Niepokój

Miałem cichą nadzieję, że początek 2018 roku okaże się spokojny. Niestety jeszcze raz potwierdziło się stare przysłowie o nadziei. Tym, co zburzyło mój spokój, był amerykański dokument. Już sam jego tytuł może doprowadzić do szkodliwego dla zdrowia skoku ciśnienia: „National Defense Strategy of The United States of America” – strategia obronna Stanów Zjednoczonych. Nazywanie „obronną” strategii największego agresora zakrawa na kpinę i jest szczytem bezczelności! Ale nie czepiajmy się drobiazgów. W epoce postprawdy nie z takimi rzeczami mamy na co dzień do czynienia.
Autorzy już we wprowadzeniu zaczynają z „grubej rury” i stwierdzają otwarcie: „Inter-state strategic competition, not terrorism, is now the primary concern in U.S. national security” – międzynarodowa rywalizacja, nie terroryzm, jest obecnie głównym zagrożeniem bezpieczeństwa USA. Nie owijając w bawełnę od razu wymieniają także przeciwników: Chiny, Rosję, Północną Koreę i Iran.
Aby zrozumieć ten raport musimy sobie odpowiedzieć na parę pytań. Przede wszystkim: czy wymienione kraje stanowią jakieś poważne zagrożenie dla USA? Czy mogą im zagrozić? Zaatakować je? Zacznijmy od końca listy. Iran w żaden sposób nie może zagrozić Stanom Zjednoczonym. Nie stanowi dla nich bezpośrednio ŻADNEGO zagrożenia. Wbrew pozorom podobnie jest z Północną Koreą. Cała wrzawa medialna wokół gróźb użycia (przez obie strony) broni atomowej, przesłania fakt, że dla Korei jest to desperacka próba zapewnienia sobie bezpieczeństwa. Nic więcej. Mówi po prostu światu: zostawcie nas w spokoju, bo jesteśmy w stanie dać po łapach. Czy faktycznie są w stanie to zrobić, to już inne pytanie. Jeśli chodzi o Rosję, to wbrew pozorom wcale nie jest inaczej. Ten kraj także nie jest w stanie bezpośrednio zagrozić USA. Rosja nie graniczy z USA, nie posiada też możliwości technicznych zaatakowania ich. Nie trzeba być ekspertem od wojskowości i dysponować masą danych, aby powiedzieć, że armia rosyjska, wprawdzie silna, jest armią obronną. Poza jedną bazą w Syrii, nie posiada żadnych baz wojskowych poza swymi granicami. Dysponuje jednym, kompletnie przestarzałym lotniskowcem, będącym w samej Rosji obiektem kpin [1],[2],[3], a nie dumy. Nie posiada żadnych możliwości przetransportowania armii, zdolnej bezpośrednio zaatakować terytorium USA. Nie inaczej jest z Chinami. Tak, tak, wiem i nie zapomniałem o tym, że obydwa kraje dysponują bronią nuklearną i rakietami balistycznymi, przy pomocy których, mogą zaatakować terytorium USA. Ale wszystkie kraje dysponujące tą bronią wiedzą, że jej użycie może przynieść jedynie wynik remisowy – wzajemne zniszczenie. Właściwie należałoby powiedzieć: zniszczenie całego świata. Strategia użycia tej broni zakłada jednoczesne odpalenie wszystkiego, co się posiada, bo „dobitka” nie będzie już możliwa. Rosja i Chiny wiedzą, że amerykańskie rakiety znajdują się nie tylko na terytorium USA, ale także innych krajów. Walną także w nie (także w nasz kraj, „dzięki” amerykańskiemu systemowi antyrakietowemu). Francuzi i Brytyjczycy nie pozostaną dłużni. Dlatego świadomie pominąłem tę alternatywę, bo nie przynosi ona żadnych szans na wygraną dla żadnej ze stron. Ale wygląda na to, że alternatywa ta jest rozważana przez amerykańskich polityków i kręgi wojskowe. Jeszcze przed rozpoczęciem kadencji Donalda Trumpa, kongres amerykański zlecił opracowanie analizy możliwości przeżycia rosyjskiego i chińskiego kierownictwa, w wypadku ataku nuklearnego. Ale wygląda na to, że Rosjanie są całkiem nieźle przygotowani.
Czemu zatem, wszystkie te kraje wylądowały na tej czarnej liście? Odpowiedź jest jedna: nie chcą podporządkować się amerykańskiemu dyktatowi i nie ukrywają tego.
Tutaj znów musimy poruszyć temat roli USA w dzisiejszym świecie. Trochę wyjaśniałem to już na końcu mego wpisu o uchodźcach, ale wyjaśnień nigdy za wiele. Musimy uświadomić sobie ścisłą zależność pomiędzy kapitałem a USA. Kapitał nie może funkcjonować bez „zaplecza siłowego”. Zdany jest na nie, aby wymusić korzystne dla siebie reguły gry: system polityczny, gospodarczy i monetarny. Kapitał to ludzie. A ludzie, jak wiemy, mają dwie ręce. W wypadku kapitału jedną ręką jest niewidzialna ręka rynku, która zgarnia do kieszeni. Druga zwinięta jest w pięść, która daje w mordę, gdy ktoś przeszkadza tej pierwszej. Ta druga ręka, to armia USA i ich sprzymierzeńców, głownie z NATO. Majakowski pisał: „Mówimy – Lenin, a w domyśle – partia, mówimy – partia, a w domyśle – Lenin”. Identycznie jest z parą kapitał – USA. Można ją wstawić w miejsce Lenina i partii.
Na usta ciśnie się także pytanie: co spowodowało, że USA (mówimy USA, a w domyśle…) nagle stawiają na bezpośrednią konfrontację, zamiast nadal kontynuować strategię prowadzenia wojen zastępczych – bo to, co dzieje się w Syrii, na Ukrainie, w krajach byłej Jugosławii i w wielu innych, mniej nagłaśnianych przez media miejscach, to są wojny zastępcze, skierowane głównie przeciwko krajom z tej listy. Przyczyn jest kilka. Przede wszystkim, jak do tej pory, wojny te nie przyniosły spodziewanych efektów. Rosja, bo o nią głównie tu chodziło, nie powtórzyła błędu z Afganistanu i nie dała się sprowokować. Jedynym wyjątkiem była bezpośrednia interwencja w Syrii, która jak na razie przynosi Rosji i jej sojusznikom (Chiny, Iran) jedynie korzyści. Pomogła armii syryjskiej pokonać bojowników tzw. Państwa Islamskiego, wspieranych przez USA, Turcję i państwa Europy Zachodniej (tak, tak, nie pomyliłem się!! Wspieranych!!). Rosja z powodzeniem mogła wypróbować swoje uzbrojenie w warunkach bojowych. Jej systemy obrony przeciwlotniczej zgodnie uznawane są teraz za najlepsze na świecie i nawet państwa NATO (Turcja) oraz wiele innych krajów, które do tej pory kupowały takie zabawki w USA, zamawia je teraz w Rosji. Rosja odniosła także ogromne sukcesy na arenie dyplomatycznej. Potrafiła zaprezentować się w roli państwa niosącego pokój (u nas nie porusza się tego tematu). Przy współudziale Turcji, zorganizowała konferencję narodowego porozumienia, w której uczestniczyli przedstawiciele wszystkich sił politycznych oraz przedstawiciele mniejszości religijnych zamieszkujących Syrię. Na bliskim wschodzie zaczyna więc być postrzegana, jako element stabilizujący, a nie, jak USA i ich sojusznicy, jako wywołujący konflikty. Zaczyna się nawet przebąkiwać, że to właśnie Rosja mogłaby ustabilizować sytuację w Libii. Potrafiła także skutecznie grać na sojuszach USA. Nie tylko skłócała jej sojuszników, ale potrafiła nawet doprowadzić do tego, że druga po USA armia w NATO – Turcja, atakuje sprzymierzonych z amerykanami Kurdów. W ogóle Turcja zaczyna być postrzegana w NATO, jako element bardzo niepewny i nieobliczalny (Rosja także w tym maczała palce). Nawet Izrael nie tylko siedzi cicho, ale sprawia wrażenie, że zaczyna siedzieć okrakiem na barykadzie i patrzy tylko, z której strony wiatr zawieje. Współpracuje np. z rosyjskim Euroazjatyckim Bankiem Rozwoju. Wprawdzie nie jest jego formalnym członkiem, ale aktywnie się w nim angażuje.
Przede wszystkim jednak Rosja zakończyła proces rozkradania swoich bogactw naturalnych. A jest co rozkradać!! W epoce Jelcyna omal nie doszło do ich zawłaszczenia przez międzynarodowy kapitał. Niedopuszczenie do tego jest niewątpliwie zasługą Putina! Putin wyrzucił z kraju także całą masę „doradców”, których „rady” jedynie przyspieszały rozpad gospodarki, armii i państwa. Nie zważając na jazgot międzynarodowej finansjery, drastycznie zmniejszył także zadłużenie Rosji do jednego z najniższych na świecie. Jak widzimy, w pełni zasłużył sobie na nienawiść pary USA-kapitał!
I wreszcie Chiny! W ich wypadku więcej jest pytań niż odpowiedzi. Nixon, który rozpoczął proces normalizacji stosunków z Chinami, miał przeczucie, że „We may have created a Frankenstein” – być może stworzyliśmy Frankensteina. Czy faktycznie? Jeszcze nie wiemy. W każdym razie wszystko, co tylko mogło, nie poszło po myśli Amerykanów. Proces wprowadzania Chin na arenę międzynarodową miał doprowadzić do skłócenia ZSRR i Chin. Faktycznie, na początku stosunki między tymi państwami były napięte, ale w końcu się poprawiły. Na domiar złego, obecna polityka USA doprowadziła do zacieśnienia współpracy pomiędzy Rosją a Chinami – obydwa kraje czują się zagrożone imperialną polityką USA (mówimy USA, a w domyśle…). Przede wszystkim jednak, Amerykanie najwyraźniej nie przypuszczali, że Chiny są w stanie rozwinąć się gospodarczo. Święcie przekonani o wyższości wolnorynkowej gospodarki kapitalistycznej, byli pewni, że komunistyczne Chiny, pozbawione opieki ZSRR oraz zrujnowane najpierw Wielkim Skokiem, a potem Rewolucją Kulturalną Mao, przyjdą na kolanach po pomoc i będą łatwym łupem. Jak to się skończyło, wszyscy wiemy.
Pod pewnymi względami historia naszego kraju i Chin, są do siebie podobne. Też byliśmy kiedyś mocarstwem. Wprawdzie Chiny nie zniknęły z mapy świata, ale także przeżyły okres poniżenia. Na tym kończą się podobieństwa. My grzęźniemy w kompleksach i śnimy sny o potędze, Chiny są znowu potęgą i coraz śmielej podnoszą głowę. Jeszcze nie wiadomo, w jakie mocarstwo przekształcą się Chiny. Podejrzewam, że nie wiedzą tego sami Chińczycy, chociaż mówią, że planują na sto lat do przodu. Trzeba sobie szczerze powiedzieć, że poza powierzchownymi informacjami i stereotypami, nie wiemy wiele na temat tego kraju. Zupełnie go nie rozumiemy. Nie rozumiemy mentalności ludzi, ich sposobu myślenia, obyczajów, poglądów na świat, stosunków społecznych. Chiny zawsze uważały się za pępek świata – „państwo środka”. Teraz mają wszelkie podstawy do odzyskania tego statusu, i to na skalę światową! Pytanie, co z tym zrobią? Czy sami to wiedzą?
Istnieje też cała masa zagrożeń, które mogą unicestwić plany dalszego rozwoju. Jest wiele analiz i opracowań na ten temat, więc nie będę ich tu powtarzać. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na trzy niebezpieczeństwa, o których się w ogóle nie mówi. Pierwszym jest zapóźnienie regionów wiejskich. Różnice w dochodach w miastach i na wsi, obserwuje się na całym świecie. Ale nie przekraczają one zwykle kilku procent. W Chinach jest to ponad 60%! Na wsi mieszka 43% społeczeństwa chińskiego, czyli ponad pół miliarda ludzi! Wprawdzie nie jest to jakaś zorganizowana siła, ale w epoce Internetu i telefonii komórkowej, może dojść do błyskawicznej wymiany informacji i lokalne rozruchy mogą się łatwo rozszerzyć na cały kraj. Zwłaszcza, że ludzie ci masowo wypierani są ze swoich siedzib, które zapewniały im, wprawdzie nędzną, ale zawsze jakąś egzystencję. Likwidacja biedy i wzrost dobrobytu są jednym z priorytetów chińskiego rządu. Ale jeżeli nie będzie to w miarę równomierny wzrost, to zbyt duże różnice w dochodach mogą okazać się czynnikiem destabilizującym dla całego kraju.
Drugim zagrożeniem jest możliwa korupcja kierownictwa chińskiej partii. I w tej chwili korupcja kwitnie w Chinach, jednak nie powstała tam jeszcze zorganizowana oligarchia, która byłaby w stanie skorumpować rząd i przejąć kontrolę nad nim. Na razie mamy tam do czynienia z korupcją gospodarczą, a nie polityczną, ale granica pomiędzy jedną a drugą jest bardzo płynna i w każdej chwili może zostać przekroczona. Jak już wspomniałem, wzrost dobrobytu społeczeństwa i walka z biedą są obecnie jednym z głównych priorytetów chińskiego rządu, który na dodatek osiągnął na tym polu ogromne sukcesy. Płace w Chinach osiągają powoli poziom krajów Europy wschodniej. Ciekawe dane podaje strona-informator dla niemieckiego biznesu, mająca wiele użytecznych informacji dla potencjalnych inwestorów. W zawodach takich jak frezer, tokarz czy spawacz, miesięczna płaca w Chinach osiąga już poziom 2.000 US$. Ale akurat takie rzeczy jak dobrobyt społeczeństwa, nie są w interesie żadnej klasy posiadającej! Jeśli dojdzie ona do faktycznej władzy w Chinach, to wzrost rozwarstwienia społecznego, połączony ze spadkiem dochodów klasy pracującej, w sytuacji, gdy rozbudzono już jej apetyty i dano nadzieję na lepsze życie, może doprowadzić do rozruchów społecznych, które w kraju o takich rozmiarach, byłyby praktycznie nie do opanowania. Przede wszystkim jednak (i to jest główne zagrożenie), korupcja polityczna może także doprowadzić do większego otwarcia Chin dla międzynarodowego kapitału, przed czym ostrzega (bardzo słusznie!!) w swoich książkach Song Hongbing. Takie otwarcie oznacza przede wszystkim utratę kontroli rządu nad bankiem centralnym (tego Hongbing nie wyjaśnia!!). Do czego to prowadzi, pokazuje przykład Japonii. Jest to ciekawy, ale bardzo obszerny temat, więc nie będę go teraz szerzej omawiać. Jestem w trakcie dorabiania polskich napisów (parszywa robota!) do szalenie interesującego filmu, który porusza akurat ten temat, więc niedługo jak czas pozwoli z pewnością o tym napiszę.
Jednak moim zdaniem największym zagrożeniem jest coś zupełnie innego, coś, o czym się w ogóle nie mówi. Zagrożeniem jest dalszy rozwój kraju. Nie chodzi mi tu wcale o tzw. pułapkę średniego dochodu! Z tym Chiny na pewno sobie poradzą! Musimy zdać sobie sprawę z tego, że ludność USA albo Rosji, to mniej więcej tyle, ile w Chinach jest „po przecinku”! Dalszy rozwój takiego kolosa i dalsze rozbudzanie konsumpcji, już dziś niewyobrażalnej!, może po prostu rozsadzić możliwości środowiska naturalnego i to nie tylko samych Chin! Wprawdzie osiągnięto ogromne postępy w walce z zanieczyszczeniem powietrza w największych miastach, ale na pewno pojawią się inne problemy. Po prostu nie można rosnąć w nieskończoność! Obecnie nie istnieje jednak żaden system polityczny, gospodarczy, a przede wszystkim monetarny, który stabilnie funkcjonowałby przy zerowym wzroście gospodarczym. Wcześniej, czy później może (a właściwie MUSI!!) powstać w Chinach alternatywna albo prawdziwa nauka o gospodarce, a to byłby koniec obecnej intelektualnej prostytucji, zwanej ekonomią. Coraz częściej, coraz otwarciej i w coraz większej ilości mediów mówi się o nieskuteczności tej pseudonauki w rozwiązywaniu problemów gospodarczych i społecznych. Coraz częściej mówi się też otwarcie, że to właśnie ekonomia w obecnej postaci, jest źródłem wszelkich kłopotów. To, co teraz w oficjalnych dokumentach potwierdzają banki centralne, jeszcze parę lat temu było wyśmiewane, jako teorie spiskowe. Przy lekturze paru dokumentów Międzynarodowego Funduszu Walutowego naszła mnie już myśl: jakim cudem cenzura to przepuściła! Coraz częściej natykam się także na (jeszcze łagodną) krytykę obecnego systemu monetarnego, czego do tej pory wszyscy unikali jak ognia! Odnoszę wrażenie, że powoli zaczyna się kruszyć zmowa milczenia wobec niektórych tematów. Że niezależnie myślący ludzie, powoli odważają się zabierać głos. Na razie trudno jest przewidzieć, czy jest to początek zmian, czy zorganizowana akcja, która według starej metody: „należy wiele zmienić, aby wszystko zostało po staremu”, ma jedynie ogłupić społeczeństwo.
Ktoś może powiedzieć, że – jak już raz było – powstaje właśnie nowa „druga ręka” kapitału. Gdy USA prześcignęły gospodarczo i militarnie Wielką Brytanię – ojczyznę kapitalizmu – stały się nową „drugą ręką”. Nie ulega wątpliwości, że Chiny już prześcignęły USA gospodarczo, a w bardzo niedalekiej przyszłości prześcigną je także militarnie. Wydają się więc być idealnym kandydatem. Moim zdaniem tak nie jest. Przede wszystkim kapitał brytyjski i amerykański należą do tego samego kręgu kulturowego, po części byli to ci sami ludzie albo członkowie tych samych rodzin. Istniało, i nadal istnieje, wiele wewnętrznych powiązań i grup interesu. Rodzący się właśnie kapitał chiński to zupełnie inny świat, kompletnie bez powiązań z tym starym! Całkowicie słusznie postrzegany jest przez kapitał anglosaski, jako śmiertelne zagrożenie. Zresztą już raz mieliśmy do czynienia z podobnym przypadkiem. Gdy kajzerowskie Niemcy zaczynały być zbyt groźną konkurencją dla Wielkiej Brytanii, wmanipulowano je w pierwszą wojnę światową. Nie inaczej będzie dzisiaj – szybko rosnąca chińska konkurencja będzie musiała zostać wyeliminowana. Pytanie tylko: jak się to odbędzie. Nie wyobrażam sobie jakiegoś ataku na Chiny. To nierealne! Najprawdopodobniej będzie się podsycać wewnętrzne niesnaski w Chinach. Podburzać się będzie uciśnione grupy społeczne (np. wspomniana już ludność wiejska) lub wyznaniowe (Ujgurzy). Nieco więcej informacji na temat możliwego konfliktu, podaje raport amerykańskiej RAND Corporation. Wprawdzie pierwsze zdanie komentarza do raportu stara się uspokoić słowami, że: „Premeditated war between the United States and China is very unlikely” – umyślnie wywołana wojna z Chinami jest bardzo mało prawdopodobna, ale nie byłbym tego taki pewien! Bo wojna z Chinami już trwa! Wystarczy jedynie skojarzyć fakty. Od starożytności do dzisiaj, życiową kwestią dla każdego mocarstwa jest kontrola szlaków handlowych. Dla Chin jest to także być, albo nie być. Ale dziś, wszystkie główne szlaki morskie kontrolowane są przez USA. Wszyscy słyszeli na pewno o konflikcie na Morzu Południowochińskim. To właśnie próba Chin otwarcia sobie okna na świat. Wszyscy trąbią także o nowym jedwabnym szlaku. Wystarczy popatrzeć sobie na jego dawny przebieg, aby zrozumieć przyczyny tego, co dzieje się w Syrii. To był kluczowy kraj na tym szlaku. Nawet w słynnym meczecie Umajjadów jest mozaika z chińską pagodą. Irak i Afganistan też są elementami tej układanki. Alternatywą dla starego, jest nowy szlak jedwabny, który mógłby przebiegać przez Rosję. USA nie może wpłynąć na Rosję, aby temu przeszkodzić. Ale już Ukraina, to co innego. A co się tam dzieje? Dobrze wiemy! Wasali w Warszawie nie trzeba przekonywać do porzucenia głupich pomysłów przepuszczania przez nasz kraj chińskich pociągów. Nie łudźmy się też, że jakakolwiek zmiana ministra, a nawet partii rządzącej cokolwiek tu zmieni! Nic więc dziwnego, że Chińczycy chcą skorzystać z ocieplenia klimatu i przesunąć szlak jeszcze bardziej na północ – do Arktyki. Nie chcą być także narażeni na „niegościnność”, więc dodatkowo wykupują europejskie porty. Chińczycy wyraźnie mają gdzieś opór USA wobec swego jedwabnego szlaku i mówią im wyraźnie: możecie nam naskoczyć, my i tak zrobimy swoje! A to jest już wypowiedzenie wojny dla USA (mówimy USA, a w domyśle…).
Mogą tak zrobić, bo równolegle z rozwojem gospodarczym, postępuje także wzrost militarnej potęgi Chin. I to w tak szybkim tempie, że niedługo USA nie będą w stanie niczym zagrozić chińskiej potędze. W 2012 roku wszedł do służby pierwszy chiński lotniskowiec, ale już rozpoczyna się budowę własnych jednostek, a w planach na najbliższą przyszłość są atomowe lotniskowce dorównujące amerykańskim!
Ale tym, co wydaje się być największym postrachem Amerykanów jest przewaga rosyjskiej, a być może także chińskiej techniki rakietowej w zakresie rakiet osiągających prędkość hipersoniczną. Amerykańscy analitycy ostrzegają, że przewaga jednej ze stron, może wywołać wojnę! Musimy zrozumieć, czym są takie rakiety. Ich prędkość powoduje, że są one bardzo trudne do wykrycia a obrona przed nimi jest praktycznie niemożliwa! Wygląda na to, że czarny sen amerykańskiej marynarki wojennej staje się rzeczywistością. Rosja akurat zaczyna montować takie rakiety na swoich okrętach. Amerykańskie lotniskowce byłyby wtedy łatwym i bezbronnym celem dla okrętów rosyjskich.
Ale bądźmy niegrzecznymi dziećmi i postawmy sobie teraz pytanie, którego nikt nie stawia. Jak to możliwe, że najlepszy z możliwych i najefektywniejszy amerykański system gospodarczy, stoi na skraju bankructwa, czego, mimo sankcji, nie można powiedzieć o Rosji ani o komunistycznych (o zgrozo!!) Chinach? Paradoksalnie, w odpowiedzi na to pytanie zawiera się także odpowiedź na całą masę innych pytań. Zacznijmy najpierw od tego, skąd amerykański rząd bierze pieniądze na swoje wydatki (czyli głównie na zbrojenia). Wyjaśniałem to już jakiś czas temu. Krótko mówiąc – musi je pożyczyć, emitując obligacje. Obligacje te kupowane są przez banki i sprzedawane dalej. Jeśli nie ma dostatecznej ilości kupców – obligacje te, banki wymieniają na pieniądze w banku centralnym. Banki amerykańskie są (efektywnymi) bankami prywatnymi. Kupcy obligacji to głównie fundusze inwestycyjne, firmy ubezpieczeniowe, arabscy szejkowie, którzy akurat nie mają pomysłu, na jakie fanaberie wydać uzyskane za sprzedaną ropę dolary, czyli (efektywne) osoby prywatne – bo za wszystkimi (efektywnymi) firmami, funduszami itd. kryją się konkretne osoby. Amerykański bank centralny, Federal Reserve, wprawdzie nie jest prywatny (ojej, nieefektywny!), ale musimy zdać sobie sprawę, że jest to tylko fasada, za którą kryje się 12 prywatnych (uff, efektywnych!) banków, reprezentujących poszczególne dystrykty. Krótko mówiąc, gdy rząd USA potrzebuje pieniędzy np. na nowy lotniskowiec, musi zadłużyć się albo bezpośrednio u osób prywatnych, albo w prywatnym banku centralnym. Jak nie kijem, to pałką, ale zawsze u osób prywatnych! A jak to jest w Chinach? Gdy rząd chiński potrzebuje pieniędzy na nowy lotniskowiec, to otrzymuje je z (nieefektywnego) państwowego banku centralnego. Szczerze mówiąc nie znalazłem nigdzie pewnych i jednoznacznych informacji dotyczących szczegółów takiej operacji. Z tego, z czym się zetknąłem, wynikałoby, że państwo zamawia taki przykładowy lotniskowiec w (nieefektywnej) państwowej stoczni, która wylicza koszty i zaciąga kredyt w (nieefektywnych) państwowych bankach komercyjnych, które otrzymują potrzebne pieniądze z (nieefektywnego) państwowego banku centralnego. Jest to najbardziej prawdopodobne, bo pokrywałoby się z podobnymi procedurami np. w Japonii i Korei Południowej. Mówiąc obrazowo: rząd amerykański nie posiada ani drukarni pieniędzy, ani papieru, ani farby drukarskiej. Wszystko to jest w posiadaniu rządu chińskiego.
Nie wiadomo, czy Amschel albo Nathan Rothschild faktycznie powiedzieli słynne zdanie: „Give me control of a nation’s money supply, and I care not who makes its laws” – dajcie mi kontrolę nad emisją pieniądza w kraju, a będzie mi obojętne, kto stanowi w nim prawo (kto w nim rządzi). Ale nie ulega wątpliwości, że wyraża ono prawdę!! Mam nadzieję, że teraz nikt nie ma wątpliwości, jakie znaczenie ma Artykuł 220 naszej konstytucji.

WSZYSTKO, o co toczy się gra, to wprowadzenie takiego systemu w Chinach i Rosji!!!! Punkt.

TO jest także odpowiedź na pytanie, czemu te kraje znalazły się na amerykańskiej „czarnej liście”.

Niech teraz każdy odpowie sobie na pytanie, czy warto dla tego szczytnego celu narażać nasz kraj na potencjalne konflikty? Ryzykować, że zostanie on zamieniony w nuklearną pustynię?

P.S.
Wszystkich naszych polityków łączy jedna mania: dążenie do stacjonowania w Polsce armii amerykańskiej. Mimo usilnych starań jeszcze do tego nie doszło. Dyletanci nie wiedzą jak to zrobić!! Wystarczy odzyskać kontrolę rządu nad emisją pieniędzy. Gwarantuję, że w kilka miesięcy po ogłoszeniu tego, będą u nas stacjonować amerykańskie wojska!!!

Reklamy