenia tej firmy! Musieliby wystąpić do Chin z żądaniem umożliwienia im dostępu! I usłyszeliby z pewnością „a takiego Hujawei”! Ktoś powie, że wtedy podsłuchiwać nas będą Chińczycy. Owszem, możliwe jest, że wbudują w swoje urządzenia jakieś ukryte furtki. Ale musimy sobie także szczerze powiedzieć, że to szpiegostwo nie pozostałoby niezauważone. Przepływ takich ilości danych natychmiast zostałby wykryty! Wszystkie rządy i wszyscy operatorzy doskonale wiedzieli o szpiegowskim procederze USA i jego sojuszników! Kraje takie jak Rosja czy Chiny przeciwdziałały temu, inne tolerowały to (i nadal tolerują)! Mało się mówi także o samej technologii 5G. Nie jest ona potrzebna do telefonii komórkowej. Z niecierpliwością oczekuje jej gospodarka. Przewiduje się jej wykorzystanie do sterowania samodzielnie poruszającymi się samochodami, sterowania ruchem ulicznym, ruchem pociągów, sterowania procesami przemysłowymi w odległych od siebie zakładach, w Internecie rzeczy i w całej masie innych procesów gospodarczych. Gra idzie więc o naprawdę niewyobrażalną stawkę!!

A cała ta medialna wrzawa, to jedynie informacyjny waterboarding, który ma odwrócić naszą uwagę od naprawdę ważnych wydarzeń.

 

Reklamy