Panowanie nad światem – cz.1. Zderzenie dwóch mesjanizmów.

Obiecałem, że napiszę trochę więcej o przyczynach „niechęci” USA wobec Rosji. Właściwie należałoby powiedzieć – obecnej niechęci. Bo po 89. roku wszystko zapowiadało się inaczej. Gorbaczow z Reaganem poklepywali się po plecach jak starzy kumple, przy każdym spotkaniu „robili niedźwiedzia” i prześcigali się w prawieniu sobie komplementów. Potem nastała w Rosji era Jelcyna, a Amerykanie najpierw podesłali mu speców od PR, aby pomóc w wygraniu wyborów, potem zorganizowali najlepszych chirurgów, którzy zoperowali serce Jelcyna. Towarzyszyła temu cała masa innych, mniej spektakularnych uprzejmości i „przysług”. A potem przyszedł Putin… I wszystko się skończyło! Co spowodowało ten nagły zwrot? Niezbyt sympatyczna (trzeba to sobie szczerze powiedzieć) fizjonomia nowego przywódcy na Kremlu? Na pewno nie! Zatem co? Gdy założymy, że polityka USA stanowi jakieś kontinuum, to coś musiało się zmienić w Rosji. Coś, co nie spodobało się Amerykanom. Porównajmy zatem wszystkich trzech przywódców rosyjskich. Zastanówmy się jak moglibyśmy ich najkrócej scharakteryzować. Gorbaczowa można scharakteryzować jednym słowem – „naiwniaczek”. Brał za dobrą monetę wszystko to, co mówił mu Zachód. O pokoju, o gotowości współpracy w budowaniu świetlanej przyszłości i dobrobytu w Rosji. Równocześnie sądził, że wystarczy wprowadzić w Rosji „komunizm z ludzką twarzą”, a wszystko będzie lepiej. Nie docenił jednak twardogłowej frakcji, i o mało co, a doszedłby w Rosji do władzy nowy Breżniew. Sytuację wykorzystał Jelcyn, kreując się w czasie puczu Janajewa na zbawiciela narodu. Wytknął Gorbaczowowi totalną nieudolność i odsunął go od władzy. Z kolei słowem-wytrychem, określającym Jelcyna jest „pijanica”. Rzadko kiedy trzeźwy, podejmował całkowicie nieracjonalne decyzje. Polityka wewnętrzna całkowicie wymknęła mu się spod kontroli. Postępowała rabunkowa prywatyzacja gospodarki, wspierana przez ówczesnego wicepremiera rządu, zamordowanego niedawno Borysa Niemcowa, który kreował się na „rosyjskiego Balcerowicza” i przeprowadzał w Rosji, podobną do naszej, terapię szokową. Terapia ta zakończyła się totalnym chaosem gospodarczym i politycznym, a w końcu bankructwem Rosji. Krótko mówiąc był szok, ale z terapii nic nie wyszło. Taką spuściznę objął Putin. Początkowo nieśmiało (był wielką niewiadomą), zaczął stabilizować kraj. W Rosji „stabilizowanie” oznacza po prostu „branie za mordę”. Putin zahamował prywatyzację, ukrócił samowolę oligarchów i zawarł z nimi niepisaną umowę, że jak długo to, co ukradli, pozostanie w rękach rosyjskich, zostawi ich w spokoju. Chodorkowski – stylizowany w naszych mediach na męczennika – wyłamał się z tej umowy i sprzedał swoje łupy obcemu kapitałowi. Tak naprawdę właśnie za to, a nie za swoje rzekome ambicje polityczne, trafił do pierdla! Ale tym, co najbardziej zabolało Zachód, a w szczególności USA, było wypowiedzenie porozumień o podziale produkcji (Production Sharing Agreements). Były one tak skonstruowane, że zachodnie firmy wydobywały rosyjską ropę i gaz, a Rosja nie miała z tego już nawet nie centa, ale ani jednaj kopiejki! Aby nie być posądzonym o stronniczość, można sięgnąć do zachodnich źródeł.

Jak zatem krótko scharakteryzować Putina? Nie da się tego zrobić jednym słowem. Na pewno można powiedzieć, że jest trzeźwym realistą. Trzeźwym w przenośni i dosłownie, bo nie pije. Na pewno jest też rosyjskim patriotą. Czy te trzy cechy wystarczyły USA, by przestać „lubić” takiego przywódcę Rosji? Tak. Postaram się wytłumaczyć dlaczego.

Aby to zrobić, muszę najpierw wyjaśnić sposób myślenia USA, a właściwie tamtejszych elit, czyli oligarchii i jej doradców. W większości wywodzą się oni kulturowo i mentalnie z Wielkiej Brytanii, więc tam też należy szukać źródeł sposobu ich myślenia. W skrócie można powiedzieć, że amerykańskie elity przejęły ukształtowany przez Halforda Mackindera obraz świata. Jego słowa: „Who rules East Europe commands the Heartland; Who rules the Heartland commands the World Island; Who rules the World Island commands the World.” Wyjaśniają właściwie wszystko – „kto panuje we wschodniej Europie, panuje nad sercem Eurazji. Kto panuje nad sercem Eurazji, ten panuje nad wyspą światową. Kto panuje nad wyspą światową ten panuje nad światem”. Słowa te pochodzą z książki „Democratic Ideals and Society” (Ideały demokratyczne i społeczeństwo). Wyjaśnijmy sobie najpierw co Mackinder rozumiał pod pojęciem Heartland – serce Europy. Jest to według niego obszar od Wołgi do Jangcy i od Himalajów do Arktyki. World Island – wyspa światowa to Europa, Azja i Afryka. Dokładnie opisano to tutaj. Jak długo Heartland-Rosja była niestabilna i słaba, nie mogła panować nad wschodnią Europą. Więcej, za czasów Jelcyna nie była w stanie skutecznie panować nawet nad własnym terytorium i nie była postrzegana jako zagrożenie dla USA. Każdy rosyjski przywódca, który nie chciał, albo nie był w stanie tego zmienić, był na rękę USA. Jak już wspomniałem Putin ustabilizował i wzmocnił Rosję, więc stał się w oczach USA zagrożeniem.

Dla tych, co mają ochotę i czas (ponad godzinę), polecam posłuchanie i obejrzenie dokładniejszego wyjaśnienia polityki USA, które przedstawia Mateusz Piskorski z Europejskiego Centrum Analiz Geopolitycznych. Co by nie mówić o osobie autora, przedstawia on tam niepodlegające dyskusji fakty, które mają potwierdzenie w innych źródłach. W dodatku USA wcale nie ukrywa celów swojej polityki! Nie są one jednak nagłaśniane i dyskutowane w naszych mediach. Nie pasują też one do naszego wyobrażenia o Ameryce niosącej wolność i demokrację (ha, ha wolność i demokrację!). Ale wystarczy wziąć do ręki książkę Zbigniewa Brzezińskiego „Wielka szachownica”. Ukazała się w Polsce i po polsku. Nie trzeba znać angielskiego. Znajdziemy w niej wszystko, co napisałem powyżej i co powiedział Piskorski. Jeszcze dobitniej (i cyniczniej) przedstawił cele USA George Friedman, założyciel i prezes prywatnej agencji wywiadu Stratfor. Nazwa pochodzi od Strategic Forecasting – strategiczne prognozowanie. 3 lutego 2015 na posiedzeniu Chicago Council on Global Affairs – Rady do Spraw Globalnych w Chicago, przedstawił on bez osłonek cele polityki USA. Jego przemówienie doczekało się już nawet polskiego tłumaczenia, więc znów nie można wykręcać się nieznajomością języka. Niestety nie jest to całe wystąpienie, ale przynajmniej jego najistotniejsze, z polskiego punktu widzenia, fragmenty. Co ciekawe, Friedman powołuje się w nim nawet na koncepcję Międzymorza (Intermarium) Piłsudskiego. Kto zna angielski, koniecznie musi obejrzeć całość. Gorąco polecam! Jest dużo ciekawsza, gdyż zawiera także amerykański punkt widzenia problemów gospodarczych, monetarnych i politycznych Unii Europejskiej. A przynajmniej punkt widzenia prelegenta. Jest on jednak obecnie jedną z najbardziej wpływowych osób w USA, więc można śmiało powiedzieć, że jego punkt widzenia nie odbiega znacznie od oficjalnego.

Radzę też zwrócić uwagę na reakcję publiczności. A raczej na jej brak. To, co mówił Friedman nie było dla słuchaczy żadnym zaskoczeniem, ani czymś nowym. Odebrane zostało, jako coś oczywistego. Pytania padające z sali miały na celu jedynie doprecyzowanie niektórych wypowiedzi prelegenta, lub ich uzupełnienie.

W prelekcji Friedmana najbardziej zaskoczyła mnie jego otwartość wobec tematu wybuchu wojen. Cały czas wmawiano nam i wmawia się nadal, że wojny należy traktować podobnie jak katastrofy naturalne. Kościół też tak to widzi (a właściwie każe nam tak to widzieć!). Formułka „od powietrza, głodu, ognia i wojny wybaw nas Panie”, traktuje wojnę na równi z epidemiami, nieurodzajem i katastrofami, jako coś od nas niezależnego, przed czym tylko Bóg może nas uchronić. A jeśli nie uchronił, więc widocznie na to nie zasłużyliśmy. Mamy się modlić o pokój, chociaż powinniśmy się modlić o rozum. Zupełnie inaczej widzi to Friedman! Wojny, jak można wywnioskować z treści jego wystąpienia, planowane są w zaciszu gabinetów ekspertów i dotyczą prywatnych interesów. Następnie realizowane są przez polityków i wojskowych. Owe grupy ekspertów określa się często jako „think tanks”. Ciekaw jestem czy pomysłodawca tego określenia miał w tym jakiś ukryty cel. Tank w języku angielskim oznacza zarówno zbiornik jak i czołg…

Wszystko, co powiedział Friedman jest oczywiście szalenie ciekawe, jednak dużo ciekawsze jest to, czego nie powiedział! Nie powiedział mianowicie, co to są za siły, które stawiają na baczność zarówno prezydenta USA, jak i najniższego stopniem marine? Oczywiście ten temat jest polem do popisu dla zwolenników teorii spiskowych. Moim zdaniem wszystkie te teorie są kompletną bzdurą. Nie potrafimy zrozumieć, że obecny kapitalizm nie funkcjonuje na zasadzie władzy człowieka nad człowiekiem (w komunizmie było na odwrót). Jest to władza nad nami wszystkimi, sprawowana przez abstrakcyjne struktury społeczne, gospodarcze, a przede wszystkim system monetarny. Cały sposób myślenia NAS WSZYSTKICH jest podporządkowany i wynika z tego systemu! Jesteśmy niewolnikami czegoś, co sami stworzyliśmy, nie widzimy tego, więc i nie potrafimy się od tego uwolnić!! Nie kontrolujemy wydarzeń, wydarzenia kontrolują nas. Wyzysk i ucisk wynikają jedynie z tego, że część społeczeństwa nie ma skrupułów w wykorzystaniu tego systemu dla swoich korzyści, reszta zaś albo uważa to za coś naturalnego albo nie potrafi się przed tym obronić.

Wróćmy jednak do Rosji i USA. Wspomniałem na początku o zderzeniu dwóch mesjanizmów. Aby to sobie bliżej wyjaśnić, musimy najpierw wiedzieć jak powstawały oba kraje i jak kształtowała się mentalność ich mieszkańców i elit rządzących.

Jedna z teorii mówi, że Rosję stworzyli na przełomie VIII i IX wieku Waregowie, czyli skandynawscy Wikingowie. Słowo „rus” w ich języku oznaczało załogę wioślarzy. Rzekami dotarli oni na terytorium obecnej Ukrainy i tam założyli osady, które handlowały z Bizancjum. Z czasem zmieszali się z tamtejszymi plemionami słowiańskimi. Od Bizancjum przejęli chrześcijaństwo obrządku wschodniego – prawosławie. Religia ta z czasem stała się w Rosji religią państwową. Po upadku Bizancjum w XV wieku, Rosja zaczęła się uważać za spadkobierczynię Bizancjum i obrończynię prawdziwej wiary. Starała się także odbić Konstantynopol z rąk tureckich, ale bez powodzenia.

Z kolei USA, jak wszyscy wiemy, są zlepkiem kultur całego prawie świata. Jednak pierwszymi osadnikami i założycielami kraju byli wywodzący się z Anglii purytanie. Do Ameryki trafili oni jako dysydenci religijni, praktycznie wyrzuceni z ojczyzny. Można śmiało powiedzieć, że to właśnie purytańska mentalność stała się główną podstawą mentalności amerykańskiej. Nawet dzień ich przybycia do Ameryki, obchodzi się w USA jako Święto Dziękczynienia. Wywodzący się z kalwinizmu purytanizm, cechował się między innymi kultem pracy i oszczędności a także optymizmem, przejawiającym się często w skłonności do ryzyka. To właśnie te cechy spowodowały szybki rozwój gospodarczy Ameryki. Purytanie cechowali się z jednej strony tolerancją, z drugiej jednak starali się narzucić innym swój światopogląd. Między innymi dlatego, nie byli mile widziani w Anglii. Oprócz purytan, w Ameryce osiedlili się też przedstawiciele innych odłamów chrześcijaństwa, którzy za szerzenie swoich poglądów także nie byli mile widziani w swoich ojczyznach. Wszyscy oni przepełnieni byli duchem misyjnym.

Gdy porównamy teraz mesjanizmy rosyjski i amerykański dostrzeżemy, że główna różnica leży właśnie w tym duchu misyjnym. Każdy mesjanizm ma podłoże religijne. Rosja postrzega siebie jako obrończynię wiary, USA widzi swój obowiązek w jej szerzeniu. Rosja mówi o obronie świętej Rusi, USA mówi o ukształtowaniu świata na swoją modłę – i robi to! Paradoksalnie jednak owo szerzenie „wolności i demokracji” przynosi zawsze odwrotny skutek! Praktycznie wszystkie kraje, w których USA próbowały zaszczepiać owe wartości popadały w nędzę i anarchię.

Czy zatem mesjanizm rosyjski, nastawiony na obronę, jest mniej niebezpieczny od mesjanizmu amerykańskiego? Niekoniecznie. Myśląc o obronie, Rosja próbuje otoczyć się swoistym kordonem bezpieczeństwa – państwami albo satelickimi, albo zaprzyjaźnionymi, w ostateczności – neutralnymi. W chwili obecnej nie widać w Rosji stalinowskich tendencji do powiększania imperium o nowe terytoria. Spowodowane jest to brakiem potrzeby szerzenia komunizmu. Poza tym Rosja dostrzegła, że takie czy inne okupowanie obcych państw, jest nie tylko kosztowne, ale i prowadzi do zupełnie odwrotnych skutków. W państwach takich pojawiają się tendencje antyrosyjskie, które trzeba czasem krwawo tłumić, co przeradza się – ja na przykład w Czeczenii – w trwały konflikt. Rozpad „bloku wschodniego” miał dwie przyczyny: wewnętrzną słabość ZSRR, oraz nadzieję Gorbaczowa i Jelcyna, że powstałe w pokojowy sposób nowe państwa będą wobec Rosji przynajmniej neutralne. Ale jak zwykle potwierdziło się stare porzekadło o nadziei. Przykładem tego jest także Polska. Z państwa wykonującego polecenia z Moskwy, stała się państwem wykonującym polecenia z Waszyngtonu. Czy jest to dla nas korzystniejsze? Paradoksalnie, nie! Jako część Układu Warszawskiego, Polska miała pewność, że (dobrowolnie, czy nie) w nim pozostanie. Nie było to dla nas korzystne gospodarczo, ale istniała jakaś równowaga sił pomiędzy blokami, która dawała poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa. Obecnie jesteśmy sojusznikiem (a raczej wasalem) największego mocarstwa. Traktujemy to jako gwarancję bezpieczeństwa i poniekąd jako powód do dumy. Jednak wcześniej, czy później USA „pogodzi” się z Rosją lub, co bardziej prawdopodobne, stwierdzi, że cel ukraińskiej awantury – destabilizacja regionu – został osiągnięty i dalsze jej kontynuowanie powoduje jedynie zbędne koszty. Poszuka więc sobie innych sąsiadów Rosji do destabilizacji. Friedman powiedział wyraźnie, że celem USA nie jest zdobywanie Rosji. Jest to nierealne. Wystarczy destabilizacja jej okolic, przez co zdestabilizuje się i osłabi samą Rosję. Marzenia niektórych naszych polityków o wyprawie na Moskwę pozostaną więc marzeniami. Przestaniemy być wtedy potrzebni i zostaniemy sami pod nosem rosyjskiego niedźwiedzia. Co gorsza także z Ukrainą, która ma potencjał na stanie się drugą Somalią. Z jej chaosem gospodarczym i politycznym oraz z całym tym brunatnym bagnem, jakie USA tam wspierały, a które też nie będzie im już potrzebne, ale zostało (także z naszą pomocą) uzbrojone po zęby! Ciekaw jestem, ilu trzeba będzie wtedy zamordowanych Polaków na Ukrainie, aby nasze media o tym poinformowały i jaka będzie reakcja polityków! Dotychczasowe kwalifikują ich pod trybunał stanu!

Reklamy