Wyobrazić sobie niewyobrażalne cz. 1

Motto:
Bankierstwo rozpędź ‒ i spraw, Panie,
By pieniądz w pieniądz nie porastał
Julian Tuwim
Kwiaty polskie – Sprawiedliwość

Jak do tej pory zajmowałem się krytyką obecnego systemu monetarnego. Ktoś mógłby powiedzieć: krytykować każdy głupi potrafi! I miałby rację. Na swoje usprawiedliwienie powiem jedynie, że nie jestem pod tym względem osamotniony. Jak do tej pory powstało bardzo niewiele propozycji reform systemu monetarnego. Na dodatek większość z nich powstała w „zamierzchłych” czasach, gdy gospodarka wyglądała zupełnie inaczej. Inaczej wyglądały także rozliczenia. Powszechnie używano gotówki i nikomu nie śniło się jeszcze o komputerach. Dodatkowo praktycznie wszystkie propozycje reform systemu monetarnego, z którymi się do tej pory spotkałem, obarczone były jednym, kardynalnym błędem: nie uwzględniały tego, że system monetarny nie funkcjonuje w próżni. Że powiązany on jest z systemem gospodarczym, politycznym i społecznym. Że w dużej mierze kształtuje je. Za beneficjentów obecnego systemu powszechnie uważano i nadal uważa się jedynie osoby najbogatsze i bliżej nieokreślonych „bankierów” – w domyśle właścicieli banków. Nie uwzględnia się tego, że beneficjentami, wprawdzie niekoniecznie finansowymi, są także osoby bezpośrednio lub pośrednio związane zawodowo z obecnym systemem. Którym system ten zapewnia miejsca pracy i – często wysoką – pozycję społeczną.
Jedynie w jednej, znanej mi, propozycji zmian, autorzy zauważyli, że bodajże największą przeszkodą na drodze zmian, jesteśmy my sami. W czasie wielkiego kryzysu, Irving Fisher próbował przekonać amerykański rząd do wprowadzenia pieniądza oprocentowanego ujemnie. Inspiracją były prace Silvio Gesella oraz sukcesy tzw. eksperymentu z Wörgl. Hans R. L. Cohrssen, współpracownik Irvinga Fishera, wspominał później: „In summary we can say that the technical difficulties of attaining currency stability seem minor in comparison to the general lack of understanding of the problem itself. As long as the „Money Illusion” is not overcome it will be virtually impossible to muster the political will power necessary for this stability.” – Podsumowując, można powiedzieć, że trudności techniczne związane z osiągnięciem stabilności monetarnej, wydają się niewielkie w porównaniu z ogólnym brakiem zrozumienia samego problemu. Dopóki nie uda się przezwyciężyć „monetarnej iluzji”, to niemożliwe będzie osiągnięcie konsensusu politycznego, niezbędnego dla osiągnięcia tej stabilności (tłumaczenie moje).
Od tysięcy lat mamy do czynienia z jedną formą pieniądza. Nie potrafimy wyobrazić sobie innej. Z pieniądzem jest trochę tak, jak z pojmowaniem otaczającego nas świata. Nasze zmysły pozwalają jedynie na zrozumienie świata o trzech wymiarach. Chociaż matematycznie potrafimy operować w przestrzeni o dowolnej ilości wymiarów, nie potrafimy jej sobie jednak wyobrazić. Ba, wbrew pozorom nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie przestrzeni jedno i dwuwymiarowej! Podobnie jest z pieniądzem. Dochodzi do tego jeszcze, całkowicie naturalna i zrozumiała, bariera psychologiczna – strach przed nieznanym. Po co zmieniać coś, co jakoś funkcjonuje? Nie można też pominąć bariery intelektualnej, która nie pozwala na zrozumienie tego, że niestety, ale nasz pieniądz nie funkcjonuje dobrze. Po prostu większość nie jest w stanie zrozumieć destrukcyjnych mechanizmów obecnego systemu monetarnego. Wspomnieć też należy o wielowiekowej manipulacji. Pisałem już, że antropolodzy przypuszczają, że pieniądz mógł powstać w świątyniach. Istnieje wiele frapujących podobieństw pomiędzy metodami manipulacji, jakich używają kapłani takiego, czy innego boga i kapłani pieniądza.
Mam nadzieję, że teraz rozumiecie Państwo, skąd wzięło się w tytule tego wpisu słowo „niewyobrażalne” i mój podświadomy opór do pisania o czymś, o czym wiem, że jest nierealne i właśnie niewyobrażalne. Spróbuję jednak przełamać ten opór, i w kilku następnych odcinkach odpowiedzieć na pytanie, jakie kryteria powinien spełniać dobrze funkcjonujący system monetarny oraz przedstawić kilka, moim zdaniem najciekawszych, propozycji reform systemu monetarnego.

Dla tych, którzy trafili tu pierwszy raz i dla tych, którzy zapomnieli, wyjaśnię w skrócie zasady funkcjonowania obecnego systemu monetarnego:

• W naszym systemie monetarnym, pieniądze kreują banki centralne i pożyczają je bankom komercyjnym. Kreują one jedynie ok 2% wszystkich pieniędzy będących w obiegu (gotówka). Dochodzą do tego jeszcze sumy na kontach banków komercyjnych w bankach centralnych.
• Pozostałe sumy to jedynie pozycje na kontach banków komercyjnych – nie są to jednak „prawdziwe” pieniądze.
• Nowy pieniądz może trafić do obiegu, jedynie w formie oprocentowanego kredytu. Monopol na jego udzielanie mają banki komercyjne.
• Wbrew obiegowej opinii, nie pożyczają one pieniędzy wykreowanych przez bank centralny ani pieniędzy będących na kontach oszczędnościowych. Kredyty kreowane są po prostu, jako operacje księgowe.
• „Prawdziwe” pieniądze, kreowane przez banki centralne, używane są wyłącznie do rozliczeń – w formie gotówki i przelewów pomiędzy kontami banków komercyjnych w banku centralnym.
• Do obiegu trafia jedynie tyle pieniędzy, ile wynosi suma kredytów. Spłata wszystkich kredytów, spowodowałaby brak pieniędzy w obiegu.
• Nie są kreowane pieniądze na oprocentowanie, w obiegu nie ma zatem pieniędzy na jego spłatę. Uniemożliwia to także spłatę wszystkich kredytów.
• Na spłatę oprocentowania musi zostać zaciągnięty nowy, wyższy, kredyt, albo zostać oddana część posiadanego kapitału (zubożenie).
• Obieg pieniędzy w naszej gospodarce jest obiegiem zamkniętym. Oszczędności i nadmiar kapitału, muszą wrócić do obiegu – także w formie kredytu. W przeciwnym razie nie będzie pieniędzy w obiegu.
• Ten powrót jest także „wynagradzany” poprzez oprocentowanie.
• Taki system powoduje wykładniczy wzrost zadłużenia (procent składany, efekt kuli śnieżnej), oraz koncentrację kapitału w rękach coraz mniejszej grupy ludzi.
• Czynnikiem umożliwiającym branie (coraz wyższych!) kredytów, potrzebnych na spłatę oprocentowania, jest wzrost gospodarczy.
• Wzrost gospodarczy nie jest nieskończony i odbywa się liniowo (o ile w ogóle), więc po jakimś czasie nie jest on w stanie skompensować wykładniczego wzrostu zadłużenia.
• Zaczyna brakować nowych kredytobiorców, a więc także pieniędzy w obiegu gospodarczym.
• Dochodzi do nacisku na obniżenie wysokości oprocentowania, więc kapitał, z sektora gospodarczego, przenosi się na giełdę – czyli w stronę spekulacji.
• Powoduje to dalszy spadek ilości pieniędzy w obiegu gospodarczym, i co za tym idzie – deflację.
• W obliczu deflacji, państwo zmuszone jest przejąć rolę kredytobiorcy i w ten sposób zwiększyć ilość pieniędzy w obiegu.
• Spłatą kredytów obciążani są obywatele poprzez wzrost podatków dla najmniej zarabiających, cięcia socjalne i prywatyzację majątku państwa (czyli społeczeństwa!).
• W końcowym etapie, obciążenie kredytem przerasta możliwości jego spłaty i dochodzi do kolapsu systemu monetarnego.
• Wszystkie dotychczasowe kolapsy systemu monetarnego „ukrywane” były pod płaszczykiem wojny.

Obszerniej wyjaśniam wszystko w moim wstępie.
Akurat niedawno odkryłem stronę, której autor także opisuje historię pieniądza i wyjaśnia mechanizmy jego funkcjonowania. Mam ostatnio mało czasu, więc jeszcze nie zapoznałem się z nią bliżej, ale wygląda zachęcająco. Linki pod tekstem są dowodem na to, że także moje wypociny zainspirowały autora. Cieszy mnie to niezmiernie! Tekst napisany jest na wesoło, więc może dotrze do tych osób, które odstrasza moje ględzenie. Coś mi się zdaje, że już gdzieś spotkałem ten styl…;-)

Podobnie, jak wszyscy inni krytycy obecnego systemu monetarnego, określam mechanizm wzrostu zadłużenia (i równoczesnego wzrostu majątków) słowem „kredyty”. Jest to jednak ogromne uproszczenie. Właściwie powinno się tu użyć określenia „dochody kapitałowe”. W moim wstępie wyjaśniłem, że właśnie te dochody, a nie stosunki własnościowe, są kwintesencją definicji kapitalizmu. Oprocentowany kredyt jest tylko jedną z form dochodów kapitałowych. Wszyscy reformatorzy systemu monetarnego, koncentrują się w swoich propozycjach na zerowym oprocentowaniu kredytów. Wprawdzie jest to konieczny i główny element każdej reformy monetarnej, ale nie jedyny. Zapomina się, że nie tylko kredyty (oprocentowane), są formą transferu kapitału od tych, którzy mają go za mało, do tych, którzy mają go w nadmiarze. Podobnym mechanizmem są np. akcje lub obligacje. Tu także, ci, którzy dają do dyspozycji swój niepotrzebny kapitał, żądają za to dywidendy lub oprocentowania. Ta forma dochodów kapitałowych stała się w obecnej gospodarce formą dominującą! Dochody uzyskiwane tą drogą dawno przewyższyły już dochody z kredytów. Nic więc dziwnego, że klientami funduszy inwestycyjnych w rodzaju Black Rock są także banki. Forma ta jest także lepiej odbierana przez społeczeństwo. Z kredytem związane jest słowo „lichwa”, które ma negatywny wydźwięk. Zakup akcji lub obligacji nazywany jest „inwestowaniem”. Słowo to odbierane jest pozytywnie. Jeśli jednak chodzi o mechanizm transferu kapitału, różnice pomiędzy obydwiema metodami są niewielkie. I tu i tam, pieniądze „pracują” na swego właściciela. W moim wstępie, w części „Oprocentowanie”, wyjaśniam, dlaczego „pracują” one jedynie na nielicznych.
Za motto tego wpisu wziąłem fragment „Kwiatów polskich” Juliana Tuwima.
„…i spraw, Panie, by pieniądz w pieniądz nie porastał”. Te słowa mówią właściwie wszystko o przyczynach złego funkcjonowania obecnego systemu monetarnego. Aż ciśnie się na usta, że być może, jako Żyd, Tuwim miał w genach zrozumienie dla istoty pieniądza… Jak długo istnieć będą mechanizmy, umożliwiające robienie z pieniędzy jeszcze większych pieniędzy, tak długo nic się na świecie nie zmieni. Wybór takiej, czy innej partii, będzie wyłącznie kosmetyką. Mechanizmy te doprowadziły do śmierci milionów ludzi w wielu wojnach. Dzisiaj także pokój kosztuje już zbyt wiele. Niestety prawie nikt nie rozumie, czemu, w coraz szybszym tempie, świat znowu prze do kolejnej wojny. Osoba takiego, czy innego polityka nie ma z tym nic wspólnego. To tylko żądne władzy, psychopatyczne marionetki, które także niczego nie rozumieją. Nie rozumieją, że nie kontrolują już wydarzeń, to wydarzenia kontrolują ich! Działają pod wpływem bezosobowego przymusu okoliczności! Jak na razie rozpala się coraz to nowe, lokalne ogniska wojny. Ale nie oszukujmy się! Wcześniej, czy później mechanizm ten musi doprowadzić do globalnego konfliktu. Któraś z jego stron zostanie postawiona pod ścianą

I to będzie koniec ludzkości.

Jeśli ktoś miałby wątpliwości… Natknąłem się niedawno na raport naukowców z dwóch amerykańskich uniwersytetów. Przeanalizowali oni, jakie skutki mógłby mieć dla społeczeństwa USA (i oczywiście także pozostałych krajów świata!), amerykański atak atomowy np. na Chiny. Przeanalizowali trzy warianty: użycie całego arsenału 7000, 1000 oraz tylko 100 głowic. Uwzględnili jedynie skutki nuklearnej zimy. Pozostałe założenia były nierealistycznie optymistyczne – brak kontruderzenia przeciwnika i nieuwzględnienie skutków opadu radioaktywnego. Wyszło im, że graniczną wielkością, przy której możliwe byłoby przeżycie znaczącej części amerykańskiego społeczeństwa, to 100 głowic. Konieczne do tego byłoby rygorystyczne racjonowanie żywności. Już to widzę w kraju, gdzie w każdym domu jest broń palna! Mieszkańców krajów, które importują sporą część potrzebnej żywności, czeka śmierć głodowa. To bardzo optymistyczny scenariusz dla sytuacji, gdy gdzieś w świecie eksploduje 100 głowic atomowych. W zależności od źródeł [1], [2], na świecie jest obecnie ponad 14.500 głowic jądrowych.

Jak u Czechowa, na ścianie wisi strzelba, która w ostatnim akcie musi wystrzelić.

Reklamy