Sieć władzy

Jeden z czytelników mojego bloga napisał, że w moich tekstach kłuje w oczy zbytnia poprawność polityczna… A ja czytałem gdzieś, że z wiekiem człek nabiera dystansu do wszystkiego, staje się bardziej wyrozumiały, tolerancyjny. Zaczyna dostrzegać, że świat nie jest czarno-biały, ale ma całą gamę szarości. Nie jestem starcem, ale sądziłem, że osiągnąłem już to właśnie stadium. Ale może się mylę? Siebie samego nie da się obiektywnie ocenić. A może jest to faktycznie poprawność polityczna? Swoją drogą, co to w ogóle jest ta poprawność polityczna? Mam się nad czym zastanawiać!

 

Ale nie o tym tu chciałem. Ten sam czytelnik napisał w komentarzu do mojego wpisu:

Sam napisał Pan o współdziałaniu grup najbogatszych ludzi, ale nie wyciąga Pan konsekwentnie wniosków! Z jednej strony niby uwzględnia Pan realne oddziaływanie multimiliarderów na prostytutki naukowe (np. profesorów ekonomii) a z drugiej stawia tezę że to te prostytutki tworzą system, którego nie są głównymi beneficjentami… Jest to zupełnie oderwane od rzeczywistości! Zacytuję klasyka: „przytomności!”. Skoro nawet zwykły śmiertelnik jest czasem w stanie zorganizować wokół siebie mini think tank, to co dopiero np. Gates albo Buffet? Kto wtedy płaci za wyszukiwanie i promocję optymalizowanych na daną chwilę rozwiązań?

Pomyślałem, że inni czytelnicy mogą mieć takie i podobne wątpliwości, więc postanowiłem rzecz całą trochę szerzej wyjaśnić.

Przede wszystkim muszę od razu ostrzec przed uproszczeniami. Klasa miliarderów nie tworzy czegoś w rodzaju zakulisowego rządu światowego. Popatrzmy najpierw na liczby. Według listy Forbes z końca 2016 roku, było na świecie ok. 1800 miliarderów z łącznym majątkiem ok. 6,5 biliona dolarów. Aby czymś sterować, trzeba działać wspólnie. Musi być także ktoś, kto koordynuje działania takiej struktury. Jakaś jednostka nadrzędna, której decyzje wszyscy, a przynajmniej większość, respektuje. Ci ludzie rozsiani są po całym świecie. Pochodzą często ze skonfliktowanych między sobą państw. Reprezentują różne, zwalczające się między sobą, branże i dziedziny gospodarki. Mają diametralnie różne poglądy. Krótko mówiąc – mają ze sobą niewiele wspólnego. Więcej ich różni niż łączy. Jedyne, co ich naprawdę łączy, to niedopuszczenie do obalenia systemu, który umożliwia im bezproduktywne czerpanie korzyści z pracy całych społeczeństw. Każdy rozsądny człowiek od razu przyzna, że z taką zbieraniną nie da się utworzyć żadnej stabilnej struktury władzy! Wspólnie działać, będą oni jedynie w obliczu śmiertelnego zagrożenia!
A jednak już w latach 50. Charles Wright Mills, jako jeden z pierwszych, dostrzegł, że ci ludzie tworzą elitę, która jest praktycznie poza jakąkolwiek demokratyczną kontrolą. Elitę, która jest w stanie wpływać na decyzje rządów. W pewnym sensie możemy powiedzieć, że jest w stanie wpływać na dzieje świata. Jak zatem pogodzić to z tezą o nieistnieniu jakiegoś światowego rządu, albo przynajmniej tajnych organizacji działających w ukryciu? Na przeszkodzie stoi nasz sposób pojmowania struktur władzy. Przyzwyczajeni jesteśmy do w miarę przejrzystych hierarchii. Od rodziny, poprzez szkołę, miejsce pracy aż po państwo. Zawsze ktoś nad kimś stoi! Ale nasz w miarę przejrzysty obraz, zaczyna się coraz bardziej zacierać, gdy zaczniemy analizować najwyższe szczeble hierarchii władzy. Gdy dochodzimy do szefa koncernu, premiera, prezydenta. Pytamy się: kto stoi nad nimi? Kościół mówi nam, że Bóg. I w pewnym sensie ma rację. Politycy mówią nam, że nad nimi jest jedynie bezosobowa wola społeczeństwa, które ich wybiera. Czemu zatem zawsze i wszędzie działają na szkodę tego społeczeństwa? My raczej skłonni jesteśmy widzieć konkretne osoby. Członków jakiejś tajnej organizacji, np. masonów, a jeszcze lepiej Żydów! I paradoksalnie jesteśmy czasem bliscy prawdy! Wystarczy popatrzeć, na protokół z wizyty dobrze nam wszystkim znanego „filantropa” na Ukrainie. Mamy w nim wszystko, co pasuje do tego schematu! W marcu 2014 roku, zaraz po sławetnym „Majdanie”, odwiedził on Ukrainę i spotkał się z jej marionetkowym rządem. 49-stronicowy dokument pokazuje go jako kogoś, kto ustawia „do pionu” nie tylko ukraińskie marionetki, ale także amerykańskiego ambasadora! Jest to jednak sytuacja wyjątkowa. Mamy tu do czynienia z ludźmi, którzy trafili na swoje stanowiska w drodze przewrotu, zorganizowanego przez obce państwo. Nasz „filantrop” częściowo to finansował. Była to więc sytuacja szczególna i nie możemy jej uogólniać i przenosić na wszystkie kraje.
Rzeczywistość jest dużo bardziej skomplikowana. Nie mamy tu do czynienia z jakąś hierarchią, ale z siecią. Można ją porównać do sieci neuronowej. Taką siecią jest nasz mózg. Tak samo jak nie wiemy i nie potrafimy sobie wyobrazić jak on działa, tak samo przeciętny śmiertelnik nie jest w stanie wyobrazić sobie i zrozumieć mechanizm działania takiej sieci. Potrafimy już wprawdzie budować proste, sztuczne sieci neuronowe. Ale w takiej sieci, każdy z neuronów jest w stanie wykonać tylko jedną operację. Dopiero wypadkowa tych operacji daje efekt działania takiej sieci. W „sieci władzy” neuronami są ludzkie mózgi. I każdy z nich jest w stanie wykonywać nieskończenie wiele operacji. Każdy jest osobną siecią neuronową! To jeszcze bardziej komplikuje obraz.
Innym elementem każdej sieci neuronowej są połączenia między neuronami – synapsy. W wypadku naszej sieci, rolę tę pełnią miejsca spotkań. One także owiane są często tajemniczością i legendami. Prawie każdy słyszał o Grupie Bilderberg. Innym, mniej nam znanym, ale nie mniej tajemniczym miejscem spotkań jest Bohemian Grove. Ale wiele spotkań odbywa się w obecności kamer i mikrofonów. Należy do nich chociażby coroczne światowe Forum Ekonomiczne w Davos.
Istnieje też cała masa formalnych i nieformalnych organizacji i stowarzyszeń, których członkowie spotykają się i omawiają wspólne interesy. A te interesy kolidują najczęściej z interesami innych grup. Dlatego spotkania i kontakty członków tych grup są niejawne. Słowo „spisek” jest w ich wypadku całkowicie uzasadnione Często nawet nic nie wiemy o istnieniu takiej grupy!
Piszę ten tekst na początku stycznia 2017 roku. Cały świat jest ciągle jeszcze w szoku po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta USA. Wszyscy analizują sytuację społeczną, polityczną i gospodarczą, która to, według analityków, doprowadziła do tego wyboru. Trump jest przedstawiany jako stuknięty (przy jego stanie konta używa się określenia „ekscentryczny”) milioner, któremu zachciało się zostać prezydentem, więc sfinansował sobie kampanię wyborczą. Prawie nic nie mówi się o tym, że Trump nigdy nie wygrałby wyborów bez poparcia wpływowych grup. Gdy przypomnimy sobie kampanię, która tym razem odbywała się praktycznie na całym świecie, nie jesteśmy w stanie zrozumieć, jak mogło dojść do takiego wyniku wyborów. Żadna dotychczasowa amerykańska kampania wyborcza nie była tak jednostronna! Stronniczość mediów była wprost niewyobrażalna! Chyba jedynie w Korei Północnej jest porównywalna. Nawet wielu członków partii republikańskiej popierało Clinton! Trump był praktycznie bez szans! Jego zwycięstwo tylko częściowo da się wytłumaczyć nowymi metodami prowadzenia walki o wyborców, które opisałem w moim poprzednim wpisie. Moim zdaniem, jego zwycięstwo jest elementem procesu, który obserwujemy w tej chwili na całym świecie, także w naszym kraju. Procesu dochodzenia do władzy skrajnej prawicy. Tak samo jak Hitler doszedł do władzy na fali społecznego niezadowolenia, tak samo obecna skrajna prawica ubiera się w piórka obrońców coraz szybciej ubożejących warstw społecznych (program 500+). O ile jednak Hitler poprawił sytuację materialną społeczeństwa, należy wątpić, czy uda się to rządowi Trumpa. Wprawdzie obiecuje on użycie podobnych narzędzi – inwestycji w infrastrukturę kraju (autostrady), ale jestem pewien, że amerykańskie społeczeństwo będzie jeszcze szybciej ubożało. Hitlera wspierała amerykańska i angielska finansjera. Przede wszystkim jednak miał do pomocy niezwykłą osobę – Hjalmara Schachta, będącego w doskonałych kontaktach z tą finansjerą i swoimi niestandardowymi metodami (m. in. Mefo-Wechsel) zapewniał finansowanie zarówno projektów socjalnych, jak i zbrojeń. Pisałem o tym trochę w moim wstępie, w części NOWY SYSTEM MONETARNY. Gdy popatrzy się na to, co proponują kręgi, które umożliwiły Trumpowi dojście do władzy, widzimy, że są to „sprawdzone metody”, w rodzaju obniżki podatków dla bogatych, cięcia socjalne i zmniejszenie roli państwa. Są to zatem sprawdzone metody dalszego zubożania społeczeństwa! A dochodzenie do władzy skrajnej prawicy jest dzisiaj popierane z tych samych przyczyn co zawsze. Jej dojście do władzy zawsze i wszędzie było niezawodną drogą do wybuchu wojny. Pokój kosztuje już zbyt wiele! Wprawdzie niektórzy komentatorzy twierdzili, że Trump jest mniejszym złem niż podżegaczka wojenna „Killary”, ale nie byłbym takim optymistą. Wszystko wskazuje mi na to, że środowiska popierające Trumpa odkładają na razie do lamusa doktrynę Mackindera, o które szerzej już pisałem. Uznają, że Europa, wraz ze swoją walutą, jest w stanie rozkładu. Dodatkowo będzie niedługo miała coraz większe problemy z milionami „uchodźców”, których skierowano tam w celu destabilizacji kontynentu i rozbicia państw narodowych, będących solą w oku liberałów. Taka Europa nie utworzy z Rosją żadnej zagrażającej USA struktury. Co innego Chiny. Wszystko wskazuje na to, że USA będą starały się zahamować ich dalszy rozwój. Jeśli trzeba także siłą. Będą starały się przy tym pozyskać jeśli nie przychylność, to przynajmniej neutralność Rosji. To jest przyczyna pojednawczych wypowiedzi Trumpa, które do białej gorączki doprowadzają naszych podżegaczy wojennych, marzących o wyprawie z szabelką w ręku na atomowe mocarstwo. Takie, czy inne dogadanie się z Rosją może nie być trudne. Rosja doskonale wie, że Europa i USA nie są w stanie jej zagrozić. Chiny natomiast niedługo będą dla niej śmiertelnym niebezpieczeństwem. Ale z drugiej strony, nie mniejszym niebezpieczeństwem byłaby destabilizacja sąsiada z miliardem mieszkańców. Zobaczymy jak Rosja wybrnie z tego dylematu. Znając klasę jej dyplomacji, będzie to z pewnością bardzo ciekawe (obyś żył w ciekawych czasach…).

Ale wróćmy do naszych sieci. Powyższy przykład uświadomił nam istnienie wielu „podsieci”, mających diametralnie różne cele i skonfliktowanych ze sobą. Taka sytuacja także nie ułatwia stworzenia jakiejś stabilnej, a przede wszystkim przewidywalnej elity władzy.

Każda struktura władzy ma swoje odbicie w strukturze własności. Popatrzmy jak to wygląda obecnie. Chyba najlepszą analizę przeprowadzono na ETH w Zurichu. Jeśli ktoś jest wzrokowcem, może sobie obejrzeć film, wprowadzający do tematu, świetnie poprowadzony przez jednego z badaczy. Jest nawet wersja z polskimi napisami. Naukowcy przeanalizowali dane 37 milionów przedsiębiorstw i inwestorów na całym niemal świecie. Wyłowili z tego 43.060 ponadnarodowe koncerny i ich właścicieli. Skonstruowali dla nich model, pokazujący powiązania własnościowe pomiędzy nimi (mówiąc w uproszczeniu: koncern A posiada x-procent akcji koncernu B, koncern B posiada y-procent akcji koncernów A und C itd. itp.). Dodatkowo model ten uzupełnili danymi o zyskach tych firm i w ten sposób byli w stanie uzyskać obraz światowej władzy ekonomicznej. Oczywiście musiał te dane przeanalizować komputer. Po tej analizie okazało się, że w 2011 roku było na świecie 1.318 firm, z których każda była współwłaścicielem co najmniej dwóch innych. Tworzą one niejako jądro światowego systemu gospodarczego. Są to w ogromnej większości firmy określane jako „blue chip”. Ok 20% zysków osiąganych w gospodarce światowej należy do nich. Są to w większości firmy produkujące realne wyroby i świadczące realne usługi. Gdy badacze zaczęli te powiązania jeszcze bardziej „zagęszczać”, wyłoniła się z tej analizy liczba 147 jeszcze bardziej powiązanych ze sobą firm. Należy do nich ok. 40% wartości tego „jądra” złożonego z 1.318 firm. Krótko mówiąc mniej niż jeden procent firm kontroluje 40% najważniejszych firm światowych. Większość z nich niczego nie wytwarza! Są to instytucje finansowe, takie jak Barclays Bank, JPMorgan Chase & Co, The Goldman Sachs Group.

Renomowany New Scientist, w artykule na temat tych badań, napisał:

John Driffill of the University of London, a macroeconomics expert, says the value of the analysis is not just to see if a small number of people controls the global economy, but rather its insights into economic stability.
Concentration of power is not good or bad in itself, says the Zurich team, but the core’s tight interconnections could be. As the world learned in 2008, such networks are unstable. `If one [company] suffers distress,` says Glattfelder, `this propagates.`” – John Driffill, ekspert makroekonomii z Uniwersytetu londyńskiego, mówi, że wartość tej analizy leży nie tyle w wiedzy o tym, że mała liczba ludzi kontroluje światową ekonomię, ile w obrazie jej ekonomicznej niestabilności. Koncentracja władzy, sama w sobie, nie jest ani zła ani dobra, mówią badacze z Zurichu, ale wzajemne ścisłe powiązania mogą być problemem. Jeśli jedna firma ma kłopoty – mówi Glattfelder – jest to zaraźliwe (tłumaczenie moje).

Moim zdaniem, James Glattfelder także bardzo trafnie określił wyniki badań:

Reality is so complex, we must move away from dogma, whether it’s conspiracy theories or free-market. Our analysis is reality-based.” – rzeczywistość jest tak skomplikowana, że musimy odżegnywać się od każdej dogmatycznej interpretacji, czy to przy pomocy teorii spiskowych, czy wolnego rynku. Nasza analiza opiera się na rzeczywistości. (tłumaczenie moje).

Mam nadzieję, że czytelnicy rozumieją teraz, dlaczego śmieję się ze wszystkich teoryjek o spiskach i ukrytych siłach, sterujących losami świata!
Wyniki tej analizy pokrywają się całkowicie z tym, co pisałem we wstępie, gdy zadawałem pytanie „co to jest kapitalizm?”  – potwierdzają podrzędną rolę realnej gospodarki wobec kapitału.

Autorzy analizy zatrzymali się na powiązaniach własnościowych pomiędzy firmami. Ale te firmy mają przecież swoich właścicieli! Dawno już minęły czasy, gdy firma miała jednego właściciela. W przypadku tak ogromnych instytucji, są to dzisiaj już nawet nie tysiące, ale dziesiątki tysięcy współwłaścicieli, rozsianych po całym świecie. Wielu nawet nie da się określić! Co na przykład można powiedzieć o udziałach funduszy emerytalnych lub ubezpieczeniowych, które inwestują składki setek tysięcy, a nawet milionów, ludzi? Są one jednymi z największych inwestorów! Inwestorami są także państwa! Norwegia na przykład, nie „przejada” całych dochodów z wydobycia ropy i gazu, ale inwestuje je i w ten sposób odkłada na „czarną godzinę”. Mówienie o własności prywatnej, jest w tym miejscu czystym doktrynerstwem! Bardziej tu można mówić o własności wspólnej, kolektywie właścicieli, niż o własności prywatnej sensu stricto! Tak więc, te miliony współwłaścicieli, rozsiane po całym świecie i kompletnie niezorganizowane, najczęściej niemające bladego pojęcia o swoim statusie współwłaściciela np. banku lub koncernu, także nie mogą być uważane za jakiś światowy rząd.

Ale mamy w obecnym świecie do czynienia z jeszcze innym zjawiskiem – zjawiskiem koncentracji bogactwa. Oznacza ono, że coraz większa część światowego bogactwa, znajduje się w rękach coraz mniejszej ilości ludzi. Thomas Piketty narobił wokół tego sporo hałasu. Wprawdzie trafnie zauważył on w swojej książce Capital in the Twenty-First Century, że przyczyną są coraz szybsze dochody kapitałowe, przekraczające tempo wzrostu gospodarczego, ale niestety nic nie napisał o przyczynach tego zjawiska i nie powiązał go z obecnym systemem monetarnym. Swoją drogą ciekaw jestem, czy nie rozumie on tego, czy po prostu bał się o tym napisać. Jeśli ktoś chce to zrozumieć, a nie czytał całego mojego wstępu, niech przeczyta chociaż część OPROCENTOWANIE. To powinno wystarczyć dla zrozumienia.
W międzyczasie powstało sporo źródeł, gdzie w sposób obrazowy przedstawia się temat nierówności i koncentracji bogactwa np. [1], [2], [3], [4]
Jakie skutki pociąga za sobą ta koncentracja bogactwa? Wielorakie. Zarówno ekonomiczne, jak i socjalne lub polityczne. Chciałbym tu poruszyć jedynie jeden aspekt tego zjawiska: posiadając w ręku coraz więcej udziałów, ludzie ci są w stanie wpływać na decyzje poszczególnych firm. Ich głos ma po prostu większą moc oddziaływania, niż głosy tysięcy rozproszonych i niezorganizowanych współwłaścicieli. Są w stanie przeforsować decyzje, które są korzystne dla nich, ale niekoniecznie dla innych współwłaścicieli, a już na pewno nie dla pracowników tych firm! Wraz z coraz szybszą koncentracją bogactwa, zdobywają realną możliwość zarządzania tymi firmami. Gdy są to firmy z „wewnętrznego kręgu”, przekłada się to dodatkowo na możliwość zarządzania powiązanymi z nimi i zależnymi od nich firmami.
Na tym etapie koncentracji bogactwa, możemy już posługiwać się imionami i nazwiskami. Czy coś nam to da? Na pierwszy rzut oka, dużo. Z poziomu setek tysięcy lub milionów, zejdziemy do kilkunastu, góra kilkudziesięciu tysięcy osób. Te z listy Forbes będą oczywiście na czele. Ciągle jeszcze jest to zbyt duża liczba, aby móc mówić o jakiejś przejrzystości.

Przejdźmy teraz do szalenie ważnego pytania: czy ci ludzie o wszystkim decydują sami? Za książką Ayn Rand „Atlas Shrugged” próbuje się nam przedstawiać tych ludzi jako tytanów, na których opiera się świat. Jeżeli są faktycznie jakimiś tytanami, to są to tytani hipokryzji. Nie są to żadni tytani intelektu. Zresztą, przy obecnym zalewie informacji, nawet tytan intelektu nie jest w stanie podjąć na ich podstawie jakąkolwiek decyzję – tych informacji jest po prostu zbyt wiele. Dlatego każdy z tych ludzi korzysta z usług mniejszej, lub większej liczby doradców i analityków. Zadaniem ich jest zbieranie i analiza danych, a następnie prezentowanie pryncypałowi analiz, wniosków i możliwych decyzji. Konia z rzędem temu, kto odpowie teraz na pytanie: kto kim tutaj steruje?! Jest to kolejna sieć ze swoimi współzależnościami – pracownicy zależni są od pieniędzy pracodawcy, pracodawca od wiedzy i informacji dostarczanych przez pracowników. Musimy także uwzględnić fakt, że każdy z tych ludzi korzysta z dwóch rodzajów pomocników: doradców osobistych i niezależnych ekspertów. Ci osobiści pracują wyłącznie dla niego i troszczą się o jego interesy, czyli pomnażanie jego majątku. Obowiązuje ich lojalność wobec swego pracodawcy, działają zatem we współzawodnictwie i konkurencji z innymi grupami doradców. Eksperci i doradcy wspólni dzielą się na dwie kategorie. Jedna to naukowcy. Ci ludzie sprzedają swój intelekt (prostytuują się), tworząc teorie ekonomiczne i społeczne oraz systemy prawne, które są w taki czy inny sposób korzystne dla warstwy najbogatszych. Mają one uzasadniać status quo, czyli obowiązujący system polityczny, ekonomiczny, prawny, a przede wszystkim monetarny oraz nie dopuścić do jego zmiany. Druga kategoria to agencje informacyjne takie jak Bloomberg, Thomson Reuters, SIX Financial Information, Morningstar czy Stratfor. Troszczą się o wspólne interesy całej warstwy najbogatszych, dostarczając im za opłatą informacje i analizy. Zatrudniają one różnych ekspertów. Są to zarówno pojedyncze osoby, jak też firmy doradcze. Jest to też cała paleta zawodów: ekonomiści, prawnicy, politolodzy, dziennikarze ale także socjologowie, psychologowie i wojskowi a nawet duchowni wszelkich możliwych wyznań. Analizują oni krajową i międzynarodową politykę, wydarzenia gospodarcze i społeczne. Nigdzie nie spotkałem się z jakąś analizą, lub przynajmniej jej próbą, która szukałaby odpowiedzi na pytanie, co kieruje tymi ludźmi. Już Spinoza zastanawiał się nad tym fenomenem i nie doszedł do żadnych wniosków. Pewny jestem, że wszyscy ci ludzie zupełnie nie zdają sobie sprawy ze swojej roli. Są święcie przekonani, że działają w dobrej sprawie. Dla dobra ogółu! Zresztą, gdy tak dokładnie się wszystkiemu przypatrzeć, do tej grupy można zaliczyć prawie każdego z nas! System monetarny, w połączeniu z neoliberalną ideologią, spowodował powstanie swoistego perpetuum mobile. Samoistnie działającego mechanizmu, w którym każdy trybik pracuje dla utrzymania go w ruchu. Od najbogatszych z listy Forbes, poprzez polityków, zarządy ogromnych banków lub koncernów, po najniższego rangą pracownika małego banku w zapadłej dziurze na końcu świata. I wszyscy kompletnie nie zdają sobie sprawy z tego, że pracują na swoją zgubę!
Ludzie ci są jedynie w drobnej części opłacani przez warstwę najbogatszych. Pośrednio odbywa się to w drodze promocji „najzdolniejszych”. Kreowanie ich na nowe gwiazdy. Potem zaś, bezpośrednio, w formie stypendiów, grantów, zleceń, opłat za wykłady, odczyty itp. Główny ciężar utrzymania tych ludzi ponosi jednak społeczeństwo w formie np. pensji dla rządów i parlamentów, policji i wojska, pensji za stanowiska na uczelniach i w szkołach, kupno książek i prasy oraz rzucania na tacę! Widzimy tu cały paradoks, a właściwie należałoby powiedzieć, paranoję tej sytuacji! Kompletnie nie zdając sobie z tego sprawy, ponosimy koszty utrzymania czegoś, co pracuje przeciwko nam!!! System ten nie został też bezpośrednio stworzony przez warstwę najbogatszych. Neoliberalizm także nie został stworzony przez milionerów! Serwilizm tylko częściowo może tu być wytłumaczeniem. Po prostu wszyscy nie dostrzegamy wpajanych nam przez dziesiątki lat dogmatów. Są one dla nas naturalne, jak przyciąganie ziemskie!

Warstwa najbogatszych odgrywa bezsprzecznie dużą rolę w sterowaniu decyzjami polityków. Na niej też skupia się uwaga mediów, gdyż szczegóły z ich życia dobrze się sprzedają. W ringu są jednak zawodnicy o wiele wyższej kategorii wagowej! Wszyscy na pewno pomyślą o bankach. Nic bardziej błędnego! Tymi zawodnikami są firmy zarządzające majątkami. Największą jest BlackRock. Innymi są Vanguard Group, Allianz Group, State Street Global Advisors, Fidelity Investments, JP Morgan Chase i inne. Według listy Forbes najbogatszy człowiek świata – Bill Gates – dysponuje majątkiem w wysokości 75 miliardów dolarów. Nie są to jednak aktywa, czyli suma, która leży na jakimś koncie, i którą można dowolnie dysponować. Jest to po prostu aktualna wartość rynkowa akcji, nieruchomości i innego, posiadanego przez niego majątku. Wielkość aktywów, czyli pieniędzy, jaką ma on do dyspozycji na „bieżące wydatki”, którą może obracać, jest dużo, dużo mniejsza. Dla porównania, tylko BlackRock obraca aktywami w wysokości 5 BILIONÓW dolarów! Niewiele mniejszą sumą obraca każda z pozostałych firm! Więc tylko BlackRock obraca aktywami osiągającymi prawie wartość majątku całej listy Forbes (6,5 biliona dolarów)! Prawie 1/4 PKB Stanów Zjednoczonych (18,56 bilionów)! W tej sumie są na pewno także pieniądze Billa Gatesa i całej reszty z listy Forbes. BlackRock i inne firmy, zarządzają po prostu pieniędzmi bogatych ludzi. Wyręczają ich w inwestowaniu. Ci bogacze to tak zwani High Net Worth Individuals (do kategorii tej zalicza się ludzi z aktywami o wysokości co najmniej pięciu milionów dolarów): przedsiębiorcy i ich rodziny, arystokracja, bossowie mafii, skorumpowani politycy. Oprócz nich, klientami są także instytucje jak np. fundacje, kasy emerytalne i… banki!! Ktoś może się zdziwić, że banki korzystają z pomocy takich firm. Przyczyna jest prosta. Działalność banków podlega ścisłej kontroli. Regulowana jest wieloma przepisami. Zarządzanie aktywami nie podlega praktycznie żadnym ograniczeniom. Firmy te mogą po prostu robić to, czego nie wolno robić bankom! Na przykład prawie bez ograniczeń korzystać z rajów podatkowych. Nie bez powodu główna siedziba BlackRock znajduje się w Nowym Jorku, ale dział prawny w Wilmington, w największej oazie podatkowej świata – amerykańskim stanie Delaware! Aby było jeszcze śmieszniej i groźniej – BlackRock jest największym udziałowcem wielu banków, takich jak Deutsche Bank, ING Bank, HSBC, Banco Bilbao, BNP Paribas, Unicredit i wielu pomniejszych. Jest największym udziałowcem głównych agencji ratingowych: Standard&Poor’s i Moody’s. Od oceny tych agencji zależny jest los wielu firm, a także wielu krajów! Jest także największym udziałowcem głównych światowych giełd. Ma zatem możliwości manipulowania nimi. To wszystko mówi wiele o złożoności całego systemu.
Jak perfidne są metody działalności takich instytucji można się było dowiedzieć obserwując głośną fuzję dwóch gigantów agrochemii – Bayeru i Monsanto, do której doszło w 2016 roku. Odbyła się ona pod dyktando i praktycznie na polecenie BlackRock. Sfingowano całe przedstawienie wokół tego wydarzenia. Dla podwyższenia ceny przejęcia, poszczuto nawet na siebie zarządy obydwu firm, po to, aby móc więcej zarobić na pośrednictwie w 59 miliardowym kredycie (w bankach z własnymi udziałami!). Wyjaśnić przy tym należy, że BlackRock był największym udziałowcem w obydwu firmach. Teraz jest największym udziałowcem nowego giganta.
Zaraz po wybuchu kryzysu w 2008 roku, BlackRock kupił za grosze udziały w wielu zagrożonych upadkiem bankach. Dobrze wiedząc, że będą one ratowane za pieniądze podatników! Na zlecenie Baracka Obamy nadzorował w tym czasie także ratunek dużych i kierował upadłością małych banków amerykańskich.

Przejdźmy teraz do pytania o metody, jakich używają te firmy do nacisku i sterowania rządami niezależnych (właściwie należałoby to słowo wziąć w cudzysłów!) krajów. Czy odbywa się to podobnie jak w przypadku Sorosa na Ukrainie? Oczywiście nie! Coraz rzadziej stosuje się metodę „łagodnej perswazji” przy pomocy wszelakiej maści lobbystów. Wystarczy, że przedstawią oni rządowi jakiegoś kraju scenariusz tego, co się stanie, gdy agencje ratingowe (będące pod kontrolą tych firm) obniżą jego notowania. Albo gdy koncern (będący pod kontrolą tych firm), zatrudniający tysiące ludzi, przeniesie miejsca pracy gdzie indziej. Tak samo jak pies instynktownie wyczuwa intencje swojego pana, tak politykom nie trzeba dziś mówić co mają robić. Wiedzą, czego oczekuje od nich ich pan – kapitał. Doszło nawet do tego, że dotyczy to nawet związków zawodowych!
W czasie kryzysu w 2008 roku, rządy postawione zostały praktycznie pod ścianą. Miały do wyboru albo za pieniądze podatników ratować banki, a co za tym idzie cały system monetarny, albo niewyobrażalny chaos świata bez pieniędzy! Ci, którzy wypisują brednie, że trzeba było doprowadzić do plajt banków, nie mają pojęcia jak funkcjonuje obecny system monetarny! Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie wyciągnięto z tego kryzysu żadnych wniosków i dalej nie mamy dla tego systemu żadnej alternatywy!! Doprowadziła do tego pseudonauka, jaką jest ekonomia.

Wróćmy jednak do naszej klasy najbogatszych. Do tego przysłowiowego 1% lub jak kto woli 0,1%. Mam nadzieję, że udało mi się wyjaśnić chociaż trochę jej rolę w obecnym świecie. Rola tej klasy nie jest wprawdzie mała, ale nie jest najważniejsza. Klasa ta nie stworzyła tego systemu, nie odgrywa roli jego motoru napędowego, także nie kieruje nim. Nie dysponuje konieczną siłą przebicia. Można powiedzieć, że ludzie ci odgrywają w tym systemie raczej rolę celebrytów. Mówi się o ich fundacjach, inicjatywach w rodzaju Giving Pledge, przede wszystkim jednak, swoimi spektakularnymi zakupami, dostarczają oni tematów dla prasy bulwarowej. Niektórzy z nich, jak na przykład nasz „filantrop”, angażują się aktywniej i potrafią sporo „namieszać”, należą oni jednak do wyjątków i najczęściej ich działalność jest uzupełnieniem, przykrywką lub odwróceniem uwagi od działalności państw albo silniejszych organizacji.
Z pewnością wielu czytelników zdziwi się teraz. Szczególnie ci, którzy czytali trochę o Rothschildach i ich roli w bankowości, o historii powstawania banku centralnego w USA, systemu z Bretton Woods i innych temu podobnych wydarzeniach opisanych w popularnej w Polsce książce Hongbinga „Wojna o pieniądz” lub w innych źródłach. Niech przeczytają tę książkę dokładniej. Ostatnim wydarzeniem na skalę światową, za którym stali konkretni ludzie, była konferencja w Bretton Woods. I nie byli to wcale ludzie najbogatsi! Świat był wtedy dużo mniej skomplikowany. Politycy byli w stanie o czymś decydować. Rooseweltowski New Deal jest dzisiaj nie do wyobrażenia! Mężowie stanu należą dziś do historii! Ostatnim, którego ewentualnie można by tak określić, jest Putin. A i co do tego nie byłbym taki pewny. Reszta to marionetki. Jeżeli dziś operujemy jakimiś nazwiskami, to są to nazwiska ludzi, którzy kierują takimi czy innymi firmami i instytucjami. Mają oni wprawdzie bajecznie wysokie apanaże, ale są to jedynie okruchy spadające z pańskiego stołu. Ludzie, którzy dziś są na tych stanowiskach, ale jutro można ich odwołać, bo nie byli wystarczająco efektywni dla całego systemu!

Kiedyś każdy statek miał na dziobie figurę – galion. Była ona dla niego ozdobą i patronem. Można żartobliwie powiedzieć, że najbogatsi ludzie z listy Forbes, są galionem statku o nazwie kapitalizm. Nie jest to jednak piękna fregata, ale parszywa, zardzewiała, coraz szybciej przeciekająca galera, na której rytm na bębnach wybijają szefowie banków i firm w rodzaju BlackRock, z pejczami biegają politycy i szefowie koncernów, zaś my wszyscy siedzimy w smrodzie i ciemności pod pokładem, przykuci łańcuchami do wioseł. Nawigatorami tej łajby, coraz szybciej zbliżającej się do rafy o nazwie kolaps systemu monetarnego, są ekonomiści.

 

Ale to jeszcze nie wszystko. Jest jedna instytucja, przy której wszyscy, opisani do tej pory, aktorzy wypadają dość blado. Instytucja, którą możemy podejrzewać, że może mieć większy wpływ na to, co się dzieje na świecie, niż wszystkie inne instytucje, organizacje i osoby. Nie bez powodu użyłem słowa „podejrzewać” i trybu przypuszczającego. Mimo, że powstała w 1930 roku, o instytucji tej wiemy bardzo niewiele. Jej nazwa pojawia się rzadko, jedynie w artykułach bardziej fachowych. Instytucja ta posiada własny status i osobowość prawną. Nie podlega żadnej jurysdykcji! Jej siedziba jest eksterytorialna. Jest nietykalna! Jej dochody nie podlegają opodatkowaniu. Nazwiska ludzi z jej kierownictwa są wymieniane bardzo rzadko. A są to ludzie, których dożywotnio chroni immunitet praktycznie we wszystkich krajach świata! Siedziba tej organizacji, mimo tego, że znajduje się w samym centrum miasta, chroniona jest lepiej niż jakiekolwiek budynki rządowe lub siedziby tajnych służb. Jedynie kilku dziennikarzy miało okazję być w tym budynku. Poruszali się z obstawą po pustych korytarzach, nie zajrzeli do żadnego pomieszczenia, nie widzieli żadnego pracownika!
Ta instytucja to Bank for International Settlements (BIS) – Bank Rozrachunków Międzynarodowych. Powstał on w 1930 roku, w celu umożliwienia rozliczeń niemieckich reparacji wojennych, nałożonych na nie po I wojnie światowej. Gdy wybuchła II wojna światowa, jego działalność i istnienie stały się zbędne. Pod naciskiem światowej finansjery, nie został on jednak rozwiązany i umożliwił nazistowskim Niemcom rozliczanie zagranicznych zakupów (głównie przy pomocy zrabowanego złota, także z zębów zagazowanych ludzi). Niemieccy i angielscy bankierzy pracowali w pełnej zgodzie i przyjaznej atmosferze, podczas gdy ich krewni i znajomi ginęli na frontach lub w bombardowanych miastach! To mówi wiele o mentalności ludzi z tej branży…
Po zakończeniu wojny został on przekształcony w spółkę akcyjną, której właścicielami jest (obecnie) 60 głównych banków centralnych z całego świata. Bank posiada swoją stronę internetową. Jeśli ktoś chciałby się z niej dowiedzieć więcej o celach i metodach działalności tego banku, znajdzie jedynie ogólnikowe bla, bla. Bank pełni oficjalnie jedynie usługi dla banków centralnych będących jego członkami. Jest swego rodzaju bankiem centralnym dla banków centralnych oraz dostarcza im analiz potrzebnych w ich pracy. Z tego powodu ma on możliwości wglądu w ich działalność. Nie wiemy czy ten wgląd jest w jakiś sposób ograniczony. Czy jest dla nich jednostką nadrzędną, czy ma możliwość wpływania na ich pracę, lub wręcz sterowania nimi? Trudno powiedzieć. Wygląda na to, że oficjalnie nie ma. Nie ma na to bezpośrednich dowodów, ale poszlaką może być na przykład raport z roku 2006. Na stronie 140 i dalszych, znajdziemy w nim listę prawie wszystkich czynników, które doprowadziły do kryzysu w roku 2008 i wyraźne ostrzeżenie przed nadchodzącą katastrofą. Wygląda więc na to, że analitycy BIS mogli jedynie ostrzegać, ale nie mogli przeciwdziałać. Z drugiej jednak strony, z pewnością istnieją metody pośrednie takiego wpływu. Ze względu na wspomnianą wyżej tajemniczość wokół działalności banku, nie można nic powiedzieć ani o nich, ani o ich skuteczności.
Pewne natomiast jest, że bank ma wpływ na działalność banków komercyjnych. Zasady ich działalności regulują osobne, stopniowo zaostrzane, dyrektywy, potocznie określane jako Basel I – III. Mogą być one postrzegane jako jeden z pośrednich sposobów wpływania na banki centralne.
Najlepszym i najpełniejszym (bo opartym na archiwach banku) opracowaniem historii tej instytucji jest książka Adama LeBora „Tower of Basel: The Shadowy History of the Secret Bank that Runs the World”. Już sam jej tytuł sugeruje, że bank ten steruje światem. Czy steruje? W jakiś stopniu z pewnością. Nie możemy jednak prawie nic na ten temat powiedzieć. Pozostawmy to więc w sferze domysłów.

 

Na świecie jest wiele instytucji i organizacji, które, według takiej czy innej teorii, pretendują do roli, jeśli nie światowego rządu, to przynajmniej jakiejś funkcji wiodącej. Chodzi mi tu jedynie o te istniejące, nie te wymyślone przez różnych nawiedzonych zwolenników teorii spiskowych. Czy tak jest w rzeczywistości? Nie wiadomo. Osobiście nie wierzę w to. Jest ich na to za dużo. Zbyt wiele jest współzależności pomiędzy nimi. Zbyt wiele mają wzajemnie wykluczających się interesów. Zbyt wiele jest też na świecie procesów, które wymknęły się z pod kontroli swych twórców. Jednak wiele z tych instytucji odgrywa w świecie bardzo ważną rolę i może, czy to przez podjęcie ostatecznej decyzji, czy to uruchomienie jakiegoś procesu, odegrać w pewnej sytuacji jakąś rolę decydującą nawet dla dziejów świata. Rolę motyla z teorii chaosu, którego uderzenie skrzydeł uruchamia ciąg wydarzeń, doprowadzający do huraganu na drugim końcu świata.

Reklamy