Widmo

Za czasów mojej młodości często słyszało się zdanie „Widmo krąży po Europie, widmo komunizmu”. Ale to były czasy PRL-u. Dzisiaj czasy są inne, i widma są inne. Czy aby na pewno? Gdy spojrzy się na ostatnie wieści z USA, to nachodzą człeka niejakie wątpliwości – większość amerykanów poniżej 30 roku życia odrzuca kapitalizm! Szok!!! Gdy widzi się poparcie, jakie ma Bernie Saners (maj 2016), nie jest to właściwie zaskoczeniem. Za parę lat to pokolenie obejmie stanowiska w rządzie i administracji USA. Co będzie się tam wtedy działo? Jesteśmy wpatrzeni w USA, jak w bóstwo, więc ktoś może wtedy zadać pytanie o sens naszego przejścia na kapitalizm. No, ale nie po to szczerbiliśmy sobie zęby na zrębach żelaznej kurtyny, żeby je teraz plombować! I nie o tym tu chciałem! Miało być o widmach. Jednym z nich, które krąży ostatnio po świecie jest widmo „helicopter money” – pieniędzy [zrzucanych] z helikoptera. Co jakiś czas, ktoś wyciąga to określenie, jak magik królika z cylindra. Chyba pierwszym był były szef Rezerwy Federalnej – Ben Bernanke. Potem pałeczkę przejął Europejski Bank Centralny, którego szef – Mario Draghi przyznał, że jest to interesująca propozycja, chociaż na razie nie dyskutowana. Potem, jeden po drugim zaczęli odzywać się inni: pierwszy, drugi, trzeci, czwarty…. Przeciwni temu są oczywiście Niemcy.

Za ojca tego określenia uważa się wspomnianego już wyżej byłego szefa Rezerwy Federalnej – Bena Bernanke, którego nawet nazwano „Helicopter Ben” po tym, jak użył go w swoim przemówieniu. Ale sam Bernanke we wspomnianym wyżej przemówieniu, mówił wyraźnie, że prawdziwym ojcem tego określenia jest Milton Friedman.

Ale zostawmy na boku sprawę ojcostwa i przyjrzyjmy się bliżej dziecku. Co to właściwie jest ów pieniądz helikopterowy? Nie istnieje żadna oficjalna definicja czegoś takiego, jednak w skrócie można powiedzieć, że jest to stała kreacja pieniądza przez bank centralny połączona z jego dystrybucją – obrazowo i w przenośni przedstawiana właśnie w formie zrzucania z helikoptera. Oczywiście w praktyce wyglądałoby to zupełnie inaczej. Zastanówmy się więc jak. Właściwie można wyobrazić sobie cztery możliwości takiej operacji:

  1. Bank centralny kupuje obligacje bezpośrednio od państwa. Udziela więc mu kredytu z pominięciem banków komercyjnych.
  2. Jak w poprzednim punkcie, tyle, że obligacje te są nieoprocentowane i bezterminowe. Praktycznie rzecz biorąc, jest to więc podarowanie państwu pieniędzy.
  3. Bank centralny darowuje państwu jego długi.
  4. I w końcu właśnie, bank centralny rozprowadza wykreowane przez siebie pieniądze bezpośrednio wśród obywateli.

Wyjaśnijmy sobie także, skąd w ogóle wziął się taki pomysł! Jak już wielokrotnie wspomniałem prawie cały świat zachodni walczy w tej chwili ze zmorą deflacji. Co to jest deflacja i skąd się bierze, próbowałem już wcześniej wyjaśnić. Dotychczas banki centralne próbowały walczyć z deflacją przy pomocy metod monetarystycznych – obniżaniem stóp procentowych, a gdy osiągnęły już one zero, przecinek zero, zastosowano metody nietypowe: wprowadzono stopy ujemne (w tej chwili są one w strefie Euro, Danii, Szwecji, Szwajcarii i Japonii) oraz tzw. quantitative easing czyli poluzowanie polityki pieniężnej. Pisałem już wcześniej dlaczego te metody nie przyniosą żadnych efektów. I moje przewidywania spełniły się. Banki centralne doszły już ze swoimi możliwościami do ściany. Pozostało im jedynie właśnie zrzucanie pieniędzy z helikopterów. Najgorsze jest to, że wcale nie musiało do tego dojść! Do tej sytuacji doprowadził ideologiczny dogmatyzm, mówiący między innymi, że wszelkie podwyżki płac i podatków od wysokich dochodów są wyrokiem śmierci dla koniunktury. Do pojedynczych ludzi zaczyna już powoli docierać, że jest dokładnie odwrotnie. Paradoksalnie są to ludzie pracujący w Międzynarodowym Funduszu Walutowym! Niedawno ukazała się tam ostra krytyka neoliberalnych koncepcji. Do niedawna taka herezja była nie do pomyślenia! Także z Międzynarodowego Funduszu Walutowego pochodzi opublikowana niedawno (wprawdzie półoficjalnie, ale zawsze to coś) analiza sytuacji w Japonii – modelowego przykładu deflacji i nieskutecznych metod walki z nią. Autorzy zaproponowali też metody wyjścia z pułapki deflacyjnej. Według nich należałoby podjąć następujące kroki:

  1. Dochodowe firmy powinny corocznie podwyższać płace o co najmniej 2% plus krajowy wzrost wydajności pracy. Jeśliby tego nie robiły, musiałyby ujawnić swoją politykę płacową i przedstawić powody, z jakich nie chcą, lub nie mogą tego robić.
  2. Państwo powinno wprowadzać reformy podatkowe popierające wzrost płac.
  3. Wysoce dochodowe firmy, które nie podzielą swych dochodów wśród pracowników, mają być obłożone karami.
  4. Państwo, czyli sektor publiczny, powinno samo napędzać wzrost płac.

Niestety wszystkie te (jak najbardziej rozsądne!) propozycje pozostaną w sferze pobożnych życzeń. Rządy i ich organy doradcze, a także organizacje pracodawców oraz paradoksalnie po części także związki zawodowe są przeciwne jakimkolwiek zmianom i podwyżkom płac. Nie tylko w Japonii, ale wszędzie na świecie nie ma w tej chwili żadnej zorganizowanej siły mogącej to wymusić! Pomijam też fakt, że powyższy raport jest faktycznie opinią prywatną dwóch ekonomistów MFW. Sam Międzynarodowy Fundusz Walutowy, swoją dotychczasową działalnością walnie przyczynił się do obecnej sytuacji.

Ale głównym winowajcą tej sytuacji jest oczywiście obecny system monetarny. Poziom zadłużenia państw, przedsiębiorstw i osób prywatnych rośnie coraz szybciej. Można to zobaczyć na mniej lub bardziej efektownych licznikach. Suche dane przedstawia bank światowy. Ekonomiści obwiniają polityków za ten stan rzeczy, politycy obwiniają się nawzajem, drąc mordy, że gdyby oni byli u władzy, to wszystko byłoby lepiej! Zapominają przy tym, że wtedy, gdy byli u władzy, długi także rosły. Bo rosnąć musiały! Ten wzrost wymusza mechanizm obecnego systemu monetarnego! Wszyscy oczywiście unisono śpiewają pieśń o konieczności wzrostu gospodarczego. Że jest to kompletnie nierealną bzdurą wyjaśniam tutaj. Dodatkowe pieniądze mogące wywołać ów upragniony wzrost gospodarczy mogą trafić do obiegu jedynie jako nowy dług, do którego zaciągania nie ma chętnych, gdyż żaden wzrost gospodarczy nie umożliwi jego spłaty. W obiegu gospodarczym zamiast przybywać, ubywa więc coraz szybciej pieniędzy, gdyż potrzebne są one na pokrycie bieżących zobowiązań. Możemy więc spodziewać się jedynie dalszego pogłębiania deflacji i recesji. Podczas gdy państwa, z powodu ideologicznego obłędu, nie mają zamiaru wymusić wzrost płac i opodatkować wysokie dochody (i tak niewiele by to pomogło), sytuację próbują ratować banki centralne, które przy pomocy wyżej wspomnianych metod starają się wprowadzić do obiegu nowe pieniądze. Niestety nie trafiają one do obiegu gospodarczego i jedynie tworzą nowe bańki spekulacyjne na giełdach.

Ale wróćmy znowu do naszego pieniądza helikopterowego. Wyjaśnijmy sobie trochę dokładniej jak wyglądałyby w praktyce poszczególne możliwości jego „emisji”.

Punkt pierwszy można określić jako bezpośrednie finansowanie państwa przez bank centralny. Państwa biorą fundusze na swoje wydatki głównie z dwóch źródeł: podatków, a gdy one nie wystarczają, ze sprzedaży obligacji, czyli de facto zadłużania się. Normalnie obligacje państwowe kupują instytucje finansowe i w niewielkiej części także osoby prywatne. W tym wypadku kupcem byłby bezpośrednio bank centralny. Państwo byłoby zatem dłużnikiem banku centralnego i jemu spłacałoby swoje długi. Z nim także, a nie z „rynkiem”, ustalałoby oprocentowanie tych kredytów.

Punkt drugi byłby szczególnym przypadkiem punktu pierwszego. Różnica polegałaby na tym, że obligacje państwa byłyby bezterminowe (państwo nie musiałoby ich nigdy zwracać) byłyby także nieoprocentowane. Leżałyby zatem wiecznie w bilansie banku centralnego.

Punkt trzeci – bank centralny darowuje państwu jego długi. W praktyce byłoby to nieograniczone rozszerzenie wspomnianego już wcześniej poluzowania polityki pieniężnej. Bank centralny skupiłby wszystkie obligacje państwowe będące zarówno w jego rękach, jak i w rękach prywatnych. Kupić obligacje, których jest się posiadaczem brzmi śmiesznie, ale praktycznie tak by to wyglądało z powodu metod księgowania. Ten punkt ma w sobie jednak drobny „hak” natury formalnej, a właściwie księgowej. W zależności od wartości tych obligacji, bank centralny może stać się instytucją deficytową i wykazywać się ujemnym kapitałem własnym (przy obecnych długach na pewno by tak było). Nie jest to jednak najmniejszym problemem. Bank For International Settlements, czyli bank centralny dla banków centralnych, wyjaśnia to obszernie w swojej publikacji. Europejski bank centralny wyjaśnia tutaj to samo w jednym zdaniu na stronie 14: „Central banks are protected from insolvency due to their ability to create money and can therefore operate with negative equity.” – banki centralne zabezpieczone są przed bankructwem poprzez swoją możliwość kreacji pieniędzy i dlatego mogą funkcjonować z ujemnym kapitałem własnym (tłumaczenie moje). Nasi południowi sąsiedzi – Czesi, przerabiali to, i mogą potwierdzić.

I wreszcie punkt czwarty. Bank centralny rozdaje pieniądze! Tutaj jest więcej pytań niż odpowiedzi.

Po pierwsze – jak to zrobić technicznie? Banki centralne nie mają koniecznej do tego infrastruktury.

Po drugie – kto miałby te pieniądze dostać? Wszyscy – od oseska po starca stojącego nad grobem, czy tylko dorośli? Jeśli dorośli, to od jakiego wieku? Czy tylko pracujący, czy wszyscy?

Po trzecie – jak by to się miało do prawa podatkowego? Czy ta suma podlegałaby opodatkowaniu czy nie? Jeśli tak, to jakiemu podatkowi – dochodowemu, czy od darowizny?

Po czwarte – jak ta suma wpływałaby na świadczenia socjalne? Brano by ją pod uwagę czy nie? Chorzy lub bezrobotni w wielu krajach mogliby stracić prawo do zasiłków. Itd., Itp…

Tych pytań jest cała masa, przedstawiłem tu tylko pierwsze, które przyszły mi do głowy.

Podobnie jak w punkcie poprzednim, także w tym wypadku bank centralny może stać się instytucją deficytową.

Stare powiedzonko mówi: wszystko już było! Czy był już zatem także pieniądz helikopterowy? Odpowiedź jest krótka – tak. Wielu z nas doświadczyło tego na własnej skórze na przełomie lat 80 i 90. Także najczęściej analizowany przypadek hiperinflacji – w Niemczech w roku 1932, był przykładem pieniądza helikopterowego opisanego w punkcie pierwszym. W najnowszych czasach „przerabiano” podobne przypadki w Brazylii, a obecnie (maj 2016) można to sobie oglądać w Wenezueli i w Zimbabwe. Jednakże nie zawsze musi się to kończyć spektakularną katastrofą! Rozsądnie stosowany pieniądz helikopterowy może być instrumentem pozytywnym. Przypadkiem szczególnym są tu Stany Zjednoczone z okresu II wojny światowej. Amerykański bank centralny – fed, jest bankiem prywatnym. Na okres wojny został on podporządkowany ministerstwu skarbu (U.S. Treasury) i gwarantował w tym okresie niskie oprocentowanie obligacji rządowych. Zależność tę zniesiono dopiero w roku 1951. Ale nie tylko okresy wojen i katastrof muszą być pozytywnym przykładem. Bank centralny Kanady w okresie od połowy lat 30 aż do lat 70 także bezpośrednio kupował obligacje rządowe i nie było tam w tym okresie żadnej znaczącej inflacji. W Chinach robi się to cały czas. Z tego co wiem, także w Rosji bank centralny finansuje wydatki państwa. Nie spotkałem się nigdzie z informacjami na ten temat, ale bardzo niskie zadłużenie państwa w stosunku do skali wydatków oraz inwestycji w infrastrukturę i obronność (np. nowy kosmodrom, most na Krym, nowe modele rakiet, czołgów, samolotów itp.) jednoznacznie na to wskazuje.

Widać więc, że pieniądz helikopterowy jest instrumentem jak każdy inny, i jak każdy, inny w zależności od tego, czy stosują go ludzie mądrzy, czy idioci, a przede wszystkim w zależności od tego, czy stosowany jest dla dobra społeczeństwa, czy dla ograbienia go z oszczędności, może wywołać efekty pozytywne, lub doprowadzić do inflacyjnej katastrofy.

Zastanówmy się teraz nad stroną prawną takiej operacji. W Europie sprawa jest z pozoru prosta – Artykuł 123 Traktatu o Unii Europejskiej jednoznacznie zabrania zarówno krajom strefy Euro, jak i pozostałym, bezpośredniego finansowania przez EBC lub inne banki centralne. Także Statut Europejskiego Systemu Banków Centralnych i Europejskiego Banku Centralnego w Artykule 21, także się na niego powołuje. Polska konstytucja (Art. 220) także tego zabrania. Ale jak wspomniałem wcześniej, sprawa jest tylko z pozoru prosta, gdyż Artykuł 20 tegoż statutu mówi, że: „Rada Prezesów może, większością dwóch trzecich oddanych głosów, zadecydować o zastosowaniu innych operacyjnych metod kontroli pieniężnej, jakie uzna za stosowne, z uwzględnieniem artykułu 2” czyli jest jakieś wyjście awaryjne dla pieniądza helikopterowego z rodzajów 3 i 4, funkcjonujące na zasadzie – co nie jest zabronione, jest dozwolone. W USA nie ma właściwie żadnych przepisów zabraniających bezpośredniego finansowania państwa przez bank centralny, nieoficjalnie przyznaje się, że nie jest ono rzadkością. Z tego co wiem, konstytucja Japonii także nie stawia przeszkód; istnieją tam wprawdzie inne przepisy, ale w razie potrzeby łatwo można je obejść lub zmienić.

Puśćmy teraz wodze fantazji i zastanówmy się jakie efekty mógłby wywołać każdy rodzaj pieniądza helikopterowego.

W przypadku pierwszym byłoby możliwe ustalenie z bankiem centralnym akceptowalnej dla państwa stopy oprocentowania kredytów. Także zerowej. Spowodowałoby to nacisk na wolnorynkową stopę oprocentowania i prowadziłoby do jej obniżenia (w chwili obecnej jest ona i tak zerowa, więc to tylko teoria). Poza tym państwo uzyskiwałoby dodatkowe środki na przykład na inwestycje w infrastrukturę kraju lub w kapitałochłonne lub niskodochodowe działy gospodarki, w które nie jest skłonny inwestować kapitał prywatny. Państwo miałoby także pole manewru i mogłoby poprzez inwestycje stymulować koniunkturę w kraju. Tworząc nowe miejsca pracy, zmniejszałoby bezrobocie. Podwyższając wynagrodzenia w sektorze publicznym, państwo powodowałoby także nacisk na wzrost płac w sektorze prywatnym. Wzrost dochodów społeczeństwa spowodowałby wzrost konsumpcji i umożliwiłby przerwanie spirali deflacyjnej. Oprócz tego państwo mogłoby wykorzystać takie niskooprocentowane kredyty do spłaty starych, wyżej oprocentowanych zobowiązań – czyli w efekcie do oddłużenia. Niestety są także ciemne strony. Wszyscy politycy ulegają pokusie „kupowania” wyborców. Nadmierna ilość pieniędzy, może wywołać nacisk społeczeństwa na dalszy wzrost płac, który może z kolei rozkręcić inną spiralę – spiralę inflacyjną. Znamy to z własnych doświadczeń z przełomu lat 80 i 90. Rząd, pod groźbami kolejnych strajków podwyższał płace, za które nie było co kupić. W końcu praktycznie wszyscy byliśmy milionerami. Ale niech każdy sobie sam odpowie na pytanie, czy mając te miliony w kieszeni, był wtedy bogatym. W krajach o słabo rozwiniętej demokracji i praktycznie nieistniejącej kontroli społecznej – nie oszukujmy się, do krajów takich należy także Polska – z pewnością wzrósłby także poziom korupcji i nepotyzmu przy decyzjach na zamówienia państwowe. Pieniądze w większości nie trafiłyby zatem do zwykłych obywateli. Prowadziłoby to do marnotrawienia funduszy oraz do nietrafionych inwestycji oraz zawyżonych kosztów ich realizacji. Wszystko to widać w Chinach, gdzie wybudowano nawet ogromne miasta, kompletnie puste! W efekcie kraj taki, wcześniej czy później, popadnie w jeszcze większe kłopoty gospodarcze.

Przypadek drugi jest podobny do pierwszego, z tą jedynie różnicą, że pieniądze byłyby nie pożyczone, lecz podarowane. To wzmocniłoby powyższe efekty zarówno pozytywne ja i negatywne.

W przypadku trzecim bank centralny „darowałby”, a właściwie przejąłby długi państwa. Brzmi to kusząco, ale efekty tego wcale nie byłyby pozytywne! Częściowo możemy obserwować to już teraz. Jak już wspomniałem wcześniej, takie „darowanie długów” byłoby właściwie równoznaczne z wykupieniem znajdujących się na rynku obligacji państwa. Byłoby to zatem obecnym poluzowaniem polityki pieniężnej do n-tej potęgi! Społeczeństwo – jak w chwili obecnej – nie miałoby praktycznie nic, albo bardzo niewiele korzystałoby na tej operacji. Na giełdy, nieruchomości, metale szlachetne, antyki, dzieła sztuki itp. runęłaby już nie fala, ale prawdziwe tsunami pieniędzy! W naszych kieszeniach – jak obecnie – wylądowałyby jedynie pojedyncze krople tej fali. Paradoksalnie taka sytuacja spowodowałaby (i powoduje także teraz) nacisk na dalsze obniżki płac! Pieniądze te szukałyby rentownych inwestycji, a tę rentowność najłatwiej i najszybciej osiąga się obniżając płace. Dla niektórych działów gospodarki, wykupienie przez bank centralny obligacji państwowych równałoby się z ich likwidacją! Popatrzmy chociażby na fundusze emerytalne. Ze składek kupują one właśnie obligacje państwowe, a z bieżących odsetek, płaconych przez państwo od tych obligacji, wypłacane są emerytury. Nie byłoby obligacji – nie byłoby odsetek i nie byłoby emerytur. Podobnie jest z bankami, firmami ubezpieczeniowymi i innymi instytucjami finansowymi. Odsetki od obligacji państwowych są dla nich stałym i (względnie) pewnym źródłem dochodu, którego zostałyby pozbawione! Właścicielem obligacji państwowych są również inne państwa, które na pewno nie będą chciały być „uszczęśliwione” na siłę przez ich raptowne wykupienie! Popatrzmy tylko na ilość amerykańskich obligacji w obcych rękach. Chiny już obecnie są w pułapce i jak szalone próbują wydawać „zielone papierki” (właściwie makulaturę) inwestując gdzie się da w infrastrukturę lub kupując zagraniczne firmy.

I wreszcie ostatni, czwarty przypadek – pieniądze dla wszystkich obywateli. No właśnie, czy dla wszystkich? Oczywiście najbardziej pozytywny dla koniunktury efekt przyniosłyby pieniądze dla każdego obywatela, ale uzależnione od jego dochodów. Szczególnie dodatkowe pieniądze dla bezrobotnych, niezdolnych do pracy, znajdujących się „na garnuszku” systemów socjalnych, rodzin wielodzietnych oraz nisko opłacanych pracowników miałyby bardzo pozytywny efekt dla gospodarki. Ci ludzie najwięcej by konsumowali. Pieniądze dla dobrze opłacanych pracowników i osób zamożnych wylądowałyby najprawdopodobniej na ich kontach bankowych i wpłynęły na wzrost „nawisu inflacyjnego” na rynkach kapitałowych. Najsensowniejszym rozwiązaniem byłoby zatem ustalenie granicy dochodów, po której przekroczeniu nie należą się żadne pieniądze, a do której osiągnięcia ich suma zmniejszałaby się. Niezbyt miłym dla nas efektem byłby zmasowany nacisk pracodawców na obniżki płac. Z ich podwyżkami na pewno moglibyśmy się pożegnać na dłuższy czas! Bardzo prawdopodobnym efektem negatywnym takiego rozdawania pieniędzy byłby wzrost zadłużenia zagranicznego firm. Jego wielkość zależałaby od struktury przemysłu danego kraju – w jakim stopniu pokrywa on wewnętrzne zapotrzebowanie na towary. Byłaby także zależna od preferencji konsumpcyjnych obywateli. Zadłużenie na pewno wzrośnie, jeśli konsumenci zaczęliby masowo kupować na przykład elektronikę i inne wyroby, które nie są produkowane w kraju.

Ale żaden kraj nie jest samotną wyspą na oceanie. Zawsze połączony jest siecią umów i interesów z innymi krajami. Nawet północna Korea (mimo tego, że jest jedynym na świecie krajem bez banku centralnego) nie jest tutaj wyjątkiem! Popatrzmy zatem jakie światowe reperkusje wywołałoby wprowadzenie przez jakiś kraj poszczególnych rodzajów pieniądza helikopterowego.

Przypadki pierwszy i drugi, gdyby były to niewielkie sumy, mogłyby nawet zostać niezauważone. Oczywiście podniósłby się jazgot, że jest to niedozwolone, że jest to nieuczciwa konkurencja. Jakie byłyby dalsze konsekwencje, zależne byłoby od siły i znaczenia kraju na arenie międzynarodowej. Dużemu, silnemu krajowi coś takiego na pewno uszłoby na sucho, mały natychmiast zostałby obłożony różnymi sankcjami. Zakładając, że rozsądnie korzystano by z tych pieniędzy, spowodowałoby to na pewno dewaluację waluty takiego kraju i potanienie, a więc wzrost konkurencyjności jego produktów na rynkach międzynarodowych.

Przypadku trzeciego nawet nie zamierzam tu analizować, gdyż jest on nierealny.

I wreszcie przypadek czwarty… W przeciwieństwie do przypadku pierwszego i drugiego nie ma żadnych przepisów, których złamanie można by takiemu krajowi zarzucić. Oczywiście, jak się chce psa uderzyć, to kij zawsze się znajdzie. Jednak rozdawanie pieniędzy swoim obywatelom nigdzie nie jest zabronione.

 

Jak widać, pieniądz helikopterowy wcale nie jest takim głupim pomysłem, na jaki wygląda na pierwszy rzut oka. Jako nierealny, pomijam tu oczywiście przypadek trzeci – przejęcie długów państwa przez bank centralny. Pozostałe przypadki, sensownie stosowane, na pewno poprawiłyby koniunkturę i spowodowałyby przerwanie na jakiś czas, lub przynajmniej osłabienie spirali deflacyjnej.

Musimy zdać sobie także sprawę z tego, że pieniądz helikopterowy jest jedyną metodą, która jest w stanie zahamować wykładniczo rosnące zadłużenie, które wcześniej, czy później musi doprowadzić do kolapsu obecnego systemu monetarnego! Jest to jednakże narzędzie szalenie niebezpieczne. Można przy jego pomocy kraj faktycznie oddłużyć, ale na koszt jego obywateli i zagranicznych wierzycieli, którzy na pewno nie będą tym zachwyceni! Jedni i drudzy wszystko stracą! Stanie się tak, gdy „zrzuci” się na kraj tak dużą ilość pieniędzy, że wywołana zostanie hiperinflacja i przy jej pomocy można będzie bez problemu spłacić wszystkie długi – zarówno publiczne, jak i prywatne.

W rozmowach prywatnych spostrzegłem, że wielu ludzi nie rozumie tego mechanizmu. Obrazowo mówiąc wygląda to następująco: wyobraźmy sobie, że ktoś wziął kredyt na pół miliona i kupił za to dom, który ma spłacać przez 30 lat. Ktoś inny oszczędzał przez 30 lat i zaoszczędził pół miliona na kupno domu. W krótkim czasie bank centralny wprowadza do obiegu masę pieniędzy, wywołując hiperinflację, w wyniku której po pewnym czasie bochenek chleba kosztuje pół miliona. Ktoś, kto kupił dom, może spłacić swój kredyt za koszt bochenka chleba. Kto oszczędzał przez 30 lat na dom, może kupić sobie jedynie bochenek chleba. Oczywiście jest to ogromne uproszczenie i nie oznacza, że opłaca się brać kredyty! W praktyce wygląda to inaczej! Oprocentowanie kredytów zmienia się wraz z inflacją. Także oprocentowanie wkładów oszczędnościowych. Ale kredyt spłaca się w krótkich odstępach czasu (najczęściej co miesiąc) i co miesiąc każda rata może być wyżej oprocentowana – wyżej niż aktualna stopa inflacji. Każda umowa kredytowa zawiera punkt o możliwości zmiany wysokości oprocentowania. Bank wychodzi więc na swoje. Oszczędności oprocentowane są w skali rocznej, często na wiele lat naprzód i w umowach nie przewiduje się dostosowania do skali inflacji. W tak długim czasie, stopa inflacji może znacznie szybciej wzrosnąć i spowodować efekt taki, jak w wyżej opisanym przykładzie. Dlatego w efekcie końcowym, w czasie wysokiej inflacji zawsze tracą ci, którzy oszczędzają.

Wspomniałem wcześniej o tym, że Chiny są obecnie w pułapce. Mają ogromne oszczędności w wysokości 1,2 BILIONA dolarów w samych tylko amerykańskich obligacjach rządowych (Japonia ma niewiele mniej). Wyobraźmy sobie teraz, że amerykański bank centralny świadomie wywołuje hiperinflację (to dopiero byłyby sumy!!). Amerykanie praktycznie nie mają oszczędności, prawie nie używają gotówki, więc opór własnych obywateli byłby prawdopodobnie niewielki. Władze Chin zawsze protestowały, gdy amerykański fed ogłaszał kolejny etap poluzowania polityki pieniężnej – obawiały się właśnie inflacji! Ale wywołanie hiperinflacji w celu pozbycia się zagranicznych długów, byłoby równoznaczne z odpaleniem rakiet balistycznych. Każda reakcja Chin byłaby w tym wypadku możliwa!

Wielką niewiadomą jest także zarówno zachowanie własnych obywateli, jak też tzw. „rynków”. Jeśli obywatele stracą zaufanie do własnej waluty, może to wywołać tzw. bank run – szturm na banki. Może on spowodować niewypłacalność banków. Panika na rynkach może spowodować spadek zaufania do obligacji danego kraju, ich potanienie i w efekcie wzrost oprocentowania kredytów, co z kolei może spowodować kłopoty finansowe państwa, a nawet jego bankructwo. W obecnej sytuacji zarówno „rynki”, jak i zwykli obywatele spodziewają się najgorszego. Wystarczy byle plotka, jeden fałszywy ruch rządu lub banku centralnego i dojdzie do paniki, której już nikt nie opanuje.

Czy zatem banki centralne zdecydują się użyć pieniądza helikopterowego do walki z deflacją? Tego nikt nie wie. Pieniądz rodzaju pierwszego jest już emitowany przez banki, które mogą to robić. Nie jest to żadną tajemnicą. O rodzaju drugim jeszcze nie słyszałem. Jak już wcześniej wspomniałem, rodzajem trzecim jest w pewnym sensie poluzowanie polityki pieniężnej. Sumy, za które banki centralne skupują obligacje, są dla nas niebotyczne, jednak przy obecnej skali zadłużenia, nie odgrywają one znaczącej roli. I wreszcie rodzaj czwarty… Moim zdaniem jedyny skuteczny sposób w walce z deflacją, jakim dysponują banki centralne. W sytuacji, gdy rządy nie chcą lub nie są w stanie wymusić wzrostu płac, na pewno będziemy coraz częściej o nim słyszeć. Czy zostanie zastosowany? Nie wiem. Pożyjemy, zobaczymy!

Reklamy