A co się dzieje za zachodnią granicą?

Trudno w tej chwili przewidzieć, co wydarzy się w najbliższym czasie, ale do wyprawy na Moskwę raczej nie dojdzie, więc zajmijmy się problemem europejskiej waluty, który to problem media nazywają kryzysem europejskim.

Niestety nie obejdzie się znów bez wyjaśnienia sobie, co się właściwie dzieje, gdyż także i tym razem nie dowiemy się tego z mediów.

Sprawa dotyczy w głównej mierze naszego sąsiada zza zachodniej granicy, czyli Niemiec, które (świadomie lub nieświadomie) doprowadzają właśnie do upadku wspólną europejską walutę – Euro. W dłuższej perspektywie czasowej może to doprowadzić nawet do rozpadu całej Unii Europejskiej.

Paradoksalnie, to właśnie w Niemczech działa najbardziej konstruktywna grupa krytyków obecnej polityki. Jej najbardziej aktywnym członkiem jest były szef UNCTAD – Heiner Flassbeck. Swoje poglądy na obecną sytuację miał on okazję przedstawić także w Polsce. Niestety, poza niektórymi środowiskami lewicowymi, przeszły one bez większego echa. Całkiem niezły artykuł, wyjaśniający problemy związane z obecnym kryzysem europejskiej waluty, ukazał się parę lat temu w Krytyce Politycznej, która to także zaprosiła Flassbecka do Polski. Tak, tak, wiem – lewica, ale naprawdę proszę przełamać wewnętrzny opór i uprzedzenia. W artykule wyjaśniono właściwie wszystko, więc nie będę tu powtarzał jego treści. Kto nie zna niemieckiego: też całkiem niezłe wyjaśnienie po angielsku.

Patrząc na to, co się obecnie wokół kryzysu Euro dzieje, można postawić dwa zasadnicze pytania:

Czy Niemcy wiedzą co robią? Oraz jaki jest tego cel?

Na pierwsze pytanie można odpowiedzieć twierdząco. Jest to jak najbardziej świadoma polityka. Trudno jest natomiast powiedzieć coś o jej źródłach. Na pewno jednym z nich jest głęboko zakorzenione w Niemczech dążenie do konkurencyjności własnej gospodarki. Oczywiście jednym z elementów tej konkurencyjności są płace. Tu należy wyjaśnić sobie, dlaczego możliwe były w Niemczech tak ogromne cięcia płacowe. Po pierwsze, do końca 2014 roku nie istniało w Niemczech, poza kilkoma branżami, pojęcie płacy minimalnej. W połączeniu ze zmasowanymi cięciami w polityce socjalnej państwa, powstał przymus przyjęcia przez bezrobotnych pracy za każdą praktycznie stawkę. Doszło do tego, że praca za 1,30 (to nie pomyłka, jeden przecinek trzydzieści) Euro za godzinę nie jest rzadkością! Wprowadzenie pod koniec 2014 roku ustawy o płacy minimalnej, niewiele tu zmieni, gdyż jest ona bardzo „rozwodniona” i zawiera wiele wyjątków. Dodatkowo, w porównaniu z innymi krajami, jest ona niska: 8,50 Euro w porównaniu do 11,12 w Luxemburgu, 9,61 we Francji lub 9,21 w Holandii. Innym źródłem może być hołdowanie fałszywym teoriom gospodarczym i praktycznie maniakalny w Niemczech strach przed inflacją.

Jaki jest zatem cel takiej polityki? Oficjalnie mówi się o konieczności podniesienia konkurencyjności gospodarek wszystkich krajów Unii, czyli o rozszerzeniu niemieckiej polityki płacowej na pozostałe kraje strefy Euro. Oczywiście nie może to funkcjonować w praktyce, gdyż ktoś musi te wyprodukowane towary kupić. Do tej pory, inne kraje Unii były odbiorcą niemieckich towarów, które były bardziej konkurencyjne niż ich własne. Jeśli cała Unia, a za nią inne kraje, pójdą drogą Niemiec, nikt nie będzie już kupować niemieckich towarów, bo własne będą konkurencyjne, a przede wszystkim w wyniku spadku płac, spadnie także popyt. Właściwie ma to już miejsce od paru lat. Mimo różnych manipulacji statystycznych, nie można już ukryć coraz silniejszych tendencji deflacyjnych w całej Unii. Jako, że w racjonalny sposób nie bardzo da się wytłumaczyć, jaki cel mogłaby mieć taka polityka, wielu komentatorów w Niemczech i poza nimi, coraz częściej zaczyna skłaniać się ku teoriom spiskowym. Niektórzy uważają, że Niemcy przy pomocy Euro próbują osiągnąć to, czego nie udało im się osiągnąć przy pomocy czołgów. Inni uważają, że to Bundesbank – od początku nieprzychylnie nastawiony do Euro – stara się doprowadzić je do upadku. Gdy przypomni się sobie całą historię powstawania Euro (może zrobię to kiedyś) i wszystkie kłody, jakie Bundesbank rzucał pod nogi jego twórcom, ta druga teoria ma nawet swoje podstawy. Osobiście nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych, ale szczerze mówiąc nigdzie nie spotkałem się z racjonalnym wytłumaczeniem celu obecnej polityki Niemiec. Sam też nie potrafię wyjaśnić tej zagadki. A może po prostu, wzorem Chrystusa, należy powiedzieć o niemieckich ekonomistach i politykach: wybaczcie im, bo nie wiedzą co czynią!

Jako pierwsi musieliby to zrobić Grecy. Prawdziwa „tragedia grecka”, wywołana fatalną polityką tzw. „trojki” – Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Europejskiego Banku Centralnego i Komisji Europejskiej, zepchnęła egzystencję wielu Greków do poziomu krajów trzeciego świata. Oczywiście sami Grecy też nie są tu bez winy, ale zamiast pomóc im „odbić się od dna”, mówiąc obrazowo, zaczęto to dno jeszcze bardziej pogłębiać! Obecnie, wszelkimi sposobami, utrudnia się wprowadzanie reform przez nowy, lewicowy rząd grecki. Reform, których celem byłoby między innymi odciążenie zwykłych obywateli i przeniesienie ciężarów kryzysu na bogate warstwy społeczeństwa, które do tej pory były chronione przed jego skutkami. W obliczu rosnących w siłę podobnych ruchów w innych krajach – głównie w Hiszpanii – robi się wszystko, aby taka herezja się nie rozprzestrzeniła. Podejrzewam, że nawet za cenę wyjścia Grecji że strefy Euro. Wszystko to odbywa się pod akompaniament totalnej, prymitywnej i bazującej na najniższych instynktach nagonki na Grecję i Greków. Nagonki, której ma już dość nawet niemieckie stowarzyszenie dziennikarzy!

Reklamy