Bajeczki dla grzecznych dzieci

Zastanawialiście się Państwo kiedyś nad pytaniem: czym objawia się dojrzewanie? Nie, nie chodzi mi tu o to, co dzieje się między nogami i zainteresowanie płcią przeciwną. Chodzi mi o dojrzewanie umysłowe i duchowe. Może być wiele odpowiedzi na to pytanie, ale wydaje mi się, że najbardziej trafną jest: dojrzewanie objawia się utratą potrzeby zadawania pytań. Jedynie dzieci potrafią pytać aż do momentu, kiedy nie usłyszą: „siedź prosto!”, „nie garb się!”, „jeszcze nie zjadłeś tej zupy!”, albo czegoś w tym rodzaju. Jest to moment, kiedy osoba dorosła usłyszy pytanie, i nie wie, co ma odpowiedzieć. Najczęściej odpowiada wtedy „bo tak jest!”. I jest to najgłupsza odpowiedź z możliwych!

Na co dzień nie zadajemy sobie wielu pytań o rzeczy, które z pozoru są oczywiste i dlatego nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, iloma bajeczkami dla grzecznych dzieci jesteśmy oszukiwani i ogłupiani. Pobawmy się zatem w niegrzeczne dzieci i postawmy sobie parę pytań, których nie stawiamy sobie na co dzień, a potem spróbujmy odpowiedzieć na nie.

Każde niegrzeczne dziecko powinna zastanowić medialna nagonka na amerykańskiego prezydenta. Jakie są jej przyczyny? Cokolwiek nie zrobi, zaraz jest krytykowane. Jest chwalony jedynie, gdy każe coś bombardować! Faktem jest, że robi masę idiotyzmów, ale nie większych niż jego poprzednicy, a przede wszystkim nie tak niebezpiecznych dla pokoju światowego. Wszędzie przedstawiany on jest, jako kompletny idiota. Ale od kiedy inteligencja jest warunkiem zostania prezydentem USA (i nie tylko)? Trump z pewnością nie jest głupszy niż „Ronnie” Reagan albo kompletny matoł „Dżordż Dablju” Bush. Że to bufon, że jest niemoralny? Nie tacy już byli na tym stołku i nikomu to nie przeszkadzało! Zarzut, że jest agentem Rosji, jest większym idiotyzmem niż „zamach smoleński”, ale już Goebbels zauważył, że ludzie uwierzą w każde kłamstwo, byle je często powtarzać! Niestety miał rację! W dwóch moich poprzednich wpisach zadawałem już sobie to pytanie  [1] [2] i jeszcze nie znam odpowiedzi. Jedno jest pewne, że między bajki włożyć można opowiastki o jakimś ukrytym globalnym rządzie, który zza kulis pociąga za sznurki! Wyraźnie widać, że muszą być co najmniej dwie takie grupy. A może rację mają Rosjanie, że Trump wyniesiony został do władzy przez Rothschildów ? Nie bardzo chce mi się w to wierzyć, bo Trump i nowy francuski prezydent, który jest jednoznacznie marionetką, między innymi Rothschildów [1] [2] [3], nijak nie pasują do siebie! Ale na tym zwariowanym świecie niczego nie da się całkowicie wykluczyć. Tak na marginesie, jeszcze raz polecam tę stronę internetową . Korzystam z niej już od wielu lat i zaskakująco wiele podanych tam informacji sprawdziło się. Niestety nie znam francuskiego i zdany jestem jedynie na angielskie, niemieckie i rosyjskie tłumaczenia. Polskich jest niestety niewiele. Ale wróćmy do naszego Donalda… Zadajmy sobie inne pytanie: jakie jego posunięcia, lub ich zapowiedzi, tak bardzo nie podobają się jego przeciwnikom? Wymieńmy najpierw kilka z nich. Wyeliminowanie terroryzmu islamskiego. Zamiast konfrontacji – współpraca z Rosją w walce z tym terroryzmem oraz partnerska współpraca w zachowaniu pokoju światowego. Zakończenie polityki „regime change” i związane z nią zakończenie polityki militarnej dominacji USA. Generuje ona jedynie ogromne koszty i nie daje prawie żadnych zysków, gdyż nie da się walczyć z całym światem. Zmniejszenie militarnego zaangażowania USA w strukturach NATO w Europie i związane z nią praktyczne wycofanie się z wpływów na wewnętrzne sprawy tego kontynentu. To równa się pogodzeniu się z faktem rozpadu Unii Europejskiej! W polityce wewnętrznej będzie to: zahamowanie nielegalnej imigracji, inwestycje w infrastrukturę kraju, zmniejszenie deficytu handlowego poprzez zwalczanie dumpingu i chęć zwiększenia ilości miejsc pracy w USA. Od razu można powiedzieć, że pierwsza część tej listy nie podoba się kompleksowi militarno-przemysłowemu. A to oznacza, że jeżeli nie uda się formalnie usunąć Trumpa ze stanowiska, albo nie zrezygnuje on ze swoich „głupich” pomysłów, to niedługo pozostanie przy życiu. Ciekawe jak go załatwią. Amerykanie zwykli tego typu sprawy załatwiać przy pomocy broni palnej, ale tym razem stawiam na truciznę. Potem sekcja wykaże, że przedawkował niebieskie tabletki i zaj…ał się na śmierć. Wystarczy popatrzeć, jak Bill „Blowjob” Clinton (inny „moralny” prezydent) gapił się na Melanię , aby uwierzyć w taką przyczynę śmierci.

Inne pytanie dla niegrzecznych dzieci postawiłem już w moim wstępie. Było to pytanie: „co to są pieniądze” . Nie spotkałem się do tej pory z zadowalającą odpowiedzią na to pytanie, nie potrafiłem także podać własnej odpowiedzi. Już od paru lat „wgryzam” się w ten temat i w tematy z nim związane, i szczerze mówiąc, mam wrażenie, że coraz mniej wiem i rozumiem. Na każdym kroku spotykam się z taką masą niedomówień, sprzecznych informacji i bezczelnych kłamstw, że wyjaśnieniem takiego stanu rzeczy staje się jedynie teoria spiskowa. Nie da się ukryć faktu istnienia pieniędzy, więc należy tak wokół nich „namącić”, aby nikt nie wiedział, o co w tym wszystkim chodzi. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że nie wiedzą już tego nawet ci, co mącą! Że uruchomili proces, nad którym stracili kontrolę.

Ale wróćmy do naszych pytań. Innym pytaniem, którego sobie na co dzień nie zadajemy, jest pytanie „co to jest gospodarka?”. Zarówno pytanie o pieniądze, jak i pytanie o gospodarkę, należą do pytań tak oczywistych, że (poza niegrzecznymi dziećmi) nikt ich nie zadaje.

Pamiętacie Państwo program „Duże dzieci”, genialnie prowadzony przez Wojtusia Manna? Gdyby zadać te pytania dzieciakom a potem politykom i profesorom ekonomii, byłby niezły ubaw. Nie jestem pewien, kto opowiadałby większe bzdury! Ale niestety, nie mam tu zamiaru rozśmieszać czytelników, więc spróbujmy wszystko, a raczej ile się da, sobie wyjaśnić.

Wbrew pozorom, odpowiedź na pytanie: „co to jest gospodarka?”, jest bardzo prosta. Gospodarka, to tworzenie i wymiana wartości. Punkt. Nie inaczej widział to nawet Adam Smith w swoim dziele „Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów”. Zgadzam się także ze Smithem, że „wartość” jest tu najlepiej pasującym słowem. Tak samo „tworzenie”, jest lepszym słowem niż „wytwarzanie”, czy „produkowanie”. Zaraz postaram się wyjaśnić, dlaczego. Owe wartości mogą być natury materialnej (konkretne produkty, które się produkuje lub wytwarza, ale można je też tworzyć) i niematerialnej (które się, tak czy inaczej, tworzy). „Tworzenie” jest zatem wspólnym określeniem. Wartości niematerialne można podzielić na usługi, wartości intelektualne i duchowe. Czym są usługi, wie każdy, kto jechał taksówką, odwiedził restaurację, hotel lub dom publiczny. Do wartości intelektualnych zaliczyć można np. wszelkie odkrycia naukowe. Wartościami duchowymi jest wszystko to, co określamy jako kulturę i sztukę (może należałoby dodać do tego także religię?). W gospodarce, wszystko to jest tworzone dla innych, więc aby byli oni skłonni, w jakiś sposób nas za to wynagrodzić, musi to dla nich przedstawiać jakąś wartość. Właśnie „wartość”! Na czym polega „wynagradzanie”? Na daniu nam czegoś, co z kolei dla nas przedstawia wartość, a co jest tworzone przez owych „innych”. Czyli właśnie na wymianie wartości! Gdy nie było jeszcze pieniędzy, wymieniano bezpośrednio wartość za wartość. Zboże za mięso, nóż za garnek, danie dupy za ozdobę z kła mamuta, odegranie sztuczki za posiłek. Nie było to zbyt praktyczne, ale i gospodarka była wtedy inna – nie tak złożona. Zauważmy także, że każda wartość nie powstaje sama z siebie. Do jej powstania potrzebny jest jakiś wkład pracy. Nieważne, czy jest to praca umysłu, rąk czy innej części ciała. Bez jej wkładu, nie powstanie żadna wartość. Tak na marginesie, Laborystyczna teoria wartości to nie jest marksizm, jak nam stara się zasugerować polska Vikipedia! Wystarczy porównać angielską i polską wersję tego hasła!

Potem pojawiły się pieniądze. Skąd się wzięły? Nie wiadomo. Powszechnie przyjmuje się, że powstały dla wygody przy wymianie wartości. Ale najprawdopodobniej jest to kolejna bajeczka dla grzecznych dzieci. Antropolodzy są przekonani, że ten rodzaj pieniądza, jaki używamy, nie mógł powstać w ten sposób. Sugerują raczej, że pierwotnie powstał on w świątyniach, jako rodzaj daniny. Mają na to wiele argumentów. Jeden z nich jest natury etymologicznej. Gdy starożytny Rzym przeszedł na system monetarny oparty na złocie, co nota bene zapoczątkowało upadek imperium, pieniądze bito w świątyni bogini Junony. Miała ona przydomek Moneta – ostrzegająca. Praktycznie w każdym języku europejskim słowo to oznacza pieniądz. Ja chciałbym tu wspomnieć o czymś innym. Antropolodzy podają także wiele przykładów, swego rodzaju „systemów monetarnych”, stworzonych przez różne, odizolowane od świata, plemiona w dżungli lub na wyspach. Wszystkie te systemy zostały stworzone przez te społeczności dla wygody, właśnie przy wymianie wartości. Systemy te różnią się jednak diametralnie od naszego. Powstały one samoistnie i nigdy nie były przez nikogo zarządzane i sterowane. Powstały DLA DOBRA SPOŁECZNOŚCI!! Nasz system monetarny od samego początku NIGDY nie był pod społeczną kontrolą i NIGDY nie służył dla dobra społeczeństwa. Musiał więc powstać z myślą o sterowaniu i wykorzystywaniu społeczności. Powie ktoś, że owe prymitywne, odizolowane od świata społeczności nie mają rozbudowanej, hierarchii potrzebnej do zarządzania takim systemem, dlatego były w stanie stworzyć jedynie takie systemy monetarne. Ale identyczne „systemy monetarne” powstają także i dziś w więzieniach i w obozach pracy, gdzie zawsze istnieje hierarchia, która decyduje często o życiu i śmierci swoich członków. Zawsze powstają i funkcjonują one jednak samoistnie, bez wpływu ze strony owej hierarchii. Te, wprawdzie proste, systemy monetarne, które powstały w dżungli, gdzieś na wyspach Pacyfiku, ale także na wyspach brytyjskich, są także zadziwiająco stabilne! W odróżnieniu od naszego, funkcjonują, często w niezmienionej postaci, przez wiele stuleci.

We wszystkich bajeczkach dla grzecznych dzieci, sugeruje się także, że wprowadzenie pieniądza jest dobrodziejstwem i równoznaczne jest z postępem. Przemilcza się jednak ciemne strony. Wiele lat temu oglądałem program popularnonaukowy (bodajże BBC), w którym szwajcarski socjolog Jean Ziegler opowiadał o badaniach antropologicznych nad społecznościami, które nie znały pieniądza. Społeczności te żyły we względnej harmonii i zgodzie. Życiem prawie każdej z tych społeczności kierowała rada, złożona z najbardziej szanowanych osobistości – zwykle najstarszych i najbardziej doświadczonych oraz np. najlepszych myśliwych. Ona też rozstrzygała wszelkie spory. Chaty ustawione były najczęściej w formie okręgu wokół centralnego placu, wejściami do niego. Na placu tym toczyło się codzienne życie społeczności. Gdy badacze przyjeżdżali po latach i po pierwszych kontaktach takiej społeczności z pieniądzem, trafiali do innego świata! Spory były na porządku dziennym i rozstrzygano je najczęściej siłą. Społecznością nie rządzili najbardziej szanowani, ale najbogatsi jej członkowie. Sama osada także wyglądała inaczej. Centralny plac był pusty, albo w ogóle znikał, a chaty były odwrócone do siebie „plecami”. Pieniądz zmieniał zatem całkowicie życie takiej społeczności i mentalność jej członków! Jeśli już jesteśmy przy mentalności… Powszechnie przemilcza się także jeszcze jeden aspekt pieniądza, o którym nawet nie pomyślimy! Społeczności nieznające pieniądza wymieniały pomiędzy sobą tylko to i tylko tyle, ile potrzebowały. Reguła ta nie dotyczy pieniądza! Nikt nie powie, że ma ich wystarczającą ilość i że ich więcej nie potrzebuje!

W tym momencie, każde niegrzeczne dziecko musi sobie także zadawać pytanie o to, co uzasadnia takie ogromne dochody i majątki ludzi z listy Forbes i innych, o mniejszych, ale wciąż niewyobrażalnych dla nas, dochodach. Czy ludzie ci dokonali jakiś epokowych odkryć i wynalazków, dzięki którym ludzkość żyje w szczęściu i dobrobycie? Czy opracowali metody leczenia chorób, które od tysiącleci są zmorą całej ludzkości? Nic z tych rzeczy!! Ci ludzie po prostu zawłaszczyli owoce pracy miliardów ludzi na całym świecie!! NIC WIĘCEJ!!! Dla zapewnienia ich dochodów, wywołuje się wojny z milionami ofiar. Oni mają na sumieniu pracę dzieci w wielu krajach, i to nie tylko trzeciego świata, miliony niedożywionych i zmarłych z głodu, samobójstwa zaszczutych i pracujących ponad siły pracowników, śmierć pracujących w nieludzkich warunkach, niszczenie środowiska naturalnego. A już szczytem cynizmu i bezczelności jest stawianie nam tych ludzi za wzór do naśladowania!!

Nie bez powodu wymieniłem te wszystkie zjawiska. Pieniądz pozwala bowiem także na „zmierzenie” wyzysku. Pozwala także na „zmierzenie” ile warta jest ludzka praca. To, czego za swoją pracę, nie otrzymały miliardy ludzi na całym świecie, jest właśnie majątkiem tych ludzi! Jeśli zatem zostaniecie w ramach zwolnień grupowych wywaleni na bruk, to nie martwcie się! „Rynki” zareagują na to pozytywnie – wzrostem indeksów giełdowych! Jeśli będziecie musieli wziąć kredyt na leczenie chorego dziecka (o ile w ogóle go dostaniecie), to tylko powód do radości, gdyż spowoduje to wzrost kursu akcji waszego banku! Jeśli potem usłyszycie nieludzki krzyk waszego dziecka, bo oszczędza się na środkach przeciwbólowych – to tylko dla dobra „rynków”! Jeśli pierwsze przerzuty pojawią się przed wyznaczonym wam, odległym terminem operacji, to głowa do góry! Dłużej będziecie faszerowani chemią i zarobią na tym koncerny farmaceutyczne! Jeśli zmuszeni będziecie dorabiać na emeryturze, to świetnie! Wasz fundusz emerytalny z pewnością wypłaci wyższe dywidendy swoim udziałowcom! Jeśli… Ale już z pewnością chcecie mnie wyzwać od lewaków, socjalistów, komunistów, czy innych takich!

Nasz system monetarny cechuje się także tajemniczością. Wspomniałem o tym już na początku. Wiedza o jego funkcjonowaniu jest, nie tylko wśród społeczeństwa, ale także wśród specjalistów, prawie żadna!! Wszędzie znajdziemy informacje o teorii względności, uczymy się o niej w szkole, chociaż nie jest to nam do niczego potrzebne, ale nigdzie nie znajdziemy rzetelnej i pełnej informacji o naszym systemie monetarnym, z którym spotykamy się codziennie! Ta strona jest tego dowodem. Chociaż sporo czytałem na ten temat, jak do tej pory nie spotkałem się z żadnym źródłem, w którym zwrócono by uwagę na te aspekty naszego systemu monetarnego,.

Tajemniczość, brak kontroli ze strony społeczności oraz wykorzystanie takiego systemu do kontroli i sterowania tą społecznością – takie cechy zawsze kojarzą się z kapłanami takiej, czy innej religii. Tych kapłanów z czasem zastąpili kapłani innego boga. Kapłani pieniądza – bankierzy.

Ale wróćmy do naszej gospodarki, tym razem już z pieniądzem. Teraz nie wymieniamy już wartości na wartość! Wbrew naszym przekonaniom, pieniądze nie są żadną wartością! Są jedynie ekwiwalentem owej wartości. Asygnatą na wartość. Można zatem powiedzieć, że pieniądze pełnią rolę z jednej strony miernika, z drugiej strony akumulatora wartości.

Nie można zaprzeczyć, że w porównaniu z wymianą wartości na wartość, uzyskujemy tu masę korzyści! Przede wszystkim, jak już wspomniałem, mamy jakiś miernik wartości. Nie jest to wprawdzie miernik idealny. W przeciwieństwie do jednostek układu SI, nie można go jednoznacznie zdefiniować. Ale zawsze lepsze to, niż nic. Możemy teraz ujednolicić cenę (można już użyć tego słowa) za identyczne wartości. Tak na marginesie, bardzo często mylimy te dwa pojęcia – wartość to nie jest to samo, co cena! Tak jak długość, to nie to samo, co metr. Cena, to wartość wyrażona jakąś jednostką miary. W jaki sposób jest ona ustalana? Nie ma na to metody. Jedynym sposobem jest dogadanie się partnerów transakcji. Nie wymyślono niczego lepszego.

Pieniądzem możemy także dowolnie manipulować – sumować go, jedynie częściowo wykorzystać, lub odłożyć jego wykorzystanie na później. Stworzoną przez nas wartość możemy przekazać teraz każdemu – odpada konieczność znalezienia kogoś, kto jej potrzebuje i równocześnie oferuje w zamian wartość, której akurat my potrzebujemy.

Ale pieniądz nie jest ekwiwalentem towaru! Moim zdaniem, to właśnie pieniądz w obecnej postaci, umożliwił powstanie kapitalizmu. Wspominam o tym w moim wstępie.

Napisałem, że pieniądz, sam w sobie, nie jest żadną wartością. Od samego ich drukowania nie przybędzie bogactwa. Ktoś może teraz powiedzieć, że początkowo pieniądze były z metali szlachetnych – złota lub srebra, więc była to jak najbardziej wymiana wartości na wartość.

Kto zastanawia się teraz, co oznacza głuchy odgłos, który właśnie usłyszał, to wyjaśniam: uderzyłem się w piersi! Muszę się przyznać do pewnego uproszczenia we wszystkich moich dotychczasowych tekstach. Prawie w każdym miejscu, gdzie piszę „pieniądze” powinienem był pisać „waluta”. Zastanawiałem się nad wyjaśnieniem tej różnicy już wtedy, gdy we wstępie zadawałem pytanie „co to są pieniądze”. Ale wtedy nie chciałem dodatkowo mącić w głowach czytelnikom. Pomyślałem, że i tak praktycznie nikt tego nie wie i nie rozumie, więc dałem sobie spokój. Wspomniałem teraz o złocie, więc będzie to dobra okazja do zapoznania się z różnicą między tymi dwoma pojęciami. Słysząc słowo „waluta” każdy myśli automatycznie o dewizach, i to tych twardych. Tymczasem jest to coś nieco innego. W Wikipedii nie znajdziemy dokładnego wyjaśnienia. Waluta i pieniądz opisane są tam długo, a zawile i nie bardzo wiadomo jaka jest między nimi różnica. Znalazłem jedynie trzy strony polskojęzyczne, które robią to w przystępny sposób [1], [2], [3]. Krótko mówiąc, pieniądz spełnia wszystkie funkcje waluty, czyli służy do rozliczeń, ale dodatkowo umożliwia przechowywanie wartości w dłuższym okresie czasu. Jak wszyscy wiemy, to, co obecnie potocznie nazywamy pieniądzem, funkcji tej nie spełnia – jest więc de facto walutą! Ale zapytajcie jakiegoś profesora ekonomii – najprawdopodobniej też nie będzie tego wiedział!

Ale wróćmy do złotego pieniądza… Faktem jest, że złoto może pełnić funkcję pieniądza (i waluty). Prawdą jest także, że w wypadku takiej waluty, jest to faktycznie wymiana wartości na wartość. Wielu „reformatorów” systemu monetarnego wyciąga z tego faktu bezkrytyczny wniosek, że wystarczy wprowadzić walutę opartą na złocie i wszystko będzie super. Niestety nie jest to takie proste. Już od wielu lat nie ma pieniędzy ze złota, od 15 sierpnia 1971 roku   nie ma także pieniędzy z parytetem w złocie, jednak przez cały czas złoty pieniądz krąży w głowach reformatorów systemu monetarnego. Równocześnie jest to największa kość niezgody pomiędzy nimi. Jedni uważają, że pieniądz musi opierać się na złocie, inni, za Keynesem, uważają je za barbarzyński relikt. U części z tych, którzy widzą w złocie idealny pieniądz, myślenie takie wynika z niezrozumienia tego, czym właściwie jest pieniądz, a także z podświadomego przekonania, że pieniądz sam w sobie musi mieć wartość. Inni argumentują, że jest to jedyna możliwość zachowania stabilnej w czasie wartości pieniądza. Jeszcze innym, złoto nie jest w systemie monetarnym do niczego potrzebne. Zastanówmy się, kto w tym sporze ma rację.

Złoto zawsze było obiektem pożądania. Zawsze miało wartość. Nigdy nie było tak, że było bez wartości! Nie przychodzi mi do głowy lepszy sposób „przechowywania” wartości niż przy pomocy złota. Jedyną alternatywą dla niego mogłaby być ziemia, ale jest to alternatywa bardzo niepraktyczna. Złoto bije ją na głowę. Tutaj trzeba przyznać rację zwolennikom użycia go jako pieniądza, powtarzam, pieniądza. Jak do tej pory nie wymyślono nic lepszego. Ale wartość złota nie jest niezmienna! W czasach pokoju, za złotą sztabkę lub monetę można przez dość długi czas dobrze żyć. W czasie wojny nierzadko można było za nią kupić jedynie bochenek chleba. Jeśli miało się ich więcej – życie. Ale także w czasie pokoju wartość (cena) złota nie jest stała. W okresach prosperity, gdy nie brakuje obiektów dla zyskownych inwestycji, jego wartość spada. W „normalnych” czasach wahania jego wartości są niewielkie, więc nie nadaje się ono na obiekt spekulacji. Ale w okresach kryzysów i niepewności wszyscy szukają bezpiecznej przystani i najczęściej wybierają złoto. Argumentacja jest w tym wypadku prosta: nawet, jeśli sytuacja się poprawi i cena złota spadnie, to sprzedam ze stratą, ale w przypadku krachu, nie stracę wszystkiego. Ale wartość złota jest także obiektem manipulacji. Sztucznie zawyża, lub zaniża się jego cenę.

Wydawałoby się zatem, że najlepszym rozwiązaniem byłoby powrócić do „starego, dobrego” złota jako pieniądza. Powtarzam jeszcze raz: pieniądza (nie waluty). Tutaj mógłbym się zgodzić ze zwolennikami takiego rozwiązania. Ale sprawa nie jest tak prosta, jak by to się mogło na pierwszy rzut oka wydawać! Patrząc wstecz, widzimy, że nie jest to wcale takie dobre rozwiązanie. Cała historia pieniądza ze złota, lub opartego na złocie, jest historią jego psucia. W początkowym okresie jego istnienia, pieniądze takie emitowali władcy. Gdy zaczynało im brakować złota na następne monety, albo zmniejszali ich wielkość, albo dodawali do monet w miejsce złota, coraz więcej innych, mało wartościowych metali. Gdyby dzisiaj znowu wprowadzono pieniądze ze złota, na pewno po jakimś czasie historia powtórzyłaby się.

Nie inaczej było z pieniędzmi z parytetem w złocie. Manipulowano tym parytetem w zależności od potrzeb, nie mówiąc już o tym, że właściwie nikt nie ma możliwości skontrolowania tego, czy emitent ma wystarczająco duże zapasy złota i czy w obiegu jest odpowiadająca parytetowi ilość pieniędzy.

Widzimy więc, że złoto faktycznie może spełniać funkcję pieniądza, ale jedynie w czystej formie – jako sztabki o gwarantowanej czystości lub takie same monety.

Moglibyśmy zatem dojść do błędnego wniosku, że obojętnie z czego jest pieniądz (oprócz pieniądza z czystego złota), jego wartość i stabilność zależna jest jedynie od uczciwości emitenta. To także nie jest jednak takie proste. Decydującym czynnikiem jest konstrukcja systemu monetarnego i wynikający z niej system gospodarczy i polityczny. Próbuję to wyjaśnić w moim wstępie w częściach „System gospodarczy” i „Kapitalizm” . Nasz system monetarny ze swojej natury nie jest stabilny i nawet, jeśli emitent będzie aniołem, konstrukcja tego systemu spowoduje, że emitowany pieniądz wcześniej, czy później wezmą diabli wykładniczo rosnącego obciążenia odsetkami!

Szczerze mówiąc, nie jestem przekonany, czy w ogóle możliwe jest stworzenie systemu monetarnego, w którym pieniądz (nie waluta!), spełniałby swoją rolę „przechowalni” wartości w dłuższym okresie czasu. Niestety, nikt się tym problemem nie zajmuje. Ale równocześnie sugeruje nam się, że powinniśmy sami oszczędzać na naszą emeryturę!!

Właśnie przyszła mi do głowy pewna myśl! Gdyby, obok sumy wpłacanych do banku i przeznaczanych do oszczędzania przez dłuższy czas pieniędzy, księgować także, jaką ilość złota za tę sumę można w chwili wpłaty kupić, to przy wypłacie (po dłuższym okresie czasu), można by przeliczyć po kursie w dniu wypłaty, tę hipotetyczną ilość złota na wypłacaną ilość pieniędzy. To mogłoby być powiązanie pieniądza ze złotem, bez potrzeby jego posiadania przez bank centralny! Muszę to jeszcze przemyśleć i skonsultować z reformatorami z International Movement for Monetary Reform.

Ale zamieńmy się znowu w niegrzeczne dzieci! Każde niegrzeczne dziecko powinno zadać także pytanie: co powoduje, że pieniądze mają dla nas jakąś wartość? Przecież same w sobie, nie mają one żadnej wartości! Są to albo kolorowe papierki albo w ogóle całkowita abstrakcja – niewidzialne sumy na koncie! Odpowiedź jest krótka: jest to po prostu kwestia umowy. Nic więcej. Czy będą to nacięcia na kiju, muszelki nanizane na sznurek, kreski na tablicy, kawałki metalu czy zadrukowane papierki – to wszystko jest kwestią umowy, czy będziemy to traktować jako pieniądze, czy nie. Ale skąd wiemy, ile taka jednostka monetarna jest warta? Co, w zamian za nią, możemy otrzymać? Jest to po prostu stosunek ilości takich, czy innych, pieniędzy w obiegu, do ilości towarów i usług na rynku. Mieliśmy okazję przekonać się o tym na przełomie lat 80 i 90. Rząd drukował papierki, za które nie było co kupić. W końcu praktycznie każdy z nas był milionerem. Był to książkowy przykład inflacji, który przeżyliśmy na własnej skórze. Jeśli ilość pieniędzy rośnie szybciej niż ilość towarów i usług, to dochodzi do inflacji. Jeśli jest odwrotnie – do deflacji. Tak mówią monetaryści. I częściowo mają rację. Za chwilę wyjaśnię, czemu tylko częściowo.

Powiedziałem już, że gospodarka to nic innego, jak wymiana wartości za wartość. Pomijając przypadek rabunku lub dobrowolnego podarowania, zasada ta obowiązywała w gospodarce wymiennej. Obowiązywała także w wypadku pieniądza ze złota. Gdy pieniądz przestał być, w taki, czy inny sposób, związany ze złotem, zasada ta przestała bezwzględnie obowiązywać. Emitent pieniądza zyskał możliwość otrzymywania stworzonej przez innych wartości, bez konieczności tworzenia przez siebie jakichkolwiek wartości! Zamiast niej, może dawać wydrukowane przez siebie kolorowe papierki, lub po prostu dopisywać sumy na koncie odbiorcy. Szczerze mówiąc jest to możliwość w dużej mierze teoretyczna. Spotkałem się jedynie z jednym przykładem jej wykorzystania – w wypadku banków, i dotyczył on jedynie niewielkich sum, wiec nie będę tu o tym wspominać. Ale nasz system monetarny ma jeszcze inne „nieprzyjemne” właściwości. Jak już wielokrotnie wspominałem, obieg pieniędzy w naszej gospodarce jest obiegiem zamkniętym. Wyjaśniałem także, że bank centralny tworzy pieniądze, które trafiają do obiegu w formie kredytu. Po wykonaniu swojej „pracy” w gospodarce, kredyt zostaje spłacony i pieniądze te „znikają” z obiegu. Aby więc w obiegu była dostateczna ilość pieniędzy, konieczne jest zaciąganie coraz to nowych kredytów. Wyjaśniałem także, że pieniądze „stworzone” przez bank centralny egzystują w formie gotówki i sum na kontach banków komercyjnych w banku centralnym, i że są to jedyne „prawdziwe” pieniądze w obiegu (de facto o obiegu można mówić jedynie w wypadku gotówki). Wyjaśniałem także, że kolejną bajeczką dla grzecznych dzieci, jest opowiastka, że banki potrzebują naszych oszczędności, aby móc udzielać kredytów. W rzeczywistości banki tworzą same, potrzebne im sumy – po prostu wpisując je po obu stronach konta kredytobiorcy, a większość naszych oszczędności „ląduje” na kontach banków w banku centralnym i używana jest jedynie do rozliczeń pomiędzy bankami. Udzielone w ten sposób kredyty są oprocentowane i to oprocentowanie banki pobierają praktycznie za nic! Przyznać jednak należy, że łupem tym dzielą się z nami, dając nam ochłapy w formie oprocentowania naszych kont oszczędnościowych. Jak długo jest zapotrzebowanie na kredyty, i są one spłacane, wszystko funkcjonuje. Wyjaśniłem także, że w tym systemie banki nie są w stanie wypłacić wszystkich sum, znajdujących się na ich kontach, wiec de facto już dziś są bankrutami. Nasze oszczędności nie są w tym systemie większym problemem. Wszyscy oszczędzamy na jakiś cel, lub na „czarną godzinę”, która wcześniej, czy później, nadchodzi. Pieniądze te, trafiają więc z powrotem do obiegu i nabywane są za nie towary i usługi. Inaczej dzieje się z dużymi dochodami. Z dochodami tak dużymi, że ci, którzy je osiągają nie wiedzą już, co zrobić z taką masą pieniędzy. Jak już wcześniej wspomniałem, cechą pieniędzy jest między innymi to, że nigdy nie mamy ich za dużo. Pieniądze te są wyłączone z obiegu gospodarczego. Nie są za nie kupowane żadne towary albo usługi. Trafiają one do obiegu finansowego, funkcjonującego „obok” obiegu gospodarczego. Co się tam z nimi dzieje? Część jest inwestowana – czyli albo pożyczana, albo kupuje się za te pieniądze udziały w firmach i otrzymuje od nich dywidendy. Pieniądze te inwestowane są bezpośrednio przez posiadaczy, lub przez specjalizujące się w tym firmy. Trochę pisałem już o tym. Jednak wielkość kapitału, z którym jego posiadacze nie wiedzą co zrobić, wielokrotnie przewyższa możliwości jego inwestycji. Kapitał, którego faktycznie nikt nie potrzebuje, ląduje w globalnym kasynie gry – na giełdach. I tu przechodzimy do kolejnego pytania, które każde niegrzeczne dziecko powinno zadać: na cholerę nam te giełdy są potrzebne i jak zarabia się tam pieniądze? Odpowiedź na pierwsze pytanie jest prosta: giełdy są to miejsca, w którym sprzedawane i, co za tym idzie, kupowane są wszelakiego rodzaju papiery wartościowe, mają więc podobne znaczenie jak place targowe. Ich istnienie ma zatem sens. Natomiast odpowiedź na drugie pytanie nie jest już taka prosta. Ma też ona niewiele wspólnego ze zdrowym rozsądkiem.

Ale najpierw spróbujmy sobie wyobrazić obydwa obiegi i mechanizm ich wzajemnego oddziaływania na siebie. Można je obrazowo przedstawić, jako dwa połączone ze sobą zbiorniki. Połączone są ze sobą przy pomocy dwóch pomp. Schematycznie pokazałem to na poniższym obrazku.

Obydwie pompy są o RÓŻNEJ wydajności! Pierwsza pompa, pompuje KREDYTY z obiegu finansowego do obiegu gospodarczego. Jako, że kredyty trzeba spłacać wraz z oprocentowaniem, więc druga pompa ma większą wydajność i pompuje KREDYTY PLUS ODSETKI(!!) z obiegu gospodarczego z powrotem do obiegu finansowego. Teraz musimy sobie wyobrazić, że wydajność tych pomp zwiększa się z biegiem czasu. Gdy druga pompa wpompowała kredyty plus odsetki do obiegu finansowego, wzrosła w nim ilość pieniędzy i teraz pierwsza pompa musi wpompować tę zwiększoną wielkość, jako większy kredyt, do obrotu gospodarczego, co z kolei znów wymusza wzrost wydajności drugiej pompy, gdyż musi ona wpompować odpowiednią ilość odsetek. I tak w kółko. Jest to właściwie sprzężenie zwrotne. Wyjaśniałem już w części „Oprocentowanie”, że dochody kapitałowe rosną wykładniczo – tak rośnie zatem wydajność tych pomp. Obieg gospodarczy „zasilany” jest wprawdzie przez pompę wzrostu gospodarczego i jej wydajność także może wzrosnąć i skompensować ubytek, ale po pierwsze jest to wzrost, w najlepszym wypadku, liniowy, więc po pewnym czasie nie jest on w stanie nadążyć za wzrostem wykładniczym. W pewnym momencie musi dojść do coraz szybszego transferu kapitału z obiegu gospodarczego, do obiegu finansowego I JEST TO JUŻ PROCES CORAZ SZYBSZY I NIEOWRACALNY! Dla osób mniej obeznanych z matematyką, pokazałem obydwa wzrosty na wykresie poniżej.

Tutaj muszę wrócić do definicji inflacji i deflacji. Monetaryści mówią, że wzrost ilości pieniędzy powoduje inflację. Niestety ta teoryjka nie ma nic wspólnego z rzeczywistością! Popatrzmy, jakimi sumami się dziś operuje, a zamiast inflacji mamy deflację!! Po prostu wszyscy ci panowie profesorowie nie potrafią, a może nie chcą, zrozumieć prostego faktu, że mamy tu do czynienia z dwoma odrębnymi światami. Pieniądze z obiegu gospodarczego są w coraz szybszym tempie „pompowane” do obiegu finansowego. Efektem tego jest deflacja w obiegu gospodarczym i, właściwie już, hiperinflacja w obiegu finansowym! Osoby starsze, które pamiętają lata 80 i 90 przypominają sobie na pewno, że kupowało się wtedy wszystko, co było do kupienia. Nieważne, czy było nam to potrzebne, czy nie. Aby tylko wydać pieniądze, które były coraz mniej warte. Podobnie jest dzisiaj w obiegu finansowym. Możliwości inwestycji, a w szczególności zyskownych inwestycji, mają dzisiaj jedynie najwięksi gracze w rodzaju BlackRock. Reszta musi szukać innych możliwości. I tu wracamy do giełdy. Ona jest właśnie modelowym przykładem inflacji na rynku kapitałowym. Ilość papierów wartościowych jest ograniczona, a ilość chętnych do ich kupna, których pieniądze parzą w palce, jest coraz większa. Windują oni zatem ceny, do niebotycznych i równocześnie idiotycznych wysokości! Gdy nie można zwiększyć ilości akcji, zwiększa się ilość wszelkiego typu „wynalazków finansowych”, które najczęściej są formą zakładu o coś. Nazywanie giełdy globalnym kasynem gry, nie jest wcale przesadą! Jest faktem! Zwykłe kasyna nie mają praktycznie żadnego wpływu na gospodarkę. Niestety nie można powiedzieć tego o giełdzie! Wymusza ona na podmiotach gospodarczych takie działania, które powodują wzrost cen papierów „wartościowych”. Najchętniej widziane są cięcia kosztów poprzez masowe zwolnienia, obniżki płac i temu podobne posunięcia. Wszystko to już dawno przestało mieć jakikolwiek sens gospodarczy, niewiele ma też wspólnego ze zdrowym rozsądkiem, więc coraz bardziej zaczęły się liczyć działania pozorne, plotki i szum medialny. Zadziwiające w tym wszystkim jest jednak to, że tak niewielu ludzi, nawet po tylu krachach na giełdach, dostrzega przerażającą prawdę zawartą w stwierdzeniu Keynesa z jego „Ogólnej teorii zatrudnienia, procentu i pieniądza”:
Speculators may do no harm as bubbles on a steady stream of enterprise. But the position is serious when enterprise becomes the bubble on a whirlpool of speculation.” – spekulanci są nie bardziej szkodliwi niż bańki na spokojnym strumieniu działalności gospodarczej. Ale sytuacja staje się poważna, gdy działalność gospodarcza staje się bańką w wirze spekulacji (tłumaczenie moje). Obecnie mamy do czynienia właśnie z taką sytuacją! Można śmiało powiedzieć, że giełda symuluje dzisiaj obieg gospodarczy. Ale ma także wpływ na realną gospodarkę! Niestety z negatywnymi, wspomnianymi wcześniej, konsekwencjami dla nas – zwykłych śmiertelników. Zyski, jakie (ewentualnie) się na giełdzie osiąga, pochodzą z mechanizmów inflacyjnych spowodowanych coraz szybszym napływem pieniędzy z realnego obiegu gospodarczego. Osoby starsze pamiętają „staczy” kolejkowych. Gracze giełdowi, to właśnie tacy „stacze”. Sprzedają drożej to, co kupili taniej, bo przez ten czas przybyło pieniędzy w obiegu finansowym i wzrosła ilość ludzi, których te pieniądze parzą w ręce. Fakt, zanim nastąpi krach, na procederze tym można nawet bardzo dobrze zarobić (lub stracić), ale z gospodarczego punktu widzenia jest to czysty idiotyzm!

Niegrzeczne dzieci z pewnością wiercą się, aby zadać pytanie: czemu o tym wszystkim nie mówi się w oficjalnych mediach, nie uczy w szkołach, a przede wszystkim nic się nie zmienia! Częściowo próbowałem już odpowiedzieć na to pytanie w moim wstępie, głównie w częściach PRZYSZŁOŚĆ i INTELEKTUALNY ZASTÓJ. Odpowiem jeszcze raz krótko: za dużo słuchamy bajeczek dla grzecznych dzieci i za mało zadajemy pytań. Zbyt mało zastanawiamy się jak skonstruowany jest nasz świat. Oglądamy teatrzyk, jakim jest polityka. Emocjonujemy się występującymi tam kukiełkami. Już jedynie bardzo łatwowierne, albo bardzo tępe dzieci nie dostrzegają faktu, że kukiełki te poruszane są przy pomocy sznurków, które pociągają aktorzy ukryci za kulisami. To, co się za tymi kulisami dzieje, próbują nam wyjaśniać wszelkiej maści teorie spiskowe, z których większość, jest moim zdaniem kompletną bzdurą! Oprócz tego przywołuje się także, jak np. w książkach Song Hongbinga, wydarzenia z historii. Postacie Rothschildów, Rockefellerów, czy wydarzenia wokół powstania amerykańskiej Rezerwy Federalnej. Podobnie jest z mało znaną w Polsce, książką „Tragedy and Hope” Carrolla Quigley. W jej wypadku mamy już bardziej wiarygodne źródło – pisała ją osoba z „wewnętrznego kręgu”. Mają one za zadanie ujawnić osoby pociągające za sznurki. Wszystko to, ma moim zdaniem znaczenie jedynie historyczne. Jeszcze w latach 60, ilość tych osób i organizacji była w jakiś sposób do ogarnięcia. Od tego czasu wszystko się zmieniło. Ich ilość wzrosła. Tłoczą się więc za kulisami, trącają się i przeszkadzają sobie wzajemnie. Rezultatem tego są nieskoordynowane ruchy ich kukiełek. Dodatkowo wiele sznurków splątało się i to, co odgrywają kukiełki bardziej przypomina taniec św. Wita niż przedstawienie! A my wszyscy patrzymy na to, nic nie rozumiemy i doszukujemy się w tym jakiegoś sensu i drugiego dna! W jednym z moich poprzednich wpisów porównałem obecną sytuację z siecią neuronową, ale jedynie niewiele osób wie, i jest w stanie zrozumieć, co to takiego. Porównanie z teatrzykiem jest zrozumiałe dla wszystkich dzieci. Niestety nie mamy wglądu za kulisy. Nikt z pociągających za sznurki nie powie nam też o swoim scenariuszu. „Wir können sie nicht zwingen, die Wahrheit zu sagen. Aber wir können sie zwingen, immer dreister zu lügen” – nie możemy ich zmusić do mówienia prawdy. Ale możemy ich zmusić do coraz bezczelniejszych kłamstw, miała rzekomo powiedzieć niemiecka terrorystka Ulrike Meinhof. Nie namawiam nikogo do terroryzmu, ale do zadawania pytań. One będą miały ten sam skutek – odpowiadający będą zmuszeni coraz bezczelniej kłamać. Może tą droga dowiemy się więcej.

Jestem przekonany, że albo ludzkość zrozumie, czym jest obecny system monetarny i zreformuje go, albo czeka ją samozagłada lub cofnięcie do epoki barbarzyństwa. Niestety taka reforma może być dla wielu bardzo bolesna. Konieczne będzie przełamanie wielu, istniejących nawet od tysiącleci, tabu, stereotypów i sposobów myślenia. Gotowego systemu monetarnego nie wymyśli się także siedząc przy biurku! Z pewnością konieczne będą eksperymenty najpierw na małą skalę, potem na skalę krajów. Nie uniknie się także błędów. Nie osiągnie się tego także bez zadawania pytań. Prawie wszystkie największe odkrycia w dziejach ludzkości były dokonywane przez niegrzeczne dzieci – ludzi, którzy zadawali pytania, które innym nie przyszły do głowy. Ludzi, którzy nie chcieli słuchać bajeczek dla grzecznych dzieci.

Reklamy