Zaprawdę słuszne to i sprawiedliwe

Obiecałem w poprzednim wpisie napisać o zadłużeniu państw. Łatwo jest obiecywać, trudniej wykonać! Przypomniała mi się odpowiedź św. Augustyna na pytanie o to, czym jest czas: „jak mnie o to nie pytają, to wiem”. Parafrazując jego odpowiedź mógłbym powiedzieć: jak nie muszę wyjaśniać skąd bierze się zadłużenie państwa, to wszystko wiem. Czasem najtrudniej jest wyjaśnić z pozoru najbardziej oczywiste rzeczy. W szczytowej fazie ostatniego kryzysu, gdy w mediach nie mówiło się o niczym innym, przełączając kanały w telewizji satelitarnej, przypadkiem trafiłem na program jakiejś zachodniej stacji, w którym różni eksperci, w większości z tytułami profesorów ekonomii, odpowiadali na pytania. Zadawała je publiczność w sali i telewidzowie telefonicznie, smsami i mailami. Już chciałem przełączyć na inny kanał, gdy zadzwoniła jakaś, sądząc z głosu, starsza pani i zapytała: „mówicie tu cały czas o ogromnym, zniszczonym kapitale, ale ja nie rozumiem – spalił ktoś te pieniądze czy co?”. Trzeba było widzieć uśmieszki politowania tych profesorów! Oczywiście bez przerwy coś gadali, ale nie były to odpowiedzi na pytanie. Ja patrzyłem, jak prowadzący program coraz bardziej się denerwuje. W końcu dość obcesowo przerwał jednemu z gadających i szybko przeszedł do następnego pytania. Dopiero później domyśliłem się, dlaczego – program leciał na żywo i najwyraźniej obawiał się, że ktoś z publiczności krzyknie: „przecież wy sami tego nie rozumiecie!” i byłby obciach.

Ale wróćmy do tematu. Już parę razy wspomniałem o naszym wręcz schizofrenicznym stosunku do państwa. O tym, że czymś innym jest dla nas ojczyzna, a czymś innym państwo. Że ojczyznę kochamy a państwo nienawidzimy. Gotowi jesteśmy walczyć ZA ojczyznę, ale walczymy Z państwem. Ale równocześnie wymagamy, aby to właśnie państwo zapewniło nam bezpieczeństwo, dobrobyt, godne warunki życia, żeby dbało o nas, żeby nam DAWAŁO. Równocześnie jednak nie chcemy przyjąć do wiadomości, że państwo może nam dać jedynie to, co nam wcześniej w formie podatków odebrało! Kompletnie nie rozumiemy także faktu, że państwo nie powstaje i nie funkcjonuje samo z siebie! Że musimy o nie dbać, gdyż w przeciwnym razie dojdzie do wynaturzeń i wtedy faktycznie państwo może się stać naszym przeciwnikiem i wrogiem! Jeśli państwo nie funkcjonuje prawidłowo, to JEDYNIE MY SAMI JESTEŚMY TEMU WINNI!! Można śmiało powiedzieć, że państwo jest takie, jak jego obywatele. Niestety, stan naszego państwa świadczy źle jedynie o nas! Można wypełnić całą bibliotekę analizami przyczyn. Osobiście jestem zdania, że są trzy główne przyczyny takiego stanu rzeczy: pierwszą jest fakt, że jako naród „przeskoczyliśmy” szalenie ważny okres w historii – Oświecenie. Drugą jest fakt, że ponad połowa z nas, czyli mieszkańcy wsi, dopiero od niedawna ma świadomość przynależności narodowej. W okresie pierwszej Rzeczpospolitej mieli status de facto niewolników. Druga Rzeczpospolita zrobiła niewiele dla zmiany mentalności tych ludzi i ich sposobu widzenia państwa. Okres powojenny, aż do dziś, także nie wniósł prawie nic do poprawy sytuacji. Wprawdzie w okresie powojennym, wielu mieszkańców wsi wykształciło się, ale ich mentalność nie uległa zmianie. Trzecią przyczyną jest fakt, że w pierwszej Rzeczpospolitej jedynie szlachta posiadała możliwość (rzadko umiejętność) samoorganizacji. Później, przez pokolenia, tłumiona była w nas potrzeba i zdolność do samoorganizacji społeczeństwa. Robili to zarówno zaborcy, niemiecki okupant w czasie wojny, jak i władze PRL-u po wojnie. Szczerze powiedzieć sobie także trzeba, że nie widziały tego chętnie ani władze drugiej Rzeczpospolitej, ani obecnej. Kościół zawsze był temu przeciwny.

Trochę odbiegam od tematu, ale tylko trochę… Musimy zdać sobie także sprawę z tego, że w każdym państwie są siły, dla których państwo, czyli efekt zdolności do samoorganizacji społeczeństwa, jest solą w oku. Siły te nie są jednolite i ich motywy są różne. Łączy je to, że z takich, czy innych powodów pragną one zająć rolę kierowniczą w państwie i podporządkować sobie społeczeństwo. Siły te istniały zawsze. W przeszłości były one łatwe do zidentyfikowania, gdyż potrafiły dochodzić i utrzymywać się przy władzy jedynie przy użyciu przemocy. Dzisiaj odbywa się to szalenie subtelnie, łagodnie i przez to niezauważalnie – przy pomocy oddziaływania na nasze umysły. Trochę już o tym pisałem [1], [2], [3]

Tę, jak się okazuje, szalenie skuteczną metodę, stosuje się także dla kształtowania naszego sposobu widzenia i rozumienia tego, czym jest państwo oraz jaka jest jego rola w gospodarce i w organizacji naszego życia. Wyjaśniałem już, że neoliberałowie, czyli grupa, która obecnie stara się nam wszelkimi sposobami to państwo „obrzydzić” (u nas nie ma z tym trudności), widzi jego rolę jedynie, jako strażnika „praw rynku”, którym społeczeństwo ma się podporządkować. I wcale tego nie ukrywa! Czołowa postać neoliberalizmu – Milton Friedman w Mont Pelerin Society Newsletter z kwietnia 1990 roku napisał szczerze „I believe a relatively free economy is a necessary condition for freedom. But there is evidence that a democratic society, once established, destroys a free economy” – wierzę, że względnie wolna gospodarka jest warunkiem koniecznym dla pokoju. Ale istnieją dowody, że społeczeństwo demokratyczne, gdy tylko się utrwali, niszczy wolną ekonomię (tłumaczenie moje). Dlaczego niszczy? Tutaj musimy sobie wyjaśnić różnicę między liberalizmem (zarówno z neo- na początku, jak i bez niego), a demokracją. Liberalizm zakłada wolną i nieskrępowaną grę sił. Wolną Amerykankę. Na ring może wyjść zawodnik wagi super ciężkiej i piórkowej, i traktuje się ich jak równorzędnych przeciwników. Przy milionowym bezrobociu, szukający pracy bezrobotny, jest równorzędnym partnerem dla pracodawcy. Ten sam bezrobotny i ogromny koncern, mają ten sam wpływ na podejmowane przez rząd decyzje. Milioner, którego stać na najlepszych prawników i samotna matka, która nie ma jak wykarmić swoich dzieci, są równi wobec prawa. Itd, itp… Czytelnicy już się śmieją, ale za Gogolem można by powiedzieć: „z kogo się śmiejecie! Z samych siebie się śmiejecie!”, bo wybieracie polityków, którzy to głoszą! Demokracja, przynajmniej w swoich założeniach, wymaga względnej równości w rzeczywistych możliwościach oddziaływania przez obywateli na podejmowane decyzje polityczne. Pracodawcy i pracobiorcy, bogaci i biedni mają te same prawa. Ta równość może być osiągnięta jedynie poprzez samoorganizację społeczeństwa i społeczną solidarność, które są warunkami koniecznymi prawdziwej demokracji i są w stanie tę równość wymusić. Samoorganizację, której „ukoronowaniem” jest właśnie państwo, które swoją siłą, zdolne jest wymusić przestrzeganie reguł demokracji. Neoliberalizm dąży do atomizacji społeczeństwa, a przez to do uniemożliwienia, a przynajmniej utrudnienia jego samoorganizacji. Jedynie, gdy słabi i biedni zrozumieją konieczność i będą potrafili zjednoczyć się, będą stanowili realną przeciwwagę dla kapitału. I nie musi to od razu oznaczać komunizmu (co nam się wmawia!), ale jedynie niedopuszczenie do wyzysku i wymuszenie elementarnych reguł sprawiedliwości!! Ale dla (neo)liberałów nie będzie to już „wolna” gospodarka.

Neoliberalizm kojarzony jest wprawdzie z osobą Amerykanina – Miltona Friedmana, ale jego korzenie wywodzą się z Niemiec. Tamtejsi neoliberałowie także nie ukrywają, że państwo demokratyczne jest przeszkodą w urzeczywistnieniu ich idei. W odróżnieniu od USA, państwo w Niemczech było do niedawna państwem opiekuńczym, a jego obywatele jeszcze w to wierzą. Inne muszą być zatem metody jego „obrzydzania”. Chce się to osiągnąć poprzez tak duże finansowe obciążenie państwa, aby nie było ono w stanie wypełniać swych obowiązków wobec obywateli, i równocześnie wmówienie im, że to właśnie państwo jest przyczyną całego zła. Finansowe zubożenia państwa, staje się więc strategicznym celem. Celem, który oznacza prywatyzację, obniżki płac, obniżki świadczeń socjalnych, redukcję „sfery budżetowej”, pogorszenie infrastruktury państwowej i komunalnej. Wszystko to ma na celu osiągnięcie jak najwyższego poziomu niezadowolenia ze stanu państwa. Że państwo świadomie i z premedytacją doprowadzane jest do takiego stanu, rozumieją jedynie nieliczni. Przeciętny obywatel nie rozumie tej metody i łapie się na lep propagandy o niewydolnym państwie. Mówiąc ustami klasyka – ciemny lud to kupuje! Mimo tego, neoliberałowie oczekują jednak oporu ze strony bardziej świadomej części społeczeństwa. Opór ten ma być złagodzony np. poprzez obniżkę podatków, która jest zawsze pozytywnie odbierana. Ale oznacza ona zmniejszenie dochodów państwa. Pusty portfel, ma być zatem przymusem najpierw do zadłużania się, a potem, gdy deficyt budżetowy będzie coraz większy, do oszczędności i cięć wydatków.

Widerstand gegen das Abspecken des Staates auf der Ausgabenseite kommt von der Bürokratie und den Subventionsempfängern. Wahrscheinlich muß daher das Abmagern auf der Steuerseite ansetzen: Steuersenkungen zum Mobilisieren des Diktats der leeren Kassen. Dies läßt allerdings, wie die Erfahrung zeigt, die Staatsdefizite steigen“ – opór przeciw obniżeniu wydatków państwa pochodzi od biurokracji i odbiorców subwencji. Z tego powodu musi nastąpić „odchudzenie” od strony podatkowej: obniżki podatków dla osiągnięcia „dyktatury pustej kasy”. A to, jak pokazuje doświadczenie, powoduje wzrost deficytu budżetowego (tłumaczenie moje).

Tak pisał jeden z czołowych niemieckich neoliberałów – Herbert Giersch. Założyciel zespołu ekspertów, doradzających niemieckim rządom. W latach 1986 – 1988 był prezydentem kuźni neoliberałów – Mont Pèlerin Society. Tak na marginesie – polski wpis w Wikipedii, dotyczący tego stowarzyszenia, jest bardzo „upiększony” i nie oddaje w pełni jego celów. Polecam wersje w innych językach.

Giersch zdawał sobie sprawę z tego, że konieczna będzie także odpowiednia propaganda:

Es gibt gewichtige Bedenken. Sie lassen uns fragen, […]
 ob man die Menschen davon überzeugen kann, daß eine Abnahme der Staatsquote geboten wäre, möglicherweise eine absolute Kürzung öffentlicher Ausgaben, aber daß das Zurückweichen des Staates am besten erreicht werden kann, wenn zuvor ein Defizit entstanden ist, das als anstößig gilt.“ – ważne wątpliwości każą nam pytać, […] czy można przekonać ludzi do konieczności zmniejszenia sektora państwowego, do tego, że być może konieczne będzie całkowite obcięcie wydatków państwa na cele publiczne, ale wycofanie się państwa najlepiej osiągnąć można wtedy, gdy deficyt budżetowy ociągnie „nieprzyzwoite“ rozmiary (tłumaczenia moje).

W tym momencie trzeba koniecznie wyjaśnić sobie także, że mamy kompletnie inny sposób postrzegania państwa, niż większość społeczeństw zachodnich. Państwo kojarzy nam się z aparatem ucisku, gospodarczą indolencją, marnotrawstwem, pustymi sklepami i niedostatkiem. Zupełnie inaczej widzą państwo społeczeństwa zachodnie. Dla nich państwo jest gwarantem bezpieczeństwa, dobrobytu i sprawiedliwości. Dlatego zupełnie inne są metody tego „obrzydzania” u nas i na Zachodzie. Cel natomiast jest wszędzie identyczny: prywatyzacja wszystkiego tego, czym do tej pory zajmowało się państwo i jak największe ograniczenie opieki socjalnej nad obywatelami. Jak do tej pory prywatyzacja przebiega u nas bez większych oporów. Opieka socjalna jest prawie żadna, a lecznictwo bardziej przypomina eutanazję. Dla nas, określenie „prywatne” oznacza równocześnie „efektywne”. Społeczeństwa zachodnie uważają podobnie, z tym, że u nich dochodzi do tego jeszcze jedno słowo: „efektywne dla właścicieli”!  Po tamtejszych bolesnych doświadczeniach z prywatyzacją niektórych usług komunalnych, po których opłaty wzrastały nawet 5 – 7 krotnie, przy równoczesnym pogorszeniu się standardu usług, wszelkie następne prywatyzacje zostały, wobec oporów społecznych, albo odwołane, albo odsunięte na później, albo wprowadzane ukrytymi metodami np. w formie partnerstwa publiczno-prywatnego, które nawiasem mówiąc, jakimś dziwnym trafem, zawsze i wszędzie jest korzystne jedynie dla strony prywatnej.

Ale wróćmy do naszych „praw rynku”. W moim wstępie starałem się wyjaśnić, że prawa takie w ogóle nie istnieją! Starałem się także wyjaśnić jak system monetarny kształtuje system gospodarczy, i że jak najbardziej istnieją prawa, tym razem prawdziwe, bo prawa matematyki, które wymuszają stały wzrost zadłużenia i konieczność stałego wzrostu gospodarczego. Przypomnijmy sobie w skrócie:

  • Obieg pieniędzy w naszej gospodarce jest obiegiem zamkniętym. Oszczędności i nadmiar kapitału, muszą wrócić do obiegu w formie kredytu. W przeciwnym razie nie będzie pieniędzy w obiegu.
  • Ten powrót jest „wynagradzany” poprzez oprocentowanie.
  • Jako, że w obiegu jest jedynie tyle pieniędzy, ile wynosi suma kredytów, nie ma zatem pieniędzy na spłatę tego oprocentowania.
  • Na jego spłatę trzeba więc zaciągnąć nowy kredyt albo dać część posiadanego kapitału, czyli zubożyć się.
  • W naszym systemie monetarnym, nowy pieniądz może trafić do obiegu, także jedynie w formie oprocentowanego kredytu. Monopol na jego udzielanie mają banki komercyjne.
  • Aby „wypracować” pieniądze na zwrot kredytu plus oprocentowania konieczny jest wzrost gospodarczy.
  • Taki system powoduje wykładniczy wzrost zadłużenia (procent składany, efekt kuli śnieżnej), oraz koncentrację kapitału w rękach coraz mniejszej grupy ludzi.
  • Wzrost gospodarczy nie jest nieskończony i odbywa się liniowo (o ile w ogóle), więc po jakimś czasie nie jest on w stanie skompensować wykładniczego wzrostu zadłużenia.
  • Zaczyna brakować nowych kredytobiorców, a więc także pieniędzy w obiegu gospodarczym.
  • Dochodzi do nacisku na obniżenie wysokości oprocentowania, więc kapitał przenosi się na giełdę – czyli w stronę spekulacji.
  • W obliczu deflacji, państwo zmuszone jest przejąć rolę kredytobiorcy.
  • Spłatą kredytów obciążani są obywatele poprzez wzrost podatków dla najmniej zarabiających, cięcia socjalne i prywatyzację majątku państwa (czyli społeczeństwa!)

Mam nadzieję, że rozumiemy teraz, że państwo nie zadłuża się dlatego, BO CHCE, ale dlatego, BO MUSI!! Tym przymusem jest z jednej strony system monetarny (bez kredytów nie byłoby pieniędzy w obiegu), z drugiej strony jest to przymus ideologiczny: zapewnienie dochodów grupie ludzi – kapitalistów. Ten przymus wynika z ustroju – kapitalizmu. Dlatego uważam, że kapitalizm to system polityczny, społeczny i gospodarczy, którego celem jest zapewnienie dochodów posiadaczom kapitału. Dochodów, które wynikają tylko i wyłącznie z samego faktu posiadania owego kapitału. Nie ma to nic wspólnego z marksistowskim twierdzeniem o własności środków produkcji, gdyż także firmy uspołecznione muszą brać kredyty i spłacać je z oprocentowaniem.

A co się dzieje, gdy jakieś państwo próbuje wyłamywać się z tego przymusu i prowadzi własną politykę? Akurat możemy to obserwować w Europie na przykładzie Portugalii. Należy do tak zwanej grupy PIIGS – europejskich krajów wysoko zadłużonych. Tak na marginesie, zadłużenie większości z tych krajów nie było wcale takie wysokie, ale po kryzysie w 2008 roku zostały one zmuszone do ratowania banków (prywatnych, efektywnych, działających według nieomylnych praw rynku) i przejęcia ich długów. W efekcie wzrostu zadłużenia, zarówno Unia Europejska, jak i Międzynarodowy Fundusz Walutowy wymusiły na tych krajach drastyczne cięcia budżetowe i programy oszczędnościowe. Jedynie Portugalia konsekwentnie sprzeciwiła się temu. Nie pomogły nawet niezgodne z prawem próby niedopuszczenia do władzy legalnie wybranego rządu. Niemiecki minister finansów, który jest głównym zwolennikiem programów oszczędnościowych, groził nawet, że Portugalia zostanie objęta „programem ratunkowym”,  podobnym do greckiego! I co? Portugalia ma ponad dwukrotnie wyższy wzrost gospodarczy niż strefa Euro! Spłaciła długi w MFW i spłaca kolejne. Deficyt budżetowy spadł do 2,1%. Żaden z innych krajów, które zastosowały się do narzuconych programów nie może pochwalić się takimi wynikami. A jaka nagroda spotyka za to ten kraj? Za wyjątkiem małej, kanadyjskiej agencji DBRS, wszystkie główne agencje ratingowe kwalifikują Portugalię do krajów wysokiego ryzyka! Widocznie przewidują, że ani Unia, ani MFW nie będą wiecznie tolerować takiej niesubordynacji!

Ale państwo dba o dochody kapitalistów nie tylko zadłużając się u nich, ale także obniżając podatki, a konkretnie najwyższą stawkę podatkową, bo jedynie ta ich dotyczy. Zmienia się równocześnie progresję podatkową, na mniej korzystną dla mniej zarabiających. Każde państwo ma swoje wydatki. Jeśli świadomie rezygnuje z dochodów (podatków), ma do wyboru dwie alternatywy: albo zmniejszyć wydatki, albo zadłużyć się. W praktyce państwo robi i to i to. Jakimś dziwnym trafem obcina się zawsze i wszędzie wydatki dla najsłabszych warstw społeczeństwa: starych, chorych, biednych i dzieci. Z drugiej strony bierze się kredyty, aby utrzymać dotychczasowy poziom wydatków – głównie na zbrojenia. Społeczeństwu serwuje się przy tym bajeczkę, że obniżka podatków spowoduje powstanie nowych miejsc pracy, które ją skompensują (zawsze obiecuje się, że z nadwyżką). Nigdy i nigdzie to nie funkcjonowało. Najlepszym dowodem jest państwo, które jest synonimem kapitalizmu, czyli USA. Popatrzmy na te dwa wykresy.

Widać wyraźnie, zależność wysokości zadłużenia i maksymalnej stawki podatkowej. Ale sama maksymalna stawka podatkowa to jeszcze nie wszystko. Dochodzą do niej jeszcze możliwości odpisów podatkowych i różne sposoby ukrycia dochodów przed opodatkowaniem. Wszystko to określają osobne przepisy, których nie da się tak łatwo przedstawić. Są one jednak na tyle efektywne, że często pozwalają obniżyć wielkość faktycznie płaconych podatków do śmiesznych kwot, a nawet praktycznie do zera! Obecny prezydent USA jest tego dobrym przykładem.

Ciekawym przypadkiem są w chwili obecnej Niemcy. Są w szczęśliwej sytuacji. Ich obligacje są ujemnie oprocentowane! Oznacza to, że kupujący je, dopłacają do interesu, bo otrzymują mniejszą kwotę, niż pożyczyli! Jeszcze dziwniejszy jest fakt, że wszyscy zabijają się o ich obligacje! Aby było jeszcze dziwniej, Niemcy prowadzą obecnie tzw. „schwarze Null Politik”, czyli politykę wyrównanego budżetu, bez potrzeby zadłużania się! Każdy rozsądny człowiek skorzystałby z okazji, wyemitowałby nowe, ujemnie oprocentowane(!) obligacje i spłacił nimi stare – wysoko oprocentowane. Ale to jeszcze nie wszystko! Infrastruktura w Niemczech jest w opłakanym stanie. Kto przejeżdżał przez Niemcy w latach 90. Pamięta gładkie jak stół autostrady. Teraz przypominają one drogi byłej NRD. Nie lepiej jest z mostami. Wiele nadaje się albo do remontu, albo do wyburzenia. Nie inaczej jest z innymi, mniej widocznymi, elementami infrastruktury. W niezależnych niemieckich mediach trąbi się, że jest to doskonała okazja, aby tanim kosztem przeprowadzić konieczne remonty, napędzić koniunkturę i dać zatrudnienie, dla obecnych sześciu milionów bezrobotnych. Że politykę wyrównanego budżetu powinno się prowadzić w czasach wysokiego oprocentowania!

Wyjaśnijmy sobie więc te paradoksy. Zacznijmy od przyczyny ujemnego oprocentowania. Niemieckie obligacje mają opinię szczególnie pewnych i bezpiecznych, z tego powodu ich oprocentowanie było zawsze niskie. W chwili obecnej są one bardzo chętnie kupowane przez bogate osoby z krajów południowej Europy – Grecji, Włoch, Hiszpanii i Portugalii. Spodziewają się oni rozpadu strefy Euro i powrotu ich krajów do walut narodowych, które natychmiast zostaną zdewaluowane. Poszukują więc bezpiecznej przystani dla swego kapitału. Dodatkowo, kurs waluty niemieckiej, niezależnie, czy będzie to marka, czy nadal Euro, wystrzeli w górę jak rakieta. Spekulują więc, że nastąpi taka sytuacja i gotowi są zaakceptować nawet ujemne oprocentowanie. Czemu Niemcy nie korzystają z okazji? Co najmniej  z dwóch powodów: chcą, aby ich długi pozostały w kraju i „napędzają” kapitał dla swoich banków – tam bowiem ląduję pieniądze, gdy nie można za nie kupić obligacji. Tak na marginesie, oprocentowanie w niemieckich bankach jest chwili obecnej także szalenie „wysokie” i wynosi niewiarygodne 0,00%. Niekorzystanie z okazji do spłacenia wysokooprocentowanych długów, potwierdza jedynie moją tezę o zapewnianiu przez państwo dochodów kapitałowi. Tezę tę potwierdza także inny fakt. Autostrady w Niemczech są własnością społeczeństwa. Jest to nawet wpisane do konstytucji. Obecnie przygotowywana jest jej zmiana, przewidująca możliwość ich prywatyzacji. Oczywiście nikt tak tego nie nazywa, gdyż opinia publiczna nigdy by tego nie zaakceptowała! Ma to być prywatyzacja „tylną furtką”. Autostrady pozostaną własnością społeczeństwa, ale państwo będzie mogło zlecić ich zarządzanie kapitałowi prywatnemu. Aby było to dla niego korzystne, przewiduje się wprowadzenie opłat za korzystanie z nich. Jest to także potwierdzeniem tego, co wcześniej pisałem o roli państwa w zapewnianiu dochodów dla kapitału. W sytuacji, gdy nie może zapewnić ich gospodarka, trzeba je stworzyć w inny sposób!

Należy więc sobie jasno i wyraźnie powiedzieć: jeżeli ktoś twierdzi, że państwa zadłużają się, aby wypełniać przedwyborcze obietnice rządzących i rozdawać datki dla społeczeństwa, to albo jest zaślepionym dogmatykiem, albo bezczelnie kłamie.

I tutaj dochodzimy do aspektu psychologicznego. Do motywów, jakimi kierują się ludzie.
O ile jeszcze jestem w stanie zrozumieć motywy ludzi, którym spadną jakieś ochłapy z pańskiego stołu, czy to w formie stanowiska, tytułu naukowego, „prestiżu”, wrzawy medialnej, czy (niewielkich w sumie) pieniędzy, to kompletnie nie mogę pojąć ludzi, którzy jedynie na tym tracą – normalnych obywateli. Gdybym włączył możliwość komentowania tego tekstu, z pewnością znalazłbym całą masę wyzwisk. Że jestem lewakiem, marksistą, że chcę powrotu do PRL-u, że jestem populistą! A byłyby to jedynie te cenzuralne! Wystarczy popatrzeć na komentarze pod pierwszym lepszym podobnym tekstem! Najdziwniejsze w tym wszystkim, że nie piszą tego ludzie z listy Forbes, podejrzewam, że są to ludzie, którzy z trudem wiążą koniec z końcem. Ludzie, którzy są ofiarami tego systemu! Nikt nie myśli, że majątek tej najbogatszej grupy nie wziął się z ich pracy. Że jest to po prostu majątek zawłaszczony w formie zbyt niskich płac, niezapłaconych nadgodzin, coraz niższych emerytur, funduszy na ochronę zdrowia czy świadczeń socjalnych. Nikt nie myśli, że te miliardy, a właściwie już biliony, które codziennie, bez najmniejszego sensu, nie tylko gospodarczego, przelewają się przez globalne kasyna gry – giełdy, zostały nam wszystkim odebrane! Myśmy to wypracowali! Miliony ludzi na całym świecie, a nie taki czy inny osobnik z listy Forbes! Te sumy wypracowały nędznie opłacane kasjerki w pampersach i szczuci jak psy pracownicy korporacji. To efekt głodowych emerytur ludzi, którzy stracili zdrowie w pracy, niedożywionych dzieci, chorych na raka, dla których nie ma pieniędzy na operacje!!

W tym momencie jakiś dociekliwy, samodzielnie myślący, czytelnik mógłby zadać pytanie: „co stoi na przeszkodzie, aby państwo zadłużało się we własnym banku – w banku centralnym?” Gdy popatrzy się na procedurę emisji obligacji, czyli de facto proces zadłużania się, włosy stają dęba na głowie! Państwo pożycza wyemitowane przez (swój!) bank centralny pieniądze, najpierw bankom komercyjnym, aby dosłownie następnego dnia pożyczyć je od nich na dużo wyższy procent!! Czy nie prościej byłoby zadłużać się bez pośredników, we własnym banku, najlepiej na zerowy procent, i jemu spłacać długi? Oczywiście już samo postawienie takiego pytania wywołałoby niesamowity jazgot ekonomistów! Ale odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta: nie ma ŻADNEJ racjonalnej przeszkody! Są przeszkody jedynie natury IDEOLOGICZNEJ. Kto pamięta czasy PRL-u, przypomina sobie z pewnością podobne sytuacje, gdy coś nie miało sensu, ale było ideologicznie słuszne. Niech mi nikt nie mówi, że kapitalizm jest wolny od podobnych idiotyzmów, bo to jest właśnie jeden z nich! W dodatku najważniejszy, bo na nim opiera się istota całego systemu! Aby nikt nie miał co do tego wątpliwości, wpisano go nawet do konstytucji (Art. 220)!! Podobnie jak wpisano przewodnią rolę PZPR i przyjaźń z ZSRR do konstytucji PRL-u.
Ciekaw jestem o ilu rzeczach jeszcze nie wiemy. Czy na przykład słowa „narodowy” albo „polski” w nazwie Narodowy Bank Polski nie powinny być pisane właśnie w cudzysłowie? Albo z wyjaśnieniem, o jaki naród chodzi? Czy przypadkiem nie o naród wybrany? Ale żarty na bok.

Chyba pod koniec lat sześćdziesiątych, oglądałem film Kurosawy „Rudobrody”. Mimo, że minęło już tyle lat, do dziś pamiętam początkową scenę, gdy młody chłopak zgłasza się do mistrza-lekarza (Rudobrodego) na praktykę i przechodzi test przydatności do zawodu – musi siedzieć przy łóżku konającego człowieka. Sądzę, że podobny test należałoby przeprowadzać dla wszystkich profesorów ekonomii, polityków, podnoszących grzecznie łapkę parlamentarzystów a także dla biskupów. Zanim obejmą oni swoje stanowiska, powinni stanąć naprzeciw np. rodziców, którzy właśnie dowiedzieli się, że nie ma funduszy na leczenie ich ciężko chorego dziecka, i patrząc im w oczy powiedzieć: „zaprawdę słuszne to i sprawiedliwe!” …a sądząc po powszechnej, potulnej akceptacji przez nas wszystkich takiego systemu i braku jakiejkolwiek reakcji na jego wynaturzenia, rodzice powinni wtedy uczciwie odpowiedzieć: „my też tak uważamy”!!

Advertisements